Blog

Jak kupić prezent świąteczny? Krótki poradnik.

Czujecie już tę świąteczną atmosferę? Ja też nie. Ale, jakby nie było, w przyszłym tygodniu Wigilia. Z tej okazji wygrzebałam swój stary poradnik „Jak kupić prezent świąteczny?”, który napisałam 3 lata temu. Notkę przytoczę w całości, ze wstępem itd. No, z drobnymi poprawkami i uzupełnieniami, jednak całość nadal jest tak samo aktualna, jak wtedy. Zapraszam!

Jak kupić prezent świąteczny?

Atmosfera robi się typowo świąteczna (szczególnie pogoda, ach te klimatyczne mżawki przy +kilku stopniach!), a co większości z nas kojarzy się z Bożym Narodzeniem jako pierwsze? Kolacja wigilijna? Zjazd rodziny, która sili się na sztuczne uprzejmości „bo wypada”, a każdy tak naprawdę marzy, żeby być gdzie indziej. Kolędy? Błagam, co to, przedszkole? Jezus? Kto by tam o nim myślał, już nowe lampki LED są wyżej w hierarchii świątecznej.

Mikołaj? Nooo… już bliżej. Bo z racji, że ten pan niestety od kilku(nastu) wieków jest na urlopie zdrowotnym w krainie wiecznego szczęścia, jego obowiązki musimy przejąć my. Więc co w końcu jest najważniejsze w tej szopce? A no tak. PREZENTY.

Fajnie jest je dostawać, ale trzeba też jakieś dać…

Wielu z was usilnie zastanawia się, co kupić/wypożyczyć (czyt. kradzież)/zrobić/skleić/wyprodukować/zmaterializować w jakikolwiek inny sposób (czyt. czary). Najlepiej niedużym nakładem czasu, siły oraz pieniędzy. Ale ja wam tego wprost nie powiem, licząc na waszą kreatywność i choć odrobinę inicjatywy.

Jednak mogę was na pewien trop naprowadzić, mówiąc jak wybrać ten idealny prezent! Sposobów jest tyle, ilu nas jest na świecie (a nawet więcej!). Przedstawię wam najskuteczniejsze, najpopularniejsze, najbardziej fajniejszowsze. No takie NAJ+ albo jeszcze lepsze!

1. NA CHYBIŁ-TRAFIŁ (EKONOMICZNA) 

W tej metodzie najważniejsze jest przemyślenie miejsca zakupu. Jeśli prezent ma być dla dziewczyny, polecam drogerię. Jeśli dla chłopaka jakiś supermarket bądź empik lub elektromarket (w wersji na bogato). W każdym wypadku sprawdzi się świetnie również miejsce typu WSZYSTKO ZA 1/2/5/10 ZŁOTYCH.

Wchodzisz do wybranego przez siebie sklepu i bierzesz po jednej/kilka rzeczy, jakie wpadną Ci w oczy (fajnie wygląda? Bierz! Co z tego, że kupujesz żel do włosów łysemu wujkowi! Ważne, że ma bajeranckie opakowanie i jest w promocji). Pamiętaj też złote przykazanie, że liczy się ilość. Lepiej wziąć 10 rzeczy po 3 złote, niż 3 po 10 złotych – w końcu im więcej prezentów dasz, tym bardziej zależy Ci na danej osobie, nie?

Ważne jest też łowienie okazji. Wszystko co bierzesz musi być oznaczone: PROMOCJA/WYPRZEDAŻ/OBNIŻKA/ODDAM TE ŚMIECI PÓŁDARMO. Nie zapomnij o opakowaniu, cena do 2 złotych. Nieraz uda się złowić za 99 groszy, a po co przepłacać na kawałku papieru z rączką?

Po wylosowaniu – w ramach dysponowanego budżetu – jak największej ilości promocyjnych gadżetów udaj się do kasy z uśmiechem. Masz wszystko z głowy. Ciotka i tak się ucieszy z płynu po goleniu czy chińskiej latarki kieszonkowej. Bo musi.

2. NA MAMINSYNKA (OSZCZĘDNOŚĆ CZASU I NERWÓW)

Tutaj ważna jest osoba dobrej woli, zwykle warto zwrócić się o pomoc do kobiety. Szukasz mamy, bądź innej ciotki/siostry/babci/sąsiadki/koleżanki. Najczęściej jest to jednak Twoja rodzicielka. Podchodzisz do niej i mówisz ten uniwersalny, sprawdzony przez pokolenia tekst:

„MAMOOO… BO MUSZĘ KUPIĆ PREZENT <wstaw osobę>, A JA NIE WIEM JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ. MOŻE TY KUPISZ COŚ, MASZ TAKIE ŚWIETNE POMYSŁY MAMUSIU!

W tym momencie dalsza konwersacja zależy od Twojej siły perswazji oraz poziomu altruizmu mamy. Być może tyle wystarczy, a być może będzie potrzebna większa dawka komplementów. Coś wymyślisz, no chyba, że wolisz sam iść po prezenty! Nie chcesz? No właśnie, więc kombinuj. Ale jak już Ci się uda, to masz wszystko z głowy. Mama może weźmie od Ciebie parę groszy, częściej jednak zasponsoruje podarunki sama.

Czy prezent się spodoba? To zależy od tego, ile masz lat (nie wyrwiesz dziewczyny na lalkę barbie) i komu kupujesz prezent (Twój kolega z klasy niekoniecznie ucieszy się z pluszowego misia albo kremu do pięt). Ale przynajmniej nie musisz się martwić i angażować w proces zakupów.

Musisz kupić prezent osobie nominowanej do zaszczytnej misji pójścia za Ciebie do sklepu? To jeszcze lepiej! Powiedz, że to będzie dla innego znajomego czy członka rodziny tej samej płci i w podobnym wieku. Rozwiązanie idealne – pójdzie i wybierze coś, co jemu/jej się podoba. Potem po prostu to dasz. I tyle. Satysfakcja gwarantowana. I święty spokój.

3. NA MAJSTERKLEPKĘ (DLA AMBITNYCH I NIEŚMIERDZĄCYCH GROSZEM)

Chcesz dać coś oryginalnego i od serca? Taak, jasne. Przyznaj się, na co poszły w tym roku wszystkie Twoje pieniądze na prezenty? No ale coś dać trzeba. Tutaj metoda DO IT YOURSELF jest najlepszym rozwiązaniem.

Zaopatrz się w wybrany przez siebie materiał. Może to być papier, modelina, papier, klej, glina, papier, drewno, brystol, plastelina, no i oczywiście papier. Zawsze sprawdzi się też papier. Z odrobiną papieru.

Kiedy już masz to, co Ci potrzebne zwyczajnie puść wodze fantazji! Origami! Rzeźba! Wyklejanka! Malunek! Co z tego, że nie masz ani krzty zdolności manualnych. Co z tego, że efekt nie pokryje się nijak z Twoimi wyobrażeniami. Co z tego, że dzieło będzie najwyżej dziełem samym w sobie, bo do niczego toto nie podobne.Przecież obdarowany i tak się ucieszy z wymiętoszonego świstka, który miał być choinką. Bo zrobiłeś ją sam. Czy to nie genialne?

4. NA RECYKLING (DLA NAJBARDZIEJ WYRACHOWANYCH)

Dostałeś rok temu trzy takie same książki? Nie używasz tego zestawu do stylizacji wąsika? Krosno tkackie od babci nie było najlepszym prezentem, jaki dostałeś w życiu? Przekaż je dalej!

Masz w domu kopalnię skarbów i gotowych prezentów! Musisz tylko to wykorzystać! Nawet napoczęte rzeczy można wymuskać tak, że będą niczym prosto z fabryki. Do perfum dolej trochę spirytusu, wytrzyj szczoteczkę tuszu do rzęs, urwane ucho kubka przyklej na kropelkę. Jak precyzyjnie to zrobisz, to nikt się nie pokapuje.

A to, że osoba, której to dasz mogła to widzieć w Twoim posiadaniu? Bądź nie spodoba jej się, tak jak zresztą Tobie? Co z tego. Dałeś? Dałeś! Zaoszczędziłeś? Bardzo! I wszyscy są zadowoleni.

No dobra. Tylko Ty. Ale chyba o to chodziło, nie?

5. NA WSPOMNIENIA (DLA ZAKOCHANYCH LUB PRZYJACIÓŁ)

Co jest najlepszym źródłem prawie gotowych prezentów? Wspomnienia!

Wywołaj/sam wydrukuj zdjęcie ze swoją drugą połówką/najlepszym przyjacielem i napisz LOVE/BEST FRIENDS FOREVER. Jeśli jesteś bardziej ambitny (lub gryzą Cię jakieś wyrzuty) zrób cały album bądź kolaż takich zdjęć. To znaczy ponaklejaj kilka na kartce/paru kartkach spiętych jakoś ze sobą. Et voila!

Sposób mało kosztowny, stosunkowo mało czasochłonny. A i tak wywoła lawinę ochów, achów czy innych okrzyków. Po kilku takich świętach osoba będzie mogła już sobie zastąpić tapetę na ścianie Twoimi zdjęciami, ale co z tego. Nadal będzie słodko.

6. NA INTERNETOWEGO MANIAKA (DLA NOOBÓW)

Przeraża Cię konieczność odejścia od komputera i, co gorsza, wyjścia do ludzi? Zamów coś online.

Pewnie na to sam wpadłeś, ha. Ale czy wiesz, co zamówić? Więc ja Ci powiem, że COKOLWIEK. Byleby tanio. Zakładam, że nie chcesz tracić ani sekundy więcej na wyszukanie i wybór prezentu, niż to konieczne. W końcu trwa świąteczny event, a level sam się nie wbije. Jest na to rada.

Wejdź na losową stronę z losową rzeczą i zamów ją. Jeśli zamówisz zestaw biustonoszy ciążowych dla bezdzietnego, starego wuja zawsze możesz powiedzieć, że pomylili wysyłki. Nikt nie będzie tego podważał, bo przecież się zdarza, zwłaszcza w okolicy świąt. Wymówka idealna, ciężka do zdemaskowania.

Bardziej wytrawni spryciarze mogą wykorzystać to, żeby nie zamówić nic i powiedzieć, że nie dotarło na czas/pomylili adresy. Ja jednak zachęcam do posiadania czegoś fizycznego do ofiarowania. Żeby ducha świąt podtrzymać. Nie kombinuj aż tak! Nie wystarczy Ci, że masz dobrą okazję do podarowania czegokolwiek komukolwiek bez dużego ryzyka?

Istnieje spora szansa, że obdarowani zaakceptują prezent takim, jaki jest – w końcu to nie Twoja wina. A Ty dalej będziesz mógł expić.

To były najbardziej uniwersalne sposoby i porady „jak kupić prezent świąteczny”.

Metody te oczywiście można mieszać. Można też wypróbować własne, więc jeśli macie jakieś swoje, to chętnie poznam!

Sprawę podarunków pewnie macie już z głowy, wybierając któryś z tych sprawdzonych schematów. Możecie odetchnąć z ulgą. A także spokojnie czekać na swoją lawinę nietrafionych prezentów, prawdopodobnie zakupionych również za pomocą tych sposobów. No co, nie tylko Ty przeczytałeś ten poradnik.

A może spróbujesz dopasować poszczególne prezenty, jakie dostałeś do którejś metody? Lub wymyślisz nowe – dla wyjątkowo oryginalnych i trudnych do sklasyfikowania darów? Hej, to może być fajna zabawa na nudnej kolacji, a kiedyś może tradycja świąteczna… Jakby co, to był mój pomysł!

 

Wesołych Świąt!

Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu.

Jeśli trafiłeś tutaj po wyszukaniu frazy „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” to od razu mówię Ci, że ja tego nie zmienię.

Zatem jeżeli liczysz na zwięzły, fajny post, który wskaże Ci cel życiowy, to muszę Cię rozczarować. Chociaż jeśli ktoś naprawdę myśli, że jakaś obca laska w internecie mu powie jak ma żyć, to albo jest bardzo naiwny, albo głupi. Sami musicie znaleźć odpowiedź na pytanie „Kim jestem, czego chcę?”. Ale ja chcę wam w tym pomóc – albo przynajmniej spróbować trochę to poszukiwanie ułatwić.

Inspiracją do tego wpisu były osoby z mojego środowiska.

Często słyszę właśnie zdania w rodzaju „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, „Nie wiem, jakie studia wybrać, a zaraz matura” albo „Źle wybrałem szkołę, co teraz”… No właśnie, co teraz?

Ja sama mam 18 lat, za pół roku egzamin dojrzałości i też nie do końca zdefiniowałam siebie, swoje plany. Udało mi się jednak wyrwać z pustki, w jakiej byłam jeszcze 10-12 miesięcy temu. Wtedy wydawało mi się, że nic nie ma sensu, że nic nie osiągnę i nie ma dla mnie dobrej drogi życiowej.

Nie chcę zatem robić z siebie wielkiego, doświadczonego autorytetu, bo wiem, że daleko mi do niego. Myślę jednak, że mogę trochę pomóc rówieśnikom właśnie dzięki temu, że sama jeszcze ten proces poszukiwań przechodzę.

Dlatego wszystkim wątpiącym dedykuję tą notkę.

Jest ona dla Ciebie, jeśli jesteś u progu dorosłości i czujesz się zagubiony. Jeśli masz jakieś pomysły na siebie, ale nadal się wahasz, brakuje Ci wsparcia, kogoś, kto powie „uda Ci się!”. Jeśli coś poszło nie po Twojej myśli i nie wiesz, co dalej robić, jak się z tego pozbierać. Nawet jeśli masz więcej niż te 18 lat, a znów powróciło do Ciebie to pytanie.

Jak wspomniałam, ja nie odpowiem za was. Ale mam kilka porad, które, być może, pomogą wam w odnajdywaniu siebie.

Co prawda często będę posługiwać się maturą i studiami dla zobrazowania ich treści – bo są to terminy mi najbliższe – ale wszystko możecie dopasowywać do swojej aktualnej sytuacji. Ja przykładem muszę się nieraz wesprzeć, a jakbym miała opisywać każdy możliwy przypadek zagubienia życiowego, to bym książkę wydała, a i tak pewnie tematu nie wyczerpała.

Rada 1: Nigdzie się nie spiesz.

Pośpiech jest złym doradcą, to wiadomo od wieków. Wiem, że ciężko jest zdystansować się chociaż trochę i pomyśleć na spokojnie. Zwłaszcza, jeśli dookoła pełno nacisków ze strony rodziny czy otoczenia. Niekoniecznie tych skierowanych bezpośrednio do was, w stylu „To co, zastanowiłeś się już?” albo „Co Ty, dalej nie wiesz, co chcesz robić po maturze?” Presja często nasila się, jeśli znajomi w kółko opowiadają o swoich ambitnych planach. Lub gdy nauczyciele dzień w dzień straszą zbliżającą się datą egzaminów.

Postaraj się nie dać wciągnąć w tę spiralę nagonki. Nie musisz mieć decyzji na już, a najlepiej na wczoraj. To nic złego, że wciąż się zastanawiasz, co robić dalej i analizujesz możliwe opcje. Przynajmniej są większe szanse, że dokonasz świadomego, przemyślanego wyboru.

Daj sobie tyle czasu, ile uznasz za słuszne. Nie postrzegaj tego jako bezczynnego siedzenia (ale też nie dopuść, żeby tak było, uczciwie!). Więcej czasu zmarnują ci, którzy wybiorą coś pochopnie albo na chybił-trafił, a potem będą zaczynać od zera.

Rada 2: Pomyśl o „gap year”.

Wbrew pozorom rada nie tylko dla maturzystów! W końcu termin „gap year” jest dość obszerny. Chodzi o przerwę pomiędzy etapami w życiu, trwającą niekoniecznie rok. Kojarzy się to z absolwentami liceum, którzy opóźniają sobie studia, ale tak naprawdę może to zrobić każdy, kto właśnie przechodzi zmiany w swoim życiu. A przecież zawsze wtedy pojawia się mnóstwo pytań „co dalej”.

Zatem jeśli naprawdę nie wiesz, jak pokierować swoim życiem, to zrób sobie pauzę. Krótszą lub dłuższą, w miarę swoich możliwości. Spójrz na wszystko bez emocji, chłodnym okiem. Spędź ten czas na bliższym poznaniu samego siebie.

Weźmy jednak tego naszego opisowego maturzystę. Zamiast iść na losowy kierunek studiów, zrób sobie ten gap year i poznaj trochę świat oraz Twoje możliwości w nim. Boisz się, że będzie to zmarnowany rok? To zależy od Ciebie, czy wykorzystasz go mądrze, czy zaprzepaścisz ten czas. Poza tym – nie martwisz się, że nieprzemyślana decyzja może Cię kosztować więcej niż te 12 miesięcy?

Co możesz robić w tym czasie?

Podróżować. Chyba najpopularniejsza możliwość na gap year. Nawet jeśli nie masz oszczędności na wyjazd, to zawsze zostają różne opcje „work and travel”, jak na przykład au pair. Zyskasz nie tylko wspomnienia na całe życie, ale też szerszy punkt widzenia – w końcu zobaczysz jak to robią gdzieś tam – i poznasz trochę świata. Kto wie, może odnajdziesz swoje miejsce na ziemi?

Pracować. Sporo osób ten czas wykorzystuje po prostu na pójście do pracy. Często jest to pierwsze zetknięcie z zarobkowaniem. Na pewno daje to inne spojrzenie na pewne sprawy, szczególnie na podejście do pieniądza. Jest też to jakieś doświadczenie zawodowe. Istnieje też szansa, że wykonywana praca spodoba Ci się na tyle, że zechcesz związać z nią przyszłość. Albo przynajmniej będziesz wiedział, czego na pewno NIE chcesz w życiu robić.

Podjąć kursy. To też ciekawy sposób na poznawanie rynku pracy czy poszerzanie swoich kwalifikacji. Kurs językowy może pomóc w dostaniu się na zagraniczną uczelnię, ułatwić wyjazd do danego kraju lub po prostu być dodatkowym atutem w CV. Kursy zawodowe – np. barista czy copywriter – to dobra opcja nie tylko dla samego certyfikatu. Można spróbować swoich sił w danej dziedzinie, odkryć nowe możliwości. Wybór jest naprawdę szeroki!

Nic nie robić. Po prostu. Wyłączyć się na jakiś czas. Ale tak twórczo wyłączyć, żeby z tego coś było. Pobyć samemu ze sobą, posłuchać swoich potrzeb. Dopasować do tego opcje i rozważyć „za i przeciw” każdej z nich. Czasem wystarczy tylko zatrzymać się i dopuścić swoje wnętrze do głosu.

Rada 3: Nie układaj życia dla innych.

O presji otoczenia już coś napomknęłam, ale teraz rozwinę. Być może wahasz się nad swoją przyszłością, bo chciałbyś robić w życiu coś, co niekoniecznie spotyka się z powszechną aprobatą. Każdy dookoła lepiej wie, co dla Ciebie dobre. W każdym razie, tak im się wydaje.

Najczęściej to rodzice wyrażają sprzeciw dla Twoich planów i pomysłów na siebie, chcą pokierować Twoim życiem po swojemu. Robią to, oczywiście, z troski, ale czasem przynosi to więcej szkody, aniżeli pożytku. Reszta rodziny, partner, przyjaciele także być negatywnie nastawieni, krytykować Twoje zamiary. Przez to masz wątpliwości, czy warto kroczyć swoją ścieżką, czy może lepiej zastosować się do tego, co mówią inni.

Jeśli czujesz się naprawdę mocno przekonany, to nie pozwól im tego zniszczyć. Chcesz pójść na inny kierunek studiów niż planowałeś dotychczas (lub ktoś Ci planował)? Zamiast uniwersytetu wolisz szkołę policealną albo jakieś studium? A może w ogóle nie chcesz kontynuować nauki, przynajmniej na razie – bo masz inny pomysł (albo brak pomysłu i potrzebujesz czasu)? Skoro ma to prowadzić do osiągnięcia Twojego życiowego celu i satysfakcji, to śmiało!

Rozumiem, że nieraz może być ciężko otwarcie sprzeciwić się oczekiwaniom bliskich. Sama przez to przeszłam. Ale warto zagryźć zęby, znieść kilka kłótni i cichych dni, żeby ostatecznie dążyć do osiągnięcia własnych celów. Jeśli komuś naprawdę zależy na Tobie i Twoim szczęściu, to prędzej czy później zaakceptuje Twój wybór, zacznie Cię wspierać w Twoich postanowieniach. A ci, którzy dalej będą Cię unikać lub potępiać, nigdy tak naprawdę nie chcieli dla Ciebie dobrze.

Boisz się, to oczywiste i zrozumiałe. Jednak to Twoje życie, to Ty masz je układać. Spełniając marzenia czy oczekiwania innych, nigdy nie będziesz żył w zgodzie ze sobą.

Rada 4: Zastanów się nad swoimi priorytetami.

Twoja niepewność może wynikać z braku porozumienia z samym sobą. Odpowiadając na pytanie „co chcę robić w życiu?” trzeba koniecznie ustalić, jakimi wartościami chcesz się kierować i co jest dla Ciebie istotne.

Nawet jeśli wydaje Ci się, że wszystko masz poukładane, to warto zweryfikować swoje poglądy na życie. Może się okazać, że gdzieś po drodze zmieniło Ci się postrzeganie świata, a Ty jeszcze tego po prostu nie odkryłeś. Tak, tak, jest to możliwe. Ja sama tak miałam. Dopiero jak zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać, to zrozumiałam, że to, czym się kierowałam dotychczas straciło na aktualności.

Odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań, szczerze, sam przed sobą. Pamiętaj też, że nie ma dobrych i złych wyborów. Każdy jest Twój, więc jest jak najbardziej zasadny. Bez uczciwej analizy własnych potrzeb nie wypracujesz odpowiedniego planu na życie, który Cię usatysfakcjonuje.

Nawet teraz, z marszu:

• Wolisz dużo zarabiać czy spełniać się w jakiejś zawodowej misji?

• Planujesz założyć rodzinę czy najpierw skupić się na sobie?

• Marzysz o tym, by zwiedzać świat czy lepiej Ci siedzieć w miejscu?

• Dobrze Ci się żyje w Polsce czy raczej chcesz wyjechać na stałe za granicę?

• Liczą się dla Ciebie tytuły, dyplomy, wykształcenie czy fach w ręku?

• Chcesz najpierw poświęcić parę lat na edukację czy jak najszybciej zacząć pracować?

• Chętnie pracujesz w grupie czy jesteś indywidualistą?

• Widzisz się w pracy z ludźmi czy raczej nie?

• Jesteś lepszy w pracy fizycznej czy umysłowej?

To taki początek do głębszej analizy. Nie sugeruj się tutaj tym co „wypada” odpowiedzieć. To ma być Twój wybór, podyktowany szczerymi uczuciami i potrzebami. Gdy już nakreślisz sobie jakiś wstępny obraz, to po pierwsze: łatwiej będzie Ci zagłębić się w swoje wnętrze, wsłuchać się w swój głos, po drugie: zaczną wyłaniać się pierwsze możliwości. Spróbuj pogadać ze sobą, jak zaczniesz, to samo pójdzie. A dzięki temu możesz dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na swój temat i zmienić spojrzenie na świat.

Rada 5: Nie przejmuj się.

Największy banał na mojej liście banałów. Ale, bądź co bądź, to pomaga.

Możesz myśleć, że to Twoja wina, że nie wiesz, co chcesz robić w życiu, bo do niczego się nie nadajesz. Albo zastanawiać się, w czym jesteś gorszy od innych, którzy już pomysł na siebie mają. Albo narzucać sobie jakieś limity czasowe, do upływu których musisz coś wymyślić. Albo zastanawiać się, co Ci wypada zrobić ze sobą, a co nie. Albo wybierać takie ścieżki-gotowce, które gdzieś tam Cię doprowadzą, byle tylko ruszyć.

Jeśli tak myślisz – natychmiast przestań.

To naturalne, że szukasz siebie. Każdy z nas szuka. A jak znajduje jakiś pomysł na życie, to nie raz na zawsze. Nie da się zaplanować wszystkiego od A do Z. Dlatego jeszcze nie raz będziesz musiał się zastanawiać nad swoimi wyborami, celami, priorytetami.

Okej, jak dobrze przemyślisz sprawę i obierzesz satysfakcjonującą drogę, to masz mniejsze szanse na to, by musieć ją zmieniać. Ale nie wszystko zależy od Ciebie. Czasem coś nie wypali, coś okaże się inne, niż zakładałeś. Ty sam jeszcze wielokrotnie się zmienisz pod wpływem różnych czynników i wydarzeń. Dlatego może się okazać, że znów będziesz zmieniać kierunek.

Staraj się nie skupiać na tym, co nie jest zależne od Ciebie. Nie obwiniaj się o to, że się wahasz. W tym nie ma nic złego ani nienaturalnego. Planuj i rób wszystko w zgodzie ze sobą, w momencie, który Ty uznasz za stosowny. Przestań zadręczać się negatywnymi myślami, które nie wniosą nic konstruktywnego, a tylko Cię dobiją. Łap wiatr w żagle i płyń!

Dobra, to tyle moich złotych myśli dla poszukiwaczy.

Mam nadzieję, że osiągnęłam kilka celów. Przede wszystkim przekonałam Cię, że w „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” nie ma niczego złego. Ba, nawet w „mam 25, 30, 40, 50 lat i nie wiem…” nie ma nic złego. Po prostu jesteś w punkcie zwrotnym swojego życia i szukasz dla siebie odpowiedniej drogi.

Poza tym, może zauważyłeś, ale wszystkie rady sprowadzają się do jednego – słuchaj siebie. Brzmi banalnie, ale często o tym zapominamy. Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Każdy indywidualnie musi znaleźć unikatową, niepowtarzalną. To może być trudne, dlatego napisałam ten post. W nadziei, że Ci trochę pomogę lub przynajmniej jakoś nakieruję.

Zatem jeśli jesteś tu, bo wpisywałeś „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, to liczę na to, że już będzie Ci łatwiej się dowiedzieć.

A jeśli trafiłeś tu inaczej, to może też zastanowiłeś się nad tym, czy Twoje życie jest naprawdę „Twoje”. Warto się nad tym chwilę zatrzymać, sprawdzić, czy jesteś tam, gdzie chcesz być.

Zdrajcy Polski – 10 powodów, dla których możesz być jednym z nich

Ostatnio bardzo modne jest tytułowanie innych mianem „Zdrajcy Polski”.

Można się z tym zetknąć wszędzie. Najczęściej oczywiście w internecie, jednak to nie jest jedyne miejsce, gdzie ludzie obrzucają się nawzajem tym stwierdzeniem. Nawet politycy nie patyczkują się w swoich wypowiedziach i wprost określają, kim według nich są zdrajcy Polski. Dlatego postanowiłam zebrać to w całość i wymienić główne zarzuty, które się takim ludziom stawia.

Paradoksalnie, zdrajcy Polski to dość szeroka i zróżnicowana grupa osób. Łatwo też się do niej dostać. Wystarczy mieć inne zdanie.

Zastanawiasz się, czy Ty też kwalifikujesz się do tego miana?

Jeśli przynajmniej jedno z poniższych stwierdzeń do Ciebie pasuje, to jak najbardziej.

1. Nie jesteś katolikiem.

Zaczynamy od razu z grubej rury. To jest chyba najpoważniejsze przewinienie, jakie może nadać Ci tytuł zdrajcy Polski. Wyznając inną religię lub będąc ateistą plujesz w twarz przodkom, depczesz dorobek Polski od 966 roku. Podważając istnienie jedynego prawdziwego Boga, podważasz fundament naszej tożsamości narodowej. Wstydź się.

Oczywiście tutaj też istnieją mniej i bardziej zdradzieccy. Pół biedy, jeśli jesteś chrześcijaninem odmiennego obrzędu. Najlepiej prawosławnego. Te bardziej „wymyślne” mogą spotkać się z mniej przychylnym spojrzeniem, ale większość jakoś to przełknie – o ile nie kwestionujesz przy nich boskości Maryi. W końcu przynajmniej wierzysz w słusznego Boga, nawet jeśli towarzyszą temu inne rytuały.

Spróbuj jednak być Żydem (tfu!), buddystą (tfu!), ateistą (tfu, tfu!), a nie daj Boże muzułmaninem (tfu, tfu, tfu!). Możesz od razu wyjawiać swoje niecne zamiary walki z katolicyzmem, czyli z polskością. Chociaż nie musisz, bo to jasne jak słońce. Żaden prawdziwy Polak nie kwestionuje tego, że królem Polski jest Jezus Chrystus. Tylko zdrajcy Polski mogą temu próbować zaprzeczyć.

2. Uważasz, że Unia Europejska jest całkiem spoko.

Nie musisz być wielkim fanem UE. Wystarczy, że nie jesteś wrogiem. To już kwalifikuje Cię do miana zdrajcy Polski. Cieszysz się z otwartych granic? Podoba Ci się możliwość współpracy międzynarodowej w ramach UE? Twierdzisz, że dzięki funduszom unijnym udało się zrobić kilka nawet fajnych rzeczy? TFU!

Przecież każdy prawdziwy Polak wie, że ta organizacja to niemieckie kondominium, mające na celu zniszczenie naszej cudownej ojczyzny. To zwykła sieć inwigilacji, która chce kontrolować wszystkie aspekty życia w Polsce, a docelowo przekazać ją pod władanie zachodniego wroga. Głównym celem UE jest unicestwienie naszej mlekiem i miodem płynącej krainy, stąd wszystkie sankcje, wymogi, ograniczenia.

Tylko zdrajcy Polski bronią tej zbrodniczej organizacji. Zapamiętaj to sobie. Jak tak Ci się podoba, to won do Merkel!

3. Nie masz nic do uchodźców, uważasz, że trzeba im pomagać.

A może Ty sobie od razu burkę na łeb założysz, kałacha pod pachę i do meczetu? Zgniły zachód wmawia Ci, że te osoby są ofiarami wojny, które potrzebują naszego wsparcia. Wierzysz w to? Naiwniaku, oby Ci bombę podłożyli pod dom, to zrozumiesz, kto miał rację. Przecież to nie są poszkodowani – to oni tę wojnę zaczęli i teraz próbują wykorzystać to, żeby opanować Europę. Głupku.

Tylko zdrajcy Polski współczują brudasom, terrorystom i innym robakom, którzy nadciągają z Bliskiego Wschodu. A prawdziwy Polak wie, że oni chcą zabrać mu jego ziemię, zmusić do przejścia na islam i żarcia kebaba (ok, to ostatnie nie jest taką złą opcją). Chcesz przyjmować uchodźców? To do siebie ich weź, swoim cycem karm. A oni i tak odpłacą Ci kulką w łeb.

Poza tym – chcą nam wcisnąć terrorystów jako rzekome ofiary wojny. A kto nas, biednych Polaków przyjmował, jak nas Niemiec bił? (TYLKO nas) No właśnie, każdy miał to gdzieś, a my se sami poradziliśmy, o! To teraz niech spadają na drzewo.

4. Jesteś nieheteroseksualny lub popierasz takie osoby.

Pod tym pojęciem zamieszczam wszelkie odstępstwa od NORMY, które maja jakiś związek z seksualnością. Jeśli nie jesteś 100% samcem alfa albo kurą rozpłodową, to się lecz. Bo to choroba. Mało tego, choroba, która przyszła ze zgniłego zachodu i cierpią na nią tylko zdrajcy Polski. Prawdziwi Polacy w życiu by się nie splamili jakimiś wynaturzeniami. Tfu!

Nie musisz nawet sam być odmieńcem, starczy, że akceptujesz te odchyły. Jesteś już prawie tak samo winny. Niektórzy wykażą dozę zrozumienia, w końcu dałeś się omamić lewackiej propagandzie. Jednak licz się z tym, że możesz być sądzony z taką samą surowością.

Oczywiście tutaj też są mniejsi i więksi zdrajcy Polski. Jak przebierasz się w damskie ciuszki to okej, abyś robił to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Ale możesz liczyć na łaskawe oko, w końcu to tylko jakieś dziwne zainteresowanie. Gorzej, jak zmienisz płeć. Albo lubisz dziewczynki, sama będąc jedną. Albo nie lubisz nikogo. Albo coś tam. W sumie to chyba wszystkie możliwe opcje nie? Statystyczny Polak i tak więcej nie zapamięta.

Jednak najcięższe przewinienie popełniasz, jeśli…jeśli… nie przejdzie mi przez gardło… jesteś… gejem. Ble, tfu! W końcu jak laska z laską, to jeszcze rozumiemy, nawet fajnie popatrzeć. Ale upodobanie do seksu analnego powinno być karane. Eee… to znaczy tylko, jeśli dotyczy dwóch mężczyzn.

5. Nie uważasz Donalda za złodzieja, agenta i zdrajcę.

Nawet nie musisz go lubić ani popierać. Wystarczy, że jest dla Ciebie po prostu chujowym politykiem (a nie złodziejem, agentem, zdrajcą, komuchem…) albo nie masz o nim zdania. Każdy Polak w sercu powinien mieć nienawiść do Donalda, kryptoniemca i naczelnego zdrajcy.

To on doprowadził nasz piękny kraj do ruiny, a potem uciekł współpracować z Unią, która, jak wiemy, ma na celu unicestwienie Polski. Jak sądzisz inaczej, to powinieneś dołączyć do tego zdrajcy Polski i polskości. Ale już! Inaczej będziecie niedługo grypsować pod celą, jak już uda się prawdziwym patriotom dorwać go i rozliczyć z popełnionych zbrodni.

6. Jesteś feministą lub feministką.

Emancypantki pieprzone się znalazły. W dupach się poprzewracało od dobrobytu. Prawdziwa kobieta to matka Polka. Strażniczka domowego ogniska, piastunka dzieci. Zawsze wierna i posłuszna swemu mężczyźnie, bez którego jest jedynie puchem marnym.

Może Ci się wydawać, że feministą nie jesteś, ale tak naprawdę popierasz ten buńczuczny ruch! Jeśli uważasz, że kobieta powinna mieć prawo do wykształcenia, równego traktowania w pracy oraz wynagradzania lub sprzeciwiania się decyzji ojca i męża, to dałeś się wciągnąć w pułapkę.

Głupim babom się zachciało karier, aborcji i cholera wie, czego jeszcze. Zapomniały, że ich rolą jest rodzenie dzieci oraz zajmowanie się domem. Tak przecież nakazał Bóg! Tylko zdrajcy Polski popierają te idiotyczne żądania feministek.

7. Jesteś lewakiem.

Konserwatywne poglądy polityczne do Ciebie nie przemawiają? Utożsamiasz się z założeniami lewicowymi? Ty się dziwisz, że ktoś nazywa Cię zdrajcą?

Tradycja, wiara, uniwersalne wartości – to uznaje prawdziwy Polak! A nie jakieś wymysły lewaków, ich dżendery, postępy czy tolerancję. Tylko zdrajcy Polski będą temu przyklaskiwać. Przyklaskiwać deptaniu dorobku narodowego i skażeniu go zgnilizną zachodu.

Żaden prawdziwy patriota, żaden wielki wódz narodu, żaden geniusz strategii nie był lewakiem! A już na pewno żaden marszałek!

8. Nie masz rodziny, małżonka, dzieci.

Nie zasługujesz nawet na miano zdrajcy Polski. Jesteś po prostu pasożytem i wrzodem na zdrowym organizmie narodu. Po co Bóg obdarzył Cię płodnością? Jakie dał Ci przykazanie, rolę do spełnienia? Jak śmiesz tego nie dopełniać?

Bezpłodność to nie wymówka. To kara boska. Za mało w Twoim życiu obecności Boga i Chrystusa. Zmień to, odmów ze dwie koronki do bożego miłosierdzia, ze trzy litanie do najświętszej Bogurodzicy. Poproś księdza o błogosławieństwo. A nie, siedzi i rozpacza.

A jeśli nie masz innego usprawiedliwienia, to przyznajemy Ci tytuł zdrajcy Polski. Nie interesuje nas, że nie czujesz się gotowy, że chcesz najpierw poznać świat i coś osiągnąć, a już tym bardziej, że Ci się nie chce rodziny zakładać.

Jak jesteś mężczyzną to jeszcze okej, może przejdzie. Wolny duch, te sprawy. Ale kobieta… co Ty chcesz jeszcze w życiu zdobyć? Twoją jedyną wartością jest mąż i dzieci. Przejrzyj na oczy, a nie wmawiasz sobie, że jesteś kimś więcej niż samicą rozpłodową.

Potem się dziwicie, że niski przyrost naturalny. Zobacz, jak państwo ładnie wynagradza ludzi, którzy przestrzegają fundamentalnych wartości i zakładają rodziny. Bo to są prawdziwi Polacy, a nie zdrajcy Polski, jak Ty.

9. Wybaczyłeś Niemcom.

Brak słów. Po prostu. Niemcy to naczelny wróg od zarania dziejów i tylko zdrajcy Polski twierdzą inaczej. Lub zwyczajnie nie twierdzą tak.

Pod tym pojęciem mieszczą się nie tylko jakieś bliskie związki z tym krajem. Wystarczy, że nie krzyczysz na prawo i lewo o germanizacji, nazistach, którzy próbują do dziś zniszczyć Polskę (patrz: UE) czy też narodowej nienawiści do Niemca już od czasów naszej kochanej Wandy. Albo nie rozpamiętujesz II wojny światowej.

Jeśli nie domagasz się reparacji wojennych od Niemców, nawet tylko dla świętego spokoju, wychodząc z założenia, że lepiej pójść dalej, to tak jakbyś wybaczył im przelaną polską krew. Bezcześcisz tym samym ofiarę milionów dzielnych patriotów, naszych przodków. Pozwalasz na to, żeby świat przymknął oko na te zbrodnie, żeby o nich zapomniał (bo przecież zapomni, jak nie będziesz o tym trąbić). Tak robią tylko zdrajcy Polski. Przykro mi.

A w zasadzie nawet nie, pakuj się i wyjazd, podły folksdojczu.

10. Uważasz, że Smoleńsk to był wypadek.

Powiedz mi jeszcze, że miesięcznic nie obchodzisz. Ty potworze, pomiocie szatana.

Każdy wie, że to zorganizowany przez Putina zamach na życie naszej patriotycznej elity. Ślady są nieustannie zacierane, ale dzielni Polacy ciągle walczą o ujawnienie prawdy – tak samo, jak ze zbrodnią katyńską było.

Spróbuj tylko bąknąć coś o błędach pilotów albo ich zbytniej brawurze. Spróbuj nadmienić o tym, że prezydent długo nie wydał decyzji, ale ostatecznie zgodził się na lądowanie w złych warunkach. Spróbuj chociaż pisnąć, że brakuje jednoznacznych dowodów. NO DALEJ.

Prawdziwi Polacy pamiętają. Prawdziwi Polacy dążą do oskarżenia winnych. Prawdziwi Polacy będą o tym mówić dziesięcioleciami, stuleciami, z pokolenia na pokolenie. I nigdy nie wybaczą, nie przejdą dalej. Jakby to zrobili, to przecież zdeptaliby pamięć o poległych. Poległych, którzy na pewno chcieliby być odgrzebywani i zagrzebywani co parę lat, zamiast spocząć w pokoju.

A o Smoleńsku zapomnieli tylko zdrajcy Polski. Tak, jeśli nie domagasz się wyjaśnienia sprawy, to jakbyś zapomniał o największej tragedii narodowej XXI wieku. Nie zasługujesz na nic innego, jak tytuł zdrajcy Polski.

To co, są wśród nas zdrajcy Polski?

Te 10 powodów najbardziej rzuciły mi się w oczy. Może wy macie jakieś inne? Nie wykluczam, że coś istotnego pominęłam lub nie rozwinęłam należycie, ale oberwać mianem zdrajcy Polski jest tak łatwo dzisiaj, że spisanie wszystkiego mogłoby już być wydane w formie książki.

Ja, niestety, popełniam wszystkie dziesięć zbrodni przeciw narodowi. A Ty?

 

Albania – Świat moim okiem #1

Postanowiłam rozpocząć kolejną serię postów na mojej stronie. Tym razem dotyczyć ona będzie mojej największej pasji – podróży i poznawania świata. Dzisiaj Albania, jeden z krajów, które udało mi się zwiedzić. Wybrałam właśnie ją na pierwszy wpis, ponieważ to tam odbyłam ostatnią większą podróż. Mogę zatem dzielić się przemyśleniami jeszcze, bądź co bądź, świeżymi.

„Szablon” do opisów tworzę teraz, na bieżąco, więc być może będzie on udoskonalony.

1 . Informacje ogólne
Albania

Nazwa: Republika e Shqipërise (pol. Republika Albanii)

Stolica: Tirana

Język: albański

Powierzchnia: 28 748 km² (dla porównania: Polska – 312 679 km²)

Liczba mieszkańców: 3 039 594 (dla porównania: Polska – 38 437 239)

Waluta: 1 lek = 100 qindarek, w obiegu głównie monety powyżej 5 leków (100 ALL = ok. 3,16 PLN)  

Strefa czasowa: zima: UTC +1, lato: UTC +2 (tak samo, jak w Polsce) 

Ustrój: republika

Głowa państwa: prezydent, obecnie Ilir Meta 

Głowa rządu: premier, obecnie Edi Rama

Religia dominująca: islam

Główne narodowości: Albańczycy 89,4%, Macedończycy 4,8%

Hymn: Hymni i Flamurit (Hymn o Fladze)

2. Moja znajomość z krajem

Ilość wizyt: 1

Kiedy i jak długo tam byłam: 20. czerwca – 4. lipca 2017 (równe 14 dni)

Jak się tam dostałam: samolotem

Miejsca, jakie zobaczyłam: Mali Robit, Berat, przejazdem Durres i Tirana

3. Najważniejsze informacje dla turystów

Jaki dokument zabrać?

Wystarczy dowód osobisty, ale warto mieć też paszport. Należy pamiętać, że granice funkcjonują (łatwo zapomnieć w dzisiejszych czasach). Kontrola odbędzie się zatem po obu stronach, w Polsce i w Albanii. Ze swojego doświadczenia dodam, że na lotnisku w Tiranie czeka się godzinami w kolejce do odprawy paszportowej.

Jaką walutę zabrać, kiedy i gdzie wymienić?

Polecam zabrać euro. Polskie złotówki będą tam raczej bezużyteczne.

W Albanii nie ma zbyt wielu kantorów jako takich, zwłaszcza na „osiedlach hotelowych”. Gdzie zatem dokonać wymiany?

Można szukać kantoru (ja żadnego nie widziałam, ale podobno są), większość hoteli także oferuje możliwość sprzedaży euro. Tylko czy to konieczne?

Chyba nie, bo ani razu nie skorzystałam z tych opcji. Dlaczego?

Dosłownie każdy sklep, restauracja, nawet stoisko na bazarku przyjmie od was euro. Resztę otrzymacie najczęściej w lekach, zatem przez jakiś czas problem z głowy. Można też zapytać o wydanie w euro, czasem sprzedawca sam o to pyta, ale nie zawsze, więc jeśli wam na tym zależy, to warto samemu poprosić.

Uważajcie tylko na przelicznik. Obecnie 1 euro to około 134 leki, wahania są nieduże, ale zawsze sprawdźcie aktualny kurs. W większych sklepach czy restauracjach najczęściej kasjer liczy na naszych oczach, potem pokazuje wynik na kalkulatorze i pyta „OK?”. Jednak naciąć się można szczególnie na tych bazarkach. Tam sprzedawcy bardzo lubią zaokrąglać 1 euro do 100 leków. A to już jakieś 25 centów różnicy, czyli 1/4 wartości!

Dlatego nie musicie wymieniać euro w ogóle, ale pilnujcie zawsze przelicznika.

Inne rzeczy, które warto mieć na uwadze.

Autobusy, przystanki, komunikacja publiczna.

W Albanii jest to dość dziwna kwestia. Nie ma rozkładów jazdy, autobusy jeżdżą tak, jak mają akurat ochotę. Przystanki istnieją w teorii, w praktyce przystanek to narysowany na ulicy prostokąt z napisem „BUS”. No okej, w większych miastach (np. Durres) jest też zatoczka, ale nigdzie nie widziałam takiej typowej wiaty, jaką my kojarzymy z przystankiem.

Ja się długo nachodziłam, zanim w końcu zauważyłam ten śmieszny „przystanek”. Ludzie raczej z tego nie korzystają, bo autobus zatrzyma się tam, gdzie o to poprosicie kierowcę lub tam, gdzie człowiek przy ulicy machnie ręką. Da się tak podróżować, tylko trzeba być czujnym i mieć to na uwadze.

Aha, no i też warto wspomnieć o samych „autobusach”. Wielkością przypominają raczej nasze busy i zazwyczaj są wypchane po samą szybę. Mimo to, kierowca nigdy – no może w ekstremalnych przypadkach – nie odmówi wam przejazdu. Nastawcie się zatem na bliskie kontakty z współpasażerami.

Plusem jest za to cena biletu. Są to sprawy groszowe. Na przykład za bilet z Mali Robit do Durres zapłacimy coś koło 60-70 leków, zatem mniej niż 3 zł. No i jak ładnie poprosicie kierowcę, to może was wysadzić nawet pod hotelem – a na pewno bliżej niego, niż mielibyście z któregoś „przystanku”.

Islam.

Jak napisałam w charakterystyce, Albania to kraj z dominującym islamem. Mimo to raczej nie trzeba się tego obawiać.

Po pierwsze, chrześcijan też jest tam sporo, a obie religie zgodnie współistnieją. Trochę więcej o tym napiszę niżej, w przemyśleniach o kraju.

Po drugie, sami muzułmańscy Albańczycy nie należą do ortodoksyjnych wyznawców.

Jeśli kogoś interesuje ta kwestia, to niżej o niej opowiem. Tutaj chciałam tylko zapewnić, że nie ma się czego bać. To znaczy wiadomo, zawsze i wszędzie można trafić na pomyleńców – niezależnie od kraju i wyznania – ale ja nie miałam niemiłych sytuacji na tym tle. Chodziłam dużo sama i nikt mnie nie zaczepiał. Na plaży i dookoła hoteli kobiety swobodnie chodzą w kostiumach kąpielowych. Osobiście nie odczułam nijak tego dominującego islamu.

4. Wrażenia turystyczne

Jaki typ wizyty złożyłam?

W Albanii byłam na wakacjach.

Podróż.

Wylecieliśmy samolotem z lotniska we Wrocławiu około 2 w nocy. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny, na miejscu byliśmy mniej-więcej o 5 rano. Z Tirany wystartowaliśmy o 11 lub chwilę po, a w Polsce wylądowaliśmy plus-minus 13.30.

Zakwaterowanie.

Mieszkałam w hotelu Fafa Premium i muszę przyznać, że naprawdę był on premium. Umiejscowiony jest na „osiedlu hotelowym” Mali Robit, jakieś 15 kilometrów od centrum Durres, 35 kilometrów od lotniska w Tiranie. Próbowałam jakoś znaleźć cenę za jedną noc w hotelu, ale udało mi się.

Cena za pokoje dwuosobowe w tej okolicy to około 125-200 zł. Pokoje trzyosobowe to koszt mniej-więcej 120-230 zł.

Atrakcje, jakie widziałam.

Berat

O wizycie w tym mieście pisałam już na blogu.  Ale pokrótce też opiszę tutaj najważniejsze punkty wycieczki, dla spójności notki.

Twierdza w Berat

Bizantyjska twierdza górująca nad miastem. Na jej terenie znajduje się Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przejścia między nimi, obchodzimy cały obiekt dookoła. Warto się tam udać, nawet jeśli nieszczególnie lubicie spacer po ruinach, właśnie dla zapierającego dech w piersiach krajobrazu.

Muzeum Onufri

Znajdujące się w starym monasterze muzeum ikonografii. Zabytkowe wnętrze kryje ogromny zbiór dzieł z różnych epok w dziejach.

Mangalem i Gorica

Dwie zabytkowe dzielnice Berat, rozdzielone rzeką Osumi. Historycznie jedna z nich była prawosławna, druga islamska, ale obecnie ten podział się zatarł. To właśnie dzięki nim Berat dostało przydomek „miasto tysiąca okien”. Architektura małych domków jest unikatowa na skalę światową.

To były najważniejsze punkty mojej wycieczki po Berat. Dokładniejszą relację zainteresowani znajdą tutaj.

Mali Robit

Nie wiem, czy osiedle hotelowe zalicza się do „atrakcji”, ale plaże jak najbardziej. Jak wyglądają tam plaże? Raczej piaszczyste, chociaż są też duże skupiska głazów wcinające się w morze. Część z nich jest na tyle zbita i długa, że stanowi naturalne molo, po którym można się przejść. Wzdłuż plaży są też zbudowane, „prawdziwe” promenady do morza.

Woda w albańskich morzach jest ciepła i przejrzysta. Udało mi się wypłynąć rowerkiem spory kawałek od brzegu, obserwowałam meduzy (inne niż nasze!), białe kraby i inne morskie żyjątka. Fajna przygoda, jak ktoś będzie w Albanii to polecam taką wyprawę!

Sama okolica to skupisko hoteli, knajp i straganów położonych między drzewami. Można wybierać się na dłuższe i krótsze spacery, ale raczej bez celu, bo nie ma zbyt wielu atrakcji. Jeśli szukacie typowo „miejskich” rozrywek, to trzeba będzie pójść na prostokąt BUS i wybrać się do centrum Durres.

Sklepów jako takich też nie ma zbyt wielu, znalazłam jeden market z prawdziwego zdarzenia po drodze na „przystanek”, czyli w miarę zbliżania się do drogi szybkiego ruchu. Nazywa się Conad i przypomina wielkością nasze Dino. Warto jednak wybrać się ten kawałek od hoteli i wszechobecnych stoisk bazarowych, bo tam jest po pierwsze: większy wybór, po drugie: niższe ceny i małe prawdopodobieństwo kantów przy przeliczaniu z euro.

 

4. Prywatne przemyślenia o kraju

Albania a religia

Już napomknęłam, a teraz rozwinę. Albania teoretycznie jest krajem w większości muzułmańskim. Mniejszość chrześcijańska jednak wcale nie stanowi aż takiej mniejszości. 60% osób wyznaje islam, a około 30% stanowią tam chrześcijanie, głównie odłam prawosławny, ale sporo jest też katolików.

Bardzo podoba mi się to, jak te religie zgodnie współistnieją.

Z opowieści rezydenta wiem, że na Boże Narodzenie muzułmanki chodzą do kościoła świętować, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z islamskimi przyjaciółmi święconką, a ci odwdzięczają się, zapraszając ich na uczty w czasie ramadanu.

Wynika to głównie z historii tego dość młodego kraju.

Większość mieszkańców pamięta jeszcze czasy Jugosławii, która walczyła z każdą religią po równo. Burzono i niszczono wszystkie świątynie, niezależnie od ich przynależności. Dlatego chrześcijanie wraz z muzułmanami ramię w ramię bronili zarówno cerkwi czy kościoła, jak i meczetu.

Poza tym sami Albańczycy też nie należą do fanatyków religijnych.

Rezydent opowiedział też o swoim trzydziestoletnim koledze, muzułmaninie, który nigdy nie był w meczecie. Nie uświadczyłam też opatulonej od stóp do głów w burkę osoby. Owszem, widywałam kobiety w chustach, ale to już w miastach, nie w wioskach turystycznych. Jedna z nielicznych, które zapadły mi w pamięć, na oko dwudziestoparoletnia, szła z dwiema „normalnie” ubranymi dziewczynami w swoim wieku.

Akurat w tej kwestii, moim zdaniem, wiele krajów – w tym Polska – mogłaby się sporo od Albanii nauczyć.

Poziom życia

Z tego, co zaobserwowałam, w Albanii jesteś albo bardzo bogaty, albo skrajnie biedny. Nie ma nic pomiędzy.

Jest to charakterystyczne dla gospodarek, które dopiero się budują. Zwłaszcza w krajach postkomunistycznych.

Jednak problem jest wyraźnie widoczny. Albania bardzo stara się, żeby okolice turystyczne (hotelowe, bo przy atrakcjach ciężko z tym walczyć) były jak najmniej narażone na widok ubóstwa, ale gdzieś tam się to przedziera. Nie wspominając już o dużych miastach.

Jeśli chodzi o większe miejscowości, to widok bosej, zniedołężniałej babinki grzebiącej w śmietniku jest czymś powszednim. Każde miejsce skupiające turystów jest okraszone przynajmniej jednym żebrakiem, często kalekim. Na przykład pod monasterem w Artemidze widziałam człowieka bez obu nóg – poruszał się odbijając się rękoma od ziemi. Był też drugi, który siedział pod murkiem i grał na flecie bliżej niezidentyfikowane melodie. Wyjeżdżając poza strefy „reprezentacyjne” miast, na przykład w trakcie przejazdu między dwoma zabytkami, wkracza się na blokowiska, które aż zieją pustką i biedą. Nie odważyłabym się tam zagłębić sama.

Osady hotelowe są nieco od tego izolowane, ale nie uniknęłam całkiem widoku nędzy.

Kilkukrotnie spotkałam chłopca, około dziesięcioletniego, jak krążył z pustym kubkiem między straganami i hotelami. Właściciele zwykle go przeganiali, żeby nie straszył turystów. Do mnie nigdy nie podszedł. Parę razy uśmiechnął się, gdy się mijaliśmy, ale nie zagadał.

Któregoś razu szłam do sklepu i spotkałam go po drodze. Jakiś litościwy restaurator dał mu bułkę od kebaba (musiał to być ktoś z obsługi lokalu, bo była sucha). Chłopak szedł szybko, ale jej nie jadł. Trochę się zdziwiłam, myślałam, że jest głodny. Tak się złożyło, że szliśmy w tę samą stronę. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę z trójką małych dzieci, siedzącą pod drzewem. Dwoje miało po kilka lat, najmłodsze karmiła piersią.

Tak, on niósł tę bułkę dla nich. Sam jej nie tknął. Ciężko jest żebrakom poruszyć moje serce, bo w życiu spotkałam więcej oszustów niż uczciwych ludzi. Ale ten chłopak wyjątkowo mnie ujął.

W drodze powrotnej spotkałam już całą rodzinę. Dzieci piły wodę z fontanny, matka siedziała na niej i patrzyła tępo w przestrzeń.

Dysproporcja między niewielką grupą zamożnych osób, a ogromem ubogich jest naprawdę duża.

Przeciętne wynagrodzenie w Albanii to 380 euro. Ale pamiętajmy, że jest to „przeciętne”. Czyli zawyżane przez tych zarabiających całkiem przyzwoicie. Tendencja jest dobra – Albania otworzyła się na turystykę, co stanowi mocnego kopa dla jej mizernej gospodarki. Jednak obawiam się, że jeszcze sporo czasu minie, zanim powstanie tam tak zwana „klasa średnia”.

Takie rzeczy tylko w Albanii…

Dobra, było ponuro, teraz może coś weselszego. Albania jest dziwna. Strasznie dziwna. Po tygodniu spędzonym tam, już niewiele was zaskoczy.

Słupy elektryczne w środku jeziora? Trust me, I’m engineer.

Ferma drobiu w samochodzie? Byle stał w cieniu.

Wózek „złomiarski” ciągnięty przez konia? Prawie jak dorożka.

Jest też wersja „riksza”, bardzo popularna. Składa się również z wózka „złomiarskiego” oraz… połowy motoru na przedzie. Przy czym na miejscu kierowcy mieści się przeciętnie około trzech osób, a w wózkach nawet osiem i więcej.

Publiczna toaleta czy rezerwat ornitologiczny? Czasem trudno się połapać. Szczególnie, gdy po wyjściu z kabiny widzisz kilkanaście osób robiących zdjęcia ptaków i gniazd na ścianach.

Takie smaczki najbardziej zapadły mi w pamięć, ale prawda jest taka, że tam na każdym kroku trafiacie na paradoksalne – z naszej perspektywy – rozwiązania. Każdy orze jak może.

5. Podsumowanie

Jak oceniam walory turystyczne: 9/10

Jak oceniam inne aspekty życia: 6/10

Czy chciałabym tam wrócić: Myślę, że tak, bo żałuję, że nie zwiedziłam dokładnie centrum Durres i Tirany.

Co polecam zobaczyć: Berat, Durres, góry w pobliżu granicy z Macedonią

Ulubione miejsce: Osiedle tysiąca okien

Miejsce, które mnie zawiodło: monaster w Artemidze – głównie dlatego, że odmówiono nam wejścia, pomimo rezerwacji

Co chciałabym jeszcze odwiedzić: Durres i Tirana

 

Ocena ogólna: 7/10

 

Ps. Dołączyłam do portalu bloglovin, także jeśli ktoś chce mnie zaobserwować, to zapraszam 🙂
Moja strona na Bloglovin

 

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 3.

Poprzednie dwa wpisy z serii „egzaminy eksternistyczne”:

Część 1. – egzaminy eksternistyczne od strony formalnej, najważniejsze pytania i mity.

Część 2. – opisy arkuszy z każdego przedmiotu z moją osobistą oceną, radą.

A ostatni mój post na temat „egzaminy eksternistyczne” będzie zawierał podsumowanie i moje przemyślenia.

Odebrałam już wyniki, dostałam świadectwo, zdałam wszystko! Nie mam nawet żadnej trójki, same czwórki, piątki i dwie szóstki, także jestem z siebie dumna.

Teraz już mogę z czystym sumieniem wypowiadać się w tej kwestii, już nie mówię o tytułowaniu siebie „abiturientka” czy też „absolwentka liceum ogólnokształcącego”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że jeszcze kilka miesięcy temu wiele osób pluło mi w twarz słowami „nie skończyłaś nawet szkoły”. Ale wróćmy do sedna sprawy – egzaminy eksternistyczne.

Najpierw chciałabym spróbować odpowiedzieć na pytanie, które może nasuwać się części z was:

Jak mają się oceny z egzaminów do tych szkolnych?

Wiadomo, że w szkole ma się tak naprawdę trzy lata, żeby zapracować na świadectwo absolwenta. W porównaniu z moimi trzema tygodniami – jest różnica. Trzeba było się mocno spiąć.

Nie ma „dziś mam jedynkę, ale jutro poprawię na piątkę”, nie ma „proszę pani, co mogę zrobić na dodatkową ocenę?”, nie ma „kartkówka mi nie poszła, ale referat dobry napisałam”. Jest jeden dzień, jeden arkusz, jeden sprawdzian, który ma poświadczyć o wiedzy z zakresu całego liceum.

Tak, oczywiście, że można niezdany egzamin poprawiać. Ale zawsze jest to ryzyko, że nawet przedmiot, który lubimy czy tam ogarniamy, może nam nie pójść – bo zły dzień, bo nie te pytania, bo coś się pomiesza. Poza tym jest dość sztywny klucz, w który trzeba się wstrzelić. Egzaminator nas nie zna, więc nie ma co liczyć na jego łaskawsze oko. Jesteśmy tylko my i kilka kartek papieru.

To wszystko mogą być wady dla osób, które:

  • • były z natury „kombinatorami”, zawsze pod koniec roku udało im się jakoś przesmyknąć
  • • lubią wykorzystywać swój urok osobisty i smutne oczka, żeby nauczyciel podniósł im ocenę/zaliczył sprawdzian/różne takie
  • • trudno zmotywować do nauki dużej partii materiału naraz

Dla mnie było to mega zaletą, jak się okazało. Dlaczego?

Zawsze – no dopóki nie poszłam do liceum – byłam świadoma swojej wiedzy i tego, że wykracza „ponad przeciętną”. Nauczycieli różnych spotykałam na swojej drodze, jednak większość była pełna uznania dla mnie, moich możliwości. Jednak nie wszyscy. Sporo moich ocen nie pokrywało się z tym, na co zasługiwałam, co zaraz zresztą pokażę.

Cieszyłam się bardzo, że tym razem głównie to ja zadecyduję o tym, jakie będę miała wyniki z poszczególnych przedmiotów. Wiadomo, był jakiś wpływ też egzaminatora i jego dobrej woli – mógł coś pod klucz pociągnąć albo nie. Ale tak naprawdę to ode mnie zależało, żeby nie musiał się niczego doszukiwać, tylko spokojnie przyznał punkt.

Przyjrzyjmy się moim ocenom – tym z pierwszej klasy liceum (jedynej jaką skończyłam) i tym z egzaminów.

Pierwsze oznaczę na czerwono, drugie na zielono. Przy okazji też pokrótce omówię dodatkowe wrażenia – wiem, były już w części drugiej, ale teraz po otrzymaniu wyników mogę co nieco dopowiedzieć.

Język polski – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Okej, tutaj różnicy nie ma. Wiem jednak, że w drugiej klasie na piątkę z polskiego nie miałabym już szans, nie mówiąc już o końcu szkoły. Dlatego bierzmy też na to poprawkę.

Co do egzaminu – cieszę się, że udało mi się tę piątkę zdobyć, bo miałam mieszane uczucia po wyjściu z sali. Jak wspomniałam, temat nie bardzo mi pasował, obawiałam się trochę wyżej opisanej sytuacji: jestem dobra z jakiegoś przedmiotu, ale nie trafiłam w zadania. Okazało się, że muszę trochę bardziej ufać sobie i swojej intuicji.

Język angielski – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Pierwszy z przedmiotów, gdzie różnica jest dość znaczna. Gwoli ścisłości dodam, że egzamin z angielskiego jako jedyny napisałam na 100%. Tak, spikam dość nieźle, a w szkole nie miałabym co liczyć na szóstkę bez wygranej w konkursie, co najmniej, wojewódzkim. W dodatku denerwowały mnie kartkówki ze słówek, gdzie synonimy nie wchodziły w grę. Mogłam wypisać 5 słówek o podobnym znaczeniu, a nie trafić w to jedno i dziękujemy, do widzenia. Przyznaję, że z tych i innych przyczyn olałam sobie angielski po całości.

Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, bałam się, że zrobię pełno jakichś drobnych, banalnych błędów. Wiecie, literówki, zły szyk zdania itp. Jak widać, tutaj też muszę uwierzyć znowu w swoje możliwości.

Historia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Jednego punktu zabrakło mi do szóstki! Mimo to i tak jestem z siebie dumna. W liceum byłam naprawdę dobra z tego przedmiotu – niektórzy nawet mówili, że najlepsza w klasie – ale pod koniec roku trochę mi się podwinęła noga, gdzieś złapałam tróję, nie do końca uczciwą, dlatego wyszło jak wyszło.

Na koniec szkoły mogłabym spróbować wypracować sobie piątkę, ponieważ w drugiej klasie zmienił mi się nauczyciel przedmiotu. Była to zmiana o 180 stopni na lepsze. Mimo to cieszę się, że moja wiedza tutaj się sama obroniła.

Mam lekki niesmak, bo tak niewiele brakło mi do oceny wyżej. Zdaję sobie sprawę jednak, że to nadal jest ładny wynik. Z historii pamiętam, że wyszłam raczej zadowolona, nawet chyba wiem, gdzie zrobiłam te drobne błędy. Wiem, większość z was pewnie teraz uzna mnie za wariatkę – ma piątkę i jeszcze jej mało. No co poradzę, przerost ambicji chyba.

Wiedza o społeczeństwie – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Sytuacja analogiczna, jak w przypadku historii. Dostałam w liceum czwórkę, ponieważ źle się czułam w dniu ostatniej kartkówki czy odpowiedzi na ocenę, a na drugi dzień nauczycielka (notabene ta sama, co od historii) powiedziała, że jest za późno (do wystawienia ocen były co najmniej dwa dni).

Nie liczyła się moja całoroczna praca, to, że robiłam dodatkowe rzeczy (pisałam chociażby wnioski do sądu w imieniu całej klasy) i to, że miałam wiedzę wykraczającą ponad program. Nie wracajmy już do tego.

Tutaj jest dokładnie tak, jak zakładałam. Na piątkę czułam się wychodząc z sali, piątkę dostałam. Jest w porządku.

Podstawy przedsiębiorczości – liceum: dobry, egzaminy: dobry

To jest koronny przykład na to, że nie powinnam lekceważyć tego przedmiotu. W poprzednim wpisie, gdzie opisywałam egzaminy trochę kpiłam z tego, po napisaniu go także byłam przekonana, że niżej niż bardzo dobry nie zejdę. Co prawda była to sprawa punktu czy dwóch, ale jednak. Widocznie ta czwórka była mi pisana.

Chociaż nadal wolę tę czwórkę, uczciwą, wynikającą z mojej ignorancji, aniżeli tę, którą dostałam w liceum. Nauczycielka (ta sama, co dwóch poprzednich przedmiotów) obiecywała mi szóstkę. Tak, dobrze widzicie. Reprezentowałam wtedy szkołę w konkursie wojewódzkim, generalnie miałam same dobre oceny z prac pisemnych, na lekcji cały czas siedziałam z ręką w górze – dostałam nawet ksywę Hermiona.

A co zadecydowało o mojej ocenie z tego przedmiotu? Logo. Logo firmy, które brzydko narysowałam i dostałam trójkę. Cóż, możecie mnie uznać za przewrażliwioną, ale z perspektywy czasu już jestem pewna, że owa pani po prostu bardzo nie chciała mi dać ocen, na jakie zasługuję. Bez łaski – zdobyłam sobie sama.

Geografia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Nie bardzo wiem, jak to się wydarzyło, że w liceum miałam czwórkę. Przez znaczną część roku słyszałam same komplementy na swój temat, pytania, czemu nie rozszerzam tego przedmiotu. Odpowiadałam nawet na pytania spoza zakresu materiału, po prostu jestem fascynatką geografii. Szczerze, nie pamiętam, co dokładnie zaważyło na mojej ocenie. Pewnie podobnie – jakaś jedna czy dwie gorsze oceny, których nie dano mi już poprawić.

Z egzaminu z tego przedmiotu wyszłam podobnie jak z wosu. I podobnie napisałam. I jest w porządku.

Biologia – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Największe zaskoczenie dla mnie samej i wszystkich dookoła. Ale dla mnie chyba najbardziej.

Owszem, z biologii byłam niekiepska. Z tego zakresu spokojnie zasługiwałam na piątkę, nawet miałam ją mieć, ale… No właśnie, znowu jej nie dostałam.

Tym razem nauczycielka nie chciała się przyznać, że zgubiła mój sprawdzian. W dodatku oznajmiła mi to w chwili wystawienia oceny końcowej (sprawdzian pisałam gdzieś w styczniu albo lutym), zatem nie mogłam nawet go uzupełnić.

Rozumiem, było to też w mojej gestii się upominać o tę ocenę. Raz czy dwa pytałam i zawsze słyszałam „na następnej lekcji”, później gdzieś już to mi wypadło z głowy. I dałam się zrobić na szaro – bo kłóć się w takiej sytuacji, powodzenia.

Natomiast tego, że właśnie z biologii dostanę szóstkę się nie spodziewałam. Przygotowałam się, jasne, wspomniałam też o tym ostatnio. Ale no po prostu… inne przedmioty typowałam do potencjalnych szóstek.

Chemia – liceum: dobry, egzaminy: dobry

Bez zmian – teoretycznie. Praktycznie, znowu, z tej drugiej czwórki jestem bardziej dumna. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że pierwszą zdobyłam bez większego wysiłku.

Na sporą część moich szkolnych ocen złożyły się oceny za sałatkę warzywną (!) czy też referat grupowy o paleniu (swoją drogą mówiłam o korzyściach wynikających z rzucenia palenia, a cała klasa się śmiała… czyżbym nie była autorytetem w tej kwestii?).

Nie wspomnę już o jednym ze sprawdzianów, który pisaliśmy podczas którejś z licznych nieobecności nauczycielki pod opieką wychowawczyni. Nie wiem, na ile celowo, a na ile przypadkiem, ale zostawiła sprawdzian na biurku i wyszła na przerwę… Cała klasa dostała piątki. Także ta czwórka była po prostu nieuczciwa.

Po drugie dlatego, że spodziewałam się dużo gorszej oceny.

O tym też już pisałam – wyszłam z egzaminu zlana potem, chciało mi się płakać i pierwszy raz nie wiedziałam, czy w ogóle zdałam. Podliczyłam gdzieś tam sobie takie „pewne” punkty, nazbierało się ich jakimś cudem 12 i odetchnęłam z ulgą. Otwierając kopertę nieśmiało myślałam o trójce z chemii – w końcu miałam też trochę „prawie pewnych” punktów. A tutaj czwórka. Byłam z siebie niesamowicie zadowolona – nawet nie wiem, czy nie bardziej niż z angielskiego.

Fizyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: dobry

Paradoksalnie też wolę moją czwórkę od tej licealnej piątki. Jest według mnie po prostu sprawiedliwa, ale przede wszystkim dostałam ją naprawdę z fizyki, a nie z… no właśnie, jak to nazwać?

Moja nauczycielka tego przedmiotu w liceum już na pierwszej lekcji oznajmiła nam, że „ona z humanistów nie będzie robić ścisłowców” oraz, że „dobrze wie, że nas ten przedmiot nie interesuje”. Dlatego uznała, że w naszym przypadku sama znajomość teorii wystarczy do zaliczenia. Przez cały rok nie rozwiązaliśmy nawet pół zadania obliczeniowego.

Ktoś powie, że w sumie dobrze zrobiła, bo faktycznie, humaniści i fizyka zwykle się nie bardzo lubią. Sama na początku myślałam podobnie – chce dla nas być miła, nie chce nam dowalać. Dzisiaj myślę, że po prostu uznała nas za debili.

Fakty były takie, że w istocie, teorię znałam bardzo dobrze. Szczególnie astronomię, która była dla mnie fascynująca już odkąd byłam małą dziewczynką. Dlatego jeśli bierzemy pod uwagę tę „fizykę dla humanistów”, czyli czysto teoretyczną, to zasługiwałam na piątkę.

Ale na egzaminie już zetknęłam się z prawdziwą fizyką. Dopiero podczas przygotowywania się zrozumiałam, że po prostu nauczycielka poszła po linii najmniejszego oporu. Bałam się go niesamowicie, bo uwierzyłam, że jestem za tępa, żeby ogarnąć zawiłości obliczeń i wzorów fizycznych.

Na szczęście miałam nieco… bardziej kompetentną nauczycielkę tegoż przedmiotu w gimnazjum i jej lekcje gdzieś tam mi zostały. To mi serio pomogło, były przynajmniej trzy czy cztery zadania, w tym obliczeniowe, gdzie dziękowałam jej w myślach.

Dlatego jeśli bierzemy już pod uwagę fizykę w całej jej okazałości, to czwórka jest jak najbardziej zasłużoną oceną dla mnie. I cieszę się nią bardziej, bo wiem, że sobie na nią zapracowałam.

Matematyka – liceum: dostateczny, egzaminy: dobry

Ha, ha, ha. Szach mat! Przypominam, że egzaminy były z zakresu trzech lat liceum, a pierwsza ocena dotyczy tylko jednej klasy. Teraz ta czwórka wygląda jeszcze lepiej, nie?

Powiem wam szczerze i od serca – matma jest moim głównym nemezis jeśli chodzi o dyscypliny naukowe. Nie dlatego, że jej nie ogarniam. Jak się zmobilizuję, to bez problemów rozwiązuję większość zadań. Matma mnie najzwyczajniej w świecie… drażni. Żeby nie nazwać tego gorzej. Po prostu nie lubię tego robić, nie lubię liczyć, stresuje mnie to. Z tą awersją stara się walczyć moja mama. Jak widać, nawet jej to wyszło.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo naprawdę sporo czasu poświęciła przed moimi egzaminami na zaprzyjaźnianie mnie z matematyką. Było to tym istotniejsze, że – jak wspomniałam – arkusz sprawdzał wiedzę z całego liceum, a ja się zatrzymałam w połowie drugiej klasy.

Jak wyszłam z sali, to wiedziałam tylko tyle, że zdałam. Nie śmiałam jednak prosić o czwórkę, byłam zadowolona po prostu, że zdałam. Tymczasem jest lepiej, niż bym sobie życzyła. Napisałam na 73% i pozostaje mi jedynie modlić się, żeby majowa matura też mi tak poszła.

Informatyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Trudno coś o tym przedmiocie mówić. Większość z was pewnie wie, jak wygląda on w szkole. Tymczasem sam egzamin też jest specyficzny – pisałam o nim w drugiej części. No po prostu, jeśli kojarzysz mniej-więcej pakiet microsoft office, to zdasz. A jak znasz go dość dobrze, to poniżej czwórki ciężko będzie zejść.

Macie już porównanie tego, jak poszły mi egzaminy eksternistyczne, a jak oceniała mnie szkoła.

Według mnie, różnica jest ogromna i to na moją korzyść. Również w przypadku ocen, które są takie same, a nawet gorsze. Zacznijmy jednak od tych lepszych.

Ze zdecydowanej większości przedmiotów mam wyższe wyniki, niż miałam w liceum. Jestem z tego zadowolona tym bardziej, że wiele osób nie rozumiało, dlaczego zrezygnowałam z nauki w tej szkole. Nie wierzyli, że jednym z powodów jest niesprawiedliwe traktowanie mnie. Myśleli sobie:

  • • Ha, dobrze jej tak, kujonka była przekonana, że już wszystko wie, a tu jej utarli nosa.
  • • Przewrażliwiona jakaś, kto by jej tam zaniżał oceny, widocznie uczyć się nie chciało.
  • • Raz dostała dwóję i już płacze. Wariatka, przecież to normalne.

Czy coś w ten deseń, czasem wszystko naraz, czasem jeszcze coś innego. Teraz już mam „na papierze” oceny, na jakie faktycznie zasługuję. Wiem, że zawsze znajdą się tacy, co to ich nie przekona, bo „to nie to samo”, „na farcie”, „w szkole nie ma tak hop siup” bla, bla, bla…

Ale dla mnie najważniejsze jest, że sama przed sobą czuję się dobrze, że ja mam świadomość bycia ocenioną za wiedzę, a nie za ładny uśmiech, mniej bądź bardziej znane nazwisko, duży dekolt lub, co najgorsze, osobiste sympatie i uprzedzenia.

I właśnie dlatego cieszą mnie też oceny takie same lub gorsze.

Po pierwsze – przynajmniej sama na nie zapracowałam, wykazałam się znajomością informacji, a nie ładną sałatką warzywną. Musiałam wszystko sama wyliczyć, rozwiązać, wypisać. Nikt mi nie wstawiał ocen za darmo, nikt mi nie zaniżał wymagań (patrz: fizyka).

Po drugie, byłabym nieziemską hipokrytką, gdybym domagała się najpierw uczciwego ocenienia wiedzy, a potem narzekała, że źle mnie potraktowano. To, co wiedziałam, to napisałam, za to dostałam ocenę. Pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Nie mam ich jednak, bo mam dokładnie to, czego chciałam. Uczciwe, zasłużone oceny. Widocznie nie zapracowałam na piątkę z przedsiębiorczości czy fizyki, ale wolę moją czwórkę niż naciągane piątki.

Dlatego polecam egzaminy eksternistyczne osobom, które myślą podobnie.

Jeśli masz wrażenie, że w szkole ktoś oceniał Cię niesprawiedliwie, tutaj możesz być spokojny – dostaniesz to, na co zasługujesz. Nikt nie patrzy na Ciebie personalnie, liczy się to, co wiesz. Pamiętaj jednak, że to działa w dwie strony. Jeżeli nie zasługiwałeś na swoją czwórkę czy piątkę, to wszystko tutaj „wyjdzie” i nie możesz o to mieć pretensji.

Prawda, czasem zdarzy się gorszy dzień, nie do końca trafiony arkusz.

Jednak na swoim przykładzie zaobserwowałam, że nawet wtedy wiedza po prostu broni się sama. Nieraz byłam niezadowolona z pytań, niepewna odpowiedzi. Obawiałam się, że znacznie obniży to moją ocenę z przedmiotu, szczególnie z tych, które lubiłam. I, jasne, trochę punktów straciłam nie tyle z niewiedzy, ile przy wsparciu zwyczajnego pecha co do zadań.

Na przykład wiem, że na polskim sam fakt, że nie znałam książki „Inny Świat” pozbawił mnie spokojnie minimum 3 punktów. Cały egzamin był dla mnie mocno nietrafiony, rzucałam w autora gromami. Mimo to, przebrnęłam przez niego i poszedł mi bardzo dobrze, nie mogę narzekać na ocenę. Zatem jeśli odpowiednio się przygotujecie – uczciwie! – to spokojnie wyniki będą zasłużone.

To jest właśnie to – nie ma kombinowania, nie ma zrzucania na zły dzień, na katar, na nietrafione pytania. Jeśli porządnie się przyłożycie, pokonacie lenistwo i niechęć, to efekt będzie widać.

Okej, starczy o tych ocenach. Miałam napisać jeszcze kilka innych wniosków.

Odpowiedzmy jeszcze ostatecznie na pytanie – kto może pisać egzaminy eksternistyczne?

Wydaje mi się, że tego jeszcze nie uściślałam. To znaczy napisałam w pierwszej części, że może to być każda osoba dorosła, która dysponuje świadectwem ukończenia gimnazjum bądź ośmioklasowego liceum. Ale jak to się ma w praktyce?

Sformułujmy to pytanie nieco inaczej i rozbijmy na dwie części.

Kto pisze egzaminy eksternistyczne?

Ja sama myślałam, że będą to głównie osoby między gdzieś tak 25 a 30 rokiem życia. Takie, którym coś się wcześniej nie powiodło, które wybrały inną szkołę albo coś im przeszkodziło w kończeniu liceum, a teraz się jednak zdecydowały uzupełnić wykształcenie. Jednocześnie też są na tyle młode, że spokojnie mogą startować od zera. Tak sobie wyobrażałam przeciętnego współtowarzysza zanim podeszłam do egzaminów. Co zastałam na sali?

Istny misz-masz. Naprawdę. Co prawda z niewieloma osobami udało mi się pogadać na tyle, żeby poznać ich sytuację życiową, więc przyczyn, dla których zdają egzaminy eksternistyczne nie poznałam. Dlatego to, co tu wymienię to w większości moje obserwacje i przypuszczenia. Pobawiłam się trochę w socjologa, posłuchałam co nieco na korytarzu, poobserwowałam stałych bywalców, ich stroje, zachowania. Myślę, że można pewne wnioski wyciągnąć z tego.

Przede wszystkim coś, co jest niepodważalnym faktem – faktyczny przekrój wiekowy piszących.

Pełen. Były osoby w moim wieku, jedną koleżankę-rówieśniczkę poznałam bliżej, innych wytropiłam po peselach (spokojnie, patrzyłam tylko na dwie pierwsze cyfry, z czystej ciekawości i w celach badawczych, nie jestem żadnym stalkerem). To mnie trochę zaskoczyło, bo nie myślałam, że aż tylu moich rówieśników tuż po przerwaniu nauki podejdzie do egzaminów. Zakładałam, że raczej odczekają rok lub dwa. Niestety, nie byłam tam żadnym rodzynkiem, bynajmniej!

Widziałam też wiele osób zaledwie rok starszych. Jednego chłopaka trochę posłuchałam i wywnioskowałam, że zmarnował kilka miesięcy w „szkole” przygotowującej do egzaminów (o nich pisałam więcej tutaj), także on też na dobrą sprawę mógł zdawać jeszcze jako osiemnastolatek, na gorąco.

Dalej, roczniki coraz wyższe…

Kilka osób, na oko świeżo po dwudziestce, siedziało i rozmawiało o swoich małych pociechach. Przedział 20-30 lat dominował, ale nie jakoś znacznie. Sporo było osób z roczników ’80 albo ’70. Jedna kobieta, wyraźnie po czterdziestce, serwowała mi za każdym razem lodowate spojrzenie. Szczególnie, kiedy śmiałam się podczas rozmowy z kimś. Albo przeklęłam pod nosem.

Udało mi się trochę porozmawiać z panią, która zbliżała się już do pięćdziesiątki (nie pytałam o wiek, ale wiem z peselu). Była bardzo miła i na każdym egzaminie się uśmiechała do mnie, w przerwach czasem komentowałyśmy arkusze. Trochę zabawnie było omawiać zadania z – bądź co bądź –  sprawdzianu z kobietą starszą od mojej mamy. Nie była ona jednak najstarsza.

Rekord stanowił pewien emeryt, który podchodził mniej-więcej do połowy egzaminów. Chyba część zdawał już wcześniej, bo dzielił się z innymi osobami wrażeniami z niektórych przedmiotów.

Jak widzicie, nie ma limitów wiekowych. Nie tylko na papierze.

Trochę się zdziwiłam, że nie ma jednak jakiejś wyraźnie dominującej grupy wiekowej. Byli dosłownie „reprezentanci” wszystkich – nastolatków, młodych dorosłych, tych w średnim wieku oraz starszych. Ja się nieco obawiałam, że będę widocznie młodsza od reszty, ale tak nie było. Zastanawiałam się też, czy faktycznie ktoś dojrzały zdecyduje się jeszcze uzupełniać wykształcenie, a takich osób było sporo. Cieszy mnie takie zainteresowanie, może za kilka lat egzaminy eksternistyczne nie będą już czymś z kosmosu, tylko normalną, znaną formą kończenia szkoły.

Kwestia strojów – jak na egzaminy eksternistyczne się ubierają zdający?

Dla mnie było dość jasnym, że powinnam wyglądać schludnie i w miarę elegancko. Wiadomo, że nie wskoczyłam w mundurek szkolny, ale starałam się zawsze ubrać dość profesjonalnie. Marynarka czy sweterek, jednolita bluzka pod spód, spodnie dżinsowe lub w stonowanym kolorze, bez dziur. A jak do tematu podeszli pozostali?

Byli tacy, co przychodzili w garniturach lub garsonkach. Byli też ludzie w dresach i koszulkach „PROSTO” czy inne „PLNY”. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny.

Płeć piękna na ogół ubierała się całkiem elegancko.

Sukienka, spódnica, jakieś spodnie + koszula. Było kilka takich, które wyglądały, jakby im się pomyliła droga na wiejską dyskotekę. Wiecie, nerki i płuca na wierzchu. Były też takie, co wracały chyba z Karkonoszy, bo polarek miały idealny na wyprawę po górach. Po niektórych w życiu bym nie powiedziała, że przyszły na egzamin.

Mężczyźni natomiast stawiali głównie na koszulę i spodnie.

Były wyjątki, a i owszem. Od wspomnianych już reprezentantów osiedli w dresach, poprzez satanistów z ubraniami tak podartymi, że ledwo się ciała trzymały, aż po swojskich, przaśnych chłopów w polarkach lub swetrach i sztruksach dziurawych, ale już ze starości.

Jak widać, nie każdy podszedł do tematu tak, jak ja.

Nie chcę tu nikogo oceniać po ubiorze, po prostu dla mnie takie wydarzenie jest poważne, a kwestią szacunku jest dostosowanie swojego wyglądu. Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę bardzo, nic mi do tego. Osobiście nie umiałabym przyjść na egzamin w dresach albo sukience długości tuniki. Mimo to, byli tacy ludzie i nikt im uwagi nie zwracał – przynajmniej nie na głos.

Podzielę się teraz innymi przypuszczeniami oraz obserwacjami odnośnie współtowarzyszy.

Zaznaczam – to są tylko moje wnioski, które wyciągałam na podstawie tego, co widziałam i słyszałam pod salą. Mogę oczywiście się pomylić, coś błędnie odebrać. Chciałam jednak napisać kilka spostrzeżeń, jeśli kogoś zainteresują inne aspekty życia zdających niż wiek.

Żeby uniknąć możliwie jak najbardziej błędów w moim rozumieniu, postanowiłam nie opisywać nikogo personalnie (nie przypisywać zaobserwowanych cech, usłyszanych wypowiedzi konkretnej osobie), a wyszczególnić kilka charakterystycznych grup spośród widzianych przeze mnie ludzi. Bierzcie to jednak z dystansem, ok?

To z kim ja się zetknęłam, zdając te egzaminy eksternistyczne?

• Młodzi, najczęściej jeszcze-nastoletni lub ledwo-nie-nastoletni buntownicy.

W trampkach, kraciastych koszulach i podartych spodniach. W uszach obowiązkowo słuchawki, czasem wystukują rytm, trzęsąc przy tym całą ławką i ludźmi dookoła. Nierzadkie są też dodatki – naszyjniki czy bransoletki, zwykle z jakimś kontrowersyjnym symbolem. Patrzą na świat z góry i to tylko wtedy, kiedy zarzucą włosami na tyle, żeby coś zobaczyć. Szkoła to dla nich przeżytek, szkoda na nią czasu. Chcą zdać te egzaminy dla świętego spokoju, bo każdy się ich czepia o brak wykształcenia. Dla nich samych nie ma to większego znaczenia – jebać system.

• Bananowe dzieci. Too cool for school.

Grupa osób w większości ściśle około dwudziestki, nawet przed. Siedzą pod salą znudzeni, przeglądając internet na najnowszym ajfonie. Ubrani oczywiście zgodnie z nakazami obecnej mody: dziurawe spodnie, adidasy, bluza lub sweter oversize. Każdy chyba ma wodę w piwnicy, patrząc na ich nogawki. Przyszli tutaj tylko dlatego, że tatuś im nie da pieniędzy/zabierze samochód/nie kupi nowego ajfona/każe iść do pracy, jeśli nie skończą liceum. No to przyszli, jak już stary sobie wymyślił jakieś egzaminy eksternistyczne, matury, studia… przynajmniej truł nie będzie i dwie stówki rzuci.

• Bananowe żony.

Podkategoria podobna do tej wyżej, z tym, że tutaj w rolę tatusia wciela się mąż. Reszta mniej-więcej bez zmian. Nawet w kwestii stroju, bo niezależnie od wieku, ubrane są jak nastolatki.

• Romeo i Julia.

Chociaż egzaminy eksternistyczne częściej pisała Julia. W skrócie chodzi o panienki, które dla swoich wielkich miłości rzuciły szkołę i wyjechały w siną dal. Romeo często im towarzyszy, wtedy siedzą przyklejone do niego. Z ogromnym bólem odrywają się na czas egzaminu. Jeśli akurat go przy nich nie ma, to siedzą z telefonem w ręku, piszą/mówią mu jak bardzo tęsknią. Generalnie trudno podjąć z nimi rozmowę, która nie sprowadzi się do jednego tematu – tak, domyślacie się jakiego. Mnie pozostaje tylko mieć nadzieję, że albo Romeo okaże się tym jedynym, albo przynajmniej zdadzą te egzaminy.

• Świeżo upieczeni rodzice.

Ludzie po dwudziestce, którym niedawno przyszło na świat potomstwo. Zwykle jest to mniej niż rok. Najczęściej to jest właśnie powód, dla którego piszą egzaminy eksternistyczne, a nie chodzą do szkoły. O dziwo, grupę reprezentują zarówno mamusie, jak i tatusiowe – co mnie cieszy. Jeśli akurat nie dzwonią się zapytać, jak tam ich pociecha się miewa, to opowiadają o niej ludziom naokoło. W pewien niejasny dla mnie sposób przedstawiciele potrafią wyczuć siebie nawzajem. Wtedy dopiero bawią się świetnie – rozmawiają o ząbkach, kaszkach, pieluszkach, pokazują sobie zdjęcia swoich skarbów. Egzaminy są dla nich drugorzędne – ale w sumie reszta świata też jest przesłonięta ich małym słoneczkiem.

• Dresiarze.

Obu płci. Znakami charakterystycznymi są, jak sama nazwa podpowiada, dresowe spodnie. Oprócz tego często występuje za duży T-shirt i bluza, fajnie jak mają dobry brand czy tam label. Zdarzy się też jakaś czapka, wtedy zdejmują ją dopiero po upomnieniu ze strony komisji. Najczęściej to oni spóźniają się na egzaminy lub wchodzą na nie ostatni. Można ich rozpoznać również po pozie: rozwaleni luzacko na ławce lub krześle, patrzą przed siebie z cwaniackim uśmieszkiem, rączki obowiązkowo w kieszeni. Nierzadko ich szczęki pracują na pełnych obrotach – mieląc gumę – ale nie przeszkadza to zazwyczaj w szczerzeniu się do otoczenia.

Co robią na egzaminach? Trudno powiedzieć. Raczej nie chodzi im o dokształcanie samo w sobie. Jedną z moich teorii są, podobnie jak u bananów, rodzice, którzy w taki czy inny sposób namawiają swoje dziecko do ukończenia liceum. Podejrzewam też, chociaż to mniej prawdopodobne, pracodawcę, który postawił im warunek uzupełnienia wykształcenia. Ciężko to rozgryźć w tym przypadku.

• Szlachta.

Ludzie przeciętnie w okolicach czterdziestki, chociaż zdarzają się i nieco młodsi. Z różnych przyczyn nie ukończyli szkoły w swoim czasie, ale teraz chcą to nadrobić. Może chodzić o lepszą pracę, wyjazd za granicę lub zwykłe ambicje. Równie prawdopodobne jest to, że mają dość dzieci, które, na wzmiankę o tym, że mają się uczyć, odpowiadają „ale Ty też nie masz wykształcenia!”. Od reszty osób w ich przedziale wiekowym odróżnia ich jednak wyraźny kompleks odnośnie nieskończonego liceum, niepełnego/gorszego wykształcenia. Starają się nadrobić to ubiorem, zawsze się odwalą jak mysz na dożynki albo szczur na otwarcie kanału. Dumnie trzymają głowę w okolicach sufitu i wodzą wzrokiem po reszcie.

Spróbuj zachować się „nieodpowiednio”, w ich mniemaniu. Takiego zimna, jakim Cię zmierzą, nie poczujesz na Antarktydzie. Rzadko z kimś rozmawiają, a jeśli już, to są to wypowiedzi do przesady sztuczne i pompatyczne. Zdarzy się również komentarz, o który nikt ich nie prosi. Wygłoszony jest obowiązkowo z dumą, wyższością i pogardą. Szczególnie wyczuleni na młodszych od nich, uważają się za bardziej doświadczonych życiowo. Oni nie zawalili szkoły z lenistwa, a mieli poważne powody. Nie to co Ty, szczylu!

• Ciotki i wujkowie.

Osobniki w wieku średnim, które jednak – w przeciwieństwie do reszty – nie przyszły na egzaminy eksternistyczne w celu leczenia kompleksu niższości. Dużo rozmawiają, w zasadzie zagadują kogo tylko się da. Często znajdują wspólny język z kimś ze swojej grupy, ale też zdarza się, że dobrze im się gada z młodszymi. Pomimo to, nie są moralizatorami, nikogo nie oceniają, nie uważają się za lepszych tylko z racji wieku. Podtrzymają na duchu, nie szczędzą ciepłego słowa. Tacy opiekunowie czy strażnicy zgromadzonej gawiedzi.

• Nie-wiem-co-tu-robię.

Tutaj nie ma nawet przybliżonej kategorii wiekowej. Charakterystyczne cechy łączące wszystkich przedstawicieli to: wygląd świeżo z łóżka, wbieganie tuż przed czasem, łażenie w tę i z powrotem bez wyraźnego celu, rozglądanie się z przerażeniem, nerwowo, jakby szukając pomocy. Która jest godzina? Za ile się zaczyna? Naprawdę trzeba pisać czarnym długopisem? Muszę pokazywać dowód na każdym egzaminie? Gdzie mogę zostawić kurtkę? Dlaczego nie mogę wnieść wody? Trzeba oddać telefon? Po co?…

To są takie najpopularniejsze typy osób zdających egzaminy eksternistyczne.

Jasne, że jest to przerysowanie, trochę podśmiechujki. Ale po trzech tygodniach obserwacji wydzieliłam sobie takie grupy spośród otaczających mnie osób. Niektóre dałoby się dopasować do kilku z nich. Inne oczywiście do żadnej. Chciałam tym zestawieniem z przymrużeniem oka zwrócić wam jednak uwagę na to, że naprawdę różny przekrój społeczny można spotkać pod salą egzaminacyjną.

A teraz inaczej – komu ja polecam egzaminy eksternistyczne?

Wiadomo, są dla każdego. Ale komu polecam tak bardziej?

• Osobom, które w swoim czasie nie skończyły liceum.

Czyli edukację zakończyły na podstawówce/gimnazjum albo wybrały inny typ szkoły ponadgimnazjalnej. Dość oczywiste, ale chciałam wymienić dokładnie wszystkich. Poza tym jest tu coś wartego uściślenia. Nieważne, czy masz lat 19, czy też 40 – nigdy nie jest za późno na to, żeby uzupełnić wykształcenie. Co innego jest jednak istotne – chęci. Szczere chęci.

I nie mam na myśli tylko zapału do nauki, chociaż oczywiście to też. Zanim zdecydujesz się przystąpić do egzaminów, proszę, zastanów się, dlaczego chcesz to zrobić. Żeby zaimponować rodzinie, znajomym? Żeby zarabiać więcej pieniędzy? Żeby wyleczyć kompleksy? Czy dlatego, że naprawdę chcesz skończyć liceum?

Nie zrozumcie mnie teraz źle – inne czynniki, takie jak lepsza praca czy szacunek otoczenia też są istotne.

Ale nie mogą one być jedynymi powodami, dla których chcecie zdawać egzaminy eksternistyczne. Jeśli nie zrobicie tego po prostu dla siebie, z potrzeby wewnętrznej, to nic z tego nie będzie.

Okej, nawet jeśli je zdacie, to może się zdarzyć tak, że nie rozwiąże to waszego problemu. Znajomi dalej patrzą z góry, bo „jakieś lewe świadectwo”. Oferty pracy nadal beznadziejne, okazuje się, że bez doświadczenia czy matury wciąż zarobicie grosze. Dalej czujecie się gorsi od innych, a przecież macie już to świadectwo. Frustracja murowana i na co to wszystko?

A jeśli naprawdę chcecie, sami dla siebie, tego wykształcenia, to będziecie się cieszyć niezależnie od reakcji otoczenia i czynników zewnętrznych. Wasza samoocena podskoczy, w końcu macie nowy powód do dumy – daliście radę, zdaliście egzaminy eksternistyczne, skończyliście szkołę. Dalej samo pójdzie.

Także w skrócie:

Polecam to osobom, które nie skończyły liceum „w terminie”, ale tylko jeśli bardzo zależy im na posiadaniu tego „średniego”. Nie róbcie tego dla innych, tylko dla siebie.

• Osobom, które przerwały naukę w stacjonarnej szkole lub planują to zrobić.

Mam na myśli swoich rówieśników, którzy z różnych przyczyn chcą zrezygnować ze szkoły. Powody mogą być różne, najróżniejsze, ale postaram się trochę to uogólnić i wyodrębnić dwie podgrupy:

→ Ludzie, którzy rzucili szkołę, bo uważają, że nie jest im ona potrzebna/nie chce im się po prostu tam chodzić.

Od razu mówię, ja was nie chcę tu umoralniać. Kim ja jestem, żeby się do tego zabierać? Brzmi to dziwnie, że polecam egzaminy eksternistyczne osobom, którym na wykształceniu nie zależy. Szczególnie, że przed chwilą sama pisałam o szczerych chęciach. Zaprzeczam sama sobie? Nie do końca.

Na pewno będąc w takiej sytuacji słyszycie – głównie od starszych, ale zdarza się też od rówieśników – coś w stylu: marnujesz sobie życie, jeszcze będziesz żałować, że nie masz wykształcenia bla, bla, bla… Wiem, to męczące, zwłaszcza, że przecież sam wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. I masz rację, nikt nie może za Ciebie decydować, ale… Może jednak się nad tymi egzaminami zastanów?

Nie tylko jako były licealista – jeśli nie interesuje Cię wykształcenie ogólne, to są też zawodowe, o których tylko wspomniałam w pierwszym wpisie, bo o nich wiedzy nie mam na tyle, żeby mówić. Ale są też takie, możesz poszukać więcej informacji.

Zanim przewrócisz oczami albo uznasz, że się Ciebie czepiam, to proszę, pomyśl chwilę.

Zastanów się nad kilkoma rzeczami.

Po pierwsze, co zamierzasz robić po przerwaniu nauki? Pewnie odpowiesz, że iść do pracy. Może nawet wyjechać za granicę. Fajnie, ja wiem, że my, młodzi, często myślimy tu i teraz, ale pójdźmy kilka, kilkanaście lat do przodu, okej? Tak hipotetycznie.

Bez wykształcenia prawdopodobnie czeka Cię praca fizyczna. Zdarza się inaczej, jakiś fart, własny biznes i tak dalej. Ale niestety, dojmująca większość zostaje tak zwanymi fizolami. Póki jesteś młody i sprawny, to wszystko gra. A teraz zastanów się, jak długo będziesz w podobnej formie? Zwłaszcza po wieloletnim tyraniu od świtu do nocy. Po paru, parunastu latach zostaniesz stopniowo wymieniony na nowszy model, a o inną robotę będzie trudniej z każdym kolejnym rokiem. Okej, ktoś może docenić doświadczenie, ale niestety znacznie częściej w typowych pracach fizycznych bardziej liczy się siła, zręczność i wiek.

Dobra, teraz załóżmy, że jednak uda Ci się utrzymać tę samą pracę przez wiele lat, może nawet do emerytury. Wyobraź sobie, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. Wstajesz. Idziesz do pracy. Wykonujesz te same czynności, już mechanicznie. Wracasz do domu. Jesz obiad. Oglądasz serial. Jesz kolację. Idziesz spać. I tak w kółko. Od zawsze na zawsze to samo stanowisko, obowiązki. Ten sam zakład. Wakacje z rodziną w Rewalu czy innym Władysławowie jako odskocznia od codzienności. Tak chcesz żyć?

Jasne, trochę przejaskrawiam.

Ale prawda jest taka, że większość tego typu prac nie ma perspektyw. A jak już się gdzieś tam utknie, to ciężko się wygrzebać. Nie mówię tutaj, że wykształcenie gwarantuje pracę pełną rozwoju, podobnie nie neguję, że i bez niego uda się trafić na ciekawe zajęcia. Patrząc czysto statystycznie niestety częściej to fizyczne zajęcia są mniej perspektywiczne.

Pewnie, powiesz mi, że „Ty nie jesteś wszyscy” i „Tobie na pewno się uda wstrzelić w ten mniejszy procent”. Przykro mi, ale każdy tak myśli. A jednak tę większość ktoś musi stanowić. I życzę Ci jak najlepiej, ale naprawdę szanse masz nieduże.

Istnieje szansa, że jesteś młodym biznesmenem.

Masz super pomysł, czujesz się urodzonym handlowcem, a przecież do tego nie potrzeba wykształcenia. Ważniejszy jest łeb na karku. Tu się zgadzam. Jednak znowu mam swoje „ale…”

Problemem, który nasuwa się jako pierwszy jest kapitał początkowy. Czy masz? Czy na pewno wystarczający? Jeśli nie masz, to pewnie chcesz zarobić – oblicz uczciwie, ile zajmie Ci zebranie go. Nie, nie chcę Cię zniechęcić. Chcę trochę ostudzić Twój zapał, żebyś podejmował swoje decyzje rozsądnie.

Dobra, masz już pieniądze. Ale czy naprawdę masz talent do biznesu? Czy Twój biznesplan jest realny, oryginalny i dopracowany? Możesz się boleśnie przekonać, że przeceniłeś swoje możliwości. I zostać z niczym, dosłownie. Poza tym nawet najlepsza firma z najlepszym zarządcą może zostać wręcz zdmuchnięta na skutek niesprzyjających okoliczności. Pojawienie się konkurencji, zmniejszenie zainteresowania usługą, nietrafiony wybór lokalizacji, brak solidnych pracowników, awaria sprzętu i konieczność jego wymiany, splajtowanie hurtowni… to tylko niektóre z możliwych przeszkód. Przeanalizowałeś dokładnie ewentualne zagrożenia i rozwiązania potencjalnych problemów?

Starczy o tej pracy. Przejdźmy do „po drugie”.

Po drugie, pomyśl o… bliskich. Tak, sama pisałam wyżej, żeby nie zdawać tych egzaminów dla kogoś, a jedynie dla siebie. Ale… tak znowu, mam „ale”.

Najpierw polećmy klasycznie – rodzice, dziadkowie, którzy niepokoją się o Twoją przyszłość. Myślisz, że im chodzi tylko o wtrącanie się w Twoje życie i układanie go po swojemu. Tymczasem oni po prostu boją się, że będziesz mieć całe życie pod górkę, że kiedyś zostaniesz z niczym – a na dodatek bez wykształcenia.

Taka jest prawda, nawet skończone tylko liceum już wiele ułatwia. Na przykład w Niemczech – do niektórych ofert, jakie przeglądam, wymagają po prostu wykształcenia, matury, szkoły. Nawet nie skończenia studiów albo specjalistycznych, profilowanych placówek. I samo liceum już sporo zmienia, w proponowanych stanowiskach i, oczywiście, w wynagrodzeniach.

Zastanów się, jaką wartość ma dla Ciebie rodzina.

Nie znam Twojej sytuacji, więc nie mogę z całą pewnością tego stwierdzić, ale założę, że masz mamę lub tatę, którzy się o Ciebie troszczą. Albo babcię, dziadka, ciocię, wujka. Kogoś bliskiego, komu na Tobie zależy. Jakąś osobę na pewno masz – nawet jeśli twierdzisz inaczej!

Pomyśl o nich. Wiesz, ile może im przykrości i zmartwień przysporzyć Twoja rezygnacja z nauki? Powiesz, że to Twoja sprawa i nie będziesz dawał im grać sobie na uczuciach. Masz rację. Ale kochasz mamę (tatę, babcię…), prawda? Chciałbyś, żeby była szczęśliwa, spokojna o Ciebie, dumna z Ciebie. Możesz to bardzo łatwo zrobić. Tak naprawdę, co Ci szkodzi spróbować? Na pewno to docenią.

Teraz znów skoczmy do przodu…

Twoja rodzina, założona przez Ciebie. Może już powstaje – jeśli masz chłopaka lub dziewczynę, to już można podciągnąć pod zalążek. Zakładam, że jesteś osobą odpowiedzialną, która jest gdzieś tam psychicznie gotowa na ewentualną nieplanowaną ciążę. O ile zdecydujesz się na urodzenie dziecka – lub Twoja dziewczyna się na to zdecyduje – to musisz być w stanie zabezpieczyć je finansowo.

Wiadomo, że w takich chwilach często właśnie rzuca się szkołę i idzie do pracy, ja jednak zachęcam do bardziej perspektywicznego myślenia. To powinno być rozwiązanie doraźne. Już nawet pomijając kwestie finansowe. Chyba chcesz, żeby Twoje dziecko mogło brać z Ciebie przykład. Chcesz być dla niego autorytetem, wzorcem. Okej, możesz nim być niezależnie od wykształcenia. Ale nie zdziw się, jak któregoś dnia usłyszysz „Ty nie skończyłeś głupiego liceum, nie mów mi jak mam żyć” albo „Dlaczego ja mam chodzić do szkoły, skoro Ty nie chodziłeś?”.

Tak, nie namawiam Cię do zdawania tego dla innych.

Nadal musisz to zrobić w zgodzie ze sobą. Tylko pomyśl, co Ci szkodzi podejść do tych egzaminów i mieć święty spokój. Z pracą zarobkową to nie koliduje. Możesz zdawać po kilka egzaminów w sesji. Nawet jak masz mieć same dwójki albo podejść do któregoś dwa razy, to co? Uwierz mi, że jesteś w stanie spokojnie zaliczyć wszystkie przedmioty chociaż na te 30%.

A tak po pierwsze Ty będziesz mieć już spokój, skończy się słuchanie tego biadolenia. Po drugie, rodzina będzie spokojniejsza. Po trzecie, jeśli Twój pomysł na życie kiedykolwiek nie wypali lub się coś popsuje, to zawsze masz już chociaż liceum skończone. Może nigdy Ci się to nie przyda, ale co jeśli jednak? Może warto mieć taką furtkę awaryjną?

I tak gwoli ścisłości – sama reprezentowałam raczej drugą grupę, o której zaraz.

Ale szczerze mówiąc, pisałam te egzaminy też po części dla świętego spokoju. Ja sama jakoś bym się bez tego papierka obyła, nie był mi on niezbędny i tak naprawdę gdyby nie dwie rzeczy, to bym olała sprawę. Pierwszą z nich było to, że już zaczęłam liceum i szkoda było mi zaprzepaścić całkiem te półtora roku męczarni.

Drugą było otoczenie, zwłaszcza najbliższe. Chciałam, żeby nikt nigdy już się ani do mnie nie przyczepiał o brak wykształcenia, ani nie martwił się, że zostałam niewyedukowanym cieciem. Także widzicie, zrobiłam to na pozór dla nich, a tak naprawdę dla siebie – bo chciałam, podkreślam, chciałam, żeby nikt mi nie mógł nic zarzucić.

Wolałam już zdać te egzaminy eksternistyczne i mieć świadectwo, potem maturę.

Chociaż nie mam nawet zamiaru iść na studia. Ale uznałam, że może kiedyś mi się zachce dalej kształcić, poza tym lepiej teraz zrobić niż później żałować, że zaniedbałam. Przyda się, nie przyda się – ale w razie czego jest. Zastanówcie się, czy nie warto w waszym przypadku postąpić podobnie.

→ Ludzie, którzy chcieliby się wykształcić, ale z jakichś przyczyn nie mogą się uczyć w dotychczasowej szkole.

To jest ta grupa, do której ja należę – przynajmniej w większości. W chwili pójścia do liceum, bardzo chciałam mieć dobre oceny, zdać maturę i pójść na studia. Niestety bądź stety, szybko mnie zniechęcono do wszystkiego – do szkoły, do życia i do siebie. Mówię „stety”, bo przynajmniej dzięki temu przewartościowałam sobie świat i znalazłam nowe priorytety, cele do realizowania. A „niestety”, ponieważ bardzo odbiło się to na mojej psychice i postrzeganiu swojej osoby. Nie będę teraz się już nad tym rozwodzić – jeśli kogoś zastanawia, dlaczego tak źle się tam czułam, to zapraszam tutaj.

Zdaję sobie sprawę, że takich osób jest więcej.

Wszystkim, którzy nie chcą lub nie mogą kontynuować standardowej edukacji szkolnej polecam bardzo egzaminy eksternistyczne. Wiem, jak bardzo można nienawidzić tego miejsca. Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie, ja sama długo szukałam. Dla mnie akurat to były egzaminy eksternistyczne. Ty oceń sam lub sama, być może te informacje jakoś Ci w tym pomogą.

Szczególnie egzaminy eksternistyczne polecam tym, którzy czują się niesprawiedliwie oceniani. Powody wymieniłam wyżej.

Szkoda zdrowia na toksyczne miejsca, jeśli można ich uniknąć. Ale też jest to wyjście dla osób, które z innych przyczyn nie mogą lub nie chcą dalej chodzić do swojej szkoły, a chciałyby mieć wykształcenie średnie. Warto spróbować! To naprawdę dogodny sposób na ukończenie szkoły, a daje takie same efekty, jak chodzenie przez trzy lata do liceum.

Na koniec chciałabym jeszcze omówić kwestię, którą chyba pominęłam w poprzednich częściach, a spotkałam się kilkukrotnie z pytaniami odnośnie niej. Mianowicie:

Czy matura osoby, która zdała egzaminy eksternistyczne różni się czymś od „normalnej”?

Nie. Absolutnie niczym. No, co najwyżej tym, że wypełniamy trochę inną deklarację. Poza tym podchodzimy do tego samego egzaminu, ba, nawet w towarzystwie „rocznikowych” maturzystów – OKE przydziela nas do szkoły w naszej okolicy (jeszcze nie wiem dokładnie jak – na jakiej podstawie itp. – ale będę uzupełniać te informacje) i zdajemy razem z jej absolwentami.

Oprócz tego warto zaznaczyć, że dużo częściej będziemy posługiwać się świadectwem dojrzałości, niż ukończenia liceum. Także to wyniki matury są istotniejsze, a najczęściej same egzaminy eksternistyczne są jedynie furtką, która umożliwia przystąpienie do niej.

Jest to szczególnie ważne dla tych z was, którzy boją się komentarzy w stylu:

„Jakieś dziwne to świadectwo, nie wiadomo, co on tam pokończył, to nie to samo, co normalna szkoła”… Okej, świadectwo „inne” (oczywiście tak samo wartościowe, ale wiadomo, że znajdą się sceptycy), ale matura już taka sama, jak wszystkie. To powinno zakończyć dyskusję. Jeśli nie, to już znaczy, że mamy do czynienia z kimś, kto zawsze będzie wszystko kwestionował, wykpiwał i umniejszał. Tak po prostu. I szkoda czasu na dalszą rozmowę.

Dobra, kolejny post-tasiemiec, ale chyba wyczerpałam temat „egzaminy eksternistyczne”.

Jeśli jednak coś będzie dla was niejasne albo o czymś nie wspomniałam, to zapraszam do pisania w komentarzach, na wszystkie odpowiem! A jeśli nie chcecie pytać publicznie, to napiszcie na maila: feedyoustrawberries@gmail.com

Mam nadzieję, że ta seria pomoże komuś w podjęciu decyzji, czy pisać egzaminy eksternistyczne albo przynajmniej wyjaśni, czym te egzaminy eksternistyczne są. Z mojej strony na ten moment to wszystko.

Małym uzupełnieniem będzie wpis o deklaracji maturalnej, jaką złożyłam i co nieco o procesie jej przetwarzania, jednak to za jakiś czas. Niedawno ją dopiero wysłałam, także niewiele teraz mogę powiedzieć, a chciałabym stworzyć o tym jeden, ale za to konkretny post.

Tymczasem znikam! Do następnego!

 

 

Germanizmy – nawet nie wiesz, kiedy szprechasz.

Germanizmy – słowo mające w świadomości Polaków wydźwięk jednoznacznie negatywny. Ciężko się temu dziwić, biorąc pod uwagę miejsce, jakie zajmuje w naszej historii germanizacja. Jednak należy pamiętać, że jest to z zasady termin neutralny, podobnie jak anglicyzmy (nie trzeba chyba tłumaczyć), latynizmy (zapożyczenia z łaciny) czy galicyzmy (wyrazy pochodzenia francuskiego). Ponadto warto mieć na uwadze fakt, że pojawiały się one w naszym języku na długo przed zaborami. Ba, najwięcej z nich przyszło do nas między XIII a XVI wiekiem. Po prostu, ten język był wówczas „modny”, podobnie jak dzisiaj angielski.

Co zmotywowało mnie do napisania takiego wpisu?

Nie będę ukrywała – przede wszystkim osoby prezentujące jedną z poniższych postaw (lub ich mieszankę):

Pluję Niemcom w ryj, nie będę się uczył języka zaborcy!

Czyli ci, z którymi styczność najczęściej miałam w szkole. Dokładnie ta sama grupa, która mnie wyzywała od volksdeutschów z tego względu, że miałam okazję dość dobrze nauczyć się szprechać. Oni bojkotowali naukę niemieckiego z zasady, bo zaborcy, bo brzmi chujowo, bo za trudny, bo…

Jestem patriotą, dla mnie polski jest najważniejszy!

W skrócie: nacjonaliści, próbujący usprawiedliwiać swoje poglądy miłością do ojczyzny. O nich już pisałam, gdzieś tutaj.

Dbam o czystość naszego pięknego polskiego języka!

Ciekawe, z jakiego okresu. Chyba „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai „. Chociaż już wtedy był on podrasowany wyrazami obcego pochodzenia. A tak w ogóle, to sam jest przeróbką prasłowiańskiego, który to z kolei jest przeróbką praindoeuropejskiego, bla, bla, bla… Polecam wszystkim purystom językowym cofnąć się do faktycznych korzeni naszego języka i zacząć tak mówić. Powodzenia w byciu zrozumianym.

Jak już wspomniałam, powyższe charakterystyki – szczególnie pierwsza i druga – często się przenikają.

Najwięcej miałam do czynienia właśnie z miksem, których poglądy można określić dość ogólnie „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Paradoksalnie, te same osoby często nie miałyby nic przeciwko zarabianiu ojrosów w Rajchu. No, w końcu wroga trzeba doić, nie?

Dlatego właśnie postanowiłam przyjrzeć się, ile jest polskiego w polskim.

Dzisiaj pogrzebiemy u zachodnich sąsiadów, choć możliwe, że będę tę serię kontynuować. Ale teraz na tapet bierzemy germanizmy. Nie tylko z dedykacją dla wyżej opisanych. Starałam się powybierać takie mniej oczywiste, mniej znane słowa czy kalki składniowe, frazeologiczne i tak dalej. Sama podczas riserczu wielokrotnie się zaskoczyłam. Może przynajmniej niektóre z przykładów trochę was też zszokują. No to w drogę!

Na rozgrzewkę te najbardziej znane germanizmy – związane z miastem czy budownictwem.

PolskiNiemiecki
placPlatz
jarmarkJahrmarkt
szyldSchild
gruntGrund
handelHandel
knajpaKneipe
szpachlaSpachtel
drukowaćdrucken
cegłaZiegel

Te germanizmy przywędrowały właśnie pierwszą falą – w średniowieczu.

Jeśli chodzi o te słowa, to trochę byłam zdziwiona tak swojsko brzmiącymi jarmarkiem i knajpą. Pozostałe znałam lub wydały mi się dość logiczne. Ale założę się, że przynajmniej część z was nie zastanawiała się nad tymi wyrazami wcześniej i nie wiedziała, że to germanizmy.

Widzicie, antydojcze (a co, jak ja jestem folksdojczem, to wy bądźcie antydojcze), jak wiele już na wstępie zawdzięczacie – językowo oczywiście – Niemcom? Knajpę do szlajania się (swoją drogą czasownik od Żydów, hihi, buziaki antysemici). Cegłę do rzucania w kota i dzieci sąsiada, a przy okazji też rzutem na taśmę utwór „Czerwony jak cegła”, dla wielu klasyk. Szpachlę do nakładania na ryj. A przede wszystkim, choć pewnie dla niektórych to najmniej istotne, książki. I to nie tylko dzięki Gutenbergowi, ale też dzięki drukowaniu.

Teraz kilka zdań, jakie mogą wam przychodzić do głowy, kiedy czytacie moje wypociny na blogu:

Jakim cudem doszło do tego, że jakaś lewicowa szmata będzie mi tu siała propagandę?

Tyle gadania, a nadal nie wyjaśniła, gdzie leży pies pogrzebany…

Ciekawe, czy w międzyczasie przyszło jej coś do tego pustego łba, czy dalej będzie pierdolić kocopoły.

Nie wiem, jakie mam z tego wyciągnąć wnioski, oprócz tego, że laska ma nierówno pod sufitem.

Jakby się trochę pohamowała z osobistymi wstawkami, to dałoby się to jako tako czytać.

Takie jak ona, to powinny w pierwszym rzędzie do odstrzału się ustawić.

Nie jestem w stanie dłużej czytać tych bzdur.

Brawo bystrzaki, podkreślone związki to germanizmy.

Tak ku przestrodze, żeby nie używać tego, mówiąc jednocześnie o nienawiści do Niemca. No chyba, że odpowiada komuś rola hipokryty.

Są też „germanizmy ukryte”. To znaczy, ja je tak nazwałam.

Mam na myśli wyrazy, które z pozoru nie wyglądają jak germanizmy, ale nimi są. Najczęściej takie wyrazy to kalki słowotwórcze z niemieckiego – przetłumaczony dosłownie wyraz, najprościej mówiąc. Oto przykłady:

NiemieckiPolski
Vorstellungprzedstawienie
Weltanschauungświatopogląd
Brieftraegerlistonosz
Dampfschiffparostatek
Zeitschriftczasopismo
Bahnhofdworzec kolejowy

To są takie mniej uciążliwe germanizmy, pewnie nawet dla najzagorzalszych przeciwników zapożyczeń będą do zniesienia.

A teraz przykra wiadomość dla wszystkich purystów językowych i prawdziwych patriotów.

Nie dość, że niemiecki się nam wpieprzył do czystej i ładnej polszczyzny na chama, to jeszcze zbezcześcił już istniejące formy językowe. Nie, to wcale nie tak, że my, mniej lub bardziej świadomie, zastąpiliśmy poprawne stwierdzenia błędnymi. To kolejny zamach na polskość z ich strony.

Okej, tak na poważnie – starczy tych pseudośmiesznych i pseudoironicznych wstawek – oto kilka przykładów wpływu języka niemieckiego na polski:

być w posiadaniumieć, posiadać

od przypadku do przypadkuod czasu do czasu 

szukać za czymś szukać czegoś

rozumieć pod czymśrozumieć przez coś

I to są te germanizmy, które jako jedyne – moim zdaniem – mogą językowi szkodzić, bo zniekształcają coś, co już istnieje. Te „niemieckie” formy nie brzmią mi ładnie, że tak powiem, unikam ich. Może pierwszą czasem gdzieś wrzucę, przyznaję się. Ale zastanówcie się, czy wam nie zdarza się ich używać, w miejsce tych prawidłowych? Ktoś musi to robić, skoro taki błąd istnieje.

Na dzisiaj to tyle wrażeń. Czas podsumować.

Może warto podkreślić mój stosunek do zapożyczeń – ja osobiście uważam, że są nam niezbędne. Przydają się do nazywania zjawisk nowych, dotychczas nam nieznanych. Takie ich stosowanie nie zuboża naszego języka, przeciwnie! Wzbogaca, daje nam w końcu więcej słów, a żadnych nie zabiera.

Inaczej sprawa się ma, gdy dochodzi do zastępowania istniejących już form czy konstrukcji. To może już wpływać destruktywnie na język. Nie mam zamiaru z tym walczyć, bo w końcu to my decydujemy o tym, nasza mowa stale ewoluuje. Jeśli jakieś wyrażenie będzie powszechnie używane, to wreszcie się „zadomowi” i zostanie poprawne, niezależnie od tego, czy dołączy się do języka, czy w nim coś zastąpi.

Ja aż tak się nie spinam o wrzucanie obcych wyrazów czy kalk do zdań, wypowiedzi. Wręcz na początku wyśmiałam trochę skrajnych purystów językowych. Wpis miał na celu uświadomienie wam, że germanizmy w naszym języku grają dużą rolę. Potraktujcie to raczej jako ciekawostki.

W sumie podoba mi się tematyka tej notki.

Może napiszę kolejne części – jakieś germanizmy, jeśli coś jeszcze znajdę albo inne zapożyczenia. Zobaczę.

A następnym razem na 99% przyjdę już z tymi egzaminami, dzisiaj przyszło wreszcie awizo, jutro poznam wyniki i będę mogła spokojnie coś na ten temat skrobnąć.

Trzymajcie się!

 

Gimnazja, chrzest, feminizm – omówmy porzucone wątki!

Przejrzałam sobie mojego bloga w całości, przede wszystkim w celu upewnienia się, że idzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Okazało się, że z każdego wpisu z ostatnich kilku miesięcy jestem zadowolona. Zrobiłam kilka drobnych edycji, przede wszystkim stylistycznych. Ale uświadomiłam sobie przy okazji coś bardzo ważnego.

Mianowicie to, jak wiele wątków porzuciłam lub w ogóle ich nie rozwinęłam!

Często pisałam coś w stylu „ale to nie temat na dzisiaj” lub „wspomnę o tym innym razem”… No i na tych słowach się skończyło. Dlatego dzisiaj tak zbiorczo chciałabym te zagadnienia omówić, chociaż pobieżnie. Jeśli ktoś, gdzieś, kiedyś będzie zainteresowany dokładniejszym rozwinięciem któregoś, to niech da znać.

Ja postanowiłam przynajmniej o nich wspomnieć – źle się czuję ze świadomością własnej niesłowności, w dodatku na taką skalę. Jak to świadczy o moim stosunku do czytelników?! Wielu ich może nie mam, ale jacyś, jak się dowiedziałam, są. A ja chciałabym, żeby nawet ten jeden, jedyny obserwator był dobrze przeze mnie ugoszczony. Nie zasługuje zatem na obietnice bez pokrycia!

No, przesadziłam trochę, ale uznałam, że nie chcę tutaj rzucać pustymi deklaracjami. Jak mówię, że coś będzie, to ma być, choćby tylko wzmianka.

Aha, trzecia część wpisów o egzaminach eksternistycznych, spokojnie, będzie! Po prostu doszłam do wniosku, że ten ostatni wpis dodam już po zapoznaniu się z wynikami. Czyli po 24. listopada. Czyli po piątku.

Tyle, jeśli chodzi o wstęp. Teraz konkrety.

Przy każdym wątku wypiszę i podlinkuję wpis, w którym się on pojawił. I postaram się zachować chronologię, także polecimy od najstarszych, ale zacznę dopiero w momencie pewnych zmian w funkcjonowaniu strony – czyli wtedy.

Uznałam, że nie ma sensu odnosić się do tematów, które w międzyczasie przestały być mi bliskie. A takie są właśnie pierwsze poruszane tu wątki. Nie usuwam ich, bo wychodzę z założenia, że w końcu one też całość witryny jakoś stworzyły, były wyrazem tego, co wówczas dla mnie było ważne. Poza tym, dla mnie straciły na aktualności (podobnie jak adres strony, który przydałoby się zmienić…),  jednak dla potencjalnych osób szukających zawartych tam informacji nadal mają one taką samą wartość merytoryczną. Także wpisy zostają, ale dzisiejsza ja się z nimi już nie utożsamiam (no, z pewnymi wyjątkami, ale tam albo nie ma takich napomknięć, albo są na tyle duże, że zasługują na osobny wpis – np. recenzje książek).

Okej, w drogę.

1 . Świadectwo mojej wartości – Moja opinia o likwidacji gimnazjów.

W poście wspomniałam już, że chodziłam do zespołu szkół, a zatem 9 lat spędziłam w tych samych murach.

Moja klasa też nie zmieniła się znacząco przez ten czas. Tak naprawdę tylko w momencie przejścia z klas 1-3 do 4-6 nastąpiła „wymiana”, ok. 7 osób (z 20 czy 22) poszło na inne profile, a na ich miejsce przyszło tyle samo osób z klasy szachowej.

Nie odczuliśmy tego znacznie, bo dobrze się z nimi znaliśmy – zawsze jeździliśmy razem na wycieczki, dobierano nasze klasy „w pary” przy każdym przedsięwzięciu („przedstawienie zrobi klasa B i D” i takie tam), także szybko się przyzwyczailiśmy do tej niewielkiej roszady. Po roku już nie pamiętaliśmy wręcz, że było inaczej.

Od tamtej pory wszelkie „zmiany kadrowe” były pojedyncze – jedna tylko koleżanka odeszła i to jeszcze w 4 klasie, reszta została do końca gimnazjum. Ktoś od czasu do czasu do nas doszedł, ale z tych wszystkich osób tylko trzy dłużej u nas zabawiły (na przestrzeni 6 lat). Jedna z dołączyła w 4 klasie i dwie w 1 gimnazjum. Większość równie szybko jak się zjawiła, tak też znikała z takich czy innych powodów.

Tak dokładny opis tej sytuacji może w was wzbudzić pytanie rodem z piosenki Toples – „I po co nam to było?”. Po prostu chciałam wyraźnie zaakcentować fakt, że spędziłam 9 lat w dość zamkniętym gronie. Można to zatem śmiało porównać to do obecnej sytuacji – ośmioletniej podstawówki.

Dlaczego jestem na nie?

Uznałam, że zestawienie niektórych aspektów żywotu ucznia w obydwóch systemach pokaże to w miarę plastycznie, także zrobię to, a potem podsumuję swoje stanowisko. Gwoli ścisłości, w roli ucznia ośmioletniej podstawówki zamieszczam siebie, bo opieram się na swoich odczuciach. Dlatego napiszę „inni gimnazjaliści kontra ja”, ale na myśli mam „z gimnazjum kontra bez gimnazjum”. Ok, chyba wszystko jasne.

Inni gimnazjaliści:

Przynajmniej dwukrotnie (wchodząc do podstawówki, później idąc do gimnazjum) zmieniali klasę niemal całkowicie (w większości nawet trzykrotnie – przejście z klas 1-3 do 4-6). Może znalazło się parę osób, które też wybrały to samo gimnazjum i profil, ale większość stanowiły nadal nowe twarze. Z innych klas, nawet z innych szkół. Przez to poszerzyło się między innymi ich grono znajomych czy umiejętności adaptacyjne.

Ja:

Od pierwszej klasy do samego końca gimnazjum byłam w klasie o składzie praktycznie niezmienionym. Jedyna większa roszada, która notabene nastąpiła wcześnie – po 3 z 9 lat – polegała na wymianie jednych znajomych… na innych znajomych. Reszta to pojedyncze przypadki. Nie miałam więc okazji do adaptacji w nowym gronie, do nawiązywania kolejnych znajomości. Mając lat 16 siedziałam w ławce z tymi samymi osobami, co mając lat 7.

Inni gimnazjaliści:

W wieku 12-13 lat pojawiła się u nich potrzeba poznawania, szukania siebie. Częściowo zaspokoiło ją pójście do nowej szkoły, zawieranie znajomości, zmiana otoczenia. Jeśli mieli już dość swoich „podstawówkowych” znajomości, wyrośli z pewnych przyjaźni, to mieli całkiem fajną szansę zacząć od zera, w innym środowisku. Większość kolegów na korytarzu nie znała ich przeszłości, a przynajmniej nie tak dokładnie. Może ktoś twarz skojarzył, może ktoś imię znał, ale nie wiedzieli, że w 4 klasie podstawówki puścił pawia przed wuefem. No, przynajmniej były na to niewielkie szanse. Jest trochę anonimowości, nie wszyscy znają ich przeszłość z ostatnich 6 lat.

Ja:

Te same korytarze. Ta sama niebieska farba na ścianach. Te same znajome gęby codziennie. Ten sam chłopak z klasy wyżej, który się śmiał w 2 klasie podstawówki robi to w 2 klasie gimnazjum. Mając 11 lat, w 4 klasie, śpiewałam piosenkę Hannah Montany na dniu talentu. Po jakimś roku z niej wyrosłam i chciałam iść dalej. Ale kiedy miałam lat 15 czy 16 nadal znalazł się ktoś, kto zawołał za mną na korytarzu”ej, Hannah!”… Widzę tych ludzi codziennie od tylu lat, ja też doskonale pamiętam, co robili kiedyś. Chciałabym wreszcie zmienić otoczenie, znajomych. Chciałabym, żeby nikt (lub prawie nikt) nie patrzył na mnie przez pryzmat tego, jaka byłam w wieku 8 lat. Mam przecież dwa razy więcej.

Inni gimnazjaliści:

Zmiana szkoły to też zmiana nauczycieli. Każdy nowy nauczyciel to z kolei nowe metody nauczania, może nawet lepsze. To także nowe podejście do przedmiotu, do ucznia. Nie wszyscy będą w porządku, zdarzą się pod takim czy innym względem gorsi. Ale to z jednej strony ich hartuje, uczy tego, że później przez całe życie będą mieli styczność z różnymi nauczycielami, wykładowcami, pracodawcami, urzędnikami, niekoniecznie „w porządku”. Z drugiej zaś takie same są szanse na fantastycznego nauczyciela w miejsce złego. Ponadto nie będą mijać już na co dzień znienawidzonego belfra.

Ja:

Co prawda nauczyciele mi się zmieniali od czasu do czasu, ale byli to ciągle ludzie z tej samej „puli”. Nauczycielka, która uczyła mnie w 4 klasie podstawówki przez rok znów dostała moją klasę w 1 gimnazjum. Jeśli kogoś wyjątkowo nie znosiłam, to nawet jak przestał mnie uczyć, widywałam go dzień w dzień, miewałam z nim zastępstwa. Jedna nauczycielka, skądinąd dobra, uczyła mnie przez 9 lat. Tak, od 1 klasy podstawówki do 3 gimnazjum, najpierw informatyki przez 3 lata, później matematyki. Okej, była bardzo w porządku, ale tym boleśniej odczułam zetknięcie z mniej kompetentną nauczycielką tegoż przedmiotu w liceum.

Rozumiecie już to, co chcę przekazać?

Oczywiście są to moje prywatne odczucia – w końcu wyrażam własną opinię, zbudowaną tak a nie inaczej. Jednak uważam, że likwidacja gimnazjów była błędem.

Przede wszystkim dlatego, że osoby przebywające przez większość życia w jednym środowisku będą mniej skłonni do odnajdowania się w nowych niż ci, którzy co jakiś czas zmieniali otoczenie i znajomych. Ponadto przez 9 lat zżyłam się, chcąc nie chcąc, z klasą i ciężej było mi się z nimi rozstać, przyzwyczaić do nowych ludzi, zaakceptować zmiany w życiu. Wydaje mi się, że jeśli dziecko, nastolatek wstępuje w inne grono osób kilkukrotnie to za każdym razem radzi sobie lepiej, co rzutuje potem na umiejętności adaptacyjne w całym życiu.

Poza tym dużo trudniej jest w ten sposób zachować swoistą anonimowość, „zbudować się” jako inną osobę, gdy dookoła cały czas są ludzie, którzy patrzą na Ciebie przez pryzmat przeszłości. A nie oszukujmy się, wchodząc w wiek dojrzewania większość młodych nastolatków chce zmieniać swój wizerunek, zainteresowania, często znajomych. Wstydzą się niektórych swoich dawnych upodobań, wyglądu, uważają to za dziecinne. To naturalne. Ciężko jednak to zrobić, jeśli nieustannie ktoś wypomina im to, kim byli kilka lat wstecz, nabija się z tego.

Są jeszcze inne kwestie, których wyżej jeszcze nie poruszyłam.

Zwolennicy zmian systemowych często przytaczają takie argumenty:

Dzieciaki w wieku 13-15 lat zaczynają się czuć dorośli. Jeśli do tego skończą już, oficjalnie, jakąś szkołę, to całkiem odbije im palma. Lepiej nie dawać im w ten sposób do zrozumienia, że są już „kimś” – poprzez zostawienie ich jeszcze w podstawówce. 

Owszem, tak jest, każdy z nas to przeszedł i jest to normalne, wspomniałam o tym wyżej. Tylko, że trzymanie ich w tej samej szkole tego poczucia nie zniweluje, prawdopodobnie nawet nie zmniejszy. Zmieni się jedynie forma. Z „skończyłem podstawówkę, jestem lepszy od tych dzieciaków, w zasadzie jestem już dorosły” na „jestem już w 7 klasie, nie to co te szczeniaki z 5 klasy, w zasadzie jestem już dorosły”.

W gimnazjach jest bardzo dużo przemocy i patologii. Młodzi tam, głównie przez to, że czują się dorośli, zaczynają się znęcać nad innymi, pić alkohol, palić papierosy, uprawiać seks i cholera wie co jeszcze.

Znowu, wsadzenie ich do podstawówki tego nie załatwi. To nie jest kwestia gimnazjum, tylko właśnie tego postrzegania siebie jako dorosłego. Pojawi się gdzieś w tym wieku, niezależnie czy dookoła samych rówieśników, czy wśród młodszych dzieciaków. Tutaj ważne jest dobre podejście rodziców, nauczycieli. Eksperymenty się zaczną, w szkole, na podwórku, w internecie. Zakazywanie i krzyk nic nie da, lepsza będzie rozmowa, zbudowanie dobrej, szczerej relacji.

Dłuższa podstawówka może wręcz narobić dodatkowych problemów. Na przykład jeśli, dajmy na to, taki 15 latek pobije 13 latka łatwiej będzie mu się bronić, niż 10 latkowi. Z kolei 15 latkowi, który szuka ofiary lepiej podpasuje ten 10 latek, prawdopodobnie to jego zacznie dręczyć, będzie mniejszym rywalem. Inny przykład – jeśli jakiś 14 latek pali w kiblu, to zarówno jego rówieśnik, jak i młodszy kolega widząc to może poczuć chęć zapalenia z nim. Zaimponowania mu. Temu 14 latkowi będzie wręcz łatwiej namówić na papierosa, dajmy na to, 11 latka, którego szybciej zastraszy, który szybciej ulegnie namowom.

Wyolbrzymiam, oczywiście. Chodzi mi o to, aby pokazać, że na takie zjawiska nie ma wpływu to, czy ktoś jest w gimnazjum, czy w podstawówce. One istnieją niezależnie od tego.

Ta zmiana w systemie nie miała też sensu pod względem czysto technicznym.

Wielu nauczycieli, którzy i tak mają już kiepską sytuację przez niż demograficzny, straciło lub straci pracę. Ułożenie nowej podstawy programowej, podręczników i tak dalej też pochłonęło spore sumy. Nie wspomnę już o dostosowywaniu wyposażenia, wnętrz podstawówek do większej ilości uczniów oraz konieczności zaadaptowania pustych budynków po dawnych gimnazjach. To są wszystko ogromne koszta i straty, obiektywnie zbędne. Nawet jeśli jakieś korzyści tego rozwiązania są, to niewymierne wobec nakładu, jaki trzeba było włożyć.

Dlatego, podsumowując, ja byłam zwolenniczką dawnego porządku.

Nie spinam się bardzo z powodu wprowadzenia ośmioletnich podstawówek, bo ten temat mnie nie dotyczy – ja już edukację na tym poziomie skończyłam parę lat temu, dzieci w tym wieku też nie mam, co się raczej nie zmieni. Jeśli jednak chodzi stricte o moje stanowisko, to, najprościej mówiąc, niepotrzebnie tyle kombinowania.

2. Uchodźcy – jacy są naprawdę – Miałam wspomnieć o sztuce teatralnej, którą widziałam kilka dni wcześniej.

Z tego co pamiętam nie chodziło mi ściśle o fabułę, tylko o samą oprawę i doznanie artystyczne. Zarys przedstawionej historii i tak dla większości byłby niezrozumiały, bo zawiera sporo odniesień do historii lokalnej – notabene nawet wśród mieszkańców okolicy niekoniecznie znanej. Dlatego, żeby tego sztucznie nie przeciągać powiem krótko i na temat.

Spektakl miał miejsce na scenie leśnej, czyli w plenerze.

Byłam pod wrażeniem organizacji i warunków technicznych. Nagłośnienie spełniało świetnie swoją funkcję, dźwięk był wyraźny, czysty, odpowiednio głośny. Przedstawienie pod gołym niebem umożliwiało też zawarcie pewnych fajnych „wstawek” i efektów specjalnych. Na przykład aktorzy jeździli na prawdziwych koniach, ogień podczas pożaru też był prawdziwy.

Abstrahując od sztuki samej w sobie, byłam z siebie bardzo dumna, bo po raz pierwszy oglądałam widowisko w całości po niemiecku i wszystko zrozumiałam, nawet się czasem śmiałam z żartów. Także takie moje takie osobiste powody do zadowolenia i dumy.

Mogłabym to rozwinąć, ale nie widzę potrzeby. Mniej-więcej to chciałam przekazać.

3. Patriotyzm współcześnie – a Ty jesteś patriotą? – Dlaczego uważam, że chrzest niemowląt jest niewłaściwy.

Chyba łatwo się domyślić, zwłaszcza po lekturze powyższego wpisu. Jednak uważam, że powinnam to jasno określić, bo tam ten wątek pominęłam.

Chrzest to sakrament, który wprowadza człowieka do wspólnoty kościoła. Dość spore zobowiązanie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak ciężko jest później z członkostwa w tej organizacji zrezygnować. Powinna być to zatem decyzja świadoma, przemyślana. Jak można tego wymagać od… niemowlęcia?

Zapytałabym dlaczego rodzice w tej kwestii decydują za swoje dziecko, ale tak naprawdę to nie jest ich wina. To jest wyłącznie odpowiedzialność nauk głoszonych przez kościół, któremu na rękę jest taki układ.

Rodzice zazwyczaj reprezentują jedną z tych postaw:

  • Sami są wierzący, więc stosują się do obowiązujących doktryn. Wierzą w grzech pierworodny, chcą zdjąć ze swojego dziecka to brzemię jak najszybciej, żeby było „czyste”.
  • Nie są zagorzałymi katolikami, ale wolą „dmuchać na zimne”. Wychodzą z założenia, że lepiej ochrzcić malucha na wszelki wypadek, niż tego nie zrobić i ryzykować zesłanie na niego ewentualnego boskiego potępienia. W końcu przecież krzywda mu się nie stanie przez to, prawda? A tak będzie spokój.
  • Ulegają presji otoczenia. Rodziny, zwłaszcza własnych rodziców. Społeczności, szczególnie w małych społeczeństwach. Wtedy często nieochrzczenie dziecka oznacza jego wykluczenie, a ich samych stawia w świetle złych ludzi, bezbożników i pomiotów szatana.

Z tych powodów ciężko tu bezpośrednio obarczać matkę czy ojca odpowiedzialnością.

Oni chcą tylko zastosować się do obowiązujących w ich społeczności norm. Jestem ostatnią osobą, która będzie podważała ich wiarę czy kwestionowała zasadność tego sakramentu z ich perspektywy. Sama jestem ochrzczona i nie mam o to żalu do rodziców. Jedyne moje zarzuty kieruję do kościoła i osób, które ten system wymyśliły oraz wpajają.

Po pierwsze – jak można twierdzić, że taka mała istotka jest skalana, naznaczona grzechem?

Czym sobie na to zasłużyła? Niemowlę to przecież ucieleśnienie niewinności, nie może odpowiadać za cokolwiek. Szczególnie za coś, czego nie zrobiło, za to nikt nie powinien być obarczany winą, zwłaszcza nieświadome dziecko. Specjalnie sprawdziłam dokładną definicję grzechu pierworodnego – niby wiedziałam, ale wolałam się upewnić, niż palnąć głupotę.  Przytoczę zatem za wikipedią:

Grzech pierworodny – w teologii chrześcijańskiej oznacza pierwszy grzech Adama i Ewy w raju popełniony pod wpływem pokusy szatana. Polegał on na uniesieniu się pychą i okazaniu nieposłuszeństwa wobec Boga poprzez spożycie z drzewa poznania dobra i zła owocu zakazanego. (…) Przechodzi on z pokolenia na pokolenie – przekazywany jest dziecku w akcie poczęcia. 

?!

Co to ma być?…

I znowu, to nie ma na celu negowania czyjejkolwiek religii. Zwracam się tu nadal w stronę kościoła, który to ustalił, praktykuje, przekazuje wiernym. Dlaczego, do cholery, jesteśmy wszyscy, jako ludzie, obarczani odpowiedzialnością za jakieś półmityczne wydarzenie? Za przewinienie innych, niezależnie od tego, czy prawdziwe i w jakim stopniu.

Ale przede wszystkim… dlaczego to dziecko ma je dostawać ot tak, w gratisie, przy samym poczęciu? Nie dość, że nie miał wpływu na grzech Adama i Ewy, to nawet nie miał nic do gadania w kwestii… spłodzenia go. A tutaj wychodzi na to, że jest to dla niemowlęcia (!) kara (!) za to, że ktoś je powołał do życia (!)

Jest ciąg dalszy wyjaśnienia tego terminu, który, parafrazując, odnosi się do oddalenia od Boga, zaniechania bliskości z nim, ponownego – już po chrzcie – odłączenia się. To jest w porządku, bo, obiektywnie patrząc, dotyczy osoby, która świadomie dokonała czegoś, co jest w danym systemie wierzeń niewłaściwe. Ale na litość, czym Bogu miałoby zawinić malutkie dziecko?

Pojawia się też kolejna kwestia.

Według ideologii chrześcijańskiej, życie zaczyna się z momentem poczęcia (i otrzymania od razu pierwszego grzechu, na rozgrzewkę). Co zatem z istnieniami, które nie zdążą się nawet urodzić? Co z niemowlętami, które umrą podczas porodu lub wkrótce po, a chrztu nie zdążą przyjąć? Piekło i wieczne potępienie?

Kiedyś zadałam to pytanie katechetce, usłyszałam, że „Bóg jest miłosierny, więc bierze to pod uwagę w przypadku, gdy dziecko umrze zanim zostanie ochrzczone” Dodała też, że jeśli istnieje ryzyko śmierci noworodka, to powinno być szybko ochrzczone, bo inaczej jest przyjmowane jako obarczone grzechem – w końcu rodzice mieli czas na ochrzczenie go (?!) . Nie satysfakcjonuje mnie to wyjaśnienie.

Podobno wszyscy są wobec niego równi, dlatego powinni tak samo być traktowani. Dlaczego jedno dziecko ma być zbawione, a drugie nie, bo zmarło nie podczas porodu, a pięć godzin później – czyli teoretycznie mogło być już ochrzczone. Swoją drogą już widzę matkę, która w takiej sytuacji myśli przede wszystkim o sakramencie, a nie o dramacie, jaki przeżywa. I najważniejsze – jeśli rodzice to „zaniedbają”, to dlaczego (znowu!) winę, karę ponosi dziecko?

No ale mój najpoważniejszy zarzut dla kościoła jest zgoła inny w tym temacie.

Jezus przyjął chrzest jako ponad trzydziestoletni mężczyzna i nie przypominam sobie, żeby wspomniał „ale wy macie to robić już z niemowlętami”. Ba, niedługo potem ukształtował się już system przygotowań do przyjęcia tego sakramentu. Czyli trzeba było być świadomym, zdecydowanym. A to wyklucza chrzest niemowląt.

Dlaczego się to zmieniło? Powód jest banalny. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze…

Sprytne zagranie, wmówić ludziom, że jeśli dziecko nie zostanie ochrzczone, to będzie żyło w grzechu. Jeszcze większe wrażenie robiło to dawniej, przed setkami lat. Wtedy mało które dziecko dożywało wieku dorosłego, dlatego rodzice tym bardziej bali się widma wiecznego potępienia dla swojej pociechy. Biegli zatem szybko ochrzcić dziecko, żeby tylko było „czyste”. A wspólnota zyskiwała kolejnego członka…

Samo przedstawienie niemowlęcia jako skalanego już działało na emocje. No bo dlaczego taki maluch ma nosić okropne brzemię? Skoro można się go pozbyć, to trzeba to szybko zrobić! Autorytet kościoła pozwolił łatwo i skutecznie wpoić zwyczaj zanoszenia dzieci do chrztu jak najwcześniej, co dzisiaj już nazywa się po prostu „tradycją”.

Tymczasem chodzi po prostu o zwiększenie liczby wiernych.

Jak już człowieka ochrzczą i wpiszą do wspólnoty kościoła, to musi się nieźle postarać, żeby zrezygnować. Często machnie ręką, nie będzie mu się chciało próbować. Istnieje też spora szansa, że w ogóle nie będzie chciał odejść. Bo od małego będzie miał wpajane te zasady aż sam w nie uwierzy i nie będzie dalej szukał. Takim sposobem mamy w Polsce 90% większość katolicką.

Rozumiecie, dlaczego przedstawiam to jako biznes dla kościoła, prawda?

Im wcześniej zacznie się komuś wpajać doktrynę katolicką, tym większe prawdopodobieństwo, że już tym wiernym pozostanie. Jeśli zdążyłby poznać świat, inne religie czy systemy ideologiczne i miałby podjąć taką decyzję sam, świadomie, jako dorosły, to bardzo możliwe, że na chrzest, czyli wstąpienie do wspólnoty się jednak nie zdecyduje. A to by była drastyczna strata w kwestii liczebności.

Dlatego, podsumowując, jak dla mnie przyjęcie jakiekolwiek sakramentu powinno być indywidualną decyzją osoby dojrzałej, świadomej i zdecydowanej. Wtedy też taki człowiek byłby o wiele bardziej wartościowym wyznawcą – bo z własnej woli i przekonania. Ale wiadomo, tutaj liczy się nie jakość. Liczy się ilość.

4. Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość – Polska przez wiek sama doprowadzała do swojej destrukcji.

W punkcie pierwszym tego posta zawarłam takie stwierdzenie, którego jednak nie rozwinęłam. Uczciwie byłoby też o tym wspomnieć, zwłaszcza, że jest to uzupełnienie do powyższego wpisu.

Zabory zawsze są przedstawianie jako okrutny akt dokonany przez bezduszne mocarstwa.

Tego nie neguję, bo faktycznie, wykorzystanie przez zaborców naszej słabości dla swoich korzyści było swego rodzaju tragedią dla naszego państwa. Tylko, właśnie, ktoś do tej sytuacji doprowadził. Ktoś spowodował, że z silnego, niezależnego kraju, ważnego gracza na arenie międzynarodowej w przeciągu stu lat staliśmy się rozbitym tworem, niestabilnym wewnętrznie. Ktoś dopuścił do tego, żeby Polska stała się ruiną. No kto taki? No my. Polacy.

W świadomości narodowej jest pielęgnowany obraz bezwzględnych władców Prus, Austrii i Rosji, którzy rozdarli nasze królestwo na kawałki. Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie uważają, iż zrobili to oni z czystej nienawiści do Polaków, że uwzięli się na nas i specjalnie doprowadzili nasz cudowny kraj do upadku. A prawda jest taka, że oni tylko wykorzystali naszą niemoc. Jak powiedziałam, zgadzam się z tym, że to była swoista zbrodnia. Ale.

Po pierwsze, nie doszło do rozbiorów „bo oni nie znosili Polski i Polaków, a przecież my nic nie zawiniliśmy”.

Stosunki sąsiedzkie przez lata były jakie były, ale zarówno oni, jak i my mieliśmy swoje za uszami, to normalne w dziejach. Natomiast ich działania nie były podyktowane nienawiścią, nie uwzięli się na nas, bo byliśmy akurat Polakami. Byliśmy najzwyczajniej łatwym celem, narodowość nie miała znaczenia.

Germanizacja czy rusyfikacja też były zachowawczym zabiegiem. Tu nie chodziło o nasze pochodzenie, inne nacje zamieszkujące zagarnięte tereny wcale nie miały taryfy ulgowej. Celem było po prostu zwalczanie tendencji niepodległościowych, które groziły buntem, powstaniem i tak dalej. W grę wchodziła polityka, a nie uprzedzenia.

Tymczasem często wydaje mi się, że – szczególnie w odniesieniu do historii naszego kraju ogółem – uważamy, jako naród, że wszyscy się uwzięli na nas, bo byliśmy Polakami. Powszechna jest narracja o tym, jak to ta nasza polskość była na przestrzeni wieków nienawidzona i tłamszona. Nie tylko my tego doświadczyliśmy, ba, sami też polonizowaliśmy inne narodowości, o czym wspomniałam we wpisie. Przykro mi wam to mówić, ale wcale nie byliśmy tacy fajni i wyjątkowi, że każdy chciał nas, tylko nas, zniszczyć.

Po drugie, wymieniając przyczyny rozbiorów bardzo podkreślamy wkład obcych mocarstw, a jakoś tak umniejszamy własne zasługi w tym temacie.

A przecież jakbyśmy my tego nie zapoczątkowali, to nic by nie było. Mieliśmy ponad wiek. Sto lat. Kupę czasu, żeby to zatrzymać, odbić się od dna, odbudować to, co się zepsuło (im szybciej byśmy to zrobili, tym mniej roboty by było). Ale nie.

Władza mająca gdzieś interes państwa, za to dbająca o własny. Przekupstwa. Decyzje polityczne kierowane osobistymi pobudkami. Melanż za melanżem. Sielanka. A lud co? Patrzy i stoi z opuszczonymi rękoma. Bierność narodu tylko utwierdziła decydentów w przekonaniu, że nie muszą nic robić, mogą dalej chlać i gromadzić majątki kosztem kraju.

I tak przez całe sto lat. Tysiąc dwieście miesięcy. Chyba wystarczająco czasu, żeby coś z tym zrobić? Jeśli szlachta by się nie otrząsnęła sama z siebie, to można było nią potrząsnąć, nie?

Nagle, obudziliśmy się z ręką w nocniku. Pierwszy rozbiór.

Ale nawet wtedy kochani szlachcice nie potrafili spiąć dup i wyruszyć z wygodnego fotela w obronie kraju. To już chyba dobitnie daje do zrozumienia, że Polacy mieli gdzieś państwo, przynajmniej ci, którzy mieli nim zarządzać. Sprzedali je za wygodne życie, pokaźny majątek i rozrywki.

Nawet po herbacie, kto próbował coś zdziałać? Lud. Tylko było już za późno. Istnieje spora szansa, że przynajmniej jakaś część z nich też nie poszłaby walczyć, gdyby tylko ktoś im zaproponował jakieś materialne korzyści za to. Słowem, do spółki ze szlachtą by się sprzedali. No ale po co im cokolwiek proponować, skoro tamci, najważniejsi, już dawno przekupieni, a oni sami nic nie zdziałają, kosami pomachają i do widzenia. Smutna prawda.

Dlaczego wydaję tak radykalne i stanowcze osądy?

Skoro tym ludziom przez cały wiek nie zależało na państwie, w końcu nie robili nic, żeby je ratować, to trochę ciężko mi uwierzyć, że nagle miłość do Polski się w nich zbiorowo obudziła. Dopiero wtedy, kiedy wszystko stracili i byli na przegranej pozycji. Prędzej uwierzę, że bali się końca swojego spokojnego życia, bali się buta zaborcy.

Jasne, że generalizuję, hipotetyzuję, przejaskrawiam.

Podkreślam tylko to, co często w tej kwestii pomijamy: gdyby nie nasza beztroska, nie byłoby prawdopodobnie takich problemów. Ale my uwielbiamy wyolbrzymiać swoje krzywdy i oskarżać wszystkich wokół o niepowodzenia, a siebie wybielać. Więcej o tym we wspomnianym wpisie, który uzupełniam.

5. Antyfeminizm – śmiać się czy płakać? – Małe odniesienie do tematu wpisu.

Tutaj nie było żadnego porzuconego wątku, ale wspomniałam, że jeśli jeszcze będę chciała rozszerzyć to zagadnienie z mojego punktu widzenia, to będą kolejne posty. Na osobny wpis to trochę za mało, ale uznałam, że mogę się teraz podzielić pewną… dygresją?

Oglądałam ostatnio „Zapytaj Beczkę”.

Pojawiło się tam pytanie, które pozwolę sobie dosłownie przytoczyć (pisownia oryginalna):

„Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek. Nienawidzę plotek, zakupów butów oraz ubrań, nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość, lubię sport. Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać). Krzysztofie lub inne organy twórczości jaką jest zapytaj beczkę CZY JA JESTEM KOBIETĄ ps mam 17 lat pozdrawiam”

Prowadzący, czyli Krzysiu skomentował to, parafrazując, „jesteś feministką”. I ja się z tym zgadzam, ale fajnym uzupełnieniem tamtego posta będzie drobna analiza tego poglądu.

Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek.

Oho, będzie coś od antyfeministki, chętnie posłucham.

Nienawidzę plotek (…)

Iii… czar prysł. Jak zawsze, kiedy wydaje mi się, że może w końcu zrozumiem pogląd „drugiej strony”. Znów mnie zawodzą. Moja droga misiu pysiu…

Każdy człowiek plotkuje.

Zanim zaprzeczysz, zastanów się, jak często w rozmowie przywołujesz inną osobę, niebędącą jej uczestnikiem. Ale uczciwie! Okej, teraz pomyśl, ile z informacji, jakie o niej przekazujesz, wiesz na 100%. Rozumiem przez to: byłam, widziałam, dobrze odebrałam dane zdarzenie, ewentualnie ten ktoś mi potwierdził, że tak jest. Nie wierzę, że nie zdarza Ci się to nigdy. Jest to coś naturalnego, chociaż niekoniecznie mile widzianego – zwłaszcza, gdy jest się podmiotem tych plotek.

Owszem, istnieją osoby (niekoniecznie dziewczyny!), które czerpią z tego niesamowitą przyjemność i satysfakcję.

Najczęściej po prostu nie mają nic lepszego do roboty, nie wszyscy mają ciekawe życie. Dla nich atrakcją dnia jest nowa fryzura Mariolki (najlepiej nieudana, chociaż nawet udaną da się zjechać), tajemnicza kobieta podejrzanie często odwiedzająca żonatego sąsiada (a kto to, a po co, a czy ta jego Beata wie, pewno kochanka) czy też to, z kim ostatnio przespała się Doda czy inna Kasia Cerekwicka (dopiero zostawił ją mąż, a ona już, może miała romans podczas małżeństwa, a ten na jej kasę leci). Tacy ludzie są wśród nas.

Wcale nie jest powiedziane, że dziewczyny plotkują więcej.

Po prostu faceci mniej z tym się obnoszą, robią to ciszej. Kobiety mają tendencję do paplania komu popadnie, a mężczyźni dokładniej selekcjonują „komu przekazać te rewelacje”. Ot i cała tajemnica.

Dlatego nie ma co się oszukiwać. Wszyscy plotkujemy. Ja. Ty. Nasi znajomi, sąsiedzi, rodzice… To jest nawet zdrowe, przy zachowaniu pewnych ograniczeń. Kwestia tego, na ile rozgraniczamy cudze życie od własnego.  I pamiętamy, które dla nas powinno być ważniejsze.

(…) zakupów butów oraz ubrań (…)

No, tu Cię misiu pysiu zmartwię. Troszkę pomyliły Ci się pojęcia.

Wydaje mi się, że masz na myśli… hmm… z braku lepszego słowa „kobiece” panie. Mam na myśli poprzez to, że lubią typowo damskie rozrywki – zakupki, ploteczki z koleżankami, oglądanie filmów romantycznych zajadając się lodami, coś w ten deseń. Nie mogę znaleźć dobrego określenia (nie wiem, czy to ja zapomniałam, czy takowego nie ma), ale myślę, że każdy czytacz z grubsza wie, o co chodzi.

Wyjaśnij mi, jak to się ma do tej definicji:

Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet.

Nijak. Powiedziałabym nawet, że to się wręcz wyklucza. Bo skoro kobiece zajęcia, takie typowo kobiece, zgodne z normą społeczną i w ogóle, Ci nie odpowiadają, to… wręcz feminizm popierasz. Chcesz, żeby dziewczyny miały szersze spektrum zainteresowań.

(…) nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość (…)

Fakt, że nie za bardzo chcesz wbudować wieżę w miłość (tak mniej-więcej to rozumiem w tym zapisie) zostawmy, bo nie przyszłam tu czepiać się ortografii. Mógłby być to kolejny argument dyskredytujący wiarygodność, ale ja do takich sztuczek staram się nie uciekać.

Muszę, po prostu muszę tutaj nawiązać do wieku.

Misiu pysiu moja Ty. Masz 17 lat. Ja nie mam wiele więcej, prawda. Dlatego – moim zdaniem – tym bardziej powinnam się do tego odnieść. Bo to nie będzie kolejne „zapomniał wół jak cielęciem był” tylko cielę do cielęcia, z podobnej perspektywy.

To, że nie masz presji na posiadanie drugiej połówki nie jest niczym: A) nienaturalnym B) niepokojącym C) źle o Tobie świadczącym. Niektórzy z nas szybko zaczynają się interesować zdobywaniem tego typu doświadczeń. Inni długo nie odczuwają podobnej potrzeby. Jedno i drugie jest całkowicie normalne. NORMALNE.

Część będzie wchodziła w związki już w podstawówce (początkowo niewiele różniące się od przedszkolnych zauroczeń kolegą albo wychowawczynią), część zrobi to może dopiero na studiach albo wcale (też dobrze). Niektórzy w wieku 13 czy 14 lat stworzą poważną relację, może nawet na całe życie, niektórzy nigdy nie zwiążą się na stałe. Tak, to pierwsze jest dość możliwe, uprzedzając sceptyków. Byłam, widziałam.

Ja należę raczej do pierwszej grupy w każdym z tych stwierdzeń.

Już jako kilkulatka interesowałam się chłopakami, a każde kolejne uczucie było tym „na zawsze” i „bez pamięci”. Ale są dookoła mnie osoby w wieku podobnym do mojego, które nadal nie były w żadnej relacji. Nie znam przyczyn, więc nie zgaduję.

Także misiu pysiu. Zabrzmi jak gadanie starej ciotki, jednak prawda jest taka, że siedemnastolatka nie może z całą mocą stwierdzić, czy będzie miała kogoś w perspektywie dwóch, pięciu, dziesięciu, a nawet dwudziestu i więcej lat. Tak, specjalnie to napisałam w ten sposób. Żeby pokazać to, że tak naprawdę nigdy nie da się temu ani zaprzeczyć, ani potwierdzić w stu procentach.

A tak na marginesie – skoro nie wierzysz w miłość, nie chcesz związków… to znów, przybijasz nam, feministkom piątkę. No, chyba dobrze rozumiem, że nie zgadzasz się ze stwierdzeniami typu „miejsce kobiety jest u boku mężczyzny” albo „jeśli kobieta nie ma męża ani rodziny, to nie jest nic warta”, prawda? Jeśli tak, to witam wśród nas!

(…) lubię sport (…)

Wdech, wydech. Nie wiem nawet, od czego zacząć.

Przepraszam bardzo, czy to jest zarezerwowane tylko dla jakiejś grupy społecznej? Wiele osób, niezależnie od płci, wieku, poglądów, pochodzenia i innych takich lubi jakiś sport. Powiedziałabym, że jest to nawet większość. Serio, różnić się może tylko dyscyplina.

Już miałam pisać zdanie zaczynające się od „Ja co prawda żadnego nie lubię…”, gdyż przez całe życie tak mówiłam. Zrobiłam jednak w głowie teraz szybki rachunek sumienia, po którym zdałam sobie sprawę, że tkwiłam w błędzie. I jeszcze wprowadzałam w niego innych!

Teraz już jestem przekonana, że chyba każdy ma jakąś dziedzinę aktywności fizycznej, z której jest w stanie czerpać przyjemność.

Nawet te Twoje, misiu pysiu, „feministki” z Bożej łaski. Co druga taka chodzi na fitness czy inny jogging, nie wszystkie w genach dostały szczupłą sylwetkę. A w eskę trzeba wejść. Właśnie, zobacz ile one biegają po sklepach i jak szybko potrafią dotrzeć gdzieś na komendę „-70%”. I Ty mówisz, że one sportu nie lubią?

A tak na serio. Nie wiem, gdzie feminizm (ten prawdziwy, nie Twój misiu) wyklucza zamiłowanie do sportu. Ba. Nie wiem co wyklucza zamiłowanie do sportu. Żaden pogląd czy inne uwarunkowanie. Nic nie przychodzi mi do głowy. Może wam coś wpadło?

Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać).

Kolejny punkt, gdzie możemy sobie przybić zdecydowaną, mocną piątkę misiu pysiu. Nie tylko my we dwie, ale pozwolę sobie stwierdzić, że Ty i feminizm.

Nie wiem, skąd Ci się wzięło w głowie to, że feministki lubią „typowych podrywaczy”. To znaczy domyślam się, patrząc na Twoją definicję tego zagadnienia. Dla przypomnienia – misia pysia, chociaż nie wprost, sugeruje nam, że feministki są puste.

Ale nawet biorąc na tapet takie, co to lubią szoping, ploteczki z psiapsiami itepe (i oczywiście tylko to im w głowie, tak wynika z komentarza misi), bo tak nam opisujesz typową feministkę (trochę zgrzyta z tym, co ja napisałam w artykule właściwym), można zauważyć pewną niezgodność. Jak pomyślałam o takich stereotypowych paniusiach, to najpierw ogólnie, a potem, po przeczytaniu tego punktu, podzieliłam je na dwie grupy.

Pierwsza to lalunie

Dziewoje, które mają, krótko mówiąc, jedno w głowie. Prawie jak co poniektórzy „faceci”, czyli mogłyby być z nich niezłe feministki, pomijając parę szczegółów. Zwykle są to dzierlatki młode, do trzydziestki, chociaż bywają też dojrzalsze – wtedy nieraz „po przejściach”. No i bardzo często mają szlacheckie pochodzenie, a jak wiadomo, szlachta nie pracuje.

A tym „jednym, co się w życiu liczy” jest zazwyczaj mężczyzna posiadający trzy ważne sprawności: sprawną kartę kredytową, sprawny i w miarę wyjściowy samochód oraz sprawnego penisa. Im, tu masz misiu pysiu rację, do feminizmu raczej nie po drodze.

Dopóki mogą całymi dniami się opieprzać… wróć! robić ważne rzeczy takie jak: malowanie paznokci, kąpanie yorka czy spacer z koleżankami po galerii (to nie są byle jakie sprawy, a ile czasu zajmują), a samiec im to zapewnia, dopóty tenże samiec może robić z nią co chce.

To znaczy potem też będzie mógł.

Generalnie jego „dziunia” z dnia na dzień jest coraz bardziej od niego zależna (finansowo, psychicznie). Także ona tylko myśli, że złapała łosia, ma kasę na zachcianki i może robić na co ma ochotę a on w tym czasie na to pracuje. Wydaje jej się, że rozdaje karty. Do czasu.

Druga to takie klasyczne już paniusie

Wyniosłe, przekonane o swojej wyjątkowości i wyższości nad resztą plebsu. Ciężko im przypisać wiek, pochodzenie czy status finansowy. Mogą być to młode panienki z zawodem „córeczka tatusia”, trochę starsze bizneswoman odnoszące sukces za sukcesem albo jeszcze starsze gospodynie domowe, zarządzające pensją męża taksówkarza i ogarniające gromadkę dzieci. Albo dowolna mieszanka tych czynników. Albo w ogóle coś innego.

Niezależnie od powyższych cech, które niewątpliwie dzielą członkinie grupy, łączy je jedno. Przerost samooceny. Każda wyżej sra, niż dupę akurat ma. Wolny czas – mają go mniej lub więcej, ale zawsze się coś znajdzie – spędzają właśnie w galeriach handlowych, kawiarniach czy u koleżanek/sąsiadek/innych pociotek.

Aktywność pierwsza może być wykonywana w grupie, ale często też samotnie.

Panie, dumnie dzierżąc w rękach nowego majkela korsa (bywa on mejd in bazar, ale co tam, byle logo było) przechadzają się dostojnym krokiem, od czasu do czasu wchodząc do wybranych, odpowiednio ekskluzywnych sklepów. Prawie zawsze coś kupią, cokolwiek, czasem nawet nie wiedzą do końca co to jest albo jak to się nosi. Liczy się metka i zazdrosny wzrok tych wszystkich wieśniaczek, na które można patrzeć jeszcze bardziej z góry. Jeśli chodzi o finanse, to budżet nie gra roli. Po prostu bogatsza pójdzie potem do restauracji, a biedniejsza do providenta, czując oddech komornika na szyi. Ale za to w jakim stylu to zrobi.

Aktywności dwie pozostałe to wymiana poglądów, najczęściej na tematy towarzyskie.

A im bardziej coś podkoloryzowane, nienormalne i/lub moralnie naganne, tym większe wypieki na policzkach z ekscytacji. Oby tylko nikt jej nie uprzedził! Co jeśli Zośka już wie?

Głównie rozmowy dotyczą innych kobiet, ewentualnie ich partnerów. Stricte mężczyzn dotyczy rzadko, a jeśli już, to tylko po to, by podkreślić jak bardzo niegodni ich uwagi są.

Pomiędzy tymi dwiema grupami zauważam wyraźną różnicę.

Ja początkowo skupiłam się na drugiej, pierwsza przyszła mi do głowy właśnie wtedy, gdy szukałam przyczyn Twojego toku myślenia, misiu pysiu. Dlatego najpierw nieco się zdziwiłam, a potem wpadłam na taki trop. Być może niesłuszny, może chodziło Ci o coś innego, ale ja to widzę mniej-więcej tak.

W definicję misi lepiej wpisuje się grupa numer pierwsza. Powiedziałabym wręcz, że ta druga do niej nie pasuje. W końcu często takie misiowe „feministki” selekcjonują mężczyzn. Ciężko je poderwać na byle banał, łatwiej zobaczyć jak zadziera nos i mówi „za wysokie progi na twoje nogi”.

Ale przejdźmy do definicji bardziej życiowej.

Misiu pysiu. Skarbie Ty mój. To już trzecia nasza piątka. Feministki z zasady nie lubią uprzedmiotowienia, co jest częstym i gęstym motywem bajery takich „typowych podrywaczy”. Dlatego skoro Cię to nie kręci…

(…) CZY JA JESTEM KOBIETĄ 

Jak najbardziej. Znaczy się, w majtki Ci, misiu, nie zaglądałam, ale wszystko wskazuje na to, że biologicznie jesteś.

Psychicznie także, dobitnie to pokazałaś. Mało tego, jesteś kobietą silną. Nie dajesz się złapać na tanie podrywy, nie szukasz na siłę obecności mężczyzny w życiu. Lubisz sport, czyli jesteś aktywna i energiczna. I przede wszystkim jesteś nonkonformistką, bo nie podporządkowujesz się bezkrytycznie normom społecznym. Szukasz, zadajesz pytania, analizujesz. Co prawda wnioski nieraz wyciągasz błędne, ale każdy ma do tego prawo.

Można jedynie się spierać w jednej kwestii, ponieważ teraz widzimy Twoje postscriptum.

ps mam 17 lat pozdrawiam

No właśnie, tutaj mamy mały zgrzycik. Dla niektórych jesteś kobietą, ale dla innych jeszcze dziewczynką. Ja po tej jednej wypowiedzi nie mam zamiaru wydawać całkowitego, niepodważalnego osądu. Ale muszę wziąć pod uwagę zarówno Twoją opinię, moja mała misiu, jak również Twój wiek i poskładać to sobie w całość, żeby odpowiedzieć na Twoje przemyślenia.

Także ocena będzie, ale zaznaczam raz jeszcze, że wypracowuję ją tylko na podstawie informacji, które dostarczyłaś. Co z jednej strony jest dla Ciebie zaletą, bo nie będę fantazjować i wykraczać ponad to, ale z drugiej trochę wadą, jeśli przedstawiłaś siebie w sposób niejednoznaczny bądź niekorzystny, wtedy mogę się z rzeczywistością rozminąć, ale z Twojej zasługi.

Jesteś jeszcze po prostu dzieckiem.

W czym absolutnie nie ma nic złego, przecież nikt od siedemnastolatki nie wymaga dojrzałości. Ale jednak pewne mechanizmy nie do końca są dla Ciebie jasne i zrozumiałe. Mylnie definiujesz otaczające Cię zjawiska, nie zawsze trafnie składasz związki przyczynowo-skutkowe.

Spokojnie, misia pysia, luzik! Masz mnóstwo czasu. Zdążysz przewartościować świat kilka razy i zmienić o 180 stopni poglądy, nawet kilka razy. W końcu światopogląd Ci się ukształtuje w miarę konkretnie (nie da się ustalić go raz na zawsze) i wtedy będziemy mogły powymieniać się solidnymi argumentami.

Taką przynajmniej mam nadzieję…

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy twardo obstają przy swojej, często zakrzywionej wizji świata. Są ludzie, którzy za łebka sobie wyrobili zdanie i za Chiny ludowe go nie zmienią już do końca życia. Jest to ograniczenie. Po pierwsze dlatego, że zamykają się przy tym na inne możliwości. Po drugie dlatego, że świat ciągle się rozwija, a pewne schematy – nawet właściwe w swoim czasie – przestają być aktualne. Warto zatem być na to przygotowanym i otwartym.

Jednak Ty, misiu, nie budzisz we mnie takich obaw. Mam co do Ciebie pozytywne przeczucia. Wydajesz się być raczej osobą obserwującą otaczające Cię zjawiska, analizującą je i szukającą zależności między nimi. Jeszcze długa droga przed Tobą, ale wierzę, że dasz sobie z nią radę!

Również Cię pozdrawiam i zapraszam do grona feministek! W końcu tyle razy przybiłaś nam piątkę.

Uff, analiza nie była wcale taka króciutka, jak miała być, ale gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, poczułam ogromną potrzebę odniesienia się do niego.

Miały być uzupełnienia, wyszły nawet spore wątki.

Spokojnie mogłabym je dalej rozwijać do osobnych wpisów, bo ja tak mogłabym gadać i gadać (pisać i pisać) do każdego tematu czy zdania całe poematy, recenzje i inne różne fajne rzeczy. Może kiedyś uznam, że warto jednak do tych zagadnień wrócić – czy to odnieść się w poście, czy poświęcić mu nowy. A może temat wyczerpałam do cna. Na ten moment raczej powiedziałam wszystko, co powiedzieć miałam.

Widzimy się zatem w niedalekiej przyszłości, kiedy przybędę tu z ostatnią częścią trylogii o egzaminach eksternistycznych.

Chciałabym ją napisać jak najszybciej po otrzymaniu wyników, ale nie mogę obiecać, że od razu po zapoznaniu się z nimi będę mogła zacząć pisać. Nie wiem też, ile zajmie mi samo tworzenie tego posta. W końcu ma być on konkretny i szczegółowy, więc ma spore szanse być długaśny. Ta notka, przykładowo, powstawała przez prawie 6 godzin jednego dnia i 3 godziny drugiego. Ale jest taka, jaka miała być, więc jestem zadowolona.

Dobra, do następnego!

 

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 2.

W poprzedniej części wpisu opisałam egzaminy eksternistyczne od strony formalnej. Odpowiedziałam, wydaje mi się, na wszystkie podstawowe pytania odnośnie nich. Link do części 1 jest tutaj.

Teraz opowiem co nieco o samych egzaminach z poszczególnych przedmiotów.

Podpierać się będę informatorami ze strony, które zawierają przykładowy arkusz oraz tym, który ja otrzymałam na egzaminie.

Aha – jeszcze wtrącę. Rozwiązujcie sobie przykładowe testy z informatorów! Po pierwsze dlatego, że możecie sprawdzić co już wiecie, a co trzeba powtórzyć. Po drugie – często zawierają komentarze, które też mogą się przydać do nauki. Po trzecie – bo zadania się powielają! Naprawdę!

Aby utrzymać porządek, opiszę egzaminy w kolejności ich zdawania.

Nazwy przedmiotów będą zawierały link do informatora, gdzie jest podstawa programowa czy próbny egzamin.

6.10.2017, godz. 15:00 – język angielski

Mój pierwszy egzamin, dlatego bardzo ucieszyłam się, że jest on z języków (moja „grupa” była podzielona na zdających angielski i niemiecki), bo, nie chwaląc się, nieźle spikam. Formuła sama w sobie podobna do matury podstawowej, z tym, że bez zadań słuchowych.

I także zawiera pewien określony schemat:
  1. Tekst do przeczytania, zadanie Prawda/Fałsz
  2. Dopasowanie nagłówków do tekstów (jeden nagłówek nie pasuje do żadnego)
  3. Dobieranie właściwego zdania do trzech tekstów (jeden tekst pasuje do dwóch zdań)
  4. Przeczytaj tekst, wybierz zgodną z treścią odpowiedź A, B lub C
  5. Uzupełnij luki wyrazami w odpowiedniej formie (trzy wyrazy podane dodatkowo i nie pasują)
  6. Wybierz poprawne uzupełnienie tekstu A, B lub C
  7. Wybierz właściwą reakcję (polecenie po polsku, co powiesz w danej sytuacji po angielsku)
  8. Przyjrzyj się ilustracji i odpowiedz na dwa pytania
  9. Napisz list

Naprawdę, nawet kolejność jest ta sama (w każdym razie była na próbnym i na moim). To, moim zdaniem, trochę ułatwia naukę, bo przynajmniej wiecie, co musicie zrobić w zadaniach.

Próbny egzamin możecie sobie zobaczyć w linku. Ja na swoim miałam w zadaniu 8 zdjęcie pani pod Big Benem, która pyta o coś policjanta, a on jej wskazuje kierunek. Pierwsze pytanie było (mniej-więcej) „O co ta pani pyta policjanta?” Drugie: „Czy uważasz, że w dzisiejszych czasach zwiedzanie jest popularne? Dlaczego tak/nie?”. W liście natomiast musiałam napisać o wizycie w restauracji ze znajomymi, opowiedzieć wrażenia, opisać jakieś zdarzenie podczas kolacji i zaprosić adresata z jakiejś okazji też do restauracji.

Reszty zadań nie będę wypisywać, bo to trochę bez sensu – tam już jest całkiem loteria. Te dwa opisałam, żebyście, po porównaniu z próbnym testem, mogli oszacować, czego będą od was wymagać pisemnie.

Jeśli chodzi o inne języki, to nie pomogę za bardzo, ale informatory są też na stronie, a z tego, co sprawdziłam, to układ zadań na egzaminy eksternistyczne jest taki sam dla każdego.

7.10.2017, godz. 9:00 – informatyka

Egzaminy eksternistyczne z informatyki mogą się wydać trochę żartem – przynajmniej niektórym. No ale przedmiot taki trzeba zaliczyć. Obstawiam, że raczej nie będziecie zakuwać do tego konkretnego przedmiotu, ale warto się chociaż zainteresować tym, co może zawierać.

Egzamin ten przeprowadzany jest, naturalnie, głównie na komputerze. Dostałam płytę z danymi (obrazki, teksty), polecenia były w arkuszu. Ostatnie zadanie miało jednak formę pisemną, konkretniej pytań zamkniętych – ABCD. Na nie odpowiedź trzeba było zaznaczyć w teście. Zadania zapisywałam w utworzonym na pulpicie folderze, nazwany moim peselem. Później był on zgrany na pendrive i komputer komisji, a stamtąd na płytę.

Tutaj też jest pewien schemat, który się powiela. Kolejność zadań się różni, tak samo jak tematyka, ale umiejętności do wykorzystania te same. Spodziewajcie się arkusza kalkulacyjnego, prezentacji czy korespondencji masowej.

Ja na swoim egzaminie miałam:
  1. Prezentację o pieniądzach
  2. Zadanie do policzenia w arkuszu kalkulacyjnym (odpowiedzi podać musiałam w wordzie)
  3. Utworzyć korespondencję masową banku
  4. Opracować wizualnie ulotkę (w wordzie)
  5. Pytania zamknięte

Niby nic takiego, ale jakby ktoś jednak chciał sobie poćwiczyć, to polecam porównać to i zadania z informatora, wtedy ciężko was będzie zaskoczyć.

8.10.2017, godz. 9:00 – język polski

Ten egzamin mnie osobiście rozczarował, ponieważ diametralnie różnił się od przykładowego – tego z linku. Dodatkowo tematyka mi nie podpasowała totalnie. No ale to już są moje prywatne odczucia. Pokrótce opiszę, na ile pamiętam, co było, żebyście mogli sobie porównać z próbnym.

Tematem przewodnim było cierpienie i sens życia.

Ja po wyjściu cierpiałam bardzo, a sensu życia nie widziałam. Był to jednak po prostu mój przerost ambicji. No ale do rzeczy.

Najpierw był tekst, jakiś artykuł popularno-naukowy.

Odnosił się do motywu przewodniego. Temat brzmiał mniej-więcej „Czy można odnaleźć sens życia, pomimo cierpienia?” Później do tekstu były pytania, otwarte i zamknięte. Zapamiętałam: sformułuj pytanie do podanego zdania (fragmentu tekstu). Było też coś odnośnie określenia stylu tekstu, jego formy i celu.

Dalej był wiersz Aleksandra Wata „W czterech ścianach mego bólu”.

No i zadania interpretacyjne. Było na pewno: wyjaśnij, dlaczego cierpienie przedstawione w wierszu nie miało wymiaru sakralnego (odnosząc się do przypisu, którym było wytłumaczenie nawiązania do Biblii) oraz znajdź wersy, które świadczą o tym, że podmiot liryczny zatracił poczucie czasu (czy jakoś tak).

Następny tekst to był fragment utworu „Inny Świat”.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby jedno z zadań nie kazało odnosić się do dalszej części rozdziału. Niezawartej w arkuszu. A ja, wstyd przyznać, słyszałam o tej książce po raz pierwszy. No spodziewałam się bardziej „klasycznych” lektur. Jakiegoś „Wesela” czy innej „Lalki”. Dlatego tu was uprzedzam, że warto się z wymaganiami z informatora zapoznać. Może by mnie to uratowało.

Na koniec, klasycznie, wypracowanie.

Konkretniej rozprawka. „Oceń postawę bohaterów literackich wobec cierpienia oraz jak wpływa ono na ich życie” – coś w ten deseń. Trzeba było odnieść się do przynajmniej dwóch utworów, jeden mógł być z arkusza. Rozgoryczona, napisałam o destrukcyjnym wpływie cierpienia. No i oczywiście – Werter. Wsparłam się wierszem z testu i jakoś to poszło.

O ile niektóre egzaminy eksternistyczne są do siebie podobne, tak ten znacznie odbiegał od próbnego arkusza.  Przynajmniej w moim odczuciu. Dlatego tutaj nie ma co kombinować, trzeba się przygotować na wszystko.

8.10.2017, godz. 12:30 – biologia

Ten z kolei przedmiot mnie zaskoczył. Przygotowując się, opracowałam notatki, opierając się na wymienionych w informatorze wymaganiach egzaminacyjnych. Po prostu opisałam każdy punkt. I sam egzamin wydawał mi się dość łatwy. Polecam zatem taką metodę, ogólnie do wszystkich testów, ale do tego szczególnie.

Mój arkusz był dość podobny do tego przykładowego.

Jedno zadanie nawet się powieliło – z nieco inną treścią, ale sens był ten sam. Było to zadanie numer 7. Wśród reszty natomiast można było też odnaleźć sporo nawiązań. Było np. tak, że polecenie było zbliżone, tylko chodziło o inne zagadnienie z danej dziedziny (przykładowo wymyślam: na próbnym był opis fermentacji alkoholowej, na moim mlekowej – tego typu podobieństw było całkiem sporo). Dlatego warto sobie rozwiązać przykładowy arkusz.

Aha, no i też dużo zadań zawierało tekst źródłowy, który czasem wymagał dodatkowej wiedzy własnej, ale zwykle wszystkie odpowiedzi (głównie w zadaniach prawda/fałsz) można było wywnioskować z samego tekstu. Nie zachęcam oczywiście do zaniechania przygotowań i pójścia na hurra. Po prostu pocieszam, że kilka punktów da się jakoś uzbierać, nawet bez dobrej znajomości zagadnień lub jeśli trafi się na „to, co akurat nie wiem”.

13.10.2017, godz. 15:00 – chemia

Co prawda nie znam jeszcze wyników, ale już czuję, że ten egzamin poszedł mi najgorzej. Wyszłam – po raz pierwszy – z myślą, że mogłam nie zdać. Później sprawdziłam kilka odpowiedzi i gdzieś tam nazbierałam sobie te 12 punktów, więc trochę odetchnęłam z ulgą. Być może to kwestia tego, że relatywnie słabo się przygotowałam. Polecam jednak nie popełniać mojego błędu i przysiąść nad chemią.

Na podstawie arkusza próbnego i własnego egzaminu proponuję wam nauczyć się:
  • ♥ Wzorów chemicznych (nawet na pamięć – mnie się udało) do takich reakcji, jak: prażenie węglanów, gaszenie wapna palonego, otrzymywanie zaprawy murarskiej, wykrywanie skał wapiennych, otrzymywanie kwarcu i otrzymywanie zaprawy gipsowej. Większość z nich, w takiej czy innej formie (uzupełnij, napisz, rozpoznaj) pojawiła się zarówno w przykładowym, jak i na moim egzaminie.
  • ♥ Zagadnień związanych z pH i odczynami, także wskaźniki np. fenoloftaleina
  • ♥ Określanie liczby protonów, neutronów, powłok elektronowych i elektronów walencyjnych – było na obu arkuszach takie samo zadanie (tabelka, na próbnym bodajże zad. 1), tylko o różnych pierwiastkach.
  • ♥ Mydła, a zwłaszcza część hydrofilowa i hydrofobowa – znowu powtarza się na obu egzaminach (zad. 11), były inne substancje, ale zaznaczona ta sama część, więc liczę na punkt.
  • ♥ Produkty otrzymywane z destylacji ropy naftowej – tak, powieliło się

Generalnie zachęcam do opracowania sobie notatek na podstawie wymagań egzaminacyjnych – tak, jak na biologii. Można też liczyć na jakieś zadanie z tekstem źródłowym (również zazwyczaj jest to prawda/fałsz), ale tutaj już jest ich stosunkowo mniej. Bez wiedzy własnej może być wam ciężko.

14.10.2017, godz. 9:00 – geografia

Bardzo miły i przyjazny egzamin. Ja osobiście lubię geografię, ale myślę, że nawet średni fanatyk tego przedmiotu zgodziłby się ze mną, że jest to jeden z łatwiejszych testów.

Większość zadań tam ma formę, nazwę to, „inwencji własnej”.

To znaczy, że należy podać przyczynę, skutek, przykład itd. Ma to wadę – trzeba liczyć, że egzaminator uzna nam odpowiedź, podciągnie ją pod klucz. Jednak, moim zdaniem, jest to całkiem fajna forma zadań. Zwłaszcza, że wiele zjawisk znamy z życia codziennego, więc da się jakoś wymyślić odpowiedź.

Co zauważyłam na obu egzaminach i radzę sobie przypomnieć – piramidy wieku. Ja miałam dwie i do każdej musiałam dobrać fazę rozwoju gospodarczego oraz przykładowy kraj. Wydaje mi się, że zrobiłam to dobrze, więc podzielę się odpowiedzią. Pierwsza była wyraźnie wąska u góry i szeroka na dole – społeczeństwo starzejące się. Dobrałam fazę V i Niemcy. Druga była w miarę równomierna na końcach i wybrzuszona w środku. Zaznaczyłam fazę III i Polskę. Jeśli zrobiłam błąd to przepraszam, ale jestem prawie pewna tych odpowiedzi.

Ponadto miałam między innymi: fotografie przedstawiające uchodźców, musiałam nazwać zjawisko i podać dwa skutki polityczno-ekonomiczne. Było też zadanie ze zdjęciami kilku charakterystycznych budowli: Koloseum, Statua Wolności, Taj Mahal i Sydney Opera, do każdego musiałam dopasować kontynent. Jedno z zadań było o aglomeracjach, musiałam wyjaśnić, dlaczego przedstawiona na obrazku B to policentryczna (Katowice i okolice) oraz czym się różni to od megalopolis.

No takie przykładowe zadania wam podałam, jako dodatek do arkusza z informatora.

Ogólnie sam egzamin jest raczej przyjazny, ale jeśli nie czujecie się mocni z geografii, to rozwiążcie próbny test i zajrzyjcie do wymagań.

14.10.2017, godz. 12:30 – wiedza o społeczeństwie 

Po tym egzaminie wyszłam najbardziej zadowolona. Bardzo miło mi się go pisało. Tutaj pewnie też odznacza się to, że wos po prostu lubię. Obiektywnie jednak też był to jeden z łatwiejszych do zdania egzaminów – bardzo podobny do geografii (oczywiście formą, nie treścią).

Tutaj też jest sporo odpowiedzi z „twórczej inwencji”.

Ale są też teksty lub obrazki źródłowe, do których trzeba się odnieść, znajdzie się prawda/fałsz. Trochę ciężej jakoś dokładnie określić, jakiego typu polecenia będą, co do zrobienia.

Zadania trochę się różniły od przykładowego arkusza, chociaż – znów! – było parę zadań jawnie pokrewnych. Na przykład, na próbnym jest zadanie 3, a na moim było takie samo, tylko poszerzone o drugi dokument, prawo jazdy. Ja miałam dość sporo o sądownictwie, ale to akurat mi się podobało.

Wypiszę jeszcze kilka zagadnień z mojego egzaminu, jako uzupełnienie (treści oczywiście takie mniej-więcej):
  • ♥ Na podstawie tekstu źródłowego (wyrok sądu) określ, dlaczego oskarżony odpowiadał jak dorosły, pomimo tego, że był nieletni. – zadanie fajne, bo wszystko jest w tekście, trzeba było tylko to wywnioskować.
  • ♥ Były obrazki ilustrujące prawa człowieka i trzeba było określić nazwę konstytucyjnego organu, który stoi na straży ich przestrzegania. Wśród nich było np. prawo do czasu wolnego i zabawy albo prawo do niebycia wyzyskiwanym, także był to Rzecznik Praw Dziecka.
  • ♥ Na podstawie tekstu źródłowego zaznacz, w których wyborach może uczestniczyć Pani X – też wszystko w tekście, chodziło o Polkę mieszkającą w Paryżu, zamężną z Francuzem.
  • ♥ Prawda/fałsz na podstawie wykresu – na wykresach były takie pojęcia, jak liberalność ekonomiczna czy konserwatyzm społeczny, a kropki oznaczały wyborców kilku partii. Pytania były w stylu: najbardziej liberalna społecznie jest grupa wyborców Nowoczesnej. Było też: wszystkie te partie zasiadają obecnie w sejmie, to chyba jedyne, które odwoływało się do wiedzy spoza obrazka.
  • ♥ Uzupełnij nazwy stron w postępowaniu – opis postępowania i puste miejsca na określenia.
  • ♥ Pojawiło się zadanie pisemne, w moim przypadku było to zadanie za 6 pkt. Było kilka tekstów i wykresów do podparcia. Temat brzmiał: Podaj trzy korzyści dla młodych Polaków wynikające z przynależności do UE i strefy Schengen.

No, także myślę, że egzamin całkiem fajny. Jeśli ktoś nieźle orientuje się w świecie, to raczej problemów mieć nie powinien, nawet bez większych przygotowań. Na parę punktów też można liczyć za dobre odczytanie tekstów czy wykresów. To nie jest egzamin, którym powinniście najbardziej się stresować.

15.10.2017, godz. 9:00 – matematyka

Przedmiot, który spędza sen z oczu wielu. Ja też nie jestem z nim w zbyt zażyłej relacji. Najwięcej czasu podczas nauki poświęciłam właśnie na matmę. Poczytałam na stronie statystyki i bardzo dużo osób nie zdawało właśnie tego egzaminu. Było to widać, aż się zdziwiłam, że do takiego stopnia. O ile na innych egzaminach było zwykle koło 20 osób, najwięcej do tej pory widziałam 30, tak na matematyce było ponad 50 osób. To naprawdę dało się odczuć, uwierzcie.

A czy jest naprawdę aż tak źle, że nie da się 12 punktów uzbierać?

To już kwestia indywidualna, ale podzielę się swoim zdaniem. Tragicznie nie jest, serio. Owszem, dość sporo się przygotowywałam i byłam nawet mile zaskoczona momentami, że coś zdaje mi się łatwe (ja, humanista zatwardziały, a matmę umiałam całkiem!).

Tutaj chyba najmniej się zdadzą porównywania zadań, bo wiadomo, że każdy arkusz będzie zgoła inny. Patrząc na próbny i swój egzamin to na pewno radzę wam ogarniać: logarytmy, ciągi, równania i nierówności, funkcję kwadratową (delta!), kombinatorykę, trygonometrię (wiecie, sinus i cosinus) oraz planimetrię (Pitagoras). Ale zanim złapiecie się za głowę, spokojnie, oddech. Macie ze sobą bardzo potężny oręż. Arkusz wzorów. No i kalkulator, ale skupmy się na pierwszym elemencie wyposażenia.

Ta niepozorna książeczka naprawdę może uratować wam tyłki.

Brzmi banalnie, wiem, ale wiele zadań – zwłaszcza zamkniętych – wymaga tylko znajomości odpowiedniego wzoru. I już, podstawiacie, da się rozwiązać, jest fajnie. W zadaniach otwartych z kolei wypisanie odpowiedniego wzoru z automatu gwarantuje wam cenny punkt! Za sam wzór!

Ja tak na serio, było wiele zadań „jednopunktowych”, gdzie wystarczyło podstawić pod wzór lub zwyczajnie na niego spojrzeć i znaleźć szukany element. Dlatego jeśli wam, tak jak mnie przed egzaminem, właśnie matma spędza sen z powiek, to oprócz liczenia i rozwiązywania zadań serdecznie polecam wydrukować sobie wzory. Poprzeglądać je sobie. Zapoznać się. Wiedzieć, jakie wzory macie i gdzie się znajdują. Później na egzaminie będzie wam łatwiej, bo zamiast gorączkowo szukać i zastanawiać się, czy dany wzór jest w arkuszu, to na luzaku otworzycie sobie na odpowiedniej stronie i jakoś to pójdzie.

Odnosząc się jeszcze do mojego egzaminu, to miałam niesamowity traf – zadanie prawda/fałsz za pięć punktów (!), które w dodatku odnosiło się do procentów i to dość prostych. Wiecie, 4200 – 100%, 2100 – 50%, 1050 – 25%. I tyle, 5 pkt w kieszeni. Wydaje mi się jednak, że twórcy zadań litościwie się z nami obchodzą i zawsze dają jakieś względnie łatwe, a wysoko punktowane zadanie.

Także matmę zdać można!

Na te 30% czy 30 kilka, ale jest to realne. Pamiętajcie tylko o moich radach, bo jestem prawie pewna, że ułatwi wam to misję „zdobyć 12 punktów”. No ale tutaj bez zakuwania się jednak raczej nie obejdzie.

15.10.2017, godz. 12:30 – historia 

Kolejny z moich ulubionych przedmiotów, w zasadzie „specjalizacja” taka moja, także moje podejście było lajtowe. Ale postaram się wam w miarę obiektywnie opisać, czego możecie się spodziewać.

Znowu, możecie trafić na wszystko, jeśli chodzi o treść. Patrząc na te dwa arkusze wypracowałam jednak kilka luźnych wniosków, co do przedziału czasowego. Oczywiście nie jest to żadna reguła i radzę wam mimo wszystko przygotować się z całego zakresu.

Z moich obserwacji wynika, że:
  • ♥ Jedno lub dwa zadania na początku zwykle dotyczą Polski Pierwszych Piastów.
  • ♥ Dalej wskakujemy już na okres rozbiorów i czasu tuż po rozbiorach.
  • ♥ Docieramy w okolice I wojny światowej.
  • ♥ Najwięcej zadań dotyczy dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej.
  • ♥ Jest też całkiem dużo o okresie tuż po wojnie oraz dalej o PRL.

Jeśli chodzi o formę zadań, to możecie się spodziewać kilku zadań z tekstem lub mapą źródłową, na które czasem da się odpowiedzieć jedynie na podstawie tego, co podane. Jest prawda/fałsz, jest ABCD. Czasem trzeba odpowiedzieć pisemnie, ale znów trafi się coś, co można wypisać na podstawie źródeł. Spore szanse macie na jakiś plakat lub pocztówkę kojarzoną z konkretnym wydarzeniem.

No i wisienką na torcie jest oczywiście wypracowanie.

Nie przejmujcie się nim jednak tak bardzo, bo zawsze macie jakieś teksty, obrazki, wykresy, mapki do podparcia się. Coś tam da się na ich podstawie wykombinować. Mój temat brzmiał: „Podaj trzy wydarzenia, które wpłynęły na kształtowanie się granic Polski po I wojnie światowej, uzasadnij każdy wybór.”

Zdaję sobie sprawę, że wielu może historia przerażać – co najmniej tak, jak mnie matma – ale obiektywnie rzecz ujmując, to da się zawsze coś wymyślić, odczytać, odnaleźć w tekście. Przynajmniej na tyle, żeby zdać. Wiedza w pewnym zakresie też jest ważna i sprawdzana, ale zdarza się tak, że przygotujecie się „akurat nie z tego, co jest”. I to jest właśnie na takie chwile pociecha – można jakoś pozbierać punkty na tak zwane oko.

20.10.2017, godz. 15:00 – fizyka 

Po doświadczeniach z chemią, starałam się nie popełniać tych samych błędów i do fizyki się sporo przygotowywałam. Wydrukowałam punkty z wymaganiami, robiłam notatki. Próbny egzamin z tego przedmiotu wydał mi się na pierwszy rzut oka czarną magią. Okej, pouczyłam się, coś tam wiedziałam. Zaglądam znów do przykładowego arkusza, próbuję rozwiązać… rozpacz. Totalna. No trudny. Może bym jakoś zdała, może nie.

Tym bardziej stresowałam się pod salą egzaminacyjną. Weszłam, drżącym sercem otwieram i… nie było aż tak tragicznie. Pewnie godziny nauki jednak coś dały, mam jednak silne przekonanie, że ten mój był zwyczajnie łatwiejszy.

No i tutaj też macie wspomagacz – tablicę wzorów, której użyłam, więc bywa przydatna!

Mianowniki wspólne między obydwoma egzaminami (przykładowym oraz moim) udałoby się znaleźć, ale nie aż tak wyraźne, jak przy niektórych z poprzednich egzaminów. Dlatego po prostu powiem wam kilka rzeczy, które miałam i zapamiętałam, skonfrontujcie sobie z próbnym:

  • ♥ Dwa zadania obliczeniowe, których bardzo się bałam, a okazały się łatwe. Były ze sobą powiązane. Pierwsze: Przedmiot zrzucono z pewnej wysokości, spadał 0,6 sek. Przyjmij przyspieszenie ziemskie a=10 m/s2 i oblicz prędkość. Na początku zonk, bo jedyny wzór na prędkość, jaki znałam, to v=s/t, no ale wspomogłam się tablicami, znalazłam inny i wyszedł fajny wynik. Druga część zadania to oblicz wysokość, z jakiej zrzucono przedmiot. No tu już łatwo, bo mamy prędkość, zatem s=v*t.
  • ♥ Okres i częstotliwość obrotu jakiejś tarczy. Zadanie z odpowiedziami do wyboru, wystarczyło wyliczyć i zaznaczyć.
  • ♥ Tekst źródłowy o satelitach geostacjonarnych i prawda/fałsz do tego.
  • ♥ Zaznacz prawidłowe uzupełnienia zdań – o dwóch satelitach krążących wokół Ziemi, jeden bliżej, drugi dalej. Jaka siła spełnia funkcję siły dośrodkowej, coś tam jeszcze. A pod spodem zadanie wyboru, o odległościach i związanych z tym oddziaływaniami Ziemi na każdy z nich.
  • ♥ Maciek czy inny Jacek jechał windą. Waga wskazywała 45kg. Zadanie też z wariantami do wyboru: Ile Newtonów wynosi jego ciężar, jak będzie jechał ruchem jednostajnym, to ile wskaże waga, coś o stanach nieważkości i przeciążenia w zależności od ruchu windy.
  • ♥ Gdzie na obrazku zaznaczono Drogę Mleczną?
No takie przykładowe zadania, jakie zapamiętałam.

Ale ogólnie jak skonfrontujecie to z przykładowym egzaminem, to chyba zauważycie różnicę. Przy tym egzaminie chyba miałam po prostu farta. Mimo to pamiętajcie, że zawsze poratuje was jakiś tekst źródłowy czy inny obrazek, czasem za całkiem przyzwoitą liczbę punktów.

21.10.2017, godz. 9:30 – podstawy przedsiębiorczości

Upragniony, ostatni – w moim przypadku – egzamin. I to z jednego z bardziej lajtowych przedmiotów, czyli pp.

Formą przypomina trochę egzaminy z wosu czy geografii – też jest sporo pytań do „inwencji własnej”. Poza tym są nasze ulubione obrazki czy teksty, z których, że tak ujmę, „odpowiedź nasuwa się sama”.

Przy przedsiębiorczości nie ma co za dużo gadać – to taki trochę wos, tylko o pieniądzach.

Dlatego ograniczę się do podania przykładowych pytań i zadań z mojego egzaminu:
  • ♥ Trzy wypowiedzi i do dopasowania postawy: asertywna, agresywna i uległa. Zadanie rodem z podstawówki. Zdania brzmiały, w skrócie: „Nie pomogę Ci, bo mam własne sprawy”, „Dobrze, pomogę Ci, bo się obrazisz”, „Jesteś beznadziejny, spadaj i tak nie dasz rady”. Tak, to było zadanie za 3pkt.
  • ♥ Jak możesz reagować na mobbing w miejscu pracy? – odpowiedź pisemna.
  • ♥ Tabela pokazuje, ile pączków chcą kupić trzy osoby w zależności od ceny. Podlicz sumę sprzedanych pączków dla każdej z cen i nazwij zjawisko.
  • ♥ Podaj dwa prawa konsumenta.

Także, jak widać, trzeba się mocno postarać, żeby ten konkretny egzamin zawalić.

Ten post wyszedł mi dwa razy dłuższy od poprzedniego, także znów podzielę go na kolejną część.

Część 3 – podsumowanie i moja opinia – będzie tutaj.

Do zobaczenia zatem w następnej, raczej ostatniej części wpisów z serii „egzaminy eksternistyczne”!

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 1.

Egzaminy eksternistyczne? O czym Ty mówisz?

W tym wpisie poruszę temat, który w internecie tak naprawdę nie został właściwie opisany. Przynajmniej ja nie natrafiłam na żadne godne zaufania źródła, kiedy poszukiwałam informacji.

Jedyne, co znalazłam to:

  1. Wpisy na forach internetowych, głównie od osób, które same chciały się czegoś dowiedzieć. Pozbawione w większości rzetelnych informacji, na których można się oprzeć. Ilość: znikoma. Przydatność: minimalna
  2. Strona CKE, która opisywała egzaminy eksternistyczne od strony czysto „teoretycznej”, to znaczy kiedy są przeprowadzane, co trzeba zdać, jak się zgłosić i tak dalej. No pod tym względem nie ma się do czego przyczepić, bo dane były bardzo dokładne, klarowne. Mi jednak brakowało „ludzkiego czynnika”, doświadczeń prawdziwej osoby, która przez nie przeszła. Ilość: kilka stron (CKE i poszczególnych OKE). Przydatność: spora, jeśli chodzi o procedury same w sobie, ale żadna, jeśli chodzi o przebrnięcie przez nie.
  3. Reklamy szkół oferujących przygotowanie do egzaminów w rok, pół roku, a nawet w miesiąc! Przez internet, stacjonarnie w większych miastach, a wszystko to za drobną opłatą. Ilość: od cholery. Przydatność: żadna.

Słabo co?

Też tak myślałam, kiedy pierwszy raz researchowałam frazę „egzaminy eksternistyczne” i zaczęłam rozważać przystąpienie do nich. Już wtedy postanowiłam sobie, że jeśli się na nie zdecyduję, to później opiszę ten temat z perspektywy kogoś, kto do nich podszedł. Wtedy trochę jeszcze mnie zastanawiało, dlaczego tak mało jest informacji na ten temat.

Niedługo później zrozumiałam, kiedy któraś z kolei osoba robiła wielkie oczy, jak mówiłam, że chciałabym zdać egzaminy eksternistyczne zamiast dalej chodzić do LO. Nawet ludzie „z branży”, czyli nauczyciele, dyrektorzy szkół, nie mieli pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje, a co dopiero „jak to działa”.

Brakowało mi odpowiedzi drugiego człowieka – co to są te egzaminy eksternistyczne?

Dlatego dzisiaj, będąc już po wszystkim – mam nadzieję – chciałabym w miarę możliwości dogłębnie opisać czym te egzaminy eksternistyczne właściwie są. Postaram się wyczerpać temat, przywołując własne pytania i wątpliwości, to, na co zwróciłam uwagę podczas całego procesu i tak dalej. Pewnie ten post będzie kosmicznie długi, no ale sporo mam do opowiedzenia.

Jeśli jednak nadal coś będzie dla Ciebie niejasne, to śmiało pisz w komentarzu, odpowiem na ile będę mogła. A jeżeli z jakichś przyczyn nie chcesz pytać tutaj, możesz napisać na mój email: feedyoustrawberries@gmail.com. Bardzo mi zależy, żeby moi „następcy” mieli chociaż trochę łatwiej niż ja. Zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest podjąć taką decyzję, szczególnie, gdy nikt dookoła nie wie, co zamierzacie zrobić, czy tak się w ogóle da… Brak sensownych i wiarygodnych informacji na pewno nie pomaga. Ze swojej strony zrobię co w mojej mocy, żeby jakoś pomóc.

 

Najpierw odpowiem na takie podstawowe pytania:

Czym są egzaminy eksternistyczne?

Jest to forma ukończenia edukacji na poziomie podstawówki, gimnazjum lub liceum. Zdanie ich gwarantuje świadectwo i wykształcenie, zależne od typu szkoły. Z tego, co wiem, podobnie można skończyć zawodówkę, ale tam kwestie się trochę różnią. Ja skupię się na tych, które pisałam, czyli z zakresu liceum.

Kto może przystąpić do egzaminów eksternistycznych z zakresu liceum ogólnokształcącego?

Każdy, kto ukończył 18 lat i posiada świadectwo gimnazjalne/ośmioletniej szkoły podstawowej. Niezależnie od tego, czy uczęszczał do liceum, czy do innej szkoły ponadgimnazjalnej. Zaliczone klasy liceum też nie są istotne – zdaje się „całe” liceum naraz, bez podziału na 1, 2 i 3 klasę.

Do jakich egzaminów trzeba podejść?

Aby uzyskać świadectwo ukończenia liceum ogólnokształcącego trzeba zdać 11 egzaminów, każdy z nich później trochę opiszę. Wszystkie przedmioty są na poziomie podstawowym, czyli nie ma rozszerzeń. Zaliczyć trzeba:

  • język polski
  • język obcy (angielski, niemiecki, francuski, rosyjski – ja wybrałam angielski)
  • matematykę
  • historię
  • wiedzę o społeczeństwie
  • podstawy przedsiębiorczości
  • chemię
  • fizykę
  • biologię
  • geografię
  • informatykę

Jak podzielone są egzaminy eksternistyczne?

Są one podzielone na dwie sesje w roku: sesję jesienną i sesję zimową. Pierwsza z nich odbywa się w październiku, druga w lutym. Każda sesja obejmuje wszystkie egzaminy, ale nie trzeba podchodzić do każdego z przedmiotów jednocześnie. Można sobie rozłożyć je na kilka sesji. Ja osobiście zdecydowałam się zdawać je za jednym razem, w minionej sesji jesiennej, jednak jeśli ktoś nie czuje się na siłach, to może dowolnie dobierać egzaminy.

W ilu sesjach należy zdać egzaminy?

Po dopuszczeniu do egzaminów przysługuje 5 sesji (w moim przypadku: jesienna 2017 – zimowa 2020), w których należy zaliczyć wszystkie przedmioty. Dotyczy to także tych niezdanych za pierwszym podejściem. W tym czasie można podchodzić do każdego z egzaminów (czyli w każdej z sesji zdawać dowolny przedmiot, niezależnie od tego, czy już się go oblało). Jeśli wyznaczone sesje dobiegają końca, a są jakieś niezaliczone egzaminy, można ubiegać się o przedłużenie okresu zdawania.

Ile punktów trzeba mieć, aby zdać?

Punkty przeliczane są na procenty, a te z kolei na oceny. Aby zdać należy mieć 30%, czyli 12 punktów z każdego egzaminu (zawsze maksimum to 40 punktów). Tabelkę z dokładną skalą znajdziecie na stronie.

Czy egzaminy eksternistyczne są płatne?

Tak. Opłata wynosi 173,20 zł za jeden egzamin. Wychodzi dość sporo w sumie, ale jeśli rozłoży się egzaminy w czasie, to także koszty się rozłożą. Ponadto można ubiegać się o zniżkę 50%, a nawet całkowite zwolnienie z opłaty po spełnieniu odpowiednich warunków. Nie należy zatem się obawiać, że brak pieniędzy całkowicie przekreśla szanse na podejście do egzaminów.

Chyba z takich podstaw to wszystko, resztę informacji o procedurach (wnioski, terminy, warunki) znajdziecie na stronie CKE – www.cke.edu.pl – w zakładce „egzamin eksternistyczny”. Pomocne będą także strony waszych OKE.

Teraz trochę o mitach, z jakimi zetknęłam się odnośnie egzaminów eksternistycznych:

1. Świadectwo uzyskane eksternistycznie ma mniejszą wartość, niż świadectwo „normalnego” liceum.

To nie jest prawda! One niczym się nie różnią, prócz małego szczegółu – w miejscu „nazwa szkoły” jest wpisane „zdane eksternistycznie”. Każda instytucja jest zobowiązana je uznać i to na takiej samej zasadzie. Jedyne osoby, które mogą się przyczepić, to będą ludzie, którzy z zasady gardzą innymi od nich. Ale takim to nie dogodzisz nigdy, nawet dyplomem z Harvardu – bo słabe oceny, bo to w sumie żadna sztuka, bo pewnie kupione.

2. Nie można podejść do matury po egzaminach eksternistycznych.

To chyba największa bzdura, jaką słyszałam. Większość osób właśnie po to zdaje egzaminy eksternistyczne – żeby podejść do matury. Mało tego! Można do niej podejść jeszcze w tym samym roku szkolnym, co do egzaminów, pod warunkiem zaliczenia wszystkiego najpóźniej w sesji zimowej (czyli luty 2018 dla matury w maju 2018).

Deklaracji maturalnej dla zdających liceum eksternistycznie poświęcę jednak osobny post za jakiś czas, bo zwyczajnie jej jeszcze nie składałam, a też chciałabym rzetelnie opisać cały proces.

3. Aby podejść do egzaminów, trzeba ukończyć specjalną szkołę przygotowującą do nich.

NIE! To absolutnie bujda. Te egzaminy eksternistyczne w istocie są przecież „furtką” dającą wykształcenie średnie (niepełne – pełne z maturą dopiero) bez obowiązku uczęszczania do jakiejkolwiek szkoły. Tego typu instytucje, rzecz jasna, będą się starały wam wmówić, że to konieczne, bo dla nich to zysk.

Wydawało mi się to oczywiste, ale pod salą egzaminacyjną słyszałam wiele rozmów na ten temat. Wynikało z nich, że spora część osób dała się na to nabrać i zapisała się na kursy. Nie byli jednak zadowoleni – skarżyli się na nieustannie odwołane zajęcia, brak zainteresowania ze strony nauczycieli (róbta co chceta) czy nieumiejętne nauczanie/powtarzanie materiału.

Osobiście nie byłam zaskoczona słysząc to, bo tego właśnie się spodziewałam po wszelakich placówkach „liceum w 5 minut!”…

Nie dziwię się jednak, że wiele osób się na ten marketing nabrało, skoro nawet w google po wpisaniu „egzaminy eksternistyczne” wyskakują głównie reklamy takich, pożal się Boże, szkół. Jeśli wy uznacie, że warto jednak skorzystać, to już wasza sprawa. Ja do egzaminów przygotowywałam się głównie sama, ale zdaję sobie sprawę, że większość może czuć się pewniej z jakąś pomocą.

Moim zdaniem, są lepsze sposoby.

Zachęcałabym raczej do korepetycji z wybranych przedmiotów. Nie musi to być przecież płatny korepetytor – może to być ktoś z rodziny, znajomy, który raz w tygodniu zgodzi się posiedzieć z wami chwilę. Gwarantuję, że znajdziecie taką osobę – w moim przypadku to była mama, która poświęciła bardzo dużo swojego czasu na uczenie mnie matematyki, za co bardzo jej dziękuję!

Jeśli naprawdę nie ma nikogo, kto może wam pomóc, to pamiętajcie, że przecież mamy internet. A co za tym idzie strony z mniej lub bardziej przydatną wiedzą. Są filmiki z poradnikami – np. do matematyki polecam matemaks.pl, gdzie oprócz teorii czy wzorów są zadania z rozwiązaniami video, gdzie wyjaśnione jest wszystko krok po kroku, aż do wyniku. Można też tradycyjnie zakupić książki z zadaniami, repetytoria…

Naprawdę nie potrzebujecie takich „szkół”, żeby zdać egzaminy eksternistyczne. Jeśli już chcecie inwestować w przygotowanie do egzaminów, to można dużo lepiej ulokować te pieniądze. Ale przede wszystkim uwierzcie w siebie, dacie radę!

Natomiast odpowiadając jeszcze raz na pytanie – trochę się rozgadałam – nie, nie musicie chodzić do żadnej szkoły ani nic kończyć (prócz gimnazjum/ośmioletniej podstawówki), aby podejść do egzaminów.

Może przybliżmy teraz sam przebieg egzaminów – od złożenia wniosku aż po oczekiwanie na wyniki.

Dla ułatwienia ja posłużę się swoimi datami, żeby darować sobie te urzędnicze gadki „na dwa miesiące przed rozpoczęciem bla, bla, bla…”. Przypominam, że zdawałam egzaminy w sesji jesiennej. Zatem jeśli ktoś będzie chciał podejść do nich również w sesji jesiennej, to daty będą się mniej-więcej pokrywać (wiadomo, oprócz roku). Jeśli ktoś będzie podchodził do nich w sesji zimowej to wystarczy zamienić „październik” na „luty” i też będzie się pi razy drzwi zgadzać. Dokładne daty dla waszych sesji i tak musicie sprawdzić na stronie, bo część z nich jest „ruchoma”.

Pierwszy etap – do 31 lipca 2017

Do tego dnia musiałam dostarczyć do OKE (okręgowej komisji, która odpowiada za egzaminy w waszym regionie, w moim przypadku Wrocław) następujące dokumenty: wniosek o dopuszczenie do egzaminów (dostępny na stronie), świadectwo ukończenia gimnazjum, skan dowodu osobistego. Można to zrobić zarówno osobiście, jak i przesłać listem poleconym. Wówczas decyduje data stempla pocztowego.

Chwilę zatrzymam się przy świadectwie gimnazjalnym, bo w moim przypadku jest z nim związana pewna historia.

Na żadnej ze stron, nawet po przewertowaniu ich od deski do deski, nie znalazłam dokładnej informacji, czy to ma być kopia, czy też oryginał. Po namyśle wysłałam duplikat, uznałam, że oryginał zawsze mogę później dostarczyć, jak mnie już przyjmą. Sugerowałam się również aplikacją do szkoły, gdzie także najpierw dostarcza się kopię, a po przyjęciu dopiero oryginał.

Bez większego stresu, wysłałam.

31 lipca otrzymałam odpowiedź, że owszem, dostanę się, pod warunkiem, że do 31 lipca wpłynie do OKE Wrocław oryginał świadectwa. Zrobiłam się cała czerwona. Tak, dobrze widzicie. Nawet choćbym nie wiem jak bardzo chciała, to nie byłam fizycznie w stanie tego zrobić. Była 18.00, OKE już nieczynne, a do Wrocławia jakieś 2oo km. O trzeciej w nocy wyruszyłyśmy z mamą z zamiarem czekania pod siedzibą i błagania pierwszej napotkanej pracowniczki o litość.

Punkt siódma stałyśmy pod OKE, czynne od ósmej.

Około 7.30 pojawiła się jakaś pani, która po wysłuchaniu naszych gorzkich żali wpuściła nas i powiedziała, że zawoła koleżankę, która za to odpowiada. Po chwili okazało się, że koleżanki nie ma, bo jest na zwolnieniu, także przesympatyczna pani wzięła moje świadectwo, bez żadnych tłumaczeń czy próśb. Powiedziała, że też mieszka na wsi, także wie, jak to z pocztą bywa. A na pytanie, czy na pewno mnie przyjmą odpowiedziała, że „jak ona mówi, że przyjmą, to przyjmą”.

Dodała też, że w sumie to można zabrać już ten oryginał, bo wystarczyło, aby pracownik OKE je zobaczył i zatwierdził. Ja jednak nieszczególnie chciałam mieć to świadectwo, więc je zostawiłam – drugi raz to może nie przejść, niech tam leży.

Dzięki tej pani i jej wyrozumiałości, dopuszczono mnie do egzaminów.

A wam radzę załączyć oryginał od razu, ewentualnie duplikat i oryginał. I tak wam go zaraz odeślą, a przynajmniej unikniecie moich przeżyć.

Drugi etap – 18 sierpnia 2017

Dostałam odpowiedź w sprawie dopuszczenia do egzaminów. Może doszła wcześniej, ale wtedy ją odebrałam. Jako, że była pozytywna, to otrzymałam informacje o: formularzu do wypełnienia, czasie zdawania (od sesji jesiennej 2017 do sesji zimowej 2020) oraz numerze konta, na który należy dokonać wpłaty.

Trzeci etap – do 31 sierpnia 2017

Musiałam do tego dnia dosłać formularz, w którym deklaruję, do jakich egzaminów podchodzę w danej sesji. Ja wybrałam sesję jesienną i wszystkie przedmioty. W związku z tym również do 31 sierpnia musiałam dokonać wpłaty na podane konto za wszystkie egzaminy.

Czwarty etap – 12 września 2017

Odebrałam list z harmonogramem egzaminów w sesji jesiennej oraz miejscem ich zdawania. Dla OKE Wrocław są to już od lat (sprawdzałam stare harmonogramy) Elektroniczne Zakłady Naukowe we Wrocławiu.

Piąty etap – od 6 do 21 października 2017

Zdawałam egzaminy, o których opowiem za chwilę po kolei.

Szósty etap – 24 listopada 2017

Tego dnia mam otrzymać wyniki egzaminów i będę już wiedziała co dalej robić – od razu matura, czy może sesja zimowa? (wydaje mi się, że zdałam, ale ten dzień to zweryfikuje) 

I już. Zapętlić to ewentualnie od etapu trzeciego, jeśli zdajecie w kilku sesjach. Wydaje się tego dużo, zwłaszcza, jak się czyta te procedury na stronie, ale tak naprawdę to nie jest tak źle przez to przebrnąć. Egzaminy eksternistyczne nie są takie straszne, w każdym razie od strony formalnej.

Nie przypuszczałam, że ten wpis będzie aż taki długi, dlatego postanowiłam jednak go podzielić.

W drugiej części, do której link podam wam tutaj, zrobię dokładny opis poszczególnych egzaminów z każdego przedmiotu i podzielę się prywatnymi odczuciami.

Edit: Druga część wyszła mi jeszcze dłuższa, także podzieliłam to na kolejny wpis, część trzecia będzie tutaj.

Tymczasem mam nadzieję, że już ten wpis wam pomógł chociaż trochę, jeśli zastanawiacie się, czy egzaminy eksternistyczne są dla was.

Jeśli o czymś zapomniałam, to pewnie zrobię edycję lub dopiszę w następnym poście.

Do przeczytania w drugiej części!

 

Wykłady Profesora Niczego – recenzja

Halo wyimaginowani czytelnicy!

Żyję!

Jeszcze z tą stronką nie skończyłam, spokojna głowa. Ja się tak łatwo nie poddaję, jak już się zawezmę.

Przyczyn mojej nieobecności dość długiej było kilka, ale najpoważniejszą były egzaminy, o których już wspomniałam gdzieś tam, chyba tu, ale o nich już szykuję osobny post, bo uważam, że to ważny i ciekawy temat, a relatywnie mało o nim informacji.

A w tym wpisie chciałabym zrecenzować książkę, która była moją niesamowitą pomocą w nauce do egzaminu z języka polskiego, czyli Wykłady Profesora Niczego, autorstwa znanego youtubera Miecia Mietczyńskiego, a właściwie Bartłomieja Szczęśniaka, chociaż bardziej znany jest jako Mieciu.


2

Muszę przyznać, że książka trafiła mi się w idealną porę. Mam nawet wrażenie, że trochę ją sobie „wykrakałam”. Narzekałam wszystkim dookoła, że brakuje mi dobrego streszczenia wszystkich epok literackich, a tu nagle Mieciu ogłasza, że właśnie wydał… streszczenie epok literackich, jakimi są właśnie Wykłady Profesora Niczego. Moja miłość do niego wzrosła tysiąckrotnie.

Miałam jednak w związku z tym spore oczekiwania co do książki.

Po pierwsze, wiadomo, streszczenie musi być spełniać swoją funkcję, zwłaszcza dla kogoś kto – tak jak ja – zamierza robić powtórkę przed egzaminem.

Po drugie, jako pasjonatka języka polskiego zapewne kupiłabym Wykłady Profesora Niczego nawet „ot tak”, dla przyjemności, także chciałam miło spędzić czas na tej lekturze.

Po trzecie, jak wspomniałam, Miecia uwielbiam, ale liczyłam się z tym, że jego papierowa wersja może mi do gustu nie przypaść. Zakładałam, że będzie bardzo dobra, przynajmniej tak dobra, jak jego filmiki. No ale wiecie jak to bywa – czasem zmiana formy nie wychodzi youtuberom na dobre.

Może najpierw parę słów ogólnych – jak nam się prezentują Wykłady Profesora Niczego?

Książka, jeśli dobrze widzę, liczy sobie jakieś 316 stron. Czy to mało, dużo? Chyba w sam raz, żeby streszczenie nadal pozostało streszczeniem. Choć jak dla mnie mogłaby być nawet dwa albo trzy razy dłuższa.

Projekt okładki widzicie na zdjęciu – moim zdaniem bardzo gustowny i fajnie wygląda na półce, co na plus.

W środku znajdziemy wstęp, omówienie wszystkich dziesięciu epok literackich i zakończenie. Każda epoka dzieli się na podrozdziały dotyczące najważniejszych terminów, postaci czy dzieł.

A jak moje oczekiwania co do lektury i jej treści zweryfikowała rzeczywistość?

Jeśli powiem, że byłam zadowolona w trakcie i po przeczytaniu, to jakbym nic nie powiedziała.

Byłam zachwycona. Byłam wniebowzięta. Byłam… spełniona, jakkolwiek to brzmi.

Wykłady Profesora Niczego okazały się jeszcze lepszą ucztą dla wszystkich moich zmysłów, niżbym sobie życzyła.

Styl Miecia, jaki możecie znać z jego filmików, jest tutaj dokładnie zachowany, co stanowi w tym przypadku zaletę. W mojej opinii jest on świetny w tłumaczeniu pewnych zagadnień czy opisywaniu treści lektur. Momentami nawet słyszałam jego głos w mojej głowie – jakby to on opowiadał mi po kolei „o co tu chodzi”. Słyszałam też charakterystyczne dla jego filmów wstawki, jak choćby „OCZYWIŚCIE”.  Z pewnością jest to znaczne ułatwienie dla osób, które z czytaniem są ogólnie na bakier. Tutaj po prostu „połyka się” stronę po stronie.

Książka jest przepełniona specyficznym dla Miecia humorem, nieraz uśmiechnęłam się, a nawet zaśmiałam podczas czytania. Jeśli jesteście fanami tego typu komizmu to czytając Wykłady Profesora Niczego będziecie usatysfakcjonowani.

Jeśli natomiast chodzi o wartość merytoryczną, to tutaj także Mieciu trzyma poziom. Zręcznie wybrał, skatalogował i opisał to, co z danej epoki najważniejsze. Poruszył także istotne zagadnienia, które w szkołach często są pomijane. Może nie jestem jakimś autorytetem w tej kwestii, bo filologii polskiej nie kończyłam, ale – jak wspomniałam – bardzo lubię język polski, sporą wiedzę mam, przynajmniej w opisywanym zakresie, a sama lektura miała być jedynie odświeżeniem w moim przypadku, także pozwolę sobie ją ocenić pod tym kątem.

Czy polecam Wykłady Profesora Niczego osobom, które przygotowują się do matury czy innego egzaminu z polskiego?

Jak najbardziej! Jestem chyba pierwszą osobą, która poszła na egzamin świeżo po lekturze książki – w końcu matury dopiero w maju. I mogę z całą mocą stwierdzić, że Wykłady Profesora Niczego są w ramach powtórki jak znalazł! Oczywiście, trzech (czy nawet dziewięciu) lat nauki to nie zastąpi, ale trzeba być bardzo naiwnym, żeby wymagać tego od streszczenia, jakim Wykłady Profesora Niczego przecież są. Natomiast jeśli ktoś chce mieć w jednym miejscu zebrane i opisane najważniejsze zagadnienia z każdej epoki, przy okazji mając wytłumaczone co nieco w przystępny sposób, to powinien sięgnąć właśnie po tę książkę.

Jednak polecam ją także osobom, które:

  • Język polski bardzo lubią i chcieliby przeczytać jakieś nowe, świeże wydanie o tej tematyce.
  • Odwrotnie – nie znoszą języka polskiego, mają odwieczną awersję i uważają, że znajomość epok literackich jest im zbędna lub jest to rodzaj czarnej magii. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nauczyciele potrafią mocno do tego przedmiotu zniechęcić, ale Wykłady Profesora Niczego – moim zdaniem – wzbudzą w każdym choć trochę sympatii do niego (no, przynajmniej tolerancji), a poza tym pomogą sporo zrozumieć.
  • Fanom Mietczyńskiego, jego poczucia humoru i stylu, zachowany jest tutaj wzorowo, co już wspomniałam

1

Podsumujmy może…

Wykłady Profesora Niczego to pierwsza książka od dawna, którą czytałam z taką pasją i modliłam się, aby się nigdy nie skończyła. Kiedy jednak nadszedł moment przeczytania ostatniego zdania, to było mi autentycznie przykro.

Być może na moją miłość do tej pozycji wpływa fakt, że Mietczyński to jeden z moich ulubionych youtuberów, jeśli nie ulubiony. Obiektywnie jednak przyznaję, że jest to dobre streszczenie przed maturą lub innym egzaminem, a także po prostu fajna książka, którą czyta się lekko i przyjemnie.

Znając dotychczasowy dorobek pana Bartłomieja i jego postać spodziewałam się, że talent do pisania gościu ma. Chociaż – o czym napisałam – miałam z tyłu głowy to, że może być „mocny w gębie”, a z przelewaniem myśli na papier może być nieco gorzej. Mieciu mnie jednak nie zawiódł i podołał zadaniu wydania własnej książki. I to piekielnie dobrej książki.

Szczerze i bez przesady, Wykłady Profesora Niczego mnie totalnie oczarowały. Miałam naprawdę bardzo duże oczekiwania, które zostały nie dość, że zaspokojone, to jeszcze przebite – było jeszcze lepiej niż bym śmiała pomyśleć. Moja miłość do Miecia wzrastała z każdą stroną, a po przeczytaniu wzrosła chyba o milion procent. Rozbudził on jednak mój apetyt, także – nasycona już tym co prawda – czekam na więcej!

Daję tej książce mocne, autentyczne i nieprzekłamane

11/10

Polecam serdecznie!

 

 

 

Antyfeminizm – śmiać się czy płakać?

W swoim otoczeniu miałam sporo kobiet, jak również mężczyzn, których poglądy można określać mianem „antyfeminizm”.

Zawsze starałam się z tym polemizować, ale większość osób była już przekonana do swojego zdania i kropka. A chyba nikt nigdy nie podał mi racjonalnego argumentu na poparcie swoich wynurzeń. Bo takich po prostu nie ma.

Tak, jestem feministką.

Pewna nauczycielka z liceum pieszczotliwie ochrzciła mnie wręcz „klasową emancypantką”. Za każdym razem, gdy to słyszałam, zastanawiałam się – czy moje zdanie jest naprawdę aż tak rewolucyjne, czy ja wymagam Bóg wie czego?

Postanowiłam zatem przeszperać internet i własną pamięć w poszukiwaniu najczęstszych twierdzeń na poparcie tej, moim zdaniem, niemądrej teorii, jaką głoszą antyfeminiści.

Rozprawmy się najpierw z wizerunkiem samej feministki.

Oczekiwania:

  • Babochłop z wąsem. Czasem zdarzy się jakaś bardziej urodziwa, ale zawsze zaniedbana, bo przecież nie będzie przez mężczyzn uprzedmiotowiona i sprowadzona do obiektu fascynacji seksualnej.
  • Nienawidzi płci przeciwnej, bez wyjątków. Wszyscy faceci to dla niej ciemiężyciele, przez których od wieków pozycja kobiety w społeczeństwie była gorsza.
  • Głosi swoje hasła natarczywie, nie stroni od radykalnych form protestu – aż po spacer bez koszulki. Nie toleruje odmiennego poglądu, a jej własne ograniczają się do pokrzykiwania o patriarchalizmie, niezależnie od danej sytuacji i tematu, zawsze gdzieś to wpasuje.
  • Chce być wyzwolona, nie wyobraża sobie związku, a co dopiero rodzenia dzieci i zajmowania się domem. Karierowiczka za wszelką cenę, chociaż i tam doszukuje się mizoginii, dlatego bywa tak, że często rzuca pracę z dnia na dzień, bo ktoś ją tam dyskryminuje.
  • Gardzi kobietami, którym pasuje tradycyjny podział ról między płciami. Uważa je za zdrajczynie, a przecież obowiązuje solidarność jajników!

Rzeczywistość:

  • Czy jestem urodziwa to już kwestia gustu, ale raczej staram się dbać o siebie, lubię się pomalować, wystroić. Znane mi feministki także są schludnymi, dobrze wyglądającymi kobietami. Z moich obserwacji wynika, że częściej zaniedbane są te, które poświęciły się rodzinie – oczywiście rozumiem to, że taka matka, żona i gospodyni domowa ma mniej czasu dla siebie, a zatem na pielęgnację też. No i przecież nie jest to regułą.
  • Jak mogłabym domagać się szacunku dla mojej płci, jednocześnie nienawidząc przeciwnej? Jeśli ktoś krzyczy o dyskryminacji, a sam się jej dopuszcza, to jest nikim innym, jak hipokrytą. Ja z takimi się nie utożsamiam. Równouprawnienie oznacza dla mnie dokładnie to, co zawiera nazwa – równość. Obronię zarówno kobiety dyskryminowanej za bycie kobietą, jak i mężczyzny dyskryminowanego za bycie mężczyzną. Dobrze wiem, że takie zjawiska działają w obie strony.
  • Unikam narzucania komuś moich poglądów. Lubię o nich podyskutować, jeśli rozmówca ma jakieś solidne, rzeczowe argumenty, nawet próbuję jego punkt widzenia zrozumieć. Niestety, antyfeminizm nie zaimponował mi dotąd pod tym względem, jest raczej ubogi w cokolwiek związanego z racjonalizmem. Moje zdanie w różnych dziedzinach nie sprowadza się zawsze do jednego, rozgraniczam to i nie wciskam haseł o patriarchalizmie gdzie się da. Potępiam nachalne akcje, które mogą kogoś urazić czy zniesmaczyć – po pierwsze, bo naruszają godność drugiej osoby, odbiorcy. Po drugie, bo szkodzą wizerunkowi danej grupy społecznej.
  • Osobiście dzieci mieć nie zamierzam, ale jest to decyzja przemyślana i nie ma nic wspólnego z feminizmem. Natomiast w związku jestem od kilku lat. Feministki w moim otoczeniu zazwyczaj też mają drugą połówkę (lub, jeśli akurat zakończyły relację, to nie zamykają się na nowe w przyszłości), sporo z nich jest po ślubie lub chce go wziąć w przyszłości, nawet rodzą dzieci. Jedyna różnica to taka, że zwykle panuje inny podział obowiązków w domu. Ale co jest złego w tym, że mężczyzna pomoże w sprzątaniu lub zajmie się trochę własnymi dziećmi? Co do kariery, to w moim przypadku zupełnie poboczna sprawa, bo mam inne priorytety. Nie widzę jednak przeszkód w tym, aby kobieta spełniała się zawodowo, będąc jednocześnie dobrą matką i partnerką. Partnerką. Równorzędną.
  • Każdy żyje tak, jak mu się podoba. Niektórym paniom pasuje tradycyjny model rodziny, wolą zająć się domem. Co kto lubi. Ja się nikomu nie wtrącam, jeśli tylko ma możliwość i warunki (czyli męża będącego w stanie utrzymać wszystkich z jednej pensji), to świetnie, niech korzysta, skoro tak jest jej dobrze. Nie uważam, żeby była w jakikolwiek sposób gorsza od nas, „emancypantek”, bo nie wychyla się i podoba jej się rola gospodyni domowej. Ale proszę o taki sam szacunek dla mojego stylu życia, a przede wszystkim umożliwianie mi prowadzenia go tak, jak chcę.

Ktoś uważny powie „Ha, mam ją, a co z feministami płci męskiej?” Ich nie wzięłam pod uwagę tutaj z kilku względów.

Przede wszystkim dlatego, że ciężko mi się z nimi utożsamić i jakkolwiek reprezentować ich stanowisko z przyczyn oczywistych – nie jestem jednym z nich. A nie chciałam tworzyć tutaj jakichś fascynacji na ten temat.

Oprócz tego społeczeństwo często ich pomija, o ile w ogóle dopuszcza do siebie istnienie takowych. A ja chciałam skupić się na powielanym schemacie, który odnosi się głównie do pań.

Po części rozumiem te stereotypy – łatwiej ludziom coś zaszufladkować, przykleić etykietkę na podstawie kilku wyróżników, które im akurat pasują do światopoglądu. W końcu niektóre kobiety mianujące się „feministkami” sprawiają, że antyfeminizm wydaje się nie być taką złą opcją.

Jednak nadal jestem zdania, że człowiek inteligentny jest otwarty, nie sprowadza wszystkiego do wspólnego mianownika, znanego sobie i tworzącego jakąś prawidłowość – najczęściej ze sprawdzalnością 0,01%, ale ten margines jest wychwytywany podczas filtrowania otoczenia, a reszta jest pomijana. Reguła to reguła, nie?

No ale zobaczmy co tam ma nam do zaoferowania antyfeminizm…

Jak już wspomniałam wcześniej, wygrzebuję to z internetu i doświadczeń. Obstawiam jednak, że zetknęliście się z większością tych stwierdzeń – niezależnie po której stronie barykady jesteście.

1. Feministki twierdzą, że każda kobieta chce emancypacji. A to nieprawda!

Oczywiście, że tak nie jest. Sama napisałam to powyżej. Panie szanowne „housewife” czy inne kurki, nikt was nie chce na siłę emancypować. Jeśli chcecie być gospodyniami, uszczęśliwia was to, spełniacie się – droga wolna. Istnieją jednak kobiety, którym taka rola nie odpowiada i to o ich prawa rozchodzi się dyskusja. Wam nikt nie broni siedzieć w domu z dziećmi, wy nie zabraniajcie nam żyć inaczej. Panowie, jeśli chcecie takiego związku, to zawsze znajdzie się chętna, która się odnajdzie w tradycyjnym modelu rodziny. Nie każda jednak się zgodzi na taki układ, ale… też nie każdy mężczyzna chce takiego układu. Pilnujcie zatem siebie i swojego ogródka.

2. Feminizm to wymysł XX/XXI wieku. Kiedyś nikt nie narzekał, każdy był zadowolony z tradycyjnego podziału ról.

Eee… muszę Cię rozczarować. Nie. Nie było tak. Zawsze były kobiety, którym do kur domowych było daleko. Wiele z nich zostało do tej roli zmuszone, bo zwyczajnie wyjścia nie miały. Już Aśka D’Arc była wzorem dla tych, które miały inne predyspozycje niż gotowanie, sprzątanie, oporządzanie dzieci i męża. Pomijając już słynne „Kopernik była kobietą”, co może i jest teorią spiskową, ale na pewno takie rzeczy się działy – panie, którym nie po drodze było z panującymi standardami kombinowały jak mogły, a najprościej było udawać mężczyznę.

Poza tym, dawniej małżeństwa były aranżowane, a zatem były polityką, nie miłością – skoro tak bardzo chcecie powrócić do korzeni, to może to też uwzględnijcie? Taki związek był instytucją, a w każdej instytucji jest ścisły podział obowiązków, nie ma „wybierania sobie”, co się chce i lubi robić, tylko wykonuje określone zadania. Natomiast, moim zdaniem, skoro obecnie dobieramy sobie partnerów kierując się uczuciami (no, w większości), to może warto by było nic drugiej osobie nie narzucać, skoro chcemy jej szczęścia?

3. To przez feministki wiele kobiet zostało zmuszonych do pracy zarobkowej – mężczyźni zarabiają za mało na utrzymanie rodziny.

Tak, to przez feministki. Czy słowo „kapitalizm” cokolwiek Ci mówi? W ogóle „ekonomia”? Wiesz Ty, że od wieków niektórych mężczyzn nie było stać na utrzymanie rodzin i wówczas kobiety albo imały się jakichś zajęć, typu szycie, coby dorobić, albo przymierali głodem (dosłownie)? Niewielu było stać na godne życie z jednej pensji już wtedy. No i co wtedy, gdy mąż zmarł, myślisz, że taka kobieta czekała na wybawiciela dla niej i dzieci? A takie rodziny chłopskie, gdzie wszystkie pokolenia na roli tyrały? Tęskno Ci do takich czasów?

4. Feministki to wygodnickie paniusie, którym nie chce się babrać w pieluszkach. Każda bez wahania usunęłaby ciążę!

Eeech. Tutaj mamy dwa ważne aspekty do omówienia. Macierzyństwo i aborcja. Zatem po kolei.

Najbardziej denerwuje mnie społeczny przymus do posiadania potomstwa. Moi drodzy, ustalmy to raz na zawsze. Nie każda z nas ma instynkt macierzyński. „Zobaczy i pokocha” to mit. Nie dla każdej z nas dziecko to „małe, urocze stworzonko”, dlatego nie wszystkie chcemy je rodzić. Są też takie – jak na przykład ja – dla których dziecko to za duża odpowiedzialność, po prostu. No ale co, gdy już zdarzyło się niechciane poczęcie?

Aborcja to temat rzeka, ale chociaż zanurzmy w niej kostki, spróbujmy. Osobiście jestem za aborcją na żądanie, lepsze to według mnie niż przekreślanie dwóch życiorysów – matki, która nigdy nie stworzy dziecku ciepłego, rodzinnego gniazdka oraz tego dziecka, które od małego nie zazna miłości, będzie odrzucone i niechciane. Ale ustalmy to, że nie każda feministka jest podobnego zdania. Zarówno odnośnie macierzyństwa, jak i przerwania ciąży. Jest wiele nowoczesnych matek, które łączą jedno z drugim bez problemu. I wielu ojców – bo ich jakoś zawsze sprytnie się w tym temacie pomija – którzy potrafią pomóc swoim partnerkom tak, aby one nie musiały z niczego rezygnować. Da się, uwierzcie. I dzieci są szczęśliwsze, gdy rodzice się spełniają.

5. Dwoje pracujących rodziców to dla dzieci brak wychowania. Lepiej, żeby matka była w domu.

To też uściślimy. Jeśli rodzice mają gdzieś swoje dziecko, to mogą mieć dla niego nawet cały dzień i wciskać mu tableta, komputer albo wyganiać na dwór, żeby mieć święty spokój. Jeśli rodzice swoim dzieckiem się interesują, to nawet w najbardziej zapracowanym dniu znajdą choćby godzinę tylko dla niego. Na zbudowanie więzi, zaufania i dobrej relacji nie trzeba całych dni, trzeba szczerej chęci i wytrwałości. Dla kochającego rodzica to nie będzie kolejny obowiązek, tylko czas przyjemny i odprężający. Poza tym kobieta, która będzie sfrustrowana swoją rolą społeczną nie będzie tak dobrą matką, jak spełniająca się zawodowo (jeśli ma takie życzenie).

Na dzisiaj to tyle, ale jeśli przyjdzie mi do głowy coś jeszcze, to na pewno napiszę drugą część posta.

Antyfeminizm w moim odczuciu to głupota, jak każdy ruch atakujący kogoś, kto domaga się swoich praw, jednocześnie nie naruszając swobód innych osób. Drogie housewife, my walczymy tak samo o swoje prawa, jak i o wasze. Wbrew pozorom. Bo walczymy o to, żeby każda z nas mogła żyć tak, jak chce. Niezależnie od tego, czy woli być przebojową karierowiczką czy strażniczką domowego ogniska.

Walcząc z nami, walczycie ze sobą.

 

 

 

Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość…

W świadomości większości Polaków jest kultywowany wizerunek dzielnego, bohaterskiego narodu, który doznał wielu krzywd i zniósł dużo złego.

I ja nie zamierzam temu nijak zaprzeczać.

Ja zamierzam pokazać drugą, pomijaną stronę medalu. Polaków jako tych, którzy bili, a nie byli ofiarami. Nie robię tego, aby umniejszać nasze cierpienia. Denerwuje mnie jednakże kult martyrologii narodu polskiego. Ciągłe roztrząsanie dawnych dziejów, w dodatku wybiórczo.

Po pierwsze, uważam, że za bardzo żyjemy przeszłością i konfliktami, jakie miały niegdyś miejsce.

Po drugie, irytuje mnie to, że ta historia jest wybielana. Dużo mówi się o naszych krzywdach. Milczy się o tych, które myśmy innym zadali.

Przez to wszystko statystyczny Polak jest bardzo chętny do wypominania każdemu po kolei dokonywanych na naszym narodzie zbrodni. Do podkreślania odwagi i niezłomności przodków. Jest zdania, że za mało się mówi o tym, co przeszliśmy, a nasi oprawcy w ogóle nie pamiętają o tym, jacy źli dla nas byli.

To zalatuje na kilometr hipokryzją.

Zarzucasz innym, że zapomnieli o tym, jak nas skrzywdzili. A sam pamiętasz o tym, co nasi wyrządzali pozostałym narodom? Nie? Może warto się z tym zapoznać, zanim następnym razem zaczniesz krzyczeć o własnych urazach?

1. Polacy jako zaborcy.

O latach, jakie Polska spędziła pod zaborami, z pewnością wiesz wiele. Istnieje spora szansa, że przeżywasz fakt dokonania rozbiorów do tego stopnia, że zapominasz o tym, że w zasadzie przez wiek sama do swojej destrukcji doprowadzała. Ale ja nie o tym.

Ukraina. Kojarzysz?

Kiedy powstała? W 1917, odpowiesz. A nieprawda, bo pierwszy raz tego terminu użyto we wczesnym średniowieczu. Potem te ziemie latały z rąk do rąk, razem z mieszkańcami, którym początkowo było wszystko jedno. Aż powstała Ruś Kijowska. Słaby to jednak twór był, rozdarty wewnętrznie. Ale jego naród czuł swoją odrębność od sąsiadów.

Ta niestabilność doprowadziła do rozbicia dzielnicowego Rusi Kijowskiej. Powstał szereg różnych księstw. I tutaj na scenie pojawia się Polska, która dość sprawnie rozwiązała problem. Pomogła ruskim władcom odnaleźć wspólny język, wsparła ich w odbudowie jednolitego państwa? Niestety.

Najpierw sama, później jako Rzeczpospolita Obojga Narodów stopniowo dokonała inkorporacji. Innymi słowy, wcielała ziemie poszczególnych księstw. A jeszcze innymi słowy stała się ich zaborcą.

Powiecie, że to dobrze, bo tamci byli słabi i niestabilni, a Polacy tylko wykorzystali możliwość na rozwój swojej potęgi. A teraz odnieście to samo do rozbiorów Polski. Inaczej brzmi, hę?

No ale co, przecież ukraińska tożsamość narodowa narodziła się późno, a wcześniej to nawet dobrze im było u nas.

Nie do końca. Kozacy zaporoscy.

Oni czuli swoją odmienność. Oni nie radowali się z tej fantastycznej oferty bycia częścią naszej Korony. Korony, w której byli tanią siłą roboczą dla polskiej szlachty. Zebrali się i zaczęli powstawać. I chociaż własnego państwa nie utworzyli (no może gdzieś tam, na moment), to znacznie Rzeczpospolitą osłabili. Dlatego my patrzymy na nich negatywnie, a tak naprawdę to my im odebraliśmy to, co było dotąd ich. Przepraszam, my po prostu te ziemie „wcieliliśmy”. A to, że razem z Ukraińcami… a to inna sprawa.

Przyszła kryska na matyska i to Polska uległa rozbiorom.

No to podległe jej ziemie i ludy razem z nią. Tereny Rusi czy dzisiejszej Ukrainy zostały podzielone między Rosję a, w mniejszym stopniu, Austrię. Przez ten czas ukraińska tożsamość narodowa zdecydowanie się umocniła (może przez fakt, że wreszcie się ostatecznie zdefiniowała). Polacy pod zaborami nie mieli za wesoło, ale Ukraińcom wcale nikt nie przyznał taryfy ulgowej. Ich przejawy odrębności narodowej były równie tłamszone. To jednak podsyciło tylko ogień.

Gdzieś tam w okolicach rewolucji październikowej zaczęli proklamować niepodległość.

To znaczy, początkowo taką pod butem rosyjskim, czyli żadną. Potem części przestało to pasować i się zaczęły Ukraińskie Republiki Ludowe (uznawane przez Polskę) i Zachodnie Ukrainy (nieuznawane, bo przecież na naszych terenach). No i żeśmy tam swoją Galicję wywalczyli, Zachodnią Ukrainę rozbili i znów wcielili te ziemie do Polski. Co prawda wpływ miała na to galicyjska Polonia, która się tam za zaborów rozwinęła, bo tam w miarę dało się żyć, to sporo naszych tam wyjechało. Ale ziemie należą do nas? A i owszem. Razem, znów, z Ukraińcami.

Siłą rzeczy, po zwalczeniu Zachodniej Ukrainy, wszyscy żyjący tam Ukraińcy zostali kolejny raz zaproszeni do bycia częścią Polski. Zaproszenie przyjęli, bo wybór to mieli średni. Część próbowała się jakoś dogadać z nami, żeby pewne swobody uzyskać. Część jednak miała nas generalnie dość (a tacy fajni z nas ludzie przecież) i próbowali siłą zawalczyć o swoje. W nagrodę dostali polonizację. Śmiesznie brzmi, nie? Przecież to my byliśmy zawsze germanizowani, rusyfikowani, a sami to byśmy w życiu się do takich działań nie posunęli. W końcu, jako naród doświadczony represjami, szanowaliśmy odmienność narodową, prawda? Gówno prawda.

No ale żeby tych naszych aż tak nie demonizować, to dodajmy, że w tej Ukrainie, co została, czyli tam w tej Ludowej Republice, co to przyświecał jej jedyny słuszny ustrój, to też tak kolorowo nie było. Sowieci swój porządek zaprowadzili. I wszystkim nam wyszło to bokiem. A trzeba było być nam takim pazernym?

Żarty się skończyły w 1939 r.

Wtedy Ukraińcy dostali ofertę z rodzaju tych nie do odrzucenia i zostali częścią Rosji Radzieckiej. Oczywiście razem z nimi NASZE, rdzennie POLSKIE tereny. No Stalin to ich tam nie oszczędzał zbytnio. Potem przelotem w drodze do Moskwy wpadł Hitler i też trochę tych biedaków zmasakrował. Jak już poszedł, to miłościwy Józek znów zapewnił im jakieś rozrywki, coby im adrenaliny nie zbrakło i nudno nie było. Nawet chciał im zbiorową wycieczkę krajoznawczą na Syberię zorganizować, ale jakby miał tak wszystkich wziąć, to by musiał nieźle się natrudzić, więc zrezygnował.

Dla nas jednak zawsze II wojna światowa + Ukraińcy = UPA, Wołyń i w ogóle. No i tutaj niezaprzeczalnie my staliśmy się ich ofiarami. Przyznaję, ale nie rozpływajcie się nad naszym cierpieniem za bardzo. Pomyślcie sobie, co wy byście zrobili z ludźmi, którzy od stuleci was wykorzystywali, okupowali i w ogóle. Nie, nie usprawiedliwiam. Pokazuję jedynie, że medal ma zawsze dwie strony.

Bo Niemiec czy Rosjanin to dla nas zbrodniarz i bezwzględny zaborca.

Ale jak myśmy Ukrainę zajmowali tyle czasu i to z wyraźnymi znakami ze strony ludu, że mu to średnio na rękę, to było w porządku? Jak wykorzystywaliśmy każdą słabość innych do zagarnięcia terenów dla siebie, to było uczciwe, nam się należało. A jak po latach zaborów, polonizacji i pozostałych uprzejmości z naszej strony taki Ukrainiec dorwał Polaka i na swój sposób (niewłaściwy! ale nadal sposób) dokonał zemsty, to już zły Ukrainiec, niedobry Ukrainiec. Obstawiam, że jakby Polak zrobił podobnie z Niemcem czy Rosjaninem, to stałby się bohaterem narodowym, ojej, tak jak na Ukrainie dla wielu ten plugawy zbrodniarz, Bandera.

Nie jestem za usprawiedliwianiem nikogo, kto zrobił krzywdę innym.

Ale jestem też wrogiem podwójnej moralności. Może zamiast zawsze stawiać siebie jako niewinną ofiarę, spojrzymy na zagadnienie bardziej wielowymiarowo? Może skoro domagamy się od innych uznania win, sami je uznajmy? W przypadku rzezi wołyńskiej – to nie było tak, że nagle dziki Ukrainiec zapragnął sobie torturować Polaka, a ten Polak, biały, niewinny baranek, nijak się do tego nie przyczynił. Ten Polak był w świadomości Ukraińca tym, kim dla nas nasi zaborcy. Kiedy my sprzeciwiamy się, nawet brutalnie, okupantowi, to jesteśmy bohaterami, bo tamci byli źli. Kiedy ktoś po długim czasie poniżeń i ucisków z naszej strony krwawo wystąpił przeciw nam, to też jest zły. A my? Zawsze nieskalani, zawsze znienawidzeni, zawsze totalnie bez powodu atakowani. No powiedzcie sami, czy to jest w porządku wobec pozostałych nacji?

2. Polak jako dobry sąsiad.

No dlaczego ci sąsiedzi nas nie lubili? Toć my poczciwy lud, pomocny, gościnny.

Nigdy by nikomu noża w plecy nie wbił.

Ani niczyjej słabości nie wykorzystał do własnych celów.

To oni wiecznie mieli do nas jakieś uprzedzenia, a nawet wrodzoną nienawiść. Bo co myśmy im zrobili? Zawsze dobrze chcieliśmy, polubownie.

Nawet unię zawiązywaliśmy, taką równą, partnerską. Tylko Litwa coś marudziła, że chcemy dominować i średnio się z nią liczymy. Im to po prostu za fajnie z nami było, to sobie musieli problem wymyślić.

Jakbym chciała przelecieć całą historię naszego państwa, to bym mogła książkę z przykładami wydać, a tu ma być w miarę obrazowo i zwięźle. A zatem, żeby tak było, to posłużę się historią względnie nową.

Kiedy już nas rozebrali, tośmy się gdzieś podziać musieli.

Kto mógł, to się przemieszał gdzieś, gdzie był względny spokój. Jednym z takich miejsc było Zaolzie. Tam sobie w Cesarstwie Austriackim można było zaznać nawet niejako swobody, no jakoś się żyło. Nagle się okazało, że jest tam więcej Polaków, aniżeli Czechów czy nawet Niemców. Wtedy poczuliśmy, że to nasze ziemie. I tak ma pozostać.

No ale to były ziemie fajne.

I nie tylko my mieliśmy na nie chrapkę. Jak w 1919 roku przyszło do rozdzielania ziem, to chętni byliśmy zarówno my, jak i Czechosłowacy. To się musieliśmy o nie pobić. Znaczy się, Czechosłowacy chcieli je podzielić, bo ich tam najbardziej fragment interesował, dalece bardziej strategiczny dla nich niż dla nas. Tymczasowo jednak podzielono jako tako, według narodowości mieszkańców. Chociaż nawet na tych przaśnych polskich terenach były obszary, gdzie ludzie woleli należeć do Czechosłowacji (uważali to za mniejsze zło). 

Kazali nam się jakoś dogadać, a na czas negocjacji zachowywać te ustalenia.

Polacy szybko poczuli się jednak jak w domu. Se żeśmy wybory zorganizowali. Tak, na terenach spornych, ale póki co naszych, a co, nie można?

Jakimś cudem Czechom się to nie spodobało. No wyobraźcie sobie, że się wkurzyli. Zaczęli mobilizować wojska. Dość mieli naszych kombinacji. Zaproponowaliśmy negocjacje, dobrze chcieliśmy, pokojowo przecież. A tamci sobie w odpowiedzi bezpardonowo wmaszerowali na dotąd nasze części terytorium.

Tak naprawdę to nam do… tarcia chrzanu potrzebne były te ziemie, bo mieliśmy w opór lepszych. Ale musieliśmy pokazać, że co to nie my, nie odpuścimy przecież, to jakbyśmy się poddali, stchórzyli.

No i wbili nam nóż w plecy (jak jest to określane na wielu stronach).

Całkowicie niesprowokowani wkroczyli na NASZE (tymczasowo, ale jednak NASZE) tereny. Do walki posłaliśmy naszych dzielnych górników i młodzież szkolną. Tamte dziady spychały nas coraz dalej! Mało tego, nawet jakiejś zbrodni wojennej dokonali – kilkunastu jeńców zabili. A my ani jednego, co to, to nie!

W końcu Ententa uznała, że starczy tych igraszek. Pod jej naciskiem się podzieliliśmy, trochę inaczej, bo te podłe świnie ustaliły sobie korzystniejszą linię demarkacyjną, no i tylko Cieszyn Wschodni nam się ostał. Mogliśmy, oczywiście, od razu darować sobie przepychanki i zgodzić się na pierwotne ustalenia. Chytry dwa razy traci… to znaczy, eee… nóż w plecy, olaboga rety, podli Czesi zabrali nam NASZE (historycznie ich, ale to się nie liczy) Zaolzie!

Znów traktują nas niesprawiedliwie. No i znów my zostaliśmy potraktowani jak kundle.

A TAK NAPRAWDĘ TO, DO CHOLERY, NIE!

Po pierwsze, jedyne nasze podstawy do roszczeń o te ziemie to była dominacja ludności polskiej. Ale ona tam nie była od zarania dziejów, tylko od tych czasów, cośmy z mapy wymazani zostali (jako większość, bo jako mniejszość to może byli wcześniej). Czesi w swoich postulatach mieli podłoże historyczne, ekonomiczne, też etniczne. A nam te ziemie nie były tak naprawdę potrzebne, na zaproponowanym podziale nic byśmy nie stracili. Zyskali z pewnością – poważanie sąsiada i jego wsparcie. Zgubiła nas nie „czeska zdrada”, a chciwość.

Po drugie, mogliśmy zgodzić się na podział, korona by nam z głowy nie spadła. Ale nie, my musieliśmy pokazać, że jesteśmy pany! Cwaniakowanie się skończyło, jak Czesi mieli dość i zaczęli wojska zbierać, to już nagle przypomniało nam się, że można było poprowadzić negocjacje. Trochę za późno, co?

Ale nie, znów źli Czesi, zły sąsiad, Polacy niewinni, nam się te ziemie NALEŻAŁY, a oni je podle zabrali.

Tutaj jeszcze możemy mieć zdanie różne, bo to wydarzenie jest trudne w jednoznacznej ocenie.

To było tylko wprowadzenie do historii właściwej. Tej o Polaku, dobrym i pomocnym sąsiedzie.

W międzyczasie do władzy doszedł Hitler i dość szybko zaczął się panoszyć. A jak zobaczył, że pozostałe mocarstwa mu się nie sprzeciwiają, to uznał, że mu już wszystko wolno. Cóż, trudno zaprzeczyć.

Stopniowo realizował swój plan przyjaznego jednoczenia terenów pod egidą Rzeszy. Nadszedł czas, że każdy już wiedział, w którą stronę będzie zmierzał – Polacy byli świadomi zagrożenia. Ale po drodze były inne urocze zakątki, na przykład Czechosłowacja.

Już od 1935 były plany co do jej rozbioru. Ale dopiero w 1938 Hitler wystosował otwarte żądania wobec Czechosłowacji. Głównie terytorialne. Musiała im sprostać, co znacznie ją osłabiło. Co zrobili Polacy, pomni tego, że mogą być następni?

Może jakoś zadziałali? Chociaż zadeklarowali wsparcie? Zastanawiali się, jak pomóc sąsiadowi, który już jako jedyny stał na drodze Hitlera do Polski?

Gdzież tam. Beztrosko przyłączyli się do podziału ziem!

Pamiętacie to NASZE, rdzennie polskie Zaolzie? Już teraz było nasze. Wykorzystaliśmy w uroczy sposób trudną sytuację do  wystosowania własnych roszczeń terytorialnych. Staliśmy się jednym z rozbiorców Czechosłowacji. Warto było pomóc w niszczeniu kraju, którego los już rok później podzieliliśmy?

To był nóż w plecy i to jednocześnie w plecy sąsiada oraz nasze własne. I tutaj nikt nie jest w stanie podać argumentu na poparcie decyzji Polski. Dlatego co się z tym wydarzeniem robi? Może nie milczy (chociaż głośno też nikt nie krzyczy), ale usilnie podkreśla się, że my tylko „odebraliśmy nasze ziemie, które Czesi nam 10 lat wcześniej zabrali”. Jakie „nasze”?… Kiedy one były „nasze”? Oprócz etapu negocjacji, kiedy to sprawowaliśmy nad ich fragmentem kontrolę oraz może wczesnego państwa Piastów, chociaż nie wiem tego na pewno.

Także nie dość, że połakomiliśmy się na nie do końca swoje ziemie (i to na całość, bo zaproponowano nam przecież podział, ale to było za mało), to w dodatku przybiliśmy piątkę Hitlerowi, ułatwiając mu robotę.

A teraz moja ulubiona część.

Rok później, kiedy Hitler do nas zapukał, rozpoczął się lament, trwający skądinąd do dziś:

Dlaczego nikt nam nie pomógł? Gdzie są sąsiedzi? Gdzie sojusznicy? Przecież myśmy zawsze tak bezinteresownie im pomagali, nadstawiali karku za nich (jak na przykład w wojnie napoleońskiej, kiedy tak przy okazji tylko mieliśmy odzyskać swój kraj albo w I wojnie światowej, gdzie naszym celem nie było zwycięstwo żadnej strony, a tylko osłabienie zaborców), a oni?

A coś Ty, Polaku, robił, jak Twój sąsiad potrzebował wsparcia? Gdzie żeś był? Zajeżdżałeś go od drugiej strony!

Mało tego. Jak Tobie, Polaku, było dobrze, toś tylko własnego interesu pilnował, nawet kosztem tych wielkich przyjaźni, co to takie ważne dla Ciebie były. A jak Ci źle było, toś sprzymierzeńców nagle szukał, takiś pomocny się zrobił. Te wszystkie Twoje wsparcia nie wynikały z chęci niesienia pomocy, a były podyktowane osobistą korzyścią. A jak już miałeś co chciałeś, to koniec spoufalania.

I, aby była jasność, nie umniejszam wkładu naszego narodu w pomoc innym państwom. Ba! Uważam, że zbyt słabo go doceniamy – w wielu krajach nasi ludzie są bohaterami, pamięta się o ich wkładzie, a my prawie o tym nie mówimy, skupiając się na swoim męczeństwie i braku pomocy ze strony innych. Mam na myśli to, że o relacje trzeba dbać zawsze, nie tylko wtedy, kiedy mamy w tym własny interes albo gdy dzieje się nam źle.

3. Polak jako przyjaciel innych narodowości i kultur.

My to zawsze otwarty naród byliśmy. Pozytywnie nastawiony do mniejszości. Czasem tam kogoś spolonizowaliśmy, ale na ogół to szanowaliśmy odmienne kultury.

Przeciwnie! To naszą tożsamość narodową deptano i niszczono. Zawsze Polacy byli ofiarami masowych pogromów. Z niewiadomych przyczyn pałano do nas nienawiścią. Innym się nie obrywało w tym samym czasie – na nas się uwzięli.

Germanizowali nas!

Co prawda razem z nami też Żydów, Węgrów, Romów, Ukraińców, Białorusinów, Czechów, Słowaków czy Łemków (kto to w ogóle jest) i masę innych narodowości, które miały coś wspólnego z Niemcami na przestrzeni dziejów, ale kogo to obchodzi. Nas chciano ZNISZCZYĆ. Nasz piękny język (którym połowa nie umie się posługiwać poprawnie), naszą bogatą kulturę i tożsamość narodową. Inni na pewno nie mieli aż tak źle. Na pewno.

Rusyfikowali nas!

Co prawda do dziś rusyfikuje się m.in. Mordwinów, Maryjczyków, Czuwaszów, Wepsów czy Iżorów, ale kogo oni obchodzą, nikt ich nie zna nawet. My to mieliśmy piekło. Nasza polskość ledwie przetrwała – dzięki naszym dzielnym przodkom.

Zamykali nas w obozach koncentracyjnych!

Co prawda Żydów było więcej, a obok nas nie brakowało Holendrów, Belgów, Litwinów, Francuzów, Czechów, Łotyszy, Duńczyków, Norwegów, Węgrów, Rosjan, Jugosłowian czy Cyganów. Ale to na nas się uwzięli, nas nienawidzili.

Rozumiecie, że to celowe przejaskrawienie, prawda?

No ale taki Polak, to nigdy by nie wpadł na pogrom na przykład Żydów… My przecież ich broniliśmy! Życie narażaliśmy, chowając przed nazistami!

Jedwabne?

„Masowe morderstwo dokonane z NIEMIECKIEJ INSPIRACJI„! Polak sam by na to nie wpadł! Oni zostali okrutnie zmanipulowani – w zasadzie to ci biedni Polacy są ofiarami niemieckiej propagandy antysemickiej.

A Goniądz, Wąsosz, Rajgród?

Oczywiście, że Niemcy ich zmusili do tego okrutnego czynu. Polacy w życiu nie czerpaliby przyjemności z rozbijania dziecięcych główek o ścianę. Albo przebijania ludzi bagnetem.

Znasz te nazwy? Nie dziwię się, że nie. Za bardzo nie ma się czym chwalić. Jedwabne jakoś „wyciekło”, to już trzeba było ugryźć to i na Niemców zgonić, że to praktycznie oni tego dokonali tylko niewinnymi, polskimi rękoma. Ale to wcale nie był wyjątek.

Okej, te pogromy można na nazistów zrzucać.

Chociaż nadal to się trochę gryzie ze sobą – przecież my, Polacy, w trakcie wojny solidarnie i murem się sprzeciwiliśmy niemieckim poglądom, tak przynajmniej dzisiaj twierdzimy (nie neguję tego, że znaczna część tak zrobiła, zwracam tylko uwagę na to, że jest to swoista generalizacja, która jest wręcz zakłamywaniem historii). A tu nagle zbrodnia z „niemieckiej inspiracji”?… Coś tu nie gra, ale przyjmijmy, że faktycznie, tutaj nastąpiła pewna manipulacja ze strony nazistów.

Ale Lwów (1919 rok) trochę ciężko usprawiedliwiać podobnie. A i tam żydowska krew popłynęła. Za sprawą tego cnotliwego Polaka, wiecznej ofiary.

Wróćmy do wojny.

O łapankach niemieckich i wydawanych z miejsca wyrokach na pewno wiesz. Ale Polak by się takim czymś nie zhańbił, co to, to nie! Chyba, że akurat w Bydgoszczy w pewną niedzielę 1939 roku, zwaną pieszczotliwie „krwawą”, dorwał jakiegoś niemieckiego cywila. To nie pytał go, czy za Hitlerem, czy przeciw. Osądzał z miejsca, na wszelki wypadek zabijał. Co, w porządku? A jeśli ten człowiek nie miał nic wspólnego z nazizmem, był po prostu niewinny i nie popierał tego, co i tak się działo niezależnie od niego?

Ukraińcy dokonywali na biednych Polakach rzezi – to już ustaliliśmy.

A Polacy żadnego Ukraińca nie zabili, żadnego pogromu nie uskutecznili! Oprócz tego w Mołożowie, Chlebowicach Świrskich, Pawłokomie, Sahryniu, Tuchaniach, Strzelcach… Zaraz, zapomniałam, przecież oni tylko się bronili… Dlatego z zimną krwią mordowali całe wsie, nawet kilkaset osób, które bezpośrednio nic im nie zrobiły. Aha, Ukraińcy tak robili, to po co ten honorowy Polak się zniżał do ich poziomu i zabijał niewinnych?

Litwinom też się oberwało, nie myślcie sobie.

Na przykład w Dubinkach – Polacy spalili całą wieś.

Polski żołnierz to honorowy był!

Obowiązkowo! Dlatego w Bitwie nad Bzurą Polacy strzelali do poddających się Niemców. Co to za satysfakcja, no i gdzie ten honor?

A pamiętasz jeszcze Zaolzie?

Tak, tak, to nasze, polskie, niesprawiedliwie odebrane, sprawiedliwie odbite. Podczas przynależności do Czechosłowacji, siłą rzeczy zasiedlone zostało Czechami (o ile w trakcie sporu nasi i tamci byli rozłożeni mniej-więcej równomiernie i ciężko było wskazywać obszary z wyraźną dominacją którejś narodowości, o tyle już po ustaleniu finalnej granicy zaczął rysować się ten podział, poza tym przybyli też mieszkańcy z innych części kraju, bo w końcu teren ekonomicznie atrakcyjny). Polak, jako ten, który sam doświadczył germanizacji i rusyfikacji, pewnie pozwolił tej większości (jakby nie patrzeć, stanowili ją na tym terenie) na spokojne życie, przyznał im jakieś prawa, pozwolił używać języka… Dupa tam, pozamykał czeskie szkoły, zlikwidował stowarzyszenia i generalnie kazał im spadać do siebie (czytaj: do Hitlera pod pantofel). A mógł zabić… a nie, przecież nie Polak, co ja gadam.

Wspomnijmy jeszcze o religii w II RP.

No bo sporo mniejszości narodowych, tych wschodnich, wyznawało prawosławie. Dobrze, że nie islam, hehe. Wydawałoby się, że się dogadają. To chrześcijanie, tamto chrześcijanie. Poza tym, Polak nie śmiałby tknąć Domu Bożego! Taaa, pierdu pierdu, cerkwie poszły się kochać. Ale przecież Polak szanuje religie, szanuje kultury innych narodowości… sam wie, jak to jest być represjonowanym.

Może starczy, co za dużo, to niezdrowo.

Liczę się z tym, że część może nie zrozumieć właściwie tego wpisu. Pewnie duży wpływ na to ma właśnie ten problem, który poruszyłam – postrzeganie siebie jako nieskazitelnych w dziejach historii.

Żaden naród nie jest bez skazy. Każdy ma ciemne plamy w życiorysie. Nie stanowimy pod tym względem wyjątku. Powinniśmy stawić temu dzielnie czoła, pogodzić się z faktami i wyciągać z nich wnioski. Unikając niewygodnych wątków, zatajając je, nie zmienimy przebiegu wydarzeń, nie cofniemy czasu.

Zgodzę się z tym, że wylałam tutaj wiadro pomyj na wizerunek cnotliwego, niewinnego Polaka.

Ale ja wolę być tych błędów świadoma. Wy też powinniście, dla własnego komfortu.

Wiecie, jak trudno znaleźć takie informacje? Jak bardzo są one ugłaskane, żeby już ten Polak jak najmniej winy miał? To jest niewłaściwe postępowanie. Tym bardziej, że sami głośno krzyczymy o tym, że byliśmy traktowani przez innych źle, domagamy się ujawniania, wytłuszczania tych krzywd, należytego zadośćuczynienia, którego chyba nigdy nie dostaniemy, bo… nigdy nie stwierdzimy, że już okej, wybaczamy, pamiętamy, ale idziemy dalej. Zatrzymaliśmy się w miejscu, ale ustawiliśmy się w świetle słońca. Nikt nie zagląda, co jest w cieniu.

Udawanie, że jest się bez skazy to przede wszystkim próba oszukania samych siebie. Ale jest to też nieuczciwe w stosunku do innych. Nauczmy się wreszcie przyznawać do winy, pochylać pokornie głowę, gdy trzeba. Wtedy pozostali też zmienią do nas nastawienie, chętniej stawią czoła własnym przewinieniom wobec nas.

No i wreszcie, przestańmy żyć w przekonaniu, że tylko nam te krzywdy wyrządzono. Bo pozostałe nacje też nie miały lekko. Ale wybaczają, układają relacje od nowa z dawnym oprawcą. Nie muszą wiecznie roztrząsać doznanego, wcale niemałego cierpienia.

Polaku. Zmierz się z własną przeszłością.

Nie udawaj, że nic się nie stało. Nie rób z siebie wiecznej ofiary, męczennika za niewinność. Przyjaciela świata, który od wszystkich dookoła dostawał ciągle w pysk.

Jesteś to winien wszystkim, którzy z rąk Twoich przodków doznali krzywd.

Jesteś to winien wszystkim, od których Ty wymagasz zadośćuczynienia.

Jesteś to winien samemu sobie, bo inaczej nigdy nie będziesz miał czystego sumienia.

 

 

 

 

 

 

 

Totalitaryzm w Polsce – to się dzieje.

Można się spierać na temat słuszności poglądów politycznych. Można reprezentować różne opcje. Można być zwolennikiem lewicy lub prawicy, można też pozostawać w neutralnym centrum. Można mieć odmienne zdanie na różne tematy. Ale wobec niezaprzeczalnych faktów trzeba być obiektywnym.

Zdania, poglądy, opinie – to wszystko jest subiektywne. Da się polemizować z tym, ale należy ich odmienność respektować. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, dopóki nie są naruszane niczyje prawa, to mogą sobie istnieć.

Fakty jednak są obiektywne. Nie są zależne od wymienionych powyżej czynników. I dlatego powinniśmy wszyscy je odbierać jednakowo.

Powinniśmy, dlaczego tak nie jest?

Chyba dlatego, że mylimy te pojęcia. Łatwo jest względne i zależne opinie przebrać za niezależne fakty. Przykładowo:

Unia Europejska przynosi nam więcej strat niż korzyści.

Powstanie warszawskie było niepotrzebne, wielu ludzi zginęło nadaremnie.

Wynik 1:1 był sukcesem naszej drużyny, bo zapewnił im awans do finałów.

Można się pogubić trochę, co? Jeśli zostaniemy zaatakowani znienacka takim stwierdzeniem, bywa ciężko rozstrzygnąć, jak to jest – fakt, opinia? Stwierdzenia typu „moim zdaniem” albo jakieś argumenty ułatwiłyby sprawę, no ale czasem wygodniej nam tak manipulować – z większym prawdopodobieństwem przekonamy rozmówcę do naszego zdania.

Jak te zdania powinny brzmieć, aby było wszystko jednoznacznie?

Fakt: Po analizie statystyk dotyczących cen paliwa w latach 2007-2014 zauważyłem, że pod tym względem Unia nie wpłynęła korzystnie na naszą gospodarkę – ceny poszły w górę.

Opinia: Odczułem więcej strat po przystąpieniu Polski do Unii. Wzrost cen paliwa osobiście mnie dotknął. Więcej miałem do czynienia z negatywnymi skutkami, bardziej wpłynęły one na moje codzienne życie.

Fakt: Powstanie warszawskie zakończyło się przegraną powstańców. Warszawiacy odnieśli duże straty w ludziach, także cywilach. Armia Czerwona wykorzystała ten zryw na swoją korzyść, gdyż zginęło wielu zwolenników niepodległości, przeciwnych planom ZSRR wobec Polski.

Opinia: Moim zdaniem, powstanie warszawskie nie powinno wybuchnąć. Zbyt słabo zaopatrzone wojsko oraz brak wsparcia ze strony aliantów sprawiły, że szanse na zwycięstwo były od początku znikome. Ułatwiło to tylko ZSRR zdominowanie Polski.

Fakt: Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Remis jednak wystarczył, aby drużyna awansowała do finału.

Opinia: Dla mnie zremisować ten mecz to jakby go wygrać, w końcu drużyna dostała się do finału.

Rozumiecie już, widzicie różnicę?

Przez to całe zamieszanie, wiele osób się pogubiło.

Media sprawy nie ułatwiają, bo często są subiektywne, ale przebierają się za rzetelnych informatorów. Dlatego nie dziwię się, że wiele osób nie traktuje poważnie tego, co słyszy. W końcu jakby tak przyjmować wszystko dookoła, zazwyczaj sprzeczne ze sobą, często nijak mające się do prawdy, to całkiem człowiek by oszalał.

Wiele osób nie ma własnego zdania w różnych  dziedzinach. To całkiem naturalne. Podobnie jak to, że pozostają wtedy biernymi odbiorcami. Tylko muszą pamiętać o rozróżnianiu opinii od faktu, bo inaczej dziecinnie prosto nimi manipulować, przedstawiać taki obraz rzeczy, jaki jest akurat wygodny.

Inna sprawa ma się z tymi, którzy w danej kwestii swoją opinię już mają. Wtedy przesiewają wszystko i patrzą przez swój pryzmat. Tutaj jeszcze łatwiej zagubić rozróżnienie pomiędzy tym, co obiektywne, a co subiektywne. Nawet najdobitniejszy fakt może wyglądać zupełnie inaczej przez soczewkę poglądów. Dlatego w tym przypadku jeszcze łatwiej manipulować – wystarczy odpowiednio dopasować sposób przekazywania faktów i opinii tak, aby zatarła się różnica między nimi oraz aby były one uszyte pod daną grupę odbiorców.

Apeluję, naprawdę apeluję do wszystkich. Uznawajcie fakty takimi, jakie są. Wyłapujcie je spośród opinii. Będą dla was mniej lub bardziej wygodne, ale im szybciej je dostrzeżecie, tym łatwiej będzie się z nimi zmierzyć.

Na naszych oczach rodzi się totalitaryzm.

To już nie jest kwestia sympatii do rządzących albo jej braku. To już jest kwestia wydarzeń. Wydarzeń, które mają miejsce naprawdę. A społeczeństwo się im biernie przygląda, a nawet uznaje je za słuszne.

Trudno mi całkowicie obwiniać tych, którzy zgadzają się z tym, co się dzieje. Totalitaryzm charakteryzuje się propagandą i manipulacją, a wiele osób nie jest na to odporne. Odpowiednie przedstawianie faktów, usprawiedliwianie się, że jest to postępowanie „dla większego dobra” (ściskam każdego, kto zrozumiał nawiązanie), podkreślanie swoich zalet, wyolbrzymianie wad przeciwników. To wszystko narzędzia, którymi totalitaryzm jest budowany.

Pozwolę sobie na subiektywną dygresję, nie mam na celu obrażenia nią nikogo. Moim zdaniem, narodowi polskiemu większą krzywdę od Hitlera wyrządził Stalin. Nie twierdzę, że ten pierwszy był fajny, broń Boże. Ale to Stalin zapoczątkował wpajaną przez dziesięciolecia doktrynę, która spustoszyła naszą, skądinąd podatną na takie wpływy, narodową mentalność. To Stalin kazał wymordować polską inteligencję – bo głupców łatwiej sobie podporządkować. Efekty widzimy do dziś.

Nie twierdzę, że wszyscy wyborcy PiS to wiejscy idioci, nikomu nie ujmuję tu inteligencji. Nie. Bo ludzie głupsi są wśród ich zwolenników, jak i przeciwników. Problem w tym, że jest ich wielu, a na dokładkę noszą brzemię poprzedniego systemu, który w świadomości Polaków będzie żywy jeszcze długi czas. Dlatego nie winię ich, gdyż najczęściej są ofiarami podłego wykorzystania ich niewiedzy czy niskiej świadomości społecznej.

Ale jak najbardziej, z całą mocą winię osoby, które tych manipulacji dokonują dla własnych interesów. Nie mam tu na myśli tylko osób, które mają związek z władzą. Ba. Najgorsi są ludzie, którzy wymiernej korzyści nie mają. Nie wpływa to na ich status polityczny czy finansowy.  Robią to z prywatnych pobudek, dla satysfakcji czy dowartościowania się. Mimo to, wszyscy są winni obecnej sytuacji. Warto było sprzedać swój kraj z milionami mieszkańców dla chwilowej posady, nowego samochodu albo wygranej dyskusji na rodzinnym obiedzie?

Totalitaryzm nie powstaje z dnia na dzień.

Jest budowany misternie, latami, krok po kroku. W aksamitnych, białych rękawiczkach. Niemal bezszelestnie, szeptem. A kiedy społeczeństwo się orientuje, jest już za późno.

Zobrazujmy to. W internetach wyszukałam cechy państwa totalitarnego:

Totalitaryzm to ustrój, w którym rządy sprawowane są w sposób dyktatorski. Cała władza skupia się w rękach jednej partii, przy równoczesnym braku legalnej opozycji. –  Władzę w rękach jednej partii mamy – rząd, prezydent. A opozycja? Okej, może legalna jeszcze jest. Ale przedstawiana jako „wrogowie narodu”. Wszystko małymi kroczkami, cierpliwie kroczy do celu. Jedno wydarzenie, jakiś pretekst może sytuację zmienić. Dla dobra narodu.

Nie istnieje zatem podział władzy na legislacyjną, wykonawczą oraz sądowniczą. – Oficjalnie istnieje. Praktycznie legislacyjna, czyli rząd – checked. Wykonawcza, czyli prezydent i senat – checked. Sądownicza, czyli kontrolowanie sądów i zasiadających w nich sędziów… cóż, Trybunał Konstytucyjny – checked. Sądy najwyższe – checked. Reszta to już tylko podległe im żuczki w hierarchii.

Państwo dąży do kontroli wszystkich dziedzin życia obywateli, także sfery prywatnej. – Tu się wysilać nie muszą, wystarczy współpraca z kościołami, żeby znać wszystkie detale wyszeptane pod konfesjonałem. Poza tym, obywatele i ich życie jest ostatnio modne w sejmie.

Wprowadzana jest cenzura, a jedyną dopuszczalną ideologia jest ta, którą głosi władza. – Oglądałeś ostatnio TVP? Pamiętasz, kiedy coś złego powiedziano o PiS? A wiesz, ile spraw zostało w wiadomościach przemilczanych lub zbagatelizowanych? Jeśli to nie jest cenzura… A co do ideologii – spróbuj oficjalnie, głośno wypowiedzieć sprzeciw. Dziwne rzeczy wtedy się z ludźmi dzieją.

Chyba starczy, mam nadzieję, że każdy pojęcie „totalitaryzm” mniej więcej kojarzy. Jeśli ktoś chce dokładniejszego, przystępniejszego wyjaśnienia zjawiska, to polecam „Folwark Zwierzęcy” albo film „Szczurołap”. Podane jak krowie na rowie.

Ale to nie koniec porównań.

Weźmy na tapet wspomnianego już Hitlera. Taki mały przegląd jego drogi do władzy absolutnej.

Hitler: W swoim programie opowiadał się za wyzwoleniem narodu od zagranicznego uzależnienia i postanowień traktatu wersalskiego.

PiS: „Odrzucamy natomiast wszelkie działania zmierzające do kulturowej unifikacji. Odrzucamy polityczną poprawność, czyli ograniczenia (…) narzucane dziś już nie tylko poprzez agresję kulturową, ale także drogą działań administracyjnych i represji karnych.”

„(…) Ośrodki europejskie tej suwerenności nie szanują, to znaczy nie szanują też Polski i nie szanują Polaków”

Hitler: Przejął władzę w sposób legalny, a następnie dokonał zmian konstytucyjnych.

PiS: Przejął władzę legalnie. „Będziemy myśleć nad tym, w jaki sposób zmieniać Konstytucję, by była ona lepsza dla Polski i Polaków, dla naszej suwerenności i naszego państwa.”

„(…)  suwerenem jest naród, który sprawuje władzę poprzez swoich przedstawicieli, a nie konstytucja.”

Hitler: Zaczął od rozprawiania się z opozycją, którą przedstawiał opinii publicznej jako wrogów. Dyskredytował przeciwników swoich poglądów.

PiS: „Dramat naszego systemu politycznego w 2017 r. wynika z tego, że my nie mamy normalnej opozycji. Opozycja totalna to nie jest opozycja, która odgrywa rolę kontrolno-korekcyjną. To jest taka opozycja, która pełni funkcję wyłącznie destrukcyjną.”

” Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata! Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami!”

„Platforma Obywatelska nie wie z czym chce wyjść do Polaków. Jest dobra w uprawianiu propagandy, ale nie ma Polakom nic do zaoferowania”

Hitler: Podzielił obywateli na „dobrych”, czyli przychylnych jego działaniom oraz „wrogich”, czyli tym, którzy ich nie popierali bądź mieli inne poglądy polityczne. Represjonował grupy społeczne, etniczne, które uważał za gorsze. Ingerował w prywatne życie obywateli.

PiS: „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. (…) To jest jakby w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków.”

„Każda wspólnota narodowa zainteresowana jest przedłużeniem bytu tego narodu. Ze związków homoseksualnych nie możemy oczekiwać przedłużenia bytu, ponieważ nie są one nastawione na prokreację (…) Są nieużyteczni.”

„Dla przykładu obecny rząd jest przeciwko homoseksualistom i takim rzeczom. Ale nie ściga ich prokuratura.”

„Proszę pamiętać, że na tle Europy Polska jest krajem, gdzie w bardzo dużym stopniu wcielana jest nauka Kościoła, m.in. w życiu publicznym czy poprzez różnego rodzaju struktury społeczne. Dlatego jesteśmy pod nieustannym naciskiem środowisk lewicowych.”

„Nie dajcie sobie wmówić, że niechęć do uchodźców to coś złego.”

„Nie bójmy się tego powiedzieć, to nie są ludzie, którzy chcą szanować nasze wartości, jakkolwiek je nazwiemy – (…) uniwersalne wartości chrześcijańskie. Nie, oni chcą je w dobrym wypadku po prostu wykorzystywać, a w bardzo dużej ilości przypadków nadużywać. ”

„Mamy bardzo określony koncept jeżeli chodzi o Polskę – żadnych imigrantów islamskich.”

Hitler: Zlikwidował trójpodział władzy, zreformował organy egzekwujące przestrzeganie prawa, podporządkował je partii, stworzył system policyjny do inwigilacji obywateli.

PiS: O trójpodziale władzy, który jest obecnie na papierze, wspomniałam wyżej.

„Sądy są dzisiaj barykadą, która chroni obecny, chory system.”

„(…) reforma sądownictwa ma fundamentalne znaczenie dla przywrócenia porządku demokratycznego i moralnego.”

„Przed Prawem i Sprawiedliwością stroją kolejne wyzwania. To m.in. (…) reforma służb specjalnych (…)”

Hitler: Szerzył propagandę za pomocą dostępnych mediów, podporządkowywał sobie wszystkie kanały informacyjne, aby nie było innego źródła, innego przedstawienia sprawy.

PiS: Prezesem telewizji publicznej został polityk partii.

„W pierwszym półroczu 2016 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego widać wyraźny wzrost obecności wszystkich naczelnych organów państwowych na antenach TVP” (KRRiT)

„Jednak ci, którzy oglądają, mówią, że został przywrócony w niej elementarny obiektywizm, że każde ważne środowisko ma głos.”

 

Charakterystyczne, że znowu najmocniej wyszydzają tę ideę, obok oczywiście gazety Michnika, media niemieckie wydawane dla Polaków.

No tak, widzę, co się wyprawia w „Fakcie” i innych mediach niemieckich w Polsce. To strasznie smutne, ale cóż, musimy kiedyś doprowadzić do repolonizacji mediów. Media, redakcje to są mózgi społeczne i nie mogą być pod zewnętrzną kontrolą.”

Hitler: Skupił się na zmianach w edukacji i wpajaniu doktryn nazizmu od najmłodszych lat. Zakładał organizacje dla dzieci i młodzieży.

PiS: „Reforma oświaty jest dobrze przygotowana i dopracowana. Gwarantuje ona polskiej młodzieży i dzieciom kompleksowe, bardzo dobre przygotowanie, kształcenie i wychowanie.”

„Ta służba wymaga od wszystkich nas, którzy odpowiadają za organizację polskiej oświaty, za edukację, byśmy dołożyli wszelkich starań, by te zmiany, które w tej chwili chcemy wprowadzić, były zmianami poprawiającymi nie tylko system szkolny, (…) dającymi lepszą bezpieczniejszą szkołę uczniom (…)”

„To Polacy przez wiele lat mówili nam, że oświata wymaga zmian i jest ostatni moment na ich wprowadzenie”

„Uczciwie o tym mówiliśmy w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, które wygraliśmy zdecydowanie.  Oznacza to, że Polacy dwukrotnie zaakceptowali nasze propozycje zmian w Polsce, w tym także zmian w edukacji.”

„My naprawiamy polską szkołę.”

Hitler: Rozbudowywał i usprawniał wojsko, prowadził liczne pobory do armii.

PiS: „Polskie siły zbrojne są do naprawy albo rozbudowania. Musimy mieć armię obronną. Nie jesteśmy państwem, które zamierza kogokolwiek atakować, ale musimy mieć obronę. Mamy bardzo długie granice. Tego wojska do obrony granic mamy naprawdę mało. Nie ma tego poboru, który jeszcze kilka lat temu był. Dzisiaj jest podobno ponad 30 tysięcy młodych ludzi, którzy sami chcą się szkolić. Musieliśmy powrócić do obowiązkowego poboru.”

„Zamierzamy realnie zwiększyć zdolność do odstraszania w oparciu o własny potencjał obronny – ta myśl przyświecała pracom nad rekomendacjami, na czele z modelowaniem pożądanego modelu Sił Zbrojnych RP”

„Siły Zbrojne RP w 2032 roku mają być na to gotowe w każdym aspekcie – posiadać nowoczesny sprzęt o wysokim potencjale, wyszkolonych żołnierzy i przećwiczone procedury działania”

„Państwo, które chce być niepodległe musi bazować przede wszystkim na własnej armii i jej zdolności do obrony granic państwa.”

No, takie małe zestawienie. To wszystko (oprócz oznaczonego wyjątku) to są cytaty z oficjalnej strony PiS lub wypowiedzi polityków.

Nadal nie dociera?

Tu nie chodzi o to, za kim jestem, a za kim nie. To są niepodważalne, autentyczne słowa samych przedstawicieli partii. Wielu wyborców PiS w obliczu tego typu działań zaczęło żałować swojej decyzji, przyznawać się do tego publicznie na protestach. Nie, te demonstracje to nie są wystąpienia przeciw Polsce i Polakom. To są próby zachowania swobód obywatelskich dla wszystkich – nie tylko dla wybrańców.

Cały świat głośno dyskutuje o tym, co się u nas dzieje.

Ja rozumiem, że części z was są oni przedstawieni jako wrogowie. Możecie ich tak postrzegać, bo dla was na pierwszym miejscu jest państwo i naród. A dla nich człowiek, niezależnie od pochodzenia.

A w obronie tego człowieka być może będą zmuszeni interweniować coraz bardziej. Nie, w ich interesie nie jest zniszczenie waszego pięknego, potężnego państwa. Ono ich generalnie mało obchodzi. Ale prawa człowieka jak najbardziej.

Jak pisze się o nas w zagranicznych mediach?

1. Protesty przeciw zmianom w sądownictwie.

„Seit Tagen hatten Tausende Menschen in Warschau und anderen polnischen Städten gegen die Justizreform protestiert (…) Auch die EU-Kommission hatte einen sofortigen Stopp der Gesetzesarbeiten gefordert und mit Sanktionen wie dem Entzug der Stimmrechte gedroht. Die polnische Ministerpräsidentin Beata Szydlo und ihre Regierungspartei Recht und Gerechtigkeit (PiS) zeigten sich davon unbeeindruckt. –

Od kilku dni tysiące ludzi w Warszawie i innych polskich miastach protestowało przeciw zmianom w sądownictwie. (…) Także Komisja Europejska zażądała natychmiastowego zaprzestania prac nad ustawą i zagroziła sankcjami takimi, jak odebranie praw do głosowania. Polska premier Beata Szydło i partia rządząca Prawo i Sprawiedliwość zdaje się być tym niewzruszona.” – www.spiegel.de

2. Polski rząd domaga się odszkodowań za straty wojenne.

„Mehr als 72 Jahre nach Ende des Zweiten Weltkriegs gibt es in Polen wieder Forderungen nach Reparationszahlungen aus Deutschland. Der wissenschaftliche Dienst des Sejm soll entsprechende Möglichkeiten in den kommenden Tagen prüfen, sagte der Abgeordnete Arkadiusz Mularczyk von der Regierungspartei Recht und Gerechtigkeit (PiS). (…)

Hitlerdeutschland hatte Polen 1939 überfallen und das Land bis wenige Monate vor Ende des Zweiten Weltkriegs 1945 besetzt. Durch die Angriffe wurden polnische Städte schwer beschädigt. Außerdem verübten deutsche Kräfte spontane und geplante Massenmorde gegen die Bevölkerung und errichteten Vernichtungslager, etwa in Auschwitz.

Nach dem Krieg leistete die DDR zunächst Reparationszahlungen. 1953 erklärte die Sowjetunion jedoch, auf weitere Zahlungen zu verzichten – offiziell im Einverständnis mit Polen.  –

Ponad 72 lata po zakończeniu II Wojny Światowej nadal są w Polsce żądania odnośnie odszkodowań ze strony Niemiec. Biuro Analiz Sejmowych powinno przeanalizować stosowne możliwości w kolejnych dniach, mówi poseł partii rządzącej Prawo i Sprawiedliwość. (…)

Hitlerowskie Niemcy najechały Polskę w 1939 roku i okupowały kraj prawie do końca II Wojny Światowej w roku 1945. Wskutek ataku polskie miasta uległy poważnym zniszczeniom. Poza tym niemieckie siły dopuszczały się spontanicznych oraz zaplanowanych masowych mordów na ludności, a także tworzyły obozy koncentracyjne, na przykład w Auschwitz.

Od razu po wojnie DDR dokonało wypłaty odszkodowań. Jednakże w 1953 ZSRR zrzekło się kolejnych wypłat – oficjalnie w porozumieniu z Polską.” – www.spiegel.de

3. Nacjonalistyczny rząd zamienia kraj w pole bitwy.

„People power has historically been a powerful force in Poland. The energy and singular determination of the 1980s grassroots Solidarity movement played a key role in ending Soviet-imposed dictatorship in central Europe. Strikes and demonstrations brought down tyranny through a peaceful transition. Recalling this is important today, as a polarised country struggles with threats to democracy levelled not from the outside but from within.

Since 2015, an elected populist and nationalist government with a deep authoritarian streak has transformed Poland into a quasi-pariah in the European club, as well as a political battlefield.

Potencjał ludzi był w historii Polski silną bronią. Energia i niezwykła determinacja Solidarności, obywatelskiego ruchu z lat 80., odegrała kluczową rolę w zakończeniu sowieckiej dyktatury w centralnej Europie. Strajki i demonstracje doprowadziły do obalenia tyranii poprzez pokojową transformację. Wspominanie tego jest dziś ważne, ponieważ podzielone państwo walczy z zagrożeniami dla demokracji regulowanymi nie na zewnątrz, a w środku.

Od 2015 wybrany populistyczny i nacjonalistyczny rząd z głębokimi skłonnościami autorytarnymi przemienia Polskę niemal w wyrzutka w klubie europejskim, jak i w polityczne pole bitwy. – www.theguardian.com

4. Prezydent zawetował część proponowanej ustawy.

„Poland’s Prime Minister Beata Szydlo has vowed to press on with judicial reforms, saying the government would not „yield to pressure from the street and from abroad”. (…) 

„As president I don’t feel this law would strengthen a sense of justice,” Andrzej Duda said in a statement on national television. „These laws must be amended.” He said he was vetoing two of the new laws but approving a third, which gives the justice minister the right to name the heads of Poland’s lower courts.

Many were surprised, as the president is a former member of the right-wing ruling party which is pushing the legislation. The PiS government has strongly rejected claims that the reforms are a move towards authoritarian rule and expressed disappointment at President Duda’s decision. –

Premier Polski Beata Szydło obiecała kontynuować reformy sądownictwa, mówiąc, że rząd „nie ugnie się pod presją z ulic i zagranicy”. (…)

„Jako prezydent, nie uważam, aby to prawo wzmacniało poczucie sprawiedliwości”, Andrzej Duda powiedział w oświadzeniu wygłoszonym w publicznej telewizji. „Te prawa muszą być poprawione.” Powiedział też, że zawetował dwa z nowych przepisów, ale poparł trzeci, który daje ministrowi sprawiedliwości prawo do mianowania głów polskich sądów niższej instancji.

Wielu było zaskoczonych, gdyż prezydent jest byłym członkiem prawicowej partii rządzącej, która przepycha ustawę przez proces legislacyjny. Rząd PiS stanowczo zaprzeczył zarzutom, że reformy są krokiem w stronę rządów autorytarnych i wyraził rozczarowanie decyzją prezydenta Dudy. – www.bbc.com

Widzicie, wcale nie piszą kłamstw.

Nie piszą o nas, jako ludziach, Polakach, źle. Wręcz przeciwnie, podkreślają zalety naszego społeczeństwa. To rząd jest oskarżany, ale nie bezpodstawnie. Wszystko jest argumentowane.

Szczególnie rozbawił mnie drugi temat, bo nie słyszałam wcześniej o tych roszczeniach wobec Niemiec. Trochę mi wstyd za to, jako Polce, że na arenie międzynarodowej ciągle stawiamy siebie w roli ofiar i żądamy upamiętniania oraz rekompensowania naszych dojmujących krzywd. W II wojnie światowej ucierpiało wiele państw, ale jakoś nie słyszałam, żeby którekolwiek z nich ostatnio (mam na myśli przedział kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat) dalej roztrząsało dawne konflikty. No chyba, że coś mi umknęło.

Martyrologia naszego narodu to dobry temat na osobny wpis.

Ten artykuł wybrałam z jeszcze jednego względu. Z dedykacją dla tych, co to tak uważają, że Niemcy nie pamiętają o nazistowskiej przeszłości i zbrodniach wojennych, odcinają się od tego. Pamiętają, mówią o tym wprost, nigdzie nikt tego nie zataja, nie umniejsza rangi dokonanych krzywd. Może warto czasem spojrzeć na to z drugiej strony? Nie, sama jestem daleka od usprawiedliwiania kogokolwiek, kto czynił zło. Chodzi mi o spojrzenie na dzisiejszego Niemca, tego potomka zbrodniarzy, który w postrzeganiu niejednego Polaka jest prawie tak samo winny. On też żyje z ciężarem trudnej historii, na którą nie miał wpływu. Oskarżając i wypominając dawne dzieje innym, pamiętajcie, że wasi przodkowie też swoje za uszami mają, bo to często pomijacie.

Mnie jednak śmieszy jeszcze jedno.

Jak tak, to rząd wypina się na inne państwa, ale po pieniążki łapę wyciąga chętnie. Fajnie się bierze, trudniej dać coś od siebie.

Ale to nie jest jedynie postawa polityków. Wśród społeczeństwa też jest wielu eurosceptyków. Co ciekawe, większość z nich chętnie korzysta z przywilejów, jakie Unia czy Schengen nam gwarantują. Fajnie pojechać na zagraniczne wycieczki bez kolejek na granicach ani tym bardziej wiz. Fajnie zarabiać w euro. Fajnie dostać jakąś dotację z Unii. Ale tak poza tym to niech spadają. Jak chcesz, to wypinaj się dalej, razem z rządzącymi, proszę bardzo. Tylko pamiętaj, że najsilniejsze państwo bez sojuszników jest niczym. I nie płacz, jak zamkną granicę, a Ty będziesz stać z paszportem w kilometrowej kolejce pod ambasadą. A alternatywą będzie totalitaryzm na miejscu.

Jeszcze nie jest za późno, żeby się odezwać.

Możecie reagować. Wyciągajcie wnioski z historii, przecież tak bardzo chcecie, żeby była powszechnie znana, to sami też zgłębiajcie ją dokładnie, nie tylko wątki o walecznym wojsku i dzielnych obywatelach. Także o rodzącym się totalitaryzmie. Obserwujcie niepokojące symptomy, nie stójcie biernie. Już raz naród przyglądał się bezczynnie poczynaniom rządzących. Skończyło się to ostatecznie w 1795r. I nie było już nic, tylko płacz i zgrzytanie zębów.

Ja, spytacie, co ja planuję?

Mogłabym pójść z wami. Protestować, walczyć. Wymyślać chwytliwe hasła. Ale nie pójdę.

Cały wpis zachęcałam do reakcji, a teraz nagle mówię, że ja to mam w nosie? Ależ skąd.

Nie pójdę, bo nie mam z kim. Dopóki panuje społeczne przyzwolenie, to można sobie kwitnąć pod sejmem godzinami. Władza ma to w poważaniu, zwłaszcza, że zawsze znajdzie się grupa zwolenników, która zrobi kontrdemonstrację. Grupa pseudopatriotów, o których pisałam poprzednio.

Nie wystarczy procent, ułamek, część całości. Wszyscy, jak jeden mąż muszą zaprotestować. Rząd sprytnie to rozegrał, dając choćby 500+ tym, którzy w większości byliby bierni. A tak będą ich bronić, bo co, ma się skończyć stały napływ kasy do portfela? Co z tego, że te pieniądze nie biorą się z powietrza. Ich nie obchodzi skąd. Ważne, że są.

Dopóki nie sprzeciwi się większość, dopóty może się dziać co się chce.

A co się będzie działo?

Jeśli nie powstrzymamy tego, to spirala ta będzie się nakręcać. Będzie coraz trudniej cokolwiek zdziałać. Zostaniemy odseparowani od świata i skazani na jedyną słuszną opcję. Skończy się omamianie ludu, bo już nie będzie potrzeby – pozycja rządzących i tak będzie niezachwiana. Czysty totalitaryzm. Obym nie miała racji. Ale obecna prognoza jest taka, że jeśli tego nie przerwiemy, to dojdziemy do etapu, kiedy nie będzie nawet mowy o pokojowych demonstracjach i rewolucjach. Władzę trzeba będzie wywieźć na taczkach, a wtedy poleje się krew.

A lud będzie łkał, że do tego dopuścił. Bił się w pierś. Mądry Polak po szkodzie.

Dlatego ja widzę dwie możliwości.

A) Dzieje się coś, społeczeństwo wspólnie buntuje się przeciw autorytarnym rządom. Są realne szanse na zbiorowy protest. Mogłabym się do niego przyłączyć.

B) Uciekam stąd, póki nie jest za późno.

Póki co, bliższa rzeczywistości jest dla mnie ta druga opcja. Planuję wcielić ją w życie, zresztą już jestem jedną nogą za Odrą. Nazwiesz mnie zdrajcą. Ja nazwę tak Ciebie, bo pozwalasz na to, aby Twój kraj był rujnowany, może nawet temu przyklaskujesz.

Wszystkim, którzy, tak jak ja, widzą, że nie dzieje się dobrze i zastanawiają się co robić, też doradzam plan B. Wyjechać i nie oglądać się na resztę. Wiem, nie będzie możliwe być całkowicie obojętnym. Ale chyba już Ci po części nie zależy, skoro pozwalasz na to, co się dzieje.

No chyba, że jednak Ci zależy?

 

 

 

 

Patriotyzm współcześnie. A czy Ty jesteś patriotą?

W podstawówce wiele razy zadawano nam to pytanie. Wszyscy chórem krzyczeliśmy „Tak, kocham Polskę!”, ale jaką wartość miały te słowa w naszych ustach? Niech ktoś spróbowałby odpowiedzieć przecząco albo chociaż milczeć. Od razu byłby „nienormalny”, a przecież dla dzieciaków to najważniejsze – akceptacja społeczeństwa, pasowanie „do reszty”.

Lata minęły, światopogląd się rozszerzał. Coraz więcej rzeczy jawiło się zgoła inaczej, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy. W liceum na to pytanie większość odpowiedziała „nie wiem”. Część nie odważyła się wprost zaprzeczyć, część naprawdę się wahała, bo w końcu co to znaczy „być patriotą”?

Zastanówmy się, kto dzisiaj nazywa się prawdziwym patriotą i jakie są jego cechy:

Po pierwsze, musi to być osoba konserwatywna. Kultywująca tradycje, odrzucająca wszelki postęp, który wiąże się przecież ze „zgnilizną zachodu”.

Po drugie, koniecznie katolik. Niekoniecznie musi praktykować, ważne, aby głośno o tym krzyczał. Zasad swojej religii co prawda na ogół nie zna, ale w kościele co niedziela zajmuje honorowe miejsce.

Po trzecie, patriota nie może być otwarty na świat. Przecież jego kraj jest najlepszy, a inne to albo wrogowie, albo ludzie gorszego sortu.

Po czwarte, właśnie, nawet wśród rodaków są wrogowie ojczyzny i podludzie. Homoseksualni, zwolennicy UE, feministki, ateiści. Zwalczać, bezwzględnie. Nawet siłą, jak trzeba.

Zaraz, mówimy dalej o patriotyzmie? Trochę czuję, jakbym opisywała inne zjawisko. Na „n”. Już wiecie jakie, widzicie podobieństwo?

Tak, nacjonalizm.

Osoby, które krzyczą o sobie „patriota”, najczęściej więcej mają wspólnego z nacjonalistami. A ja z takimi ludźmi nie chcę mieć wspólnego nic.

Od razu mówię – nie każdy „prawicowiec” jest dla mnie od razu nacjonalistą bądź generalnie kimś złym. Chociaż mam odmienne poglądy, to staram się szanować zdanie innych. Miałam kolegę, który był korwinistą. Wbrew pozorom, lubiłam rozmawiać z nim o polityce. Potrafiliśmy oboje zachować kulturę dyskusji, poza tym on miał ciekawe argumenty, wiedział, co mówi. Niestety, wielu osobom brakuje właśnie tego – umiejętności rozmowy bez ofensywy oraz uzasadnienia dla swojego zdania.

Dopóki ktoś nikogo nie atakuje, ma prawo myśleć co tylko chce. Problem pojawia się wtedy, kiedy ten ktoś zaczyna pewne grupy, najczęściej o odmiennym stanowisku, jawnie obrażać, dyskryminować. Do tego próbuje narzucać swoje zdanie, uważając je za jedyne słuszne.

To właśnie robią współcześni pseudopatrioci, a raczej, jak powinnam ich nazwać, nacjonaliści.

Nacjonalizm nie ma wieku. Nacjonalista może być młodym mężczyzną albo starszą kobietą. To nie gra roli. Wszyscy mają wspólną cechę – nienawiść do szeroko rozumianej odmienności.

Z czego ta nienawiść wynika?

Czynniki są różne. Może to być strach – to, co inne jest często nieznane, a nieznane budzi lęk. Może to być niewielka świadomość i wiedza na temat świata, mechanizmów w nim zachodzących. Mogą to być pobudki autorytarne – ja mam racje, moje jest najlepsze, ma być tak, jak chcę. A może to zupełnie coś innego.

Ich działania są coraz głośniejsze, coraz większy zasięg obejmują. Gdzie się przejawiają?

Najbardziej wyrazistą płaszczyzną jest chyba wiara. Nasz kraj ma zadeklarowaną, miażdżącą większość katolicką, ponad 90 procent. Po pierwsze – statystyka swoje, życie swoje. Skąd ona się bierze? Większość z nas przyjęła chrzest jako niemowlęta, co uważam za złe, ale to na inną dyskusję. Od tamtej pory należymy do wspólnoty kościoła. Zazwyczaj zostajemy w niej już na całe życie, niezależnie od zmiany przekonań – apostazję trudno dostać. Dlatego owszem, na papierze prawie każdy Polak to katolik. A w rzeczywistości? No właśnie, już trochę inaczej.

Ale tę statystykę podbija fakt, że wiele osób z różnych względów nie mówi prawdy. Albo boją się przyznać, bo „co ludzie powiedzą”, nie chcą odstawać od reszty. Albo zwyczajnie im się nie chce, mówią „jestem katolikiem” i z czapy. Albo coś tam jeszcze, nie wiem.

Chyba nie muszę wspominać o tym, że realną znajomością podstaw i doktryn chrześcijaństwa nie zna dojmująca większość? Sama się o tym przekonałam, kiedy największą znajomością Biblii w szkole (do pewnego czasu na religii, później na polskim czy historii) wykazywałam się ja. Agnostyczka.

No ale gdzieś ta dominacja chrześcijaństwa, nawet tylko teoretyczna, musi mieć ujście. I ma, ale nie do końca takie, jakie być powinno.

Dlaczego państwo świeckie finansuje kościół?

W dodatku tylko jeden – katolicki. Albo dajemy trochę wszystkim, albo nie dajemy nikomu. Swoją drogą, popieram samą ideę, ale na wzór niemiecki (zachodni, zły, przesiąknięty zgnilizną). Tam sytuacja wygląda tak, że przy meldunku deklaruje się wiarę w urzędzie, a później pobierany jest specjalny podatek, który jest kierowany właśnie na daną organizację religijną. Oczywiście można wybrać ateizm, wtedy nie płaci się nic. I to jest uczciwe, bo skoro przynależysz do danej wspólnoty, to wręcz powinieneś czuć się w obowiązku w jakiś sposób dbać o jej istnienie, rozwój. Jeżeli natomiast nie utożsamiasz się z żadną z nich, to dlaczego miałbyś jakąkolwiek dotować? Masz potrzebę – płacisz, państwo Ci to umożliwia. Sam decydujesz, kogo wspierasz, a przede wszystkim czy wspierasz. Większość nie wybiera za Ciebie.

Jestem też przeciwna nauczaniu religii w szkole.

Przynajmniej w państwowej, bo szkoły wyznaniowe to inna sprawa. Zamiast tego powinna być etyka, dodatkowo tak „wciśnięta” w plan, żeby nie dominowała innych przedmiotów.

Po pierwsze dlatego, że często nie ma alternatyw dla jedynej słusznej wiary nauczanej w szkole – ja na przykład w swoim fantastycznym liceum (swoją drogą, oficjalnie państwowym, ale bardzo katolickim) nie miałam ani etyki, ani w ogóle nic. Dwa okienka w tygodniu spędzałam szlajając się po okolicznym parku (latem spoko opcja, ale zimą…).

Po drugie dlatego, że religia zawsze (przynajmniej w moich doświadczeniach) oznacza katolicyzm, a co z resztą? Rozumiem, że organizowanie lekcji każdej możliwej wiary i ich odłamów jest niepraktyczne oraz nieekonomiczne. Dlatego nauczanie o religii powinno być rolą danej wspólnoty, organizacji. Jeśli ktoś chce, proszę bardzo, niech we własnym zakresie zgłębia wiarę. Po szkole, w weekendy. Jestem pewna, że nagle drastycznie spadłaby liczba chętnych. Hmm, ciekawe czemu. Może dlatego, że najczęściej uczniowie chodzą „bo wypada”, „bo rodzice każą”, „bo jest luz, można zadania odrobić, coś zjeść, pospać”. W mojej licealnej klasie (czyli w miarę świadomi już ludzie) prawie każdy wymieniał jeden z tych powodów. Nie spotkałam nigdy kogoś, kto odpowiedziałby „bo chcę”.

Najbardziej odczuwalna jest jednak presja społeczna na bycie katolikiem.

Narzucana i podkręcana głównie przez nacjonalistów. Szczególnie w małych miejscowościach przyznanie się do innowierstwa lub ateizmu oznacza banicję, wykluczenie. Dlatego „dla świętego spokoju” każdy mówi, że nim jest. Nadmieniłam o tym już w poprzednich akapitach, ale uznałam, że to zgrabnie podsumuje kwestię wiary.

Przykłady mogłabym mnożyć, ale zbyt zboczyłabym z kursu. Trzymajmy się tematu „patriotów”, a także ich rejonów aktywności.

Nie odkryję nowego kontynentu stwierdzając, że społeczność LGBT ma u nas, delikatnie mówiąc, przesrane. Właśnie przez nacjonalistów, którzy, zasłaniając się patriotyzmem i tradycją, skazują ich (nas?) na ostracyzm.

Jeśli akurat jesteś czytelnikiem przeciwnym takim osobom, odpowiedz, proszę, dlaczego.

Nie liczą się odpowiedzi:

  • „Bo tak.” Argument oznaczający totalny brak argumentu.
  • „Bo to choroba.” Mamy widzę lekarza. Pochwal się dyplomem ukończenia medycyny albo zostaw klasyfikację schorzeń tym, którzy się na tym znają, okej?
  • „Bo to niezgodne z naturą.” W naturze homoseksualizm występuje od zawsze, wśród wszystkich gatunków, które mają rozróżnienie płciowe. Jest naturalnym mechanizmem przyrody, który zapobiega zbyt dużej liczbie osobników danego gatunku. W ostatnim stuleciu nasza populacja rozrosła się bardzo gwałtownie, więc zjawisko to przybrało na sile.
  • „Bo to wymysł XXI wieku”. Czy Ty widziałeś kiedykolwiek antyczne dzieła kultury? Znasz Ty choć trochę starożytne cywilizacje, Grecję, Rzym? Chyba nie, bo obcy jest Ci widzę kult męskiej miłości czy życie pań z wyspy Lesbos.
  • „Bo chrześcijaństwo tego zabrania”. Pomijam fakt, że nie każdy musi wierzyć w Twojego Boga. Ale Twój Bóg nakazał Ci miłować bliźniego swego. A zabronił osądzać innych. Pozwól mu zdecydować, czy ktoś jest grzesznikiem, czy zasługuje na życie wieczne, okej?
  • „Bo cioty są niemęskie.” Oj, napakowany testosteronem byczku. Kojarzysz takie postaci, jak gracz NBA Jason Collins, bokser Orlando Cruz, pływacy Matthew Mitcham czy Ari-Pekka Liukkonen? Jeśli nie, to sobie wygugluj. Tak, to są pedały. Mało tego, patrioto! Za Twój kraj ginęli dzielni ludzie. Pamiętasz? Szanujesz? Wszystkich? Ale wiesz, że wśród nich byli homoseksualiści, prawda?

Wiem, że pewnie to nikogo nie przekona. Ale przynajmniej mam nadzieje, że osoby „niezdecydowane” trochę przemyślą sprawę.

Fakty są takie, że, drogi patrioto, bo tak się mianujesz. Z definicji kochasz swój kraj, a zatem kochasz naród. Rodaków. Wśród nich są geje, lesbijki, transseksualiści oraz masa innych mniejszości. Oni są też Polakami. Albo szanujesz wszystkich, albo jesteś hipokrytą z nacjonalistycznymi ciągotami. Wybieraj.

Nacjonaliści działają jeszcze na innych obszarach. Wszędzie, gdzie mogą swoje zdanie narzucić reszcie.

Aborcja to temat drażliwy, poza tym już przycichł, a zatem nie będę grzebać kijem w mrowisku. Jednak przy tej okazji „patrioci” także głośno się pokazali, w ogóle cała ta ustawa miała nacechowanie nacjonalistyczne. Nie chcesz – nie dokonuj, nikt Cię nie zmusi. Ale nie zabraniaj innym, którym sumienie na to pozwala bądź takim, którzy znajdą się w trudnej sytuacji i to będzie dla nich rozwiązanie. Nie osądzaj, nie rozstrzygaj, nie mów, co Ty byś na ich miejscu zrobił, bo dopóki nie jesteś w danej sytuacji, nie masz pewności, jak się zachowasz. Skoro tak leży Ci na sercu los niechcianych dzieci, to może zajmij się tymi, które już żyją? Pójdź do domu dziecka raz na jakiś czas, pobaw się z nimi. Pomagaj w opiece nad niepełnosprawnym. Co, nagle już Cię nie obchodzą?

Tak bardzo plujesz, patrioto nasz, na islam.

Na to, że w krajach arabskich religia reguluje prawo. Kobiety nie mają praw. Drogi mój Ty, sam nie jesteś lepszy. Tylko jak Tobie jest wygodnie, jak Twoja racja jest tą dominującą, to jest dobrze, tak ma być.

O religii już się wypowiedziałam chyba dość. Dodatkowo coraz więcej projektów ustaw ma podłoże chrześcijańskie. Ale regulować mają funkcjonowanie całości, nie tylko wyznawców. Czy to nie jest próba stworzenia państwa religijnego?

A o sytuacji kobiet… kochany patrioto. Drażnią Cię feministki. Irytuje Cię ich dążenie do równouprawnienia, kpisz z nich. Boisz się, tak naprawdę, że kobiety mogą być od Ciebie lepsze pod jakimś względem, dlatego wolisz, aby były cicho. Czy Ty naprawdę nie dostrzegasz prawidłowości?

Tak, najczęściej, jeśli jesteś „patriotą” płci męskiej, to wyobrażasz sobie kobietę na jeden z tych dwóch sposobów:

A) Tradycyjny, czyli w domu, przy garach, gotującą i sprzątającą dla swojego mężczyzny, zajmującą się dziećmi i tak dalej. Model okej, jeśli tylko znajdziesz taką, której to odpowiada, to nie ma problemu. Dopóki potrafisz sam zapewnić swojej rodzinie godne życie.

B) Pseudonowoczesny, czyli pracującą, obowiązkowo za mniejsze wynagrodzenie, a po pracy, kiedy Ty siedzisz w kapciach przed telewizorem, ona ma jeszcze oporządzić dom, dzieci i przynieść piwko. Bo inaczej nie jest prawdziwą kobietą. Tfu.

Jeśli natomiast jesteś „patriotą” płci żeńskiej, to widzisz siebie zazwyczaj w którejś z tych ról, zależnie też od statusu finansowego rodziny. I uważasz to za słuszne, odpowiada Ci to. Masz do tego pełne prawo.

Ale, do jasnej anielki, nie narzucajcie jeden z drugim tego modelu wszystkim dookoła.

Nie każdemu taki układ pasuje, niektórzy mają inne wyobrażenie partnerstwa, inne priorytety w życiu. I tak samo, jak wy macie prawo do życia po swojemu, tak samo mają ci „inni”. Nie piętnujcie ich, bo nikt nie powiedział, że wasz styl życia to ten jedyny słuszny. Równie dobrze może być to układ równy, podział obowiązków albo taki, w którym to kobieta się rozwija zawodowo, a mężczyzna dba o rodzinę. Dopóki wszyscy są szczęśliwi – nic wam, cholera, do tego.

Tak samo ktoś, kto wybrał życie tak zwanego singla, też nie musi być wcale kimś, kto marnuje życie. Może on właśnie w ten sposób spełnia się i realizuje? Może nie chce, po prostu nie chce wstępować w trwałe relacje?

Podobnie sprawa ma się w kwestii dzietności. Szczególnie pod tym względem obrywa się kobietom lub, w postrzeganiu niektórych osób, rodzicielkom.

Wbijcie sobie do głowy, że można mieć inne ambicje niż gromadka dzieciaków. Lepiej nie mieć potomstwa niż napłodzić niechcianych dzieci, które potem albo trafiają do sierocińców, albo nikt się nimi nie interesuje – efekt jest zwykle podobny.

Zrozumcie, że kwestią nie jest posiadanie dzieci lub ich brak, kwestią jest świadomość decyzji. To jest w tym wszystkim najważniejsze. Można zdecydować się nawet na tuzin pociech, ważne, żeby zrobić to świadomie, znać i rozumieć odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

Uwierzcie mi, nie każda z nas ma instynkt macierzyński. Nie, tego nie da się wywołać na siłę. Jak kobieta, która nie chce mieć dzieci zobaczy „tego słodkiego małego bobaska”, to wcale nie musi go pokochać. To jest przede wszystkim marnowanie nie tyle własnego życia, ile właśnie tej istotki – skazanej na życie i wychowanie się bez miłości. Po co to robić w imię norm społecznych i nacisków otoczenia?

Posiadanie dzieci to duża odpowiedzialność. Rodzicem zostaje się raz i jest się nim już zawsze. Ja na przykład nie czuję się gotowa na wzięcie na siebie takiego zobowiązania. Mam inne cele w życiu. Taki jest mój wybór, świadomy, przemyślany. Być może kiedyś zmienię zdanie, w końcu mam jeszcze czas, ale szczerze mówiąc, wątpię w to. Dlatego apeluję, drodzy konserwatyści, zluzujcie z tym naciskiem na kobiety. Możecie zrujnować tym jej życie, ale też życie niechcianego przez nią dziecka.

Dlaczego wszystkie te czynniki związałam z (pseudo)patriotyzmem?

Bo najczęściej właśnie osoby, które tak się definiują, prezentują podobne poglądy. Niekoniecznie jest to regułą, jestem tego świadoma, sama nienawidzę uogólniania. Ale jest to pewna prawidłowość, którą już od lat obserwuję. Dzisiejsi pseudopatrioci używają tego słowa dla nazwania swoich nacjonalistycznych pobudek. Jeśli jeszcze ktoś ma co do tego wątpliwości, to pozwolę sobie przytoczyć definicję i cechy charakteryzujące ten pogląd:

Nacjonalizm (z łac. natio, „naród”) – postawa społeczno-polityczna uznająca naród za najwyższe dobro w sferze polityki.

Co, brzmi znajomo, kochany mój patrioto? A dalej robi się fajniej.

„Nacjonalizm uważa interes własnego narodu za nadrzędny wobec interesu jednostki, grup społecznych, czy społeczności regionalnych. „ – patrioto, czy Ty w głoszeniu swoich poglądów, zazwyczaj degradujących interes danej grupy społecznej, nie zasłaniasz się dobrem Polski?

„Nacjonalizm ponadto przedkłada interesy własnego narodu nad interesami innych narodów, zarówno wewnątrz kraju (mniejszości narodowe lub etniczne) jak i na zewnątrz (narody sąsiednie)” – patrioto, czy to nie Ty krzyczałeś „Polska dla Polaków!”? Czy to nie Ty jesteś przeciwny Unii Europejskiej, wszelkim przejawom współpracy międzynarodowej, bo uważasz, że to szkodzi Polsce?

Sama definicja nacjonalizmu była dość ogólna, ale postanowiłam poszerzyć ją o odłamy, na przykład narodowy konserwatyzm:

„Wspólnymi ideami, które jednoczą narodowych konserwatystów w Europie są: eurosceptycyzm, pragnienie zachowania tradycyjnych wartości oraz (w największym stopniu) silny sprzeciw wobec imigracji.” – o Unii już wspomniałam, o wartościach się chyba rozpisałam wyżej, w końcu „Bóg, Honor, Ojczyzna”. A temat postrzegania imigracji poruszyłam nieco w ostatnim wpisie o uchodźcach. Patrioto, czy Ty nie patrzysz krzywo na kogokolwiek, kto ma ciemną skórę? Czy jak słyszysz obcy akcent, to nie zmieniasz podejścia do rozmówcy na zasadzie „To nie jest prawdziwy Polak – jest gorszy”?

Jeszcze weselej robi się, gdy poczytamy o następnym odłamie – narodowym radykalizmie. Wśród jego cech znajdziemy:

„oparcie światopoglądu na etyce katolickiej (przeradzający się w fundamentalizm religijny)” – o tym już wspomniałam, patrioto, chętnie byś wydawał wyroki kierując się zasadami religii katolickiej. To znaczy, w sferze społecznej już to robisz, ale chciałbyś, aby prawnie było to możliwe, prawda?

 

Najbardziej jednak pasuje mi tutaj definicja szowinizmu:

Szowinizm (fr. chauvinisme) – na ogół skrajna postać nacjonalizmu, głosi solidarność wszystkich grup społecznych danego narodu, a wobec mniejszości narodowych i innych narodów nakazuje przyjmować wrogą postawę.

Możesz teraz pomyśleć „Ha, tu ją mam, solidarność narodu! A ona mi wpierała, że ja Polaków nie szanuję, zaprzecza sama sobie!” Nie kopytkuj tak szybko, gazelko:

W szerszym kontekście pojęcie to oznacza też wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania do własnego gatunku, rasy, grupy społecznej, płci, narodu albo przywódcy oraz wyolbrzymianie ich zalet, a pomniejszanie lub negowanie ich wad, idące zazwyczaj w parze z równie przesadnym i nieuzasadnionym deprecjonowaniem innych oraz uznawaniem prawa do ich ujarzmiania.

Podsumowanie was, drodzy pseudopatrioci z ulic, w jednym zdaniu.

Chyba nie muszę już podkreślać, że nie każdy prawak jest nacjonalistą, że patrioci istnieją, bla, bla, bla…

Owszem, patrioci dziś istnieją, ale najczęściej milczą, bo nie mają potrzeby obnoszenia się z tym.

Kim są w końcu?

Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.

Słowem, patriotą możesz się nazwać, gdy czujesz się z krajem i narodem związany.

Jesteś wobec niego uczciwy, bezinteresownie dbasz o dobro, chcesz jego rozwoju. Pamiętasz o ważnych datach w historii swojego państwa, w ogóle znasz jego historię, przynajmniej pobieżnie. Szanujesz każdego rodaka, wiesz, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od różnic. Jesteś otwarty, gościnny, miło witasz obcokrajowca, rozumiesz, że jemu też mógł po prostu Twój kraj się spodobać – zresztą się mu wcale nie dziwisz, bo przecież jest taki piękny.

Czy Ty, uliczny, samozwańczy patrioto, nadal uważasz, że słusznie tak się obwołałeś?

Ja nie jestem patriotką. Dzisiaj mówię o tym otwarcie, nie boję się już linczu. Wolę przyznać się do tego, niż udawać, że jest inaczej, wychodząc na hipokrytkę.

A czy Ty jesteś patriotą?

 

 

Uchodźcy – jacy są naprawdę?

Uchodźcy. Słowo, które budzi panikę.

Podam wam definicję uchodźcy, którą stworzyłam na podstawie obserwacji sytuacji w Polsce, naszych mediach i świadomości społecznej:

Uchodźca – rodzaj zwierzęcia pasożytniczego, obowiązkowo wyznawca islamu z Syrii, terrorysta, zawsze występuje w stadach zwanych hordami. Masowo zalewa rasowo czystą Europę, mnoży się na potęgę, aby w jak najszybszym czasie zdominować tubylcze gatunki ludzi, w tym celu korzysta z owoców ich ciężkiej pracy, pobierając zasiłki socjalne. Niezainteresowany asymilacją.

Aby definicja była pełna i klarowna, muszę dorzucić podobnie opracowaną definicję terrorysty:

Terrorysta – radykalny wyznawca islamu, urodzony z nienawiścią przede wszystkim do chrześcijan, zainteresowany jedynie eksterminacją wyżej wymienionych. W tym celu gotów jest poświęcić własne życie, dla niego liczą się tylko statystyki zabitych cywili.

Założę się, że duża część zapytanych losowo przechodniów zgodziłaby się z tym poglądem. Tymczasem jak jest naprawdę?

Tak się składa, że trochę się znam. Dlatego może najpierw podam definicje bardziej przybliżone do obiektywnego obrazu sytuacji. Mogłabym zapisać je własnymi słowami, ale podeprę się Wikipedią – upierdliwy powie, że to żadne wiarygodne źródło, ale chodzi mi o konkretne pojęcia – a potem zawrę własny komentarz z wyjaśnieniem „po ludzku”.

Uchodźca (ang. refugee, niem. Flüchtling, ros. беженец) – osoba, która musiała opuścić teren, na którym mieszkała ze względu na różnego typu prześladowania. Wynikające z tego zagrożenie życia, zdrowia, bądź wolności jest najczęściej związane z walkami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi, prześladowaniami religijnymi bądź z powodu rasy lub przekonań politycznych.

Terroryzm – użycie siły lub przemocy fizycznej przeciwko osobom lub własności z pogwałceniem prawa, mające na celu zastraszenie i wymuszenie na danej grupie ludności lub państwie ustępstw w drodze do realizacji określonych celów.

Jakieś różnice?

Uchodźca =/= Syryjczyk

Terrorysta =/= Muzułmanin

Okej, zgodzę się, że ostatnio uchodźcy z Syrii byli przyjmowani na tyle licznie, że można było zapomnieć z wrażenia, że to wcale nie tylko oni. Azylanci na całym świecie przyjmowani są codziennie od lat – za Wikipedią, od 1951r. pod obecnym pojęciem – mało tego, pochodzą z różnych terenów. Zwykle są to mniejsze grupy lub pojedyncze jednostki. Niektóre miejsca przestały być objęte zagrożeniem, inne od lat stale są na tyle niestabilne, że życie cywilów może tam uchodzić za niebezpieczne. Przykłady?

Obecnie, oprócz Syrii, także Erytrea (o niej będzie później!), Afganistan (również będzie!), Somalia, Sudan Południowy czy Etiopia.

Historycznie mam jeden ulubiony przykład. POLSKA.

Co, szczęka opadła, prawilny patrioto? Tak, trochę mnie śmieszy hipokryzja narodu, który sam „hordami” (jak to pogardliwie się dziś mówi o Syryjczykach) zalewał Europę i resztę świata, zresztą niejednokrotnie w historii, a teraz jest jednym z najbardziej przeciwnych. Trochę kompleks, co?

Uwaga, teraz będzie przynudzanie o historii. Zanim zaczniesz jęczeć, poczytaj. Zobacz, że wszystko się w dziejach powtarza.

Zanim skrajnie konserwatywna część internetów spali mnie na stosie bądź ukamienuje, spieszę z przykładami tych naszych azylanckich czasów:

Chyba najbardziej znamienity, najdłuższy czas. Zabory.

Powstania, Wielka Emigracja, ktoś coś kojarzy? Powinna w zasadzie być „Wielkim Uchodźctwem”. „Oho, co ona o tym wie?”. Wie. Zrobiła pracę badawczą na ten temat na kilkanaście stron. Dlatego w tym przypadku pozwolę sobie fragmenty zacytować:

„Do końca powstania (listopadowego – przyp. aut.) ok. 50 tys. Polaków po opuszczeniu obszarów zaboru rosyjskiego znalazło się na terytorium Prus (ok. 30 tys.) oraz Austrii (ok. 20 tys.).” Tam nie byliśmy jednak zbyt mile widziani. Ruszaliśmy dalej.

„W 1832 roku we Francji żyło 5472 polskich imigrantów, liczba ta z czasem uległa zmniejszeniu, głównie wskutek śmierci części z nich – w 1838 roku wynosiła ona 5128 osób. Oprócz tego państwa, niewątpliwie głównego ośrodka Polaków w czasie Wielkiej Emigracji, duża część z nich osiedliła się również między innymi w Belgii (ok. 200 osób), Wielkiej Brytanii (ok.700 osób), Szwajcarii, Skandynawii, Stanach Zjednoczonych (gdzie do dziś stanowią jedną z liczniejszych mniejszości narodowych), Turcji czy Algierii.”

Tak, my też pobieraliśmy zasiłki, też żyliśmy w ośrodkach dla azylantów. Przykładowo, sytuacja we Francji: „Wiosną 1833 roku zaczęła się likwidacja obozów, w których osiedlono polskich imigrantów. (…)  Zachowano jednak rządowe zasiłki, do których prawo przysługiwało każdemu, kto został uznany za emigranta politycznego”

Troszkę zonk, co? A to nie koniec.

Dalej, „Rząd RP na Uchodźstwie” nie miał po prostu takiej nazwy. Jak tysiące Polaków w okresie drugiej wojny światowej musiał uciekać. I prosić o azyl. Gdzie nam go udzielono?

Na początku szukaliśmy schronienia w krajach sąsiadujących – po przegranej kampanii wrześniowej głównymi kierunkami były Litwa, Łotwa, Estonia, a także Rumunia czy Węgry, na tamten moment neutralne.

Później szukaliśmy azylu na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie także funkcjonował wspomniany rząd. W 1941 roku stanowiliśmy liczną grupę (ok. 116 000 osób) w Persji, czyli dzisiejszym Iranie. Tak, islamiści opiekowali się polskimi sierotami wojennymi. Ci sami, źli, żądni krwi.

W latach 1942-48 Polacy masowo chronili się w Indiach, gdzie także zostali przyjęci. W 1943 roku grupę uchodźców przyjął Meksyk. W następnym roku ciepło przyjęła nas Nowa Zelandia. Czy kiedykolwiek pomyślałeś z sympatią o tych państwach? Czy albo nie pamiętasz o ich istnieniu, albo uważasz się za lepszego od nich?

PRL nie dla każdego był przyjaznym systemem.

A, spójrzcie sobie do definicji, prześladowania polityczne także kwalifikują się do ubiegania się o status uchodźcy. I tak się naprawdę działo. O azyl polityczny poprosił sam Czesław Miłosz, w roku 1951 we Francji.

Prawdziwą falę uchodźstwa zapoczątkował 1980 rok – około 160 tys. Polaków znajduje się w obozach dla azylantów. Najczęściej było to w RFN, USA, Francji. Spore grupy były także w Australii, Skandynawii czy krajach Beneluksu. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, niech zobaczy, gdzie żyje najwięcej Polonii. I dlaczego jest jej tak dużo.

Dane statystyczne, oprócz tych z pracy mojego autorstwa, brałam z tej strony – tam jest też dokładniejszy opis zjawiska dla zainteresowanych.

Dlaczego kraj, który niejednokrotnie w historii korzystał z gościnności świata, sam teraz chce tej pomocy odmówić innym?

Definicję uchodźcy chyba mamy z głowy, ale został nam jeszcze terrorysta. W powszechnym mniemaniu terroryzm łączy się z Osamą Bin Ladenem, Al Kaidą i generalnie islamem. Media, poprzez stosowane słownictwo, z tego błędu nie wyprowadzają, wręcz przeciwnie, utwierdzają ogół w tym przekonaniu. Tymczasem, terroryzm to znacznie szersze, bardziej złożone i niebezpieczne zjawisko.

Zanim ktoś zarzuci mi brak kompetencji – na ten temat także przeprowadzałam badania naukowe. Także nie sieję tu żadnej (lewackiej) propagandy, poświęciłam sporo czasu na wnikliwe zapoznanie się z tym problemem.

Jakie są rodzaje terroryzmu?

Różne, różniste, zależy kogo spytasz i pod jakim względem patrzysz. Można je klasyfikować według metod działania, osób narażonych, celów… Najczęściej i tak wszystko się jakoś przenika. No ale spróbujmy to ugryźć. Wymienię tylko takie „kluczowe”, na dokładniejsze podziały szkoda czasu, bo i tak w pewnym momencie wszystko sprowadza się do jednego.

Terroryzm zbrojny – te wszystkie ataki, dywersje, sabotaże. Wszystko, co związane z wojskiem czy bronią. Mają na celu zastraszenie ludności pewnego obszaru, wymuszenie konkretnych reakcji, ustępstw. Oprócz Al-Kaidy, możecie kojarzyć skrót IRA (nie, nie zespół). Oni też robią takie sztuczki. Zresztą nie tylko oni, ale pozostali są znani w świecie jeszcze mniej. Dlaczego najgłośniejsze są akcje tych pierwszych? Bo dotykają największy obszar, poza tym atakowane kraje są zwykle mocnymi graczami na arenie międzynarodowej. Jakaś Irlandia Północna? Wielka Brytania i tak ma ich w garści, po co o tym rozpowiadać. Baskonia? To w ogóle teren? W Europie? Serio?

Terroryzm ekonomiczny – zastraszanie poprzez jakieś sankcje czy ograniczenia finansowe. Zwykle występuje w sektorze ekonomicznym, czyli banki albo koncerny. Bywa też reakcją na brak poparcia politycznego między państwami. Coś wam do głowy przychodzi? Jakieś owoce na przykład? Lub surowce?

Terroryzm ideologiczny – no znów trochę ta Al-Kaida, mówiłam, że to się miesza. Tutaj chodzi o wymuszenie poparcia dla jakiejś ideologii, nie tylko religijnej. Opiera się niekoniecznie na walce zbrojnej. Często przyjmuje formę słowną. Nawoływania do wiary w „jedyną słuszną prawdę”, obrażanie i kłamstwa na temat osób odrzucających dany pogląd czy będących zgodnie z nim „gorszych”. Tutaj przykłady sobie daruję, bo to drażliwy temat.

Terroryzm medialny – przejmowanie mediów, taka swoista ich cenzura lub kształtowanie tak, aby pokazywały to, co dana grupa sobie życzy. Mogą to być manipulacje jawne (otwarta propaganda) lub ukryte (symbole). Także temat drażliwy.

To dopiero początek, a wymieniłam takie najbardziej podstawowe formy wedle najprostszego podziału.

Zauważcie, że wszystko sprowadza się do prostego schematu (różnią się jedynie metody i konkretne pobudki):

chęć wymuszenia czegoś na grupie —> wywołanie zamieszania i strachu 

Tak można w skrócie opisać przyczyny i skutki terroryzmu, niezależnie od rodzaju. Chodzi o panikę, niepokój. Zdestabilizowanie porządku. Dlatego im bardziej ulegamy tej atmosferze lęku, nieufności, tym bardziej przybijamy piątkę terrorystom. Im o to chodzi. To jest ich główna broń – masowy strach.

Wróćmy do tematu obecnie najliczniejszych grup uchodźców. Tych okropnych podludzi.

Ja tak szczerze zastanawiam się, ilu z was widziało chociaż jednego? Ale nie w telewizji – w życiu. Ilu z was miało z nimi realnie do czynienia, wysłuchało ich historii? Obstawiam, że niewielu – dlatego tak się ich boicie. Bo ich nie znacie, dajecie się karmić obrazem stworzonym przez media.

Co ja wiem na ich temat? Sporo.

Po raz pierwszy zetknęłam się z nimi w 2015 roku, podczas wakacji. Wtedy temat nie był tak głośny, bo fala imigrantów dopiero się zaczynała. Widziałam to na własne oczy, ale nie do końca wiedziałam o co chodzi. Po powrocie zrozumiałam – ci ludzie byli uchodźcami.

I wtedy też, obserwując medialne przekazy na ich temat, po raz pierwszy zrozumiałam, że zachodzą tam manipulacje. Obraz był zgoła inny, od tego, który zobaczyłam. Sorry, bardziej ufam sobie i własnym przeżyciom. I nie widziałam ludzi, którzy wyrzucali ofiarowaną im pomoc, nie widziałam agresorów, bijących się i szarpiących w tłumach. Nie widziałam samych zdrowych, młodych mężczyzn. Nie widziałam ajfonów ani markowych ubrań.

Byłam wtedy na wyspie Kos w Grecji. To tam była główna furtka imigrantów do Europy. Na głównym placu codziennie było sporo ludzi. Na miejsce wywoływanych grupami osób, pojawiali się nowi. Reszta cierpliwie siedziała. Pierwszeństwo miały kobiety z dziećmi, dlatego też ci niekoniecznie młodzi, niekoniecznie zdrowi mężczyźni musieli dłużej czekać na swoją kolej. Nie mieli dosłownie nic, to co na sobie. Spali pod drzewami, na gołej ziemi. Nie nagabywali ludzi, nie żebrali, nie byli nachalni. Każdy pilnował siebie.

Ja wiem, że te obrazy z mediów „skądś się musiały wziąć” i że były wyjątki.

Ale wyjątki. Oczywiście, te negatywne zostały od razu nagłośnione, odpowiednio zmontowane i opatrzone chwytliwymi hasłami. Reszta, ta normalna większość, przemknęła bez rozgłosu.

Ale to nie na podstawie tego budowałam całość swojej opinii. Chociaż przyznaję, że wtedy już byłam poruszona i dziwiłam się tym protestom, buntom przeciw tym Bogu ducha winnym ludziom. Los mój jednak splótł się z nimi niedługo potem jeszcze silniej.

Jak wspomniałam, mieszkam w regionie przygranicznym. Blisko mam granicę Czech i tych słynnych, muzułmańskich już przecież Niemiec. I tym bardziej śmiałam się z tych wyolbrzymionych mitów o islamizacji tego drugiego kraju.

Owszem, przybyło egzotycznych twarzy na ulicach, ale odznaczały się tylko dlatego, że były nowe. Jak spowszedniały, to się okazało, że wcale nie ma ich aż tak wielu. I nie przeszkadzają w życiu białym, chrześcijańskim Europejczykom. Nagle nie zaczęło obowiązywać prawo szariatu, nie zburzono żadnego kościoła w imię stworzenia meczetu. Nie słyszałam o żadnym gwałcie, napadzie czy innym ataku. Każdy żyje tak, jak żył dotąd. Zwłaszcza, że dla większości Niemców co drugim sąsiadem i tak był już obcokrajowiec. Z całego świata.

To nadal nie wszystko.

Moja mama podjęła pracę w niemieckiej szkole językowej. I, co pewnie nikogo nie zaskoczy, najwięcej obcokrajowców w grupach to byli ci słynni uchodźcy. Ale nie tylko z Syrii. Także z Afganistanu czy Erytrei. Mieszali się z przybyszami z innych, mniej lub bardziej „poprawnych politycznie” państw. Byli tam też Polacy, Czesi, Rosjanie, Meksykanie…

Multi-kulti, to słowo, które wielu przeraża, dla mnie stanowi praktycznie codzienność.

No i tutaj rozstrzygnijmy kolejną kwestię. Oni przyjeżdżają tam na socjal, nie chcą się asymilować. Gówno prawda. Oczywiście ZAWSZE będzie jakiś kombinator. Ale to taki sam procent, jak Polaków, którzy siedzą na socjalu w Anglii czy, ojej, popatrz, w Niemczech.

Poza tym nie bójcie się, uchodźcy nie mają tutaj już zagwarantowanego pobytu.

To nie działa tak, że każdy może siąść i paść się za pieniądze uczciwie pracujących obywateli. Owszem, początkowo dostają sporą pomoc, ale jest to wsparcie na czas dostosowywania się do nowego kraju. Poznawania języka, być może jakiegoś doszkalania zawodowego, przyzwyczajenia się do otoczenia i kultury. Ten, kto przez określony czas nie stanie się „samodzielny”, nie przyjmie obowiązujących norm, zostaje odsyłany. To chyba dobra motywacja co?

Większość naprawdę się stara. Chodzą na kursy językowe, są otwarci, chcą się odnaleźć. Oczywiście, nie jest im łatwo na początku – a nam byłoby łatwo z dnia na dzień przyjąć obcą, tak inną kulturę? Trochę empatii i cierpliwości.

Na początku tylko słuchałam opowieści mojej mamy, która była też zszokowana – z jednej strony miała ten obraz medialny, krzyczący o tym, jacy to źli ludzie, z drugiej poznawała uprzejmych ludzi, którzy byli wszystkim zaciekawieni, zafascynowani.

Ludzi, którzy sporo przeszli.

Bombę, która spadła na dom i zabiła całą rodzinę. Bliskich, którzy wyszli i już nie wrócili. Wmieszanie w walkę bez własnej woli, bez interesu w tym. Po prostu, bo tam byłeś.

Jeden uczeń był lekarzem, pomagał ofiarom. Zapytacie, czemu nie został? Bo psychicznie nie był w stanie wytrzymać tego, co tam widział.

Ktoś inny przyjechał sam – to może był jeden z tych zdrowych, jeszcze dość młodych mężczyzn z telewizji. Przyjechał sam, bo któregoś dnia nie wrócił do domu po pracy. Domu nie było, tak samo, jak żony i małych dzieci, które były w środku. To tylko kilka przykładów, jakie teraz przyszły mi do głowy, przez dwa lata takich historii słyszałam wiele.

Potem ci ludzie przeszli drogę tutaj. Czy wy naprawdę myślicie, że oni tego chcieli? Że nie woleliby zostać u siebie, w domu, z rodziną i znajomymi? Czy myślicie, że im nie było wstyd prosić o pomoc? Czy wy myślicie, że nie są nam wdzięczni, ze traktują to jako coś im należnego?

Poza tym, ich piekło wcale się nie skończyło. Myślicie, że nie sprawdzają, co tam u nich się dzieje? Sprawdzają, dostają też listy, informacje. Dowiadują się o kolejnych znajomych osobach, które stały się ofiarami tej bezdusznej wojny. Czasem nagle urywa się kontakt z kimś, kto „został”. Jaka najczęściej jest tego przyczyna?

Często podczas tych opowieści i rozmów zajadałam się różnymi przysmakami.

Tak, moja mama dość regularnie dostawała ciasto czy inne dania z ich kuchni. W ten sposób chcieli chociaż trochę podziękować i dać coś od siebie.

Po jakimś czasie przywykłam do tego, że moja mama w sklepie czy na ulicy spotyka uczniów – najczęściej właśnie uchodźców. Opowiadali, co u nich, jak się im wiedzie po kursie. Większość dość komunikatywnie mówiła po niemiecku, rozumieli niemal wszystko, co się do nich mówi. Szukali pracy bądź doszkalali się zawodowo. Bardzo serdeczni ludzie, przyjaźnie nastawieni, otwarci. Tak o nich myślałam.

Bezpośrednio do tego wpisu zmotywowało mnie wydarzenie z mojego życia, które miało miejsce w ten wtorek.

Szkoła językowa zorganizowała wyjazd do teatru dla obecnie uczących się grup. Mama zaproponowała mi, żebym pojechała z nią i jej grupą. Ta konkretna (zmieniają się co kilka miesięcy) składała się w większości z uchodźców. Miałam więc okazję spędzić z nimi dzień, porozmawiać trochę, zobaczyć ich podejście i nastawienie. I ostatecznie zerwałam z wizerunkiem „uchodźcy dzikiego terrorysty”.

Przebywałam w towarzystwie bardzo wesołym, lubiącym się śmiać, no i powtarzam się, ale niesamowicie otwartym. Nie potrafię dokładnie opisać, jak pozytywnie podchodzili do mojej mamy, jak uważnie jej słuchali, jak starali się jej odpowiedzieć możliwie najpoprawniej.

Mnie również bardzo miło przywitali, później zagadywali, żartowali. Nikt nie był jednak niekulturalny, nachalny, każdy utrzymywał należny dystans. Podzielili się ze mną ciekawostkami ze swoich języków (wiecie, że po kurdyjsku pięć i sześć to… pênc i şeş, wymawiane niemal identycznie? Tak, Kurdowie żyją m.in. w Syrii), częstowali mnie jedzeniem, pytali o okolice (na przykład o jeziora w pobliżu) lub o język niemiecki, jakieś zwroty, prosili o wytłumaczenie.

Szczególnie cieszę się, że poznałam swoją rówieśniczkę, Kurdyjkę pochodzącą z Syrii. Gdybyście minęli ją na ulicy, nie zauważylibyście nawet, że jest jakaś „inna”. Nawet nie wyróżniała się mocno kolorem skóry – miała dość jasną. Ubrana była tak, jak przeciętna młoda dziewczyna – ciemne dżinsy, bluza. Tak, jak „my” pozowała do selfie. W rozmowie często puszczała oczko. Śmiała się z tego samego. Mówiła po niemiecku całkiem dobrze, pytała mnie o wytłumaczenie niektórych pojęć, ale szybko łapała, o co chodzi. Tylko na wzmianki o domu, o Syrii czy o tym, jak długo tu mieszka reagowała z powagą, może nawet smutkiem.

Dlatego wydaje mi się, że osoby, które się ich boją, po prostu mają lęk przed tym, co obce i nieznane.

I teraz na koniec szybko uściślę, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Nie jestem zdania, że każdy z nich jest uczciwy, nie każdy jest dobry, niektórzy nadużywają ofiarowanej im pomocy. Ale to akurat zdarza się wśród wszystkich ludzi. Na 9 Polaków jadących na zmywak, 10 pojedzie na socjal. Czy to znaczy, że należy zabronić też wyjazdu tym, którzy chcą pracować?

Nie wszyscy chcą/będą w stanie się przystosować, o tym też wiem. Ale oni zwyczajnie będą musieli wrócić.

Uważam, że jak ktoś jest „u nas”, to powinien respektować nasze zasady i naszą kulturę. Mimo to, przysługują mu takie same prawa człowieka, jak każdemu z nas. W tym prawo do wolności słowa, wyznania, no chyba nie muszę wam wymieniać? Dopóki ktoś nie robi nikomu krzywdy, może robić co mu się podoba – mnie guzik do tego. Reaguję dopiero, gdy dzieje się coś złego.

Potępiam fanatyzm religijny.

Ale niezależnie od tego, jakiej religii on dotyczy. Skrajni chrześcijanie nie mają u mnie żadnej taryfy ulgowej. Jeśli ktokolwiek chce komuś narzucać swoje przekonania i poglądy siłą, powinien spotkać się ze sprzeciwem społeczeństwa. W naszym kraju częściej spotka się przejaw terroryzmu ze strony większości katolickiej aniżeli mniejszości jakiejkolwiek innej, nawet islamskiej, ponadto jest na to ogólne przyzwolenie, wręcz aprobata. Nie moja.

Każdemu chrześcijaninowi, który mówi o okropieństwie islamistów przypominam, że u nich jest rok 1438. Następnie pytam, czy pamięta, na jakim etapie było chrześcijaństwo mniej więcej wtedy. Wojny krzyżowe. O popatrz. Zabijanie niewiernych. Brzmi znajomo? Żadna religia nie jest bez skazy. Tu nie chodzi o usprawiedliwianie kogokolwiek. Tu chodzi o świadomość, o wnioski. Ten chrześcijanin może zapytać „A co ja mam wspólnego z tym, co robili moi współwyznawcy?”. Wtedy ja odpowiadam „No właśnie.”

Nie każdy terrorysta to islamista. Nie każdy islamista to terrorysta.

Ktoś wtedy powie, że ataki się nasiliły, odkąd mamy uchodźców! Masz rację, ale wiesz, że to nie oni za nie odpowiadali? Większość zamachowców żyła w Europie od dawna, większość pochodzi z tych samych środowisk, które wywołały wojnę, przed którą uciekają ci ludzie.

Dla podparcia przejrzałam dokładnie narodowości zamachowców z tych najgłośniejszych w 2015-2017:

Paryż (13 listopada 2015) – ok. 8 sprawców, wśród nich: dwóch obywateli Francji pochodzenia marokańskiego, dwóch obywateli Francji, dwóch obywateli Belgii pochodzenia marokańskiego, dwóch o nieustalonej tożsamości.

Nicea (14 lipca 2016) – obywatel Tunezji z kartą stałego pobytu we Francji

Berlin (19 grudnia 2016) – podejrzewany obywatel Tunezji

Londyn (22 marca 2017) – Brytyjczyk, urodzony w Kent

Manchester (22 maja 2017 ) – Brytyjczyk pochodzenia libijskiego, urodzony w Manchesterze

Widzicie to? Gdzie Syria? Gdzie Afganistan? Nawet jeśli się znajduje ktoś z tych krajów, to najczęściej urodził się lub od lat mieszkał w Europie.

Państwo Islamskie przyznaje się do wszystkich, jak leci, bo to bardziej wzbudza strach, a im przecież o to chodzi. Oni tym chcą wymusić na nas ustępstwo, postępowanie według ich woli. Wykorzystują nastroje społeczne, podsycają niechęć do uchodźców, bo… to też są ich wrogowie. To przed nimi oni uciekali z domów. Tym terrorystom na rękę jest obawa Europejczyków przed uchodźcami. Oni najczęściej nie mają z tym nic wspólnego.

Najczęściej, bo, oczywiście, może się zawsze zdarzyć, że w tłumie normalnych ludzi będzie jeden odchyleniec. Dlatego ostrożność i rozwaga – jak najbardziej, ale nie masowa panika.

To tyle chyba, co mam do powiedzenia na ten wciąż gorący temat.

Mam nadzieję na to, że Ty, czytelniku, jesteś w stanie mój punkt widzenia przemyśleć i zrozumieć, nawet jeśli nie do końca się zgadasz. Ja nie chcę nikogo na siłę przekonywać, bo i tak nic bym tym nie osiągnęła. Choć, nie ukrywam, ucieszyłabym się, gdyby przynajmniej jedna osoba trochę przychylniej podeszła do sprawy uchodźców, trochę mniej wierzyła w to, co kreują media czy plotki.

Ale wiem, że Ciebie, waleczny patrioto, nijak nie przekonam.

Polska dla Polaków i koniec. Mimo wszystko, na koniec odpowiedz mi tylko, gdzie jest Twój Bóg, gdzie Twój honor i Twoja ojczyzna? W sercu czy na ustach?

Oburzysz się, że oczywiście w sercu – dlatego masz takie poglądy, dlatego wręcz o nią walczysz. Dlatego pozwól, że pokażę Ci, jak ja rozumiem te hasła:

Bóg:

miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Nigdzie nie ma dopisku „chyba, że to ciapaty, gej, murzyn, lesba, żyd, innowierca”. Miłuj, niezależnie od różnic między wami. Jego też stworzono na „obraz i podobieństwo Boże”. A różnorodność ludzi chyba świadczy raczej o potędze Boga niż ułomności. Weź przykład z Albańczyków. Tam w Boże Narodzenie muzułmanki idą do kościoła, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z muzułmanami święconką, oni odwdzięczają im się, zapraszając na uczty podczas ramadanu. I nikt nie uważa tego za wykroczenie przeciw własnej religii – które przecież, bądź co bądź, mają tę samą podstawę.

Honor:

co ma z honorem wspólnego odbieranie praw ludziom? Praw, których Ty byś sobie wyrwać nie dał, mało tego, ich zabrania się boisz, dlatego profilaktycznie… odbierasz innym. Jakich konkretnie praw zapytasz? Przede wszystkim – do poszanowania godności. Reszty wymieniać nie będę, bo uważam to za podstawy, zresztą Ty dobrze wiesz o tym, co na ulicach krzyczysz. Zakładam, że, mianując się patriotą, szanujesz historię Polski i bohaterów narodowych. Wiesz, ilu z tych prawdziwych, dzielnych mężczyzn, co zginęli za Twoją ojczyznę było gejami? Wielu. Ale ja nie o tym teraz. Skoro chcesz prawdy, skoro chcesz niezafałszowanej historii, skoro chcesz, aby pamiętano o wszystkim, to… zacznij od siebie. Wyżej wspomniałam coś, że Twój naród, który tak kochasz, też bywał w potrzebie, też szukał schronienia, też udzielono mu gościny. Myślisz, że oni, Polacy, którym tak licznie udzielono azylu na świecie, byliby z Ciebie dumni, że teraz, kiedy Tobie jest w miarę dobrze, to swojej pomocy odmawiasz?

Ojczyzna:

Dla nich też jest to wartość. Im wcale nie zależy na odebraniu Ci Twojego kraju, oni mają swój, którzy kochają i za którym tęsknią. Polska niegdyś była słynna z tego, że każdy u nas mógł spokojnie żyć, niezależnie od pochodzenia. Pewnie dlatego nam też tak wiele narodów pomogło. Dzisiaj mogłoby być inaczej. Zamykacie się na świat. Jak jest wam dobrze, to wszystko jedno, ale sielanka nie trwa wiecznie. Nasz kraj na pewno będzie jeszcze nieraz uczestniczył w konfliktach – za 10, 100, 1000 lat. Wtedy Twoje, patrioto, potomstwo może wyciągać ręce po pomoc. Być może przyczynisz się do tego, że każdy będzie te ręce odtrącał, tak, jak dzisiaj Ty odtrącasz ich.

Ojczyzna to dom. Dom to miejsce, w którym przyjmujesz gości. Od Ciebie zależy, czy podejmiesz ich chlebem i solą, czym chata bogata, czy zatrzaśniesz drzwi przed nosem. Ale pamiętaj, że kiedyś to Ty lub Twoje dzieci będą pukać. I wcale się nie zdziwię, jak nikt nie otworzy.

 

Dobra, chyba tyle starczy.

Chętnie podyskutuję trochę, ale tylko z osobami, które potrafią swoje zdanie uargumentować oraz uszanować to, że ja mogę inaczej myśleć.

A o samej sztuce w teatrze, na której byłam we wtorek też napiszę, ale to już temat na inną okazję.

 

 

 

 

Świadectwo mojej wartości.

Tytuł trochę ogólny. Nawet trochę bardziej niż trochę. Ciekawa jestem, ile różnych interpretacji powstanie, zanim wyjaśnię, o co mi właściwie chodzi.

Skoro już się przełamałam i nieco otworzyłam, to nareszcie (od lat chciałam to robić!) mogę dzielić się bardziej prywatnymi przemyśleniami, doświadczeniami i innymi takimi mądrościami.

Pisanie o sobie jest lepsze niż rozmawianie.

Opowieść można:

A) Przerwać. Może brutalny sposób, ale przynajmniej daje dość jasny przekaz „nie prosiłem Cię o autobiografię”.

B) Mniej lub bardziej zręcznie zmieniać temat na inny, ciekawszy.

C) Znosić na dwa sposoby. Udając śladowe ilości zainteresowania albo bezpardonowo wyłączając się na jakiś czas.

D) Nakierowywać na własną osobę. Fajny sposób i dość łatwy, wystarczy tylko na każde zdanie, historię odpowiadać bądź „miałem podobną sytuację, bo ja to, wiesz…”, jeśli możemy taki przykład przywołać (wystarczy, że Tobie zdaje się być zbliżony, innym nie musi), bądź „ja na Twoim miejscu…” i tutaj już jesteś panem, bo możesz to wcisnąć w zasadzie wszędzie. Jako serdeczną poradę, wyraz troski lub przeciwnie, jako przestrogę, może jakiś morał z całym jego uniwersalizmem. Aha, no i tutaj wcale nie musisz odwoływać się do doświadczeń. Nie musisz nawet stawiać się w hipotetycznej sytuacji i analizować różnych okoliczności wpływających na nią. Przecież mówisz, co BYŚ zrobił.

A tak mogę sobie wyobrażać zaangażowanych czytaczy, których szczerze to interesuje. Nawet jeśli przestaną czytać, to ja się o tym nie dowiem prawdopodobnie. No i najważniejsze – nikt mi nie przerwie, ja nadal mogę pisać, nawet bez udziału „drugiej strony”.

Wbrew pozorom nie odbiegam tak bardzo od tematu. Można to wręcz uznać za wstęp.

No bo ja to dzisiaj tak trochę będę mówić o sobie… Ale z drugiej strony – czego się spodziewasz na mojej stronie, o kim mam pisać? Bloga o Hannah Montanie to ja miałam w podstawówce. O Littlest Pet Shop też. O ile w pierwszym przypadku rozumiem jakiś sens tego – o serialu, filmie, aktorach, piosenkach było zawsze coś do napisania – o tyle nadal nie wiem, co można pisać o plastikowych figurkach w więcej niż 2-3 wpisach.  Chyba wtedy też to do mnie dotarło, bo dokonałam szybkiej eutanazji. Dla dobra pacjenta.

Może jestem przewrażliwiona. Pewnie jestem, ale to przez fakt, że nigdy o sobie nie pisałam. Nawet nie mam i nie miałam ambicji/potrzeby pisania stricte o sobie (co dzisiaj jadłam na śniadanie, ile razy byłam w kiblu, z kim wczoraj poszłam w balecik, a z kim dzisiaj wróciłam). Jeśli już kiełkowały takie myśli, to zazwyczaj chciałam odnieść się do doświadczeń w jakimś ciekawszym temacie, zobrazować coś na swoim przykładzie, ale mimo wszystko głównym wątkiem pozostaje coś ważniejszego. Zawsze, gdy tylko to rozważałam, to pierwsza myśl nasuwała się: „Zanudzę ich. Nikt nie dojdzie do połowy choćby, bo od razu wyłączą.” No i zwykle rezygnowałam, ewentualnie okrajałam maksymalnie odniesienia do osobistych przeżyć.

Nadal trzymam się tej koncepcji:

1) Główny temat jest inny (nieważne jaki, na pewno lepszy)

2) Nie wpycham losowych wstawek o sobie, staram się, aby nawiązywały do wątku lub myśli.

Może jakoś to zniesiecie. W sumie, nikogo tu nie ma, zatem nikomu nie zaszkodzi parę wzmianek tu czy tam.

Dobra. Wreszcie do meritum.

A jednak, jeszcze jedno. Skoro, jak wspomniałam, swoim przykładem odnoszę się do wydarzenia, to staram się opisać sytuację obiektywnie, na ile to możliwe. Słowem, ani nie mam na celu się żalić, ani przechwalać. Jeśli masz takie wrażenie, to się go lepiej pozbądź, inaczej to spotkanie wyjdzie nam obojgu bokiem. A ja chciałam, żeby było w miarę sympatycznie.

Wreszcie. To o co w końcu chodzi? No, zaraz wyjaśnię…

Pozwolę sobie przypuścić, czytelniku, że chodziłeś do szkoły. Może nadal chodzisz. Ale na pewno już od dziecka, a w szczególności jako uczeń, zastanawiałeś się, kim to chcesz być, jak już ten kierat zrzucisz. Proponuję, tak z ciekawości, żebyś sobie skonfrontował: dziecięce marzenie, uczniowskie plany i – jeśli już możesz – rzeczywistość. Jak efekty?

Ja też się podzielę. Nawet trochę rozwinę – nie martw się, wszystko prowadzi do sedna.

Jako kilkuletnia fanka zespołu Ich Troje, znająca wszystkie piosenki na pamięć (do dziś sporo znam w całości, musiało bardzo mi na tym zależeć) i zakochana w wokaliście beznadziejną, dziecięcą miłością, potrafiłam całe dnie spacerować w te i wewte po dywanie, przepraszam, po scenie i dawać dobre szoł. Wtedy wydawało mi się to dość oczywiste – jak dorosnę będę piosenkarką! I obowiązkowo nagram coś z Wiśniewskim (jak coś, call me)

Długo trzymałam się tej wersji, uznawałam ją za pewnik.

Stopniowo mój repertuar się poszerzał, przybywało też rekwizytów scenicznych – z kilkumetrowej, składanej linijki robiłam profesjonalny mikrofon na statywie, z regulowaną wysokością. Wiśniewski w międzyczasie, niestety, stracił moje zainteresowanie. Ale nie pozostał bez godnego następcy. W zerówce moje serce w całości należało do niejakiego Billa Kaulitza (ku uciesze mojej mamy, ale o tym za moment). Polska scena przestała mi wystarczać, zrobiłam się bardziej roszczeniowa – będę znaną piosenkarką!

Nawet prawie zaistniałam – moje przedszkole brało udział w przeglądzie piosenek w domu kultury, a zaśpiewać mieliśmy „Poszła Karolinka do Gogolina”. No i w ramach przygotowań przez jakiś tydzień-dwa panie włączały to na sali, cobyśmy się oswoili. Ja nauczona starym, dywanowym zwyczajem, zamiast bawić się z innymi dziećmi zrywałam się na dźwięk magnetofonu i cały czas robiłam kółka, śpiewając, ucząc się tekstu. Trud miał się opłacić – dostałam propozycję solistki, moja kariera stała otworem… a na kilka dni przed okazało się, że w dzień przeglądu muszę jechać na wesele. Chyba nie zaskoczę nikogo, jak powiem, że nie byłam zbyt szczęśliwa? Można rzec, że wpadłam w histerię.

Ale nie poddałam się!

Muszę w tym miejscu nadmienić, że miałam niesamowite szczęście urodzić się (no i mieszkać do dziś) w rejonie przygranicznym: Polska – Niemcy – Czechy. A jeszcze większym szczęściem był fakt, że urodziłam się w rodzinie nauczycieli języków obcych. I tym sposobem od pieluch miałam kontakt z językiem i uczyłam się szprechać, spikać, w późniejszym czasie nawet trochę ablać. Jednak dopóki nie poszłam do podstawówki, nie uczyłam się języków na lekcjach. Także znałam jakieś podstawy, umiałam się przedstawić, znałam kolory i kilka zwierząt, może coś tam jeszcze, ale – to też muszę uściślić – żadne ze mnie „dziecko wielojęzyczne”. Ten fakt odgrywa znaczną rolę w dalszych opowieściach.

Wróćmy do mojej oszałamiającej kariery.

W pierwszej klasie podstawówki zaczęły się moje korepetycje z angielskiego, co znacząco poszerzało moje możliwości w doborze piosenek. Ten rok to aż dwa konkursy, w których święciłam triumfy (chyba zadośćuczynienie za „Karolinkę”). Jednym z nich był przegląd piosenki niemieckiej, który wygrałam, bo w swojej kategorii miałam jednego konkurenta, który akurat zapomniał tekstu. No ale co. Wygrana to wygrana. Nagroda za I miejsce jest? Jak najbardziej. Drugi znów na jakimś przeglądzie, także prestiż ten sam, a dodatkowo mieliśmy wystąpić jako „klasowy chórek”, a ostatecznie wyszła „solistka z chórkiem”, także stojąc na scenie i śpiewając o krasnalach, oczyma wyobraźni widziałam pełne stadiony z milionami fanów.

Stopniowo coraz chętniej korzystałam z angielskiego repertuaru.

W 4 klasie już śpiewałam, wymienioną wyżej, moją mentorkę Hannah Montanę. To znaczy jej piosenkę. Wystąpiłam z nią dwa razy – raz w szkole, na dniu talentu, gdzie nie omieszkano zapomnieć o moim „talencie językowym” podczas zapowiedzi. Drugi raz na festynie, a sam radny województwa podszedł do mnie, aby zapytać, jak to możliwe, że mam taką wymowę po angielsku „w tym wieku”.

Odpowiedziałam krótko: „Uczę się proszę pana”.

I nie skłamałam. Korepetycje większości pewnie kojarzą się z pewnym „luzem” w stosunku do szkoły. Można się kilka minut spóźnić bez uwagi, nie ma ocen, problemów z odwołaniem lekcji też nie, przynajmniej tym uzasadnionym. Fajno nie?

No nie. Nie do końca. Nie w tym przypadku. I tu zaznaczam – to nie jest użalanie się ani narzekanie, to są po prostu fakty.

Pierwsze utrudnienie pojawiło się, kiedy w tejże 4 klasie przeprowadziłam się z miasteczka na wieś. Ale do szkoły dojeżdżałam nadal, nie chciałam zmieniać. Korepetycje też tam były, więc musiałam często czekać kilka godzin po lekcjach w parkach, na placach zabaw, czasem gdzieś w biedronce. A wracałam do domu, przy dobrych wiatrach około 18. Przy gorszych o 22.

Same lekcje to nie była też sielanka.

Przynajmniej dla mnie. Może wpływ na to miał fakt, że często nauczyciele spokrewnieni z danym uczniem, czy to w szkole, czy nawet prywatnie w grupie na korepetycjach, nie chcą go faworyzować, więc – mniej lub bardziej świadomie – idą w drugą skrajność i pociotek ma najgorzej „żeby nie było”. Chyba ziarnko w tym jest.

Rozwodzić się nie będę, ale krótko opiszę.

W kwestii spóźnień – przychodziłam przynajmniej 10-15 min przed czasem. Tak na wszelki wypadek. No, w późniejszym czasie też po to, żeby już nie czaić się po ławkach w parku. Grupę miałam czteroosobową. Nie ma jednej osoby (chora, wyjechała, cokolwiek)? Lekcja się odbywa, trzeba uzupełnić. Można w domu lub przyjść na dodatkową godzinę, ewentualnie na lekcję z inną grupą. Do odwołania lekcji nieobecna w teorii musiała być połowa grupy. W teorii. W praktyce nierzadko było tak, że przy dwójce osób lekcja normalnie była. No przy trzech już można było być (prawie) pewnym odwołania… nie, przepraszam… przełożenia lekcji.

Tak, wszystkie musiały się odbyć. Na palcach jednej ręki zliczę faktycznie odwołane (w ciągu prawie 9 lat!) godziny. A ponieważ plan lekcji był zapchany, to zazwyczaj odrabianie było: A) w sobotę; B) w dzień wolny od szkoły; C) jak mieliśmy na późniejszą godzinę do szkoły, to rano, przed – najwcześniejszą lekcję w karierze miałam o 7.30. No i, jak już wspomniałam, od pierwszej klasy podstawówki do połowy trzeciej gimnazjum dwa razy w tygodniu (lub raz na półtorej godziny) zamiast na plac zabaw/miasto/do domu się byczyć, szłam na korepetycje, świątek, piątek, upał, mróz, grad.

I nie chcę być źle zrozumiana – ani nie robię z siebie bohaterki, ani nie kwestionuję zasadności takich stanowczych zasad, bo bez takiego podejścia niewiele bym się nauczyła. Chcę tylko pokazać, że nie dostałam tego w prezencie od losu ani nie wygrałam na loterii. Ciężko zapracowałam, a inni w tym czasie się ze mnie śmiali, pytali, po co mi to.

Jeszcze bardziej śmiali się jakiś czas później.

Gdzieś w okolicach 4 czy 5 klasy podstawówki, dokładnie nie pamiętam, doszły kolejne korepetycje. Tym razem niemiecki. No ale co to za lekcje – z mamą? Daj spokój. No właśnie też nie do końca. Po pierwsze – moja grupa była z miasteczka, ja byłam ze wsi. Więc gdzie były lekcje? W miasteczku, no a gdzie. Także zamiast zostawać po lekcjach 2 razy w tygodniu, zostawałam 4. Po drugie – nie ma co liczyć na ulgi „bo z mamą”, lekcje to lekcje, tam to była nauczycielka. I nie ma wymówek, odwoływania lekcji na kaprys. Nie ma „zapomniałam zadania”, bo miałam w domu swoistą przypominajkę. I ponownie – ja nie uważam tego za złe, wręcz przeciwnie, jak się do czegoś człowiek zobowiązuje, to musi mieć poważne podejście, inaczej szkoda czasu wszystkich – jego, nauczyciela i reszty grupy w tym przypadku. Ale znów – nie wyssałam niemieckiego z mlekiem matki, a wiele osób chyba tak uważa.

Odeszliśmy od tematu, no ale to musiałam uściślić dla właściwego zrozumienia mojego przekazu.

Tak, tu jest przekaz. To znaczy… no nie tu, ale planuję go trochę dalej, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Co z moją karierą, która tak zawrotnie się rozwijała?

No cóż, właśnie około 5 klasy czasu dla siebie miałam tyle, co nic. I chyba ten natłok zadań, obowiązków mnie wbrew pozorom nie do końca zniechęcił, ale pomógł zejść na ziemię i poszukać sobie jakiegoś zawodu z krwi i kości. No i oczywiście studiów. Niewyobrażalne było dla mnie, żebym nie poszła na studia. Nie tyle z powodu jakiejś ambicji, po prostu było to dla mnie naturalne wtedy, gimnazjum, liceum, studia. Nierozerwalna całość. Tak to widziałam, dopiero jakieś 2 lata później dotarło do mnie, że są inne drogi wykształcenia, a wcale nie są gorsze. Szanowałam, ale i tak trzymałam się swojego, zwłaszcza, że wtedy odkryłam powołanie.

Prawo.

To jest to. No przecież. Moje nowe marzenie, czort z fanami i koncertami, kieckę z cekinami zamieniłam na togę. Dodatkowo to powołanie spadło na mnie nagle, dotarło w ułamku sekundy. Któregoś dnia, na moim ulubionym przedmiocie, czyli historii, pani bardzo rozsierdzona upominała kogoś, a ja szlachetnie, odruchowo i tradycyjnie już wstawiłam się za nim. Wtedy właśnie pani trochę „stopniała” i powiedziała słowa, których nie zapomnę „Paulina, Ty będziesz doskonałym prawnikiem”. I wtedy pomyślałam „Tak jest, to jest to!”

Od tamtej pory na obiadkach rodzinnych na pytanie, co chciałabym robić jak dorosnę, odpowiadałam z dumą „po maturze idę na prawo”. Bajki do poduszki zamieniłam na egzemplarze do prawa rzymskiego (naprawdę to czytałam i to bez przymusu!), a nawet przeczytałam 900-stronową encyklopedię historyczną (… od deski do deski), bo po pierwsze, wygrałam ją w ogólnopolskiej olimpiadzie, po drugie, było napisane na dole „dla kandydatów na studia prawnicze”. I nie, nie byłam kujonem, chociaż jeszcze nie tak dawno temu wiele osób nadal mnie tak określało. Niesłusznie. Do niedawna nie potrafiłam siąść i się uczyć, na zasadzie wkuwania czegokolwiek.

Trochę ochłonęłam.

To znaczy, zapał był, ale już nie studiowałam prawa rzymskiego. Przerzuciłam się na polskie. Uznałam to jednocześnie za obowiązek (jako przyszłego wzorowego prawnika), ale też i hobby, no sprawiało mi przyjemność przeglądanie kodeksów. Nie splamiłam się nigdy wkuwaniem na blachę (tfu! gardziłam bardzo kujonami), ale po niedługim czasie miałam przybliżony obraz kar za poszczególne występki, w wolnym czasie wymyślałam argumenty na obronę (dla obu stron konfliktu oczywiście) i trenowałam „prawniczą gadkę” – czyli, jak ja to ujmowałam „umiejętne przedstawienie faktów z uwypukleniem korzystnych, a dyskretnym pomijaniem lub umniejszaniem znaczenia negatywnych, jednak w dalszym ciągu bez mijania się z prawdą”. W niedługim czasie potrafiłam szybko zażegnać każdy konflikt odpowiednim paragrafem. Czasem zmyślonym, ale jak ujęłam to w prawniczy sposób, to nikt nigdy nie kwestionował żadnego.

W międzyczasie skończyłam podstawówkę ze średnią 5,7 i szykowałam się do zejścia piętro niżej, czyli do gimnazjum.

Tak, chodziłam do zespołu szkół. Mało tego. Przeszliśmy tam całą klasą. Z większością osób byłam w klasie 9 lat. Także pozwoliło mi to wyrobić sobie opinię o likwidacji tychże placówek. Ale to nie na dzisiaj, bo już i tak zbaczam z kursu.

W gimnazjum, jak to w gimnazjum.

Szkoła nie była moim priorytetem, poza tym z palcem w nosie miałam dobre oceny, więc po co się stresować. No ale plany na przyszłość się nie zmieniły.

Coraz bardziej przyzwyczajałam się do tego, że będę prawnikiem, czułam się praktycznie jakbym zaraz miała jakiś egzamin na studia, czy coś w ten deseń. Już każdy zdążył o tym się dowiedzieć, rodzinka jak rodzinka, ale znajomi pytali „jak tam Twoje prawo?”, a ja niezmiennie odpowiadałam „byndzie, jakże inaczej?” Nie dziwię się, że pytali.

Byłam raczej wyjątkiem, nawet nie ze względu na stałość planów, ale też w ogóle na ich posiadanie, w dodatku całkiem stanowcze. Na przestrzeni tych trzech lat (a szczególnie w ostatnim roku, jak trzeba było się już zdecydować, co dalej) obserwowałam, jak moi rówieśnicy próbują się pomału ogarnąć i wreszcie jakoś określić. I jak w 1 klasie nikt najmniejszego zainteresowania prawem nie wykazał, tak pod koniec 3 okazało się, że mam dookoła całkiem wielu aspirujących prawników.

Irytowało mnie to. Dla mnie była to niemal świętość, pasja, sens życia. Dla nich duża kasa i duży prestiż, jak się uda, no ale oczywiście w myślach nikt nie przewidywał, że może się NIE udać. A zwłaszcza ja, przecież prawo miałam już we włosach, skórze i paznokciach. Nie przewidywałam innej możliwości dla siebie.

W honorach rozstawałam się z poczciwą szkołą.

Wychodziłam z listem gratulacyjnym do mamy i świadectwem w większości przepełnionym słowem „celujący”.  Nigdy nie uważałam ocen za wyznacznik wiedzy, a tym bardziej inteligencji, ale tym razem trochę się przejęłam nimi – do ostatniego dnia walczyłam o każdą. Chciałam mieć dużo punktów rekrutacyjnych. Co prawda, były mi całkiem zbędne, ale jakoś złapałam się w wyścig szczurów.

Czemu zbędne?

Bo w miasteczku jest tylko jedno liceum, w dodatku dość podupadające. Bierą każdego z otwartymi ramionami. Następne najbliższe liceum było o 30 km dalej – czyli ode mnie, bo jo żech ze wsi dziewoja, to jakieś no, 45 km. Dziennie prawie 100km. Hmm, może jednak nie.

Poszłam zatem do tej zacnej placówki. Z drżącym sercem wchodziłam do niej, drżącą ręką podałam dokumenty w sekretariacie. Nie drżałam o miejsce – tych tam aż nadmiar. Drżałam o mój profil. Z trzech dostępnych – klasycznych, czyli mat-fiz/mat-geo, bio-chem, pol-hist, siebie widziałam na jednym jedynym, za to całym sercem. Niestety, cudowny human nie znalazł zbyt wielu fanów, bo kandydatów było nas aż troje. Wow. Poczułam, że podbijemy świat.

Byłam zatem zmuszona wybrać alternatywną klasę, a między Bogiem a prawdą, idealny profil dla mnie to his-geo, więc pomyślałam, że jak już będę zmuszona zakuć się w kajdany ścisłego przedmiotu, to może geografia na osłodę.

Mimo realnego zagrożenia, nie docierała do mnie powaga problemu. Nie przyjmowałam do wiadomości, że mogę mieć rozszerzoną matmę. Myślałam, że może połączą klasy – human ze starszych roczników, trochę liczniejszy, ale i tak lichy, został włączony w bio-chem. Och, jakże me serce zapłakało, gdy dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta, a i owszem, ale na mat-geo.

Koniec świata.

W koszmarach goniły mnie powyginane na wszystkie strony parabole. Budziłam się zlana potem. Nie, tak nie będzie, nie dam się! W końcu tu się waży moja przyszłość! Co prawda, w teorii nie było przeszkód, żebym szła na prawo, ale nagimnastykować bym się musiała ładnie. Ponad miesiąc zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić. Były chwile, że już godziłam się z losem i myślałam, jak tu gdzieś wskrzesić resztkę humanistycznej iskry.

Zdarzyło się jednak coś przełomowego dla mnie na tyle, że w jeden dzień podjęłam decyzję, której nie umiałam podjąć po tym miesiącu gdybania i rozważania. Będę humanistką za wszelką cenę. Jadę 45 km w jedną stronę z prośbą o przyjęcie.

Jeśli wcześniej drżałam, to teraz miałam objawy zbliżone do symptomów epileptycznych. Szybko dowiedziałam się, że tam chętnych jest zgoła więcej. Było ostatnie miejsce. Nigdy w życiu nie doświadczyłam podobnych emocji. Stanęłam pod gmachem. W porównaniu z miasteczkowym liceum, no cóż, gmaszyskiem. Ten ogrom mnie przytłoczył, ale trudno, nie mam nic do stracenia.

Wchodzę.

Czekam na przyjęcie przez dyrekcję, jednocześnie rozglądając się trochę, bo miasteczkowe liceum to znałam prawie na pamięć, a tutaj wszystko… takie wielkie, takie inne. Poza tym, była możliwość, że jestem tu po raz pierwszy i ostatni, to chociaż popatrzę. Dyrektorka poprosiła do środka, ostatni oddech. Idę. Wchodzę i cichutko pytam, czy może miejsce dla mnie by się znalazło (jak nie human, to może geo-wos albo klasa językowa, cokolwiek, byle bez matmy, no a tu wybór pokaźniejszy, alternatywy znośne). Pani, bez żadnych emocji, prosi o dokumenty. Jak zobaczy, to powie, czy się nadam. Podaję świadectwo. Jeden rzut oka, tak do połowy. Kilka sekund. „Do której klasy chcesz chodzić?”

Tak, świadectwo miałam efektowne.

Wizualnie dobre, bo wszystkie szóstki koło siebie, w dodatku od góry. Nastąpiła zmiana całej formy rozmowy. Dyrektorka od razu jakaś milsza. No i uświadomiłam sobie, że w tej chwili to ja rozdaję karty, bo nawet sobie wybrać mogę dowolną klasę. Mimo wszystko, pozostałam wierna i nie uległam pokusom. Trochę głośniej, ale nadal nieśmiało odpowiedziałam, że ja to bym do humanistycznej chciała. „Oczywiście”. Czułam, że Boga to ja już za nogi złapałam. Po miesiącu psychicznej tortury i lęków, jestem w domu, u siebie, wśród swoich. Jednak wciąż byłam zaskoczona tak bardzo pozytywnym przyjęciem, postanowiłam sprawdzić na tablicy, ile punktów mieli pozostali kandydaci, bo do tej chwili myślałam, że może w miasteczku to ja dobre oceny miałam, ale w mieście to taki raczej standard. Okazało się, że miałam najwięcej punktów nie tylko z klasy, ale w ogóle z rocznika. Szach-mat matematycy.

Pierwszy dzień szkoły witam z entuzjazmem, jakiego dotąd u siebie nie zaobserwowałam, tym bardziej w sprawach szkolnych.

Ale będzie fajnie! Już toczyłam w głowie rozwijające mój światopogląd dyskusje, jakich na pewno będzie wiele, a jak humanistycznie się rozwinę! W końcu chodzę do liceum w mieście. Prestiżowe, ludzie we wsi i miasteczku z nabożną czcią wypowiadali nazwę, a jak słyszeli, że ja to już tam uczennicą jestem… +100 do respektu na wsi.

Entuzjazm mocno przygasł pierwszego dnia lekcji.

Okazało się, że humanistów w klasie humanistycznej można liczyć na palcach jednej ręki. Reszta bała się matmy, chemii, biologii, fizyki, najczęściej wszystkiego naraz, no a do technikum nie pójdą, bo 4 lata i w ogóle siara. Mimo to, nie dałam się tak całkiem zdemotywować. Tylko znów byłam zdziwiona, że jedyna się zgłaszam do odpowiedzi, bo wcześniej myślałam, że w takiej szkole to zniknę w tłumie uczniów inteligentnych, oczytanych i światłych.

I bardzo mnie zdziwiło, że historycy, bo w końcu takie rozszerzenie dobrowolnie wybrali, nie potrafią zdefiniować pojęcia „źródło historyczne”, a moja odpowiedź wraz z rozróżnieniem na pisane i niepisane została przez nauczycielkę przyjęta z aż takim entuzjazmem.

Później bardzo mnie zdziwiło, że poloniści, również nie z przymusu, nie wiedzą, co to jest apostrofa.

A kiedy na matematyce pani zaczęła tłumaczyć, czym są liczby parzyste i nieparzyste, zapaliła mi się czerwona lampka. Okej, z królową nauk nie jestem zaprzyjaźniona, ale obstawiam, że takie pytanie w przedszkolu uszłoby za łatwe.

Szybko okazało się, że klasa ma z humanem wspólną jedynie nazwę.

Ludzie stanowili zlepek osób „niezdecydowanych” lub, co ciekawe, aspirujących prawników. Tak, pierwszego dnia nauczyciele pytali o nasze plany i (znowu!) byłam zdziwiona, bo w szkole jest inna klasa prawnicza, geo-wos. Okazało się, że w „filmowej” (również wspólna z rzeczywistością była nazwa, no ale co poradzę) jest więcej adwokatów niż w „prawniczej”. Wszystko zaczęło coraz mniej mi się podobać. Ale dobra, przecież ja tu przyszłam nie po to, żeby się na innych oglądać, ja siebie rozwijać przyszłam! Mój pęd do wiedzy szybko został umiejętnie wyhamowany… przez nauczycieli i sposób prowadzenia lekcji. I podejście do ucznia.

Dokładne opisy sobie daruję, jestem z zamkniętej społeczności, a nie mam ochoty już mieć nieprzyjemności, wystarczająco się wymęczyłam.

Gdybym podała szczegóły, ktoś mógłby rozpoznać innego, nie chcę afer. Ale ogólnie mogę powiedzieć tyle, że nauczyciele robili konkurencję ze mną „kto więcej umie, ja czy Ty”. Tak, z uczennicą, która przyszła po wiedzę, a nie na licytacje. Wszystko, co robiłam, było komentowane, niestety rzadko pozytywnie, za to jak coś mi nie wyszło… to była uczta. Oho, taka mądra była, a tego nie wie? Oho, taka mądra była, a to pomyliła? I to nie na osobności. Przy całej klasie.

Kiedyś podałam złą odpowiedź na pytanie. Kazano mi podejść do tablicy i rozpisać dokładnie to, co powiedziałam. Nawet nie powiedziano, że to błąd, równie dobrze mogłam przecież napisać dla klasy rozwiązanie, skoro znam. Podczas pisania zauważyłam, że faktycznie się pomyliłam i od razu się poprawiłam, podałam dobrą odpowiedź, ale została ona zignorowana. Za to cała klasa usłyszała, nie pierwszy raz, że już chyba nie jestem taka hop do przodu.

Klasa (z paroma wyjątkami), chętnie w ucztach przeciw mnie uczestniczyła. Nie kryli się nawet za bardzo z komentarzami. Do tego stopnia, że potrafili w klasie do nauczycieli mnie wyśmiać i nie spotykało się to z żadną krytyką.  Najgorsze było to, że byłam sama. Nawet jak ktoś był „po mojej stronie”, to nie wstawiał się za mną w takiej sytuacji. Dostałam ksywkę folksdojcz, bo… jako jedyna z klasy znałam niemiecki. Tak, to był jedyny argument.  Niby żartem, niby tego, a każdy śrubkę dokręcał – nawet ci, którzy niby byli mi przychylni lub przynajmniej obojętni.

Pewnego razu napisałam scenariusz do szkolnej sztuki.

Całą noc pisałam. Wszystko przemyślałam. Przy odczytaniu nagle okazał się zły lub, jak to określili moi przyjaciele z klasy „denny”. Co ciekawe, jak opisywałam kilka dni wcześniej mój zamysł, to nikt nie miał zastrzeżeń (znałam ich już na tyle, że w życiu bym nie przyszła z „niespodzianką”, bo bym z góry była skreślona, więc mniej-więcej uzgodniłam). Jeszcze ciekawsze było to, że nie przeszkadzał im też również, kiedy wyrzucono mnie z własnego przedstawienia za umówioną z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wizytę u lekarza w dniu jednej z prób (nawet nie generalnej) i grano go beze mnie. Niby nic wielkiego, głupi scenariusz. Ale ja wiedziałam, że ich jedynym zastrzeżeniem było to, że ja go napisałam. Dlaczego?

Obietnice złotych gór to standard.

Na obietnicach tam wyszłam jak Zabłocki na mydle. „Jak zrobisz to (najczęściej chodziło o konkurs, czyli reprezentację, do tego nagle się nadawałam), na pewno będziesz miała wyższą ocenę/podwyższone sprawowanie/inne rzeczy”. Z kilku przedmiotów nawet zamiast wyższej dostałam niższą. Z byle powodu. Przepraszam, że nie mam talentu plastycznego, zapomniałam, że jesteśmy w liceum plastycznym lub przynajmniej, że to zajęcia ze sztuki… a nie, jednak nie, no ale rysować nie umiem, to co, niższa ocena. To nic, że reprezentowałam szkołę w konkursie wojewódzkim z tego przedmiotu. To nic. Brzydko narysowałam ptaka.

Najlepsze jednak były z tego wszystkiego komentarze, które dotyczyły wszystkiego poza nauką.

Były takie dotyczące moich przyjaźni lub ich braku (co, gdzie, z kim, dlaczego?), były pytania o mnie i moje prywatne sprawy skierowane… do innych osób. Pytania, czy przypadkiem nie przytyłam, bo jak na początku przyszłam, to byłam chudsza. Swoją drogą dzięki, nie zauważyłam sama. Hmm, czy fakt, że po całym dniu, dwóch przesiadkach autobusowych i prawie 100 przejechanych kilometrach, gdy wreszcie wchodziłam do domu, to byłam wygłodniała i jadłam co popadnie może coś mieć z tym wspólnego? Nie. Chyba nie. Ale powiem wam, śmieszne uczucie, wracać ze szkoły i podziwiać z okien autobusu księżyc.

Ale to nie koniec złotych myśli.

Z wiadomych przyczyn, kiedy jeden autobus mi uciekł, to na drugi nie było szans zdążyć (z mojej wsi musiałam przesiadać się w miasteczku, żeby dojechać do miasta). Podobnie komiczne są sytuacje, że zaspałam na dwie lekcje – wstałam o 6.30. Hehe. No na początku żartowałam z tego trochę, ale potem już mnie to przestało śmieszyć. Zwłaszcza, kiedy po roku tłumaczenia tej sytuacji nadal nauczyciele mówili mi „ale z miasteczka przyjechali, a Ty co, pospać dłużej chciałaś, każdy na lekcje przyszedł, a Ty się wylegujesz”. Tak. Do 6.30. To wystarczy.

W 2 klasie zaczęłam mieć sporo problemów zdrowotnych i często musiałam chodzić do lekarza. Dopiero po interwencji mamy przestano mi wmawiać, że jestem hipochondryczką i robię to, bo nie chce mi się przychodzić do szkoły. Moje nieobecności były dyskutowane na lekcjach i należycie komentowane – uczta trwa. Jak leżałam w klasie podczas przerw krzyżem na podłodze, bo zwijałam się z bólu, a po 45 min w ławce kręgosłup dosłownie się uginał – ale musiałam już być na lekcjach, bo groziły mi nieklasyfikacje pierwszego semestru – to nikt się do mnie nie odezwał. Jeden kolega zaproponował poduszkę. Ironicznie.

Mogłabym pisać tak do jutra, ale to nie jest główny wątek tego, co próbuję przekazać.

Ktoś może mi zarzucić, że np. w kwestii dojazdów wiedziałam na co się piszę, to nie powinnam tego wymieniać. Owszem, ale jak się na to pisałam, to liczyłam na wyrozumiałość lub przynajmniej neutralne potraktowanie.

Najbardziej dotkliwie odczułam to, że straciłam cały zapał i ambicje.

W połowie pierwszej klasy doszłam do wniosku, że nie pójdę na prawo. Czynników było kilka, ale sytuacje wyżej walnie przyczyniły się do skopania mojej leżącej samooceny. Zawsze miałam o sobie raczej negatywne zdanie, ale co do swoich umiejętności i wiedzy byłam przekonana. Nawet nieco zarozumiała i przemądrzała. Cóż, pomogli mi to zwalczyć. Chyba powinnam być wdzięczna, że po czasie spędzonym z nimi zatraciłam swój ostatni bastion pozytywnych myśli na swój temat. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie dam rady dłużej. Czułam się jak zero. Nie wiedziałam, co robić dalej, nie było alternatyw. Sytuacja zdawała się beznadziejna. Przypadkiem znalazłam informacje o egzaminach eksternistycznych i to była moja deska ratunku. Po dość burzliwym procesie rezygnacji z nauki w pięknej placówce, kiedy zdałam sobie sprawę, że już nie jestem od nich zależna, poczułam niewyobrażalną ulgę. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki ciężar nosiłam.

I po co ta cała historia? Co z tym przekazem? No teraz już naprawdę mówię.

Ta cała opowieść ma na celu przekazanie kilku rzeczy, zacznę od mniej ważnych:

  1. Chciałam, żebyście sobie uświadomili, jak zmieniały się wasze marzenia, trochę przemyśleli, czy droga zawodowa, jaką wybraliście, jest satysfakcjonująca, idziecie za głosem serca, czy może wpłynęły na nią jakieś inne czynniki?
  2. Ukończenie szkoły i ogólnie zdobywanie wykształcenia nie musi być zdobywane „jedynym, słusznym przyjętym sposobem”. Są alternatywy i nie są one wcale gorsze, niż powszechne sposoby (czytaj: chodzenie do szkoły/na uczelnię).
  3. Nie warto w imię wykształcenia, nawet najlepszego, rujnować się od środka. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, reaguj, zmieniaj to!
  4. Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. Nieważne, czy jesteś w szkole średniej, czy w połowie studiów, zawsze możesz poczuć, że „to jednak nie jest to” i spróbować od nowa.

I najważniejsze, co najbardziej chcę omówić i co, mnie osobiście, najmocniej dotyka ostatnio:

5. Nie pozwól, aby papierek lub jego brak definiował Twoje poczucie własnej wartości ani to, jaką osobą jesteś.

Ten punkt rozwinę.

Jak postrzega mnie otoczenie w tej chwili? Bliższe, dalsze, obojętnie. Chyba nietrudno się domyślić.

A jak Ty reagujesz, gdy słyszysz, że ktoś młody przerwał naukę? Gdy słyszysz, że ktoś nie ma wykształcenia średniego? Gdy dowiesz się, że ktoś skończył wieczorówkę, inną szkołę zaoczną, jak postrzegasz jego świadectwo, tak samo, jak osób, które szkołę kończyły „normalnie”?

Czy Twoje reakcje pokrywają się z tymi, które wymieniam poniżej?

A) Ktoś młody rzucił szkołę (poprzez „rzucił” rozumiem także tych, którzy zamierzają dalej kształcić się zaocznie, ale zwykle to bez znaczenia): Marnuje sobie życie. Pewnie z patologicznej rodziny. W głowie tylko mu balety i chlanie. Do emerytury będzie zapieprzał na najniższej krajowej w fabryce/maku/jako sprzątacz albo w ogóle na socjalu. Tylko czekać, aż zrobi sobie dzieciaka, żeby więcej kasy z państwa ciągnąć i dalej szerzyć te patologiczne wzorce. Może nawet w złe towarzystwo wpadł, kradnie, bierze?  Nie chciało się uczyć, do szkoły chodzić, potem będzie płacz i zgrzytanie zębów.

B) Ktoś nie ma „nawet” wykształcenia średniego: Debil. Leń. Do niczego się pewnie nie nadawał. Jak można nawet zawodówki nie skończyć? Przecież to każdy głupi dałby radę jakoś przemknąć. Pewnie nie ma nawet o czym z takim kimś gadać, o czym rozmawiać z kimś, kto tylko podstawówkę (gimnazjum) skończył? Tacy ludzie mają prawa wyborcze w tym kraju i się dziwić, że jest jak jest?

C) Ktoś uzyskał świadectwo „alternatywną metodą” (np. w wieczorówce, liceum zaocznym, eksternistycznie): Pff. Pewnie kupione. Co to za świadectwo, może sobie tyłek podetrzeć. Co on z tym ma, nawet na dobre studia go nie wezmą. Nie chciało się normalnie skończyć szkoły? Za głupi był na pewno, nie dawał sobie rady, to musiał jakoś sobie wykombinować ten papierek inaczej.

Odpowiedzcie szczerze sami przed sobą – czy tak nie reagujecie?

Ktoś z was musi. Bo to niemożliwe, żebym tylko ja się z takimi zetknęła. Chwilowo jestem kompilacją wszystkich trzech przypadków i słyszę niesamowitą sałatkę wszystkiego po trochu.

I się dziwicie, że czuję się potraktowana niesprawiedliwie?

Okej, może oceny nie świadczą o mojej realnej inteligencji i wiedzy. Tak samo jak wszystkie konkursy. Może fakt, że znam dwa obce języki też nie jest niczym wybitnym. Ale dlaczego dopóki chodziłam do szkoły i chciałam iść na prawo – otoczenie uznawało mnie za mądrą osobę, na poziomie, taką, która ma coś do powiedzenia. Która coś osiągnie w życiu. A kiedy tylko przerwałam naukę, nagle stałam się patologiczną idiotką, leniwą i generalnie skończoną, w ogóle nie wartą uwagi i chwili rozmowy. Czy te wszystkie czynniki – wiedza, inteligencja – zmieniły się jakoś? Czy wpłynął na nie mój brak kawałka papieru, który, uwaga, i tak planuję uzyskać, tylko „inaczej”?

No właśnie, następna kwestia.

Pominę fakt, że przerwałam „normalną” naukę nie z lenistwa czy kaprysu, powody wymieniłam powyżej. Ale dla większości osób ja tę szkołę R Z U C I Ł A M. I koniec. I dalej nic nie ma, socjal lub zamiatanie ulic. Nawet nie chodzi o to, że i bez tego papierka mogłabym coś osiągnąć. Chodzi o to, że ja nadal planuję go uzyskać. Tylko niekoniecznie chodząc do szkoły.

Do większości osób to w ogóle nie dociera – rzuciłam i tyle.

Ale zdarzy się ktoś, kto zapyta „no dobra, to co Ty chcesz zrobić?” I wtedy ja wypowiadam iście magiczną formułę „egzaminy eksternistyczne”. Magiczną, bo u każdego powoduje identyczny wyraz twarzy – delikatnie mówiąc, uprzejmego zdziwienia. Tak naprawdę jest to wykrzywienie skrajnego szoku wymieszanego ze strachem. No tak, bo nikt u nas na wsi ani nawet w miasteczku tak jeszcze wykształcenia nie zdobył, więc na pewno to jakieś wymysły. Na pewno. A jeśli już to i tak nie to samo, co NORMALNE świadectwo. Czym się moje będzie różnić, ktoś może zapyta? Jednym szczegółem. W miejscu na nazwę szkoły będzie wpisane „zdane eksternistycznie”. To wystarczy, żeby dla większości to było gówno warte. A ja razem z tym „czymś”.

Skłamię, jak powiem, że się nie przejmuję. Dobra, nie musiałam tego mówić, napisałam całą epistołę moich bóli i żali.

No ale powiedzcie, nie byłoby wam przykro? Najpierw w szkole było tak, jak było. Nie dałam rady psychicznie (oj, już co ona takiego tam miała strasznego, bez przesady, szkoła to szkoła – tak myśli sporo osób z mojego otoczenia). Znalazłam sobie alternatywę, furtkę. 11 egzaminów. Będę się musiała sama do nich przygotować, w sumie już to robię, powtarzam materiał z trzech lat liceum, mam na to jeszcze dwa miesiące. W tym momencie osoby zwykle pytają „i co, to tak za darmo?”. A kiedy słyszą, że nie, to dla nich już wszystko jasne. Cwaniacki uśmieszek. „Oho, kupujesz sobie świadectwo!” Nie do końca, bo aby je dostać, muszę wszystko zdać, tak samo, jak wy musicie bądź musieliście zaliczać wszystkie sprawdziany. Ale to już nie dociera.

Dla nich jestem mniej wartościowa.

Dla mnie to dość logiczne, że te egzaminy są płatne. Za szkołę zaoczną czy wieczorową przecież też się płaci. A wcale to nie znaczy, że od razu dostaje się gotowe świadectwo. No ale niektórzy myślą, że moja wiedza była fajna w szkole, a teraz już muszę się wspomagać, żeby mieć wykształcenie. Hi, hi… hipokryzja?

Dlatego apeluję do każdego, kto nie wymiękł i przeczytał to.

Unikajcie takiego stereotypowego myślenia. Nawet jeśli ktoś nie będzie miał tego wykształcenia, to może być milion razy bardziej wartościowym człowiekiem od kogoś, kto skończył kilka uniwersytetów. A poza tym, nie wiecie, dlaczego ktoś zrezygnował z nauki. Może wcale nie z lenistwa? Może za tym się kryją inne problemy?

Muszę się przyznać, że kiedyś sama miałam podobne myślenie.

Jak ktoś nie zdał do następnej klasy, to myślałam, że albo debil, albo skończony leń, bo „przecież to żadna filozofia zdać na dwójach”. Dopiero wtedy, gdy poznałam kilka osób, które uświadomiły mi to, że powody mogą być zupełnie inne, to przestałam tak myśleć i zaczęłam też starać się wpłynąć na tych, którzy mówili mi „patrz, ta nie zdała, idzie do wieczorówki”. Ale i tak nie spodziewałam się, że któregoś dnia ja będę na tym miejscu. Przecież ja miałam skończyć prawo, mieć tytuły, honory, pozycję społeczną. Priorytety mi się pozmieniały.

Kim chcę być teraz?

Do końca nie wiem, ale znalazłam jakiś rok temu coś, co naprawdę jest moim… żywiołem. Nie chodzi o to, że prawo nim nie było – trochę do dziś nieraz mi smutno, że z tego zrezygnowałam, bo dobrze się w tym czułam. Ale doszłam do wniosku, że ja potrzebuję wolności. I nie mogę spędzić całego życia w pogoni za karierą. Ja muszę latać. Latać, tak. Podróżować. To właśnie chcę robić, to właśnie sprawia mi największą przyjemność. Przewartościowałam cały swój świat. Już nie chcę „mieć”, chcę „być”. Chcę zobaczyć jak najwięcej z tego, co świat ma do zaoferowania. I robię wszystko, aby do tego dążyć, zdobywać. Dlatego liczę się z tym, że fotosynteza dla człowieka to raczej nie wypali, a i na pieszo oceanów nie przejdę, ale wszelką pracę zawodową chciałabym łączyć z podróżą lub, gdy okaże się to niemożliwe, stawiać na dalszym planie.

Ale co dokładnie będę robić, to jeszcze nie wiem. Mam czas myśleć, przynajmniej do końca października.

Aha! No i najważniejsze – 10 dni temu zakwalifikowano mnie do egzaminów. Poczułam, że to już się dzieje i nie jest mrzonką albo czczą gadaniną. Już 6 października o 15.00 zaczynamy, także staram się ciągle coś wkuwać (a tak gardziłam kujonami!)

A o samych egzaminach też wspomnę – szczególnie z dedykacją dla osób, które są w podobnej sytuacji do mojej. Ja osobiście nie trafiłam na zbyt wiele wiarygodnych opinii, bo zdecydowanie nie jest to powszechna metoda, dlatego chciałabym, aby moi „następcy” mieli trochę łatwiej. Ale to dopiero, jak dowiem się już absolutnie wszystkiego.

No i co, tyle. Do następnego.

PS. Dzisiaj napisałam do kolegi, czy zechce mnie przyjąć do zespołu. Powiedział, że zobaczy, co może zrobić, ale on nie widzi problemu. A może jednak pierwsza myśl – piosenkarka – zawsze jest najlepsza? 

 

 

 

 

 

 

Emocjonalny przeciek.

Tak, to ja.

Tak, zapał do zaśmiecania internetów swoimi przemyśleniami jeszcze nie minął.

Przechodzę coś w stylu kryzysu tożsamości, choć brzmi to kretyńsko, ale chyba o to chodzi w tym wszystkim. Stoję na rozstaju i widzę różne ścieżki. Nie wiem, która zaprowadzi mnie tam, gdzie chcę z jednego prostego powodu. Bo nie wiem, dokąd chcę iść, co jest tym „celem” i czy aby na pewno warto do niego dążyć. Błądzę, zawracam, skręcam. Szukam siebie.

Wszystko we mnie wiruje. Przepływają miliony myśli. Słyszę echa przeszłości, które uparcie nie chcą zamilknąć. Przyszłość to zagadka. Nie wiem, czy chcę ją poznać.

Ten chaos uzewnętrzniam niestety tutaj, cóż, jakby nie było, to jest część mnie.

Ta strona powstała w momencie przełomowym dla mnie. Miała pomóc mi wyrażać to, czym od zawsze chciałam się dzielić z innymi. Poprzednie blogi pisałam dla innych. Pod publikę. Na siłę, kiedy nie miałam ochoty, ale „żeby nie było przerwy, bo o mnie zapomną…” Tematy nie płynęły ze mnie. Nawet sztuczne uśmiechy na zdjęciach nie były moim prawdziwym szczęściem.

Zawsze miałam opór przed pisaniem całkowicie „od serca”. Kiedyś pisałam o rzeczach, które mnie nie interesowały, bo chciałam być czytana, zyskać akceptację. Wychodziło tak, że sama siebie nie akceptowałam. Narzucałam sobie swoistą cenzurę, edycja zajmowała nierzadko więcej czasu niż stworzenie tekstu „pierwotnego”, najbardziej naturalnego. Każdy temat dokładnie analizowałam. Czy trafi do ludzi. Czy nikogo nie urazi. Każdy przejaw, nazwijmy to, „wylewu emocji i prawdy na klawiaturę” szybko usuwałam, zbyt subiektywne, zbyt kontrowersyjne, zbyt moje. Bałam się krytyki.

Długo dojrzewałam do tego, aby w końcu spróbować przestać się wstydzić siebie. Owocem mojej wewnętrznej walki jest właśnie ta witryna. Jednak ona wciąż we mnie trwa.

Znów poczułam znajomą frustrację. Czytałam swoje wpisy, planowane szkice. Pierwsza myśl? „To nie są moje słowa”. Owszem, poszłam krok do przodu. Piszę o sprawach, które naprawdę są mi bliskie. Ale nadal wychodzi sztucznie. Nadal się boję pisać w stylu, w którym mam ochotę – bo wielu on nie podpasuje. Nadal część pomysłów wyrzucam – bo nie będzie to coś, co ludzie chętnie czytają w czasie wolnym. Nadal nie potrafię się otworzyć na tyle, żeby wyrazić jasno i dobitnie swoje stanowisko, opisać szczere odczucia, przestać się ich wstydzić.

Moje obawy i lęki nie biorą się znikąd. Od lat żyję z osobą, która mnie nienawidzi. Krytykuje wszystko, co się da. Mój wygląd. Moje zainteresowania. Moje opinie i światopogląd. Mój gust. Moje marzenia. Moje uczucia. Moje myśli, słyszy je i komentuje, drwi, wyśmiewa. Wie, gdzie uderzyć, żebym za każdym razem znów rozpadła się na kawałki. Zna wszystkie moje słabości, bo jest ze mną ciągle, odkąd pamiętam. 24/7.

Tak, najgorsze jest to, że to ja jestem swoim przeciwnikiem.

Użalanie się, co? Jakaś zakompleksiona grafomanka coś pieprzy, typowa attention whore, uwagi jej brakuje. Przecież każdy bywa w stosunku do siebie krytyczny. Każdy ma jakieś tam kompleksy, opory, coś, czego w sobie nie lubi. Kolejnej gówniarze w dupie się przewraca, sobie szuka problemów na siłę.

 Jeśli tak myślisz, zazdroszczę Ci, naprawdę. Też bym chciała tak myśleć. To po prostu znaczy, że nie wiesz, jak bardzo można sobą gardzić. I oby tak zostało.

Chociaż w sumie… To nie jest takie złe. Trochę różnych myśli, raz mniej, raz więcej. Przypominają zwierzątka albo chochliki. Całkiem miłe. Na ogół da się z nimi żyć i nawet jako tako funkcjonować w społeczeństwie. Bywają jednak czasem psotne, potrafią sprawić, że nie masz siły wstać z łóżka, robić cokolwiek. Bardzo lubią wprawiać w otępienie i poczucie tak zwanej „beznadziei” – w całym szerokim tego słowa znaczeniu. Ale to rzadko. Zazwyczaj to nie rzucają się w oczy. Otoczenie nie wie o tych stworkach, a jak się o nich dowiaduje, to jest w niezłym szoku. Sami widzicie – nic wielkiego. To tylko ja, nikt ważny, idźcie dalej.

Odpłynęłam nieźle. Wróćmy do strony.

Trochę czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że tworzenie jej będzie DLA MNIE. Nie dla innych. Piszę DLA SIEBIE, DLA WŁASNEJ przyjemności, żeby SIEBIE realizować w tym, co JA lubię – czyli pisaniu. Żeby robić to tak, jak JA chcę, poruszać tematy, które DLA MNIE są w danej chwili ciekawe, ważne lub po prostu JA mam ochotę SOBIE o nich pisać. A nie da się pisać osobistych przemyśleń chłodno, bez emocji, obiektywnie. To znaczy, można tak prowadzić stronę. Ale nie jest wtedy osobista. I nie ma radości z tego.

I to wcale nie znaczy, że nie chcę, aby ktoś to czytał. Wręcz przeciwnie – to też jest ważne, też jest moim celem. Chciałabym tu się dzielić i wymieniać informacjami, opiniami. Cieszyłabym się bardzo, gdyby ktoś, ktokolwiek jeden, znalazł tu coś, co uzna za wartościowe dla siebie albo coś, z czym się zgadza i fajnie było przeczytać. I wierzę, że gdzieś takie osoby są. Jeszcze nie tu – to na razie oaza dla mojego introwertyzmu – ale są. A kiedyś tu trafią, może jutro, może za miesiąc, rok, dwa, dziesięć. Jeśli tylko wyniosą z tego pożytek, jakikolwiek, nawet taki, że pośmiali się z mojej gadaniny, to czuję się spełniona – w końcu poprawiłam komuś humor. O to chodzi.

Dlatego odcinam się pomału od tego uporczywego szukania czytelników, dopasowywania się do nich. Sami mnie znajdą, w swoim czasie.

Może to truizmy. Może brzmi naiwnie. Dla mnie też, ale potrzebowałam to sobie napisać. Wyrzucić z siebie (och, słodkie katharsis!), nadać postać materialną, może łatwiej będzie w to uwierzyć.

Nie poprzestaję na gadaniu. Ten post, miejmy nadzieję, będzie początkiem „drogi ku lepszemu”, przede wszystkim w tym, co tu robię. Sama sobie się troszkę dziwię, że go udostępniam i pewnie będą palce świerzbić, żeby skasować zaraz. Sporo mnie kosztowało obnażenie siebie i swoich przemyśleń. Z jednej strony jest mi lekko, z drugiej trochę się denerwuję, wstydzę nadal. Ale wtedy przypominam sobie, że: Po pierwsze, jestem tu sama. Po drugie, nawet jak ktoś tu zbłądzi, to prawdopodobnie daruje sobie wnikliwą lekturę. Po trzecie, jak mam być autentyczna i prowadzić osobistą stronę bez mówienia o sobie, o tym co myślę i czuję?

Starczy już. Trochę się odmelancholijniłam (ależ frankensztajna stworzyłam), trochę wzięłam w garść. Bardzo bym chciała to utrzymać jak najdłużej. Najważniejsze jest to, że poczułam się tutaj, w moim zakątku, dobrze i swobodnie. Po raz pierwszy. Zamierzam to wykorzystać i być może uda mi się w końcu ostatecznie dopasować wygląd, no i dalej całą resztę. Fajnie byłoby się otworzyć, tak całkiem.

Nie wiem, kiedy, ale wiem, że wrócę.

 

 

Berat

Berat – Miasto Tysiąca Okien (relacja + vlog)

Jednym z kilku miejsc, jakie udało mi się zwiedzić podczas pobytu w Albanii było miasto Berat. Jest ono na liście UNESCO – z powodu charakterystycznego usytuowania osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych dzielnic na wzgórzach zwane „Miastem Tysiąca Okien”. Miejscowość liczy sobie około 2400 lat! Zapraszam Was na wspólny spacer po tym niesamowitym miejscu!

Berat

Twierdza w Berat – tam zaczęłam wędrówkę.

Pierwszym zwiedzanym przeze mnie miejscem była bizantyjska twierdza. Co mogę o tym miejscu powiedzieć?

Cóż, zdecydowanie zacznę od kwestii bardziej praktycznych. Jeśli kiedykolwiek będziecie odwiedzać to miejsce, nie zapomnijcie o sportowych butach! Ja, przygotowana na spacer po ruinach, założyłam sandałki – owszem, dość wygodne, ale na przechadzkę po mieście. Tymczasem czekała nas wyprawa pod całkiem stromą górę, wyłożoną kamieniami, na których (biorąc pod uwagę dodatkowo 40 stopni upału) nogi ślizgały się niczym na lodowisku.

Ogólnie pod tę górę prawie w całości podjechaliśmy autokarem, co uważam za dobre rozwiązanie – chociaż wspinaczka mnie nie ominęła, to pozostało jej stosunkowo niewiele, patrząc na całokształt.

Na terenie samej twierdzy znajdowały się 3 kluczowe miejsca do zobaczenia. Było to Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przechodzenia między nimi, obeszliśmy cały obiekt dookoła.

Wzdłuż całej trasy znajdowało się mnóstwo stoisk z ręcznie robionymi… no właśnie, jak to określić… tkaninami? Były tam ubrania, serwety, obrusy, zasłonki, haftowane obrazki… Wszystko.

Berat

Czym jest Muzeum Onufri?

Jest to muzeum ikonografii. Mieści się w starym monasterze. Z pewnością jest to miejsce klimatyczne, z dużą historią.

Obecnie trwa renowacja zabytkowych fresków na ścianach, które w komunistycznej – a zatem walczącej z religiami – Jugosławii uległy zniszczeniu. Konkretnie zamalowane zostały wapnem, aby trwale znikły. Odnowa idzie całkiem nieźle, ja już mogłam dopatrzyć się nawet szczegółów na malunkach.

Oprócz tego, a także zabytkowego wnętrza, główną atrakcją są ikony pochodzące z różnych okresów w dziejach. Wszystkie są zachowane wręcz w nienagannym stanie. Z tego też względu nie powinno się we wnętrzach robić zdjęć ani nagrywać – oficjalnie nie można w ogóle, praktycznie dozwolone jest to, dopóki nie używa się lamp błyskowych.

Berat

Co widać z punktów widokowych?

P I Ę K N O.

Po prostu. Ja nie potrafię tego ubrać w inne słowa.

Widać góry, doliny, domki, rzekę, mosty. Widać najzwyczajniej piękno otaczającego świata. Żadne zdjęcia, nagrania, a tym bardziej słowa tego nie oddadzą. To trzeba zwyczajnie zobaczyć na własne oczy.

W momencie, kiedy zobaczyłam krajobraz, wszystko straciło na znaczeniu. Temperatura dookoła, palące słońce, trudy wspinaczki. To była zdecydowanie chwila, która przeniosła mnie, a wręcz zabrała w inny świat. Czas na chwilę się zatrzymał. Byłam tylko ja i potęga natury, która namalowała widok zapierający dech w piersiach. No, z małym wkładem człowieka, który tym razem nie popsuł, a wzbogacił ten obraz urokliwymi domkami.

Berat

A po zejściu z góry…

Gdy opuściliśmy już szczęśliwie (to nie jest przesada – naprawdę trzeba było sporo szczęścia, żeby w jednym kawałku dostać się na dół po stromym i śliskim zboczu) teren twierdzy, zjechaliśmy do Berat właściwego.

Tam czekały na nas dwie zabytkowe dzielnice – Mangalem i Gorica, rozdzielone rzeką Osum. Pierwsza z nich historycznie była prawosławna, naprzeciw niej powstała jej bliźniacza, muzułmańska wersja. Dzisiaj ten podział już zanikł, ale urok białych domków z brązowymi oknami pozostał.

Stojąc tam, rozglądając się wokół, można faktycznie odnieść wrażenie, że otacza nas co najmniej tysiąc okien. Jest to widok zaiste niespotykany nigdzie indziej, wyjątkowy.

Nad nami górowała twierdza, a powiewająca flaga pokazywała nam położenie jednego z punktów widokowych. Z dołu wyglądało to imponująco – byłam dumna z siebie, że weszłam aż tam. Dużą część wjechałam? Cichutko, to przemilczmy.

Berat

Dalej, spacerkiem po Berat…

Po obejrzeniu dzielnic, którym miasto zawdzięcza swój przydomek, udaliśmy się, ehh… w górę. Zdecydowanie jest to górzysty teren. Po drodze zatrzymaliśmy się obok jednego z licznych minaretów, a niedaleko za nim była też ładna cerkiew. Podobało mi się to, że te dwie religie, dwie kultury, które kształtowały Berat tak subtelnie się przenikają i zgodnie współistnieją.

Dotarliśmy wreszcie do promenady spacerowej, niestety, ale wyeksponowanej na pełne słońce. Byłam zbyt zmęczona upałem, więc rywalizację o moje względy wygrał położony obok park. Tam cień drzew dawał małą, ale odczuwalną ulgę i wytchnienie od temperatury wokół.

W parku znalazłam elegancki budynek, który okazał się biblioteką. Weszłam do środka, ale nie było tam niczego interesującego, postanowiłam więc obejść ją dookoła. A chwilę później oniemiałam. Za biblioteką skrywał się gmach uniwersytetu. Mieścił się w eleganckim… nie wiem, jak to określić. Pałacyku? Chyba najwłaściwsze słowo. Tak czy siak, bardzo piękna budowla.

Berat

A już po wyjeździe z Berat…

Tak, pożegnaliśmy się z Berat i w drodze powrotnej mieliśmy jeszcze zajrzeć do monasteru w Artemidze. Kolejna wspinaczka, kolejna góra, kolejne kamienie i… rozczarowanie.

Z powodu remontu było ograniczenie wizyt i każdą należało zgłosić. Okej, tylko my byliśmy tam… 3 dni po planowanym zakończeniu, także teoretycznie nas to nie obowiązywało. Praktycznie prace renowacyjne nadal trwały, a pan gospodarz nie chciał nas wpuścić. Po długich negocjacjach, kiedy już przygotowałam się na to, żeby odpuścić i zejść na dół, udało nam się jednak wyprosić wejście – ale tylko na dziedziniec.

Było na nim duszno, nic nie można było tak naprawdę zobaczyć, więc poddałam się ostatecznie i wyszłam. W ten sposób Artemida zapisuje się negatywnie w mojej pamięci.

Berat

Na koniec – relacja video!

Zapraszam do obejrzenia relacji w formie vloga!

Długo to trwało, trochę powalczyłam, ale wreszcie udało mi się go zmontować. Jest to mój debiut, także proszę o wyrozumiałość dla mnie i moich niedociągnięć.

Polecam jednak zajrzeć – widoki w pewnych momentach są niesamowite. Poza tym, jest to dobre uzupełnienie mojej opowieści o Berat.

Link do filmu

To tyle na dziś! Ale to dopiero początek moich podróżniczych wpisów…

 

Wakacje – jak je spędziłam? Powrót z dwutygodniowego urlopu w Albanii.

Jak było w Albanii? Czy warto tam spędzić wakacje?

wakacje

Jestem wypoczęta, zrelaksowana i pełna pozytywnej energii! Było świetnie! Albania jest dobrym miejscem na wakacje – zdecydowanie zachwyca, ale też zaskakuje…

wakacje

Niestety, wszystko, co dobre, to się szybko kończy. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w okolicach Durres, udało mi się także wpaść na jeden dzień do Macedonii. Moja podróżnicza pasja sprawia, że każda wyprawa, szczególnie w nowe miejsce, jest dla mnie fascynująca, ale te konkretne zachwyciły mnie naprawdę bardzo! Czym? O tym będą następne notki, ale mam dla Was coś jeszcze… a, zostawię na koniec.
No i nareszcie mogę dodawać własne zdjęcia wyjątkowych miejsc!

wakacje

Co prawda wróciłam już prawie tydzień temu, ale jeszcze nawet nie rozpakowałam walizki i nadal trochę żyję „tam”. No ale postanowiłam się ogarnąć i spróbować spożytkować naładowane akumulatory na tworzenie czegoś – mam nadzieję – wartościowego dla Was!

Co planuję Wam opowiedzieć, pokazać w najbliższym czasie?

wakacje

Trochę o tym, jak minęły mi te wakacje…

Na pewno będzie relacja z Berat i Ochrydy, dwóch pięknych, wyjątkowych miast, które widziałam.

Podzielę się też moimi spostrzeżeniami i ciekawostkami na temat Albanii. A uwierzcie mi, że jest o czym pisać. To naprawdę dość specyficzny kraj.

Kupiłam tam też trochę smakołyków, które przywiozłam do Polski i sukcesywnie zmniejszam ich ilość. Kiedy już się z nimi uporam, to zrobię „recenzję” – co można znaleźć w albańskim supermarkecie (Conadzie konkretniej) i na co warto się skusić.

Będzie też kolejna recenzja – udało mi się w trakcie urlopu przeczytać jedną z zaplanowanych w tym wpisie pozycji.

wakacje

Na razie to tyle pomysłów, jakie wpadły mi do głowy, ale przypuszczalnie jeszcze coś wycisnę z tego wyjazdu na wakacje. Także bądźcie na bieżąco, bo w najbliższym czasie będzie tu się sporo działo!

No dobra, czas na smaczek…

wakacje

A nawet dwa!

Pierwszym jest pierwsze zdjęcie mojej twarzy. Od tej pory nie będzie to już bezosobowa stronka. Trochę minęło, zanim przełamałam się, żeby utożsamić siebie z tym, co tworzę. Jednak okoliczności, o których zaraz, sprawiły, że i tak już nie mogłam z tym zwlekać.

Zatem oficjalnie wita Was tutaj już nie „freelancerka”, a ja, Paulina.
wakacje

Drugim smaczkiem będą vlogi z wyjazdu, które już się tworzą i na pewno podzielę się tutaj!

Wiem, że nie będą one perfekcyjne, daleko im nawet do ideału, ale dopiero zaczynam się w to bawić i to są takie moje w zasadzie przymiarki do bardziej jakościowego kontentu, jaki od kilku ładnych lat planowałam zacząć tworzyć.

Poza tym nadal trochę się wstydzę i boję kamery, ale coraz lepiej idzie mi panowanie nad tym – wydaje mi się, że nawet już między tymi dwoma filmikami będzie różnica i widać jakiś progres.

Liczę zatem na troszkę wyrozumiałości, obiecuję, że z każdym kolejnym vlogiem będzie z moimi umiejętnościami coraz lepiej!

Ale i tak polecam zajrzeć – widoki, jakie udało mi się uwiecznić były wspaniałe.

wakacje

 

To tyle, jeśli chodzi o wstęp do mojej pierwszej relacji podróżniczej. Zapraszam niedługo po więcej!

Życiowy update – czemu tutaj tak cicho?

Tak wiem, chwilę mnie nie było. I nie zabrzmi to optymistycznie, ale moja nieobecność się jeszcze przedłuży…

… ale z innego, milszego powodu!

Otóż ostatnie dni były trochę trudne, trochę zabiegane, trochę problemowe. I dlatego nie miałam chęci tutaj pisać, a nie chciałam na siłę wrzucać czegoś „aby było”, bo to się mija z celem. Myślę, że każdy, kto to czyta, będzie wiedział, co mam na myśli.

Ale teraz też znikam na jakiś czas. Tym razem bardzo się cieszę i mam nadzieję, że to będzie dla mnie jak najlepszy okres. Bo jadę na wakacje! Juhu!

Czas na wyjazd!

wyjazd

Za kilka godzin wyjeżdżam na lotnisko i piszę tę notkę w przerwie między skakaniem po walizce, żeby się domknęła a gorączkowym miotaniem się w poszukiwaniu czegoś, co mogłam zapomnieć. Nie chciałam jednak zostawiać was tak bez słowa, bo ta stronka wtedy wyglądałaby na bardzo zaniedbaną, podobnie jak ewentualni czytelnicy, także na szybko dałam radę coś tu naskrobać.

Po powrocie obiecuję, że się wami zajmę jak należy! Prawdopodobnie będą nawet filmiki z podróży! No, a zdjęcia i relacje to już na pewno.

wyjazd

Nie wiem, kiedy dokładnie zbiorę się, żeby zacząć opisywać wyjazd, bo być może zaraz jak wejdę do domu będę miała chęci coś dodać, a może dopiero po paru dniach. Ale postaram się jak najszybciej, żeby już was więcej tak nie zaniedbywać!

Także trzymajcie się cieplutko i do przeczytania za jakiś czas!

Recenzja nr 1 – Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie próżnowałam po publikacji tego wpisu – zaraz zabrałam się do roboty! Skoro już się zadeklarowałam, że przeczytam, no to nie ma co zwlekać. Zaczęłam od najważniejszej pozycji z listy – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. No udało się – jestem zaskoczona! Chociaż dość umiarkowanie. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię. Uwaga, bo będą spojlery. Zapraszam!

 
recenzja

 

Najpierw dość szczegółowe przemyślenia, a potem podsumowania plusów i minusów – kogo zatem nie interesują moje wywody, tylko chce od razu znać opinię, to zachęcam do zjechania niżej.

Może zacznijmy od ogólnych wrażeń.

Jak wspomniałam wcześniej, nie miałam zbyt wielkich oczekiwań, co do tej książki. Nie traktowałam jej jako biletu na nostalgiczną podróż w czasie. Nie zapalałam się do lektury – w końcu zabrałam się za to pół roku po zakupie. I chyba dobrze, bo całkiem miło się zaskoczyłam! Dałam się wciągnąć w akcję, nawet pojawiły się pewne emocje i uczucia względem niektórych bohaterów. Czasem się uśmiechnęłam, w paru miejscach zaskoczyłam, momentami też wzruszyłam. Z umiarem co prawda, ale było!

Co do postaci, to najbardziej poruszyły mnie te „nowe” – których wcześniej nie miałam okazji poznać.

Scorpius Malfoy:

Jako pierwszy w historii przedstawiciel rodu, zyskał moją stuprocentową sympatię i chyba był dla mnie niekwestionowaną gwiazdą całej fabuły.

Albus Potter:

Z drugiej strony, jako pierwszy w historii Potter, zniechęcił mnie do siebie swoją osobowością i postawą wiecznie niezrozumianego, rozkapryszonego dzieciaka. Egoisty, skupionego na własnym, wyolbrzymionym cierpieniu.

Rose Weasley:

Z nieznanych przyczyn, ktoś postanowił ją tutaj nazywać Granger-Weasley. Trochę mnie to rozbawiło, bo jedyne uzasadnienie tego podwójnego nazwiska to pycha jej rodziców, chęć podkreślenia, że ich córka to nie jakaś tam Weasley z kolei, tylko dziecko dwójki znanych czarodziejów. Może się mylę, ale w powieści była to po prostu Weasleyówna.

Ale co do charakteru – w sumie tak właśnie wyobrażałam sobie córkę Hermiony. Utożsamia jej wady – przerost ambicji i zamknięty umysł. Od matki różni ją zamiłowanie do Quidditcha, chociaż w sumie nie jest to zaskoczenie, tak samo, jak Albus w Slytherinie. Taki dość przewidywalny chwyt na pokazanie wielkiej różnicy między matką i córką, z gruntu podobnych.

Delphia:

Była dość przeciętnym zaskoczeniem jako osoba. Ot taka. Nijaka, jak na tak ważną personę. Przewidywalna. I w sumie utożsamiła całą opowieść, która była raczej tendencyjna – nie uświadczyłam niesamowitych zwrotów akcji. Może parę chwil wywowłało lekkie zdumienie, ale bez fajerwerków. Wszystko zmierzało do oczywistego happy endu.

Starzy znajomi z kolei…

Hmm…może nie rozczarowali, bo nie zakładałam, że będą wiernym odwzorowaniem powieściowych wersji. Ale zaskoczyli. Tym, jak bardzo się od pierwowzorów różnili.

Harry:

Był tam kimś zupełnie innym. Jakby zapomniał totalnie o swoim bezinteresownym alturizmie, który był jego znakiem firmowym. Dla niektórych głupota, dla innych szlachetność. Prawdopodobnie połączenie jednego i drugiego.

Tutaj mamy bezdusznego karierowicza, który dla pracy poświęcił rodzinę – o której tak przecież marzył! Mało tego. Mamy go zestawionego z egocentrycznym bohaterem przekonanym o własnej wyjątkowości. Zaprzeczenie całej osobowości, jaką poznaliśmy u J.K. Może sława uderzyła mu do głowy albo ma kryzys wieku średniego? No ale bez przesady.

Hermiona:

Hermiona jako minister magii… parsknęłam śmiechem, kiedy to przeczytałam. Ta dziewczyna w powieściowym życiu nigdy nie aspirowała do tego miana. Była daleka od polityki, bo zwyczajnie była na to zbyt rozsądna. Jej żałosne próby pozyskania autorytetu podwładnych mnie smuciły, zastanawiałam się, co ją skierowało na tę ścieżkę? Na drogę, do której nijak nie pasowała.

No i ten chłód w uczuciach, aż nienaturalny. Hermiona była z natury wręcz wylewna, to ona ściskała chłopaków przy każdej okazji, to ona się entuzjazmowała, nigdy nie kryła swojej radości na ich widok. Czerwieniła się z zapału, czytając wciągającą lekturę lub ze złości, kiedy Malfoy obrażał jej przyjaciół. A tam? Wyniosła i opanowana dama. Może dorosła, ale znów – bez przesady.

Ron:

Najbardziej z towarzystwa przypomina starego dobrego Rona. Tutaj w sumie nie mam zbyt wielu zarzutów, bo taki powinien być czterdziestoletni Ronald Weasley. Dalej trzyma się jego dość proste poczucie humoru, dalej żyje beztrosko i zdarza mu się powiedzieć zanim pomyśli. Ale coraz lepiej wychodzi mu zachowanie powagi w naprawdę wymagających tego sytuacjach.

On też się dość widocznie zmienił w stosunku do powieści – na plus. Łatwiej przychodzi mu mówienie o uczuciach. Niesamowicie wzruszył mnie, kiedy wyznał Hermionie miłość i zaproponował odnowienie przysięgi. Nawet lodowate opanowanie wspomnianej zainteresowanej w tym jednym, jedynym momencie stopniało.

Ginny:

Niby wszystko gra, ale coś mi zgrzyta. Może zbyt przyzwyczaiłam się do jej postawy wobec Harrego „sprzed małżeństwa” i trochę nie pasuje mi tutaj czasami jej stosunek do niego. Do ukochanego, na którego przecież tyle lat czekała. Teraz to on zabiega o nią, co jest przegięciem w drugą stronę. Trochę tłumaczy ją zachowanie Harrego w wersji karierowicza, zaniedbującego rodzinę. Ale generalnie to już nie była ta sama Ginny. Ta wesoła, dowcipna, charyzmatyczna. Tutaj jest taka bez wyrazu. Też dorosła? Po raz trzeci – bez przesady.

Draco:

Raczej poprawnie, nie był rażąco odmienny od tego, jak go sobie wyobrażałam. Chociaż trochę ta jego wylewność w uczuciach czasami mnie zakłuła. Nie dlatego, że nie podejrzewałam go o zdolność posiadania uczuć. Wiedziałam, że je ma, zresztą wcześniej też to okazywał. Ale robił to jak Malfoy. Przez czyny, nie słowa. Niezauważalnie prawie. Po cichu. I był w tym raczej oszczędny.

Mocno naiwna wydała mi się scena, gdzie zwierza się Harremu ze swoich problemów. Po pierwsze dlatego, że komu jak komu, ale Harremu? Po drugie, nie potrafiłby tak bez skrępowania wylać z siebie tylu emocji. On był skryty i taki miał być. Zrozumiałabym dowody sympatii czy gesty miłości względem syna, ale takie no… z wyczuciem i umiarem.

Dumbledore:

Pojawia się co prawda tylko w kilku urywkach, jako gadający portet, ale i tak mnie zirytował. Stał się potulnym barankiem, który płacze bez ustanku, kaja się za błędy całego życia i próbuje udobruchać Harrego za wszelką cenę.

Okej, mogła go trochę przytłoczyć świadomość, że chłopak poznał jego kłamstwa i sekrety. Ale nawet w książkowej scenie konfrontacji z Harrym, który już wiedział o jego mrocznych stronach, zachowywał trochę więcej fasonu.

Trudno mi zatem wierzyć, że skoro tamten moment zniósł ze zrozumiałym wzruszeniem i poczuciem winy, ale nadal jako opanowany mędrzec, to potem nagle tak mu odbiło. Opanowany mędrzec pośmiertnie stał się rozchwianym emocjonalnie, niemyślącym logicznie starcem. Czy wspominałam już o tym, że… no bez przesady?

Snape:

Podobało mi się to, że odegrał tak istotną rolę w fabule. I pokazał swoje dobre oblicze. Ale to też było podkoloryzowane względem pierwowzoru. Aż tak miłosiernym altruistą to on nie był. Zdawał się nawet wstydzić wielkich i szlachetnych czynów. A tutaj poznajemy go dodatkowo w mrocznych czasach, więc tym bardziej powinien zgorzknieć. Otwiera swoje serce praktycznie od razu podczas rozmowy ze Scorpiusem, bez żenady mówi o emocjach, czego przecież nigdy nie umiał. Nawet w stosunku do Lily, kobiety jego życia.

Dziwi mnie też, że wzmianka o niej nie spowodowała u niego grymasu, z którym powinien odfrunąć, zbawić świat i wrócić z jeszcze bardziej wykrzywioną twarzą. Tymczasem on mięknie jak plastelina i staje się aniołem stróżem uciśnionych. I ta eskalacja miłości do Harrego, z którym pewnie się zżył, ale chyba padłby trupem, jakby miał to przyznać. A tutaj bez wahania to robi.

Niektóre jego teksty były mocno naiwne i mało autentyczne. Mimo to, ogólnie pozytywnie go oceniam w tej wersji.

recenzja

No, to chyba wszyscy, którzy bardziej zwrócili moją uwagę. Wróćmy do samej opowieści.

Już napisałam, że była dość przewidywalna. Wiadomo było od początku, że skończy się dobrze. Od połowy już nawet można było się domyślić jak. Poza tym, główne motywy historii nijak miały się do realiów znanych z powieści i były wręcz nieprawdopodobne w tamtym świecie. Oprócz tego nie były specjalnie wyszukane i zaskakujące, raczej tendencyjne.

Córka Voldemorta? Błagam.

Czy przez 7 części nie próbowano nam udowodnić, że to nierealne? Tym bardziej czyni to taki zwrot akcji banalnym. I totalnie nieautentycznym. Pomijając to, że Voldemort nie potrafi kochać – w końcu mógł to zrobić z innych przyczyn niż miłość. Ale… jakich? Po co było mu dziecko?

Przecież sam miał żyć wiecznie… Odpada zatem zdecydowanie popularny argument, że chciał godnego następcy.

Przedłużenie rodu? Po pierwsze, to domena osób czystej krwi, a on nigdy nie przejawił podobnych poglądów. Po drugie, nienawidził swojego pochodzenia i rodziny, więc tym bardziej nie chciał tego utrwalać, tworzyć kolejne pokolenia. Robił wszystko, żeby jak najbardziej się odciąć od przodków, zniszczyć ród, a posiadanie dziecka temu przeczy.  Sam najpierw pozabijał Riddle’ów, doprowadził do śmierci ostatniego Gaunta i nagle miałoby mu zależeć na więzach krwi?

To może chciał kolejnego dziedzica Slytherina? Chyba przestało go to interesować, gdy opuścił szkołę. Nie było to już dla niego takie istotne, w swoim własnym kontekście tego nie wspominał. Jako nastolatek, który nie znał przodków, podniecił się tym, że jest potomkiem tak wielkiego czarodzieja. Ale w momencie wizyty u wuja już go nie obchodził Slytherin – inaczej pozostawiłby ostatniego, poza sobą, przedstawiciela rodu na łaskę losu. Chciał się odciąć od pochodzenia, a zatem także od Slytherina i nie zależało mu na dziedzicach.

A sama Delphia też rozczarowuje…

No ale okej, przyjmijmy już, że z jakichś tam powodów zdecydował się na potomka.

Córka Voldemorta i Bellatriks, dwójki najstraszniejszych postaci z powieści, powinna mieć zło w kościach, we krwi, skórze i włosach. Bezwzględność, brutalność, nieugiętość, duma, przekonanie o własnej wielkości – nawet bez wychowania przez rodziców to wydaje się jej obowiązkiem. Ma być samowystarczalna i gardzić innymi, wykorzystywać do własnych celów. Tak widzę dziecko tych dwojga.

A od twórców dostajemy… zagubioną, rozchwianą emocjonalnie i przerażajaco samotną, poszukującą akceptacji dziewczynę. Jedyne przejawy zła wynikają tylko z chęci naśladowania ojca (pomija zupełnie matkę, a ona również zasługiwałaby w tej kwestii na bycie wzorcem) i próby zmienienia przeszłości, swojego życia, odzyskania rodziny. Biedaczka, nawet nie wie, że mamusia i tatuś w żadnym razie nie daliby jej domowego ciepła. To znaczy, wydaje jej się, że wie, ale tak naprawdę to tego jej brakuje, na to liczy.

Bardzo mnie zirytowało to, że ona chciała powrotu Czarnego PANA. Zwracała się do niego PANIE. Przejawiała gotowość bycia jego sługą, nawet nie pomocnikiem. Z jednej strony wiem, że tego by Voldemort od niej oczekiwał, tak jak od jej matki, a ona chciała najbardziej na świecie jego akceptacji. Z drugiej strony… no nie. No tak nie powinna zachowywać się Delphia Voldemort. Ona powinna sama zapragnąć potęgi. Zostać Władczynią Ciemności. Być następcą ojca, nowym zagrożeniem dla czarodziejów, nowym złem. A nie usiłować przywrócić dawne zło.

Dlaczego ona miała tyle uczuć? Dlaczego nie była zimna i bezwzględna? Może w przeciwieństwie do Voldemorta nie była poczęta pod wpływem eliksiru, także teoretycznie mogła kochać. Ale córka samego Czarnego Pana i dodatkowo równie wyzutej z uczuć Bellatriks… To nie powinna być taka postać. Być może dlatego jest – bo to miało być mega zaskoczenie, dziecko Voldemorta kocha i chce być kochane. Dla mnie słabe.

Inne zgrzyty z powieściami? Był taki jeden…

Harrego boli blizna i rozumie język węży… Ja się pytam, jakim cudem? Zostało to wyjaśnione mniej więcej tak, że miało wrócić zagrożenie, że Voldemort się czaił… A guzik prawda! Mętne wytłumaczenie. Jak on mógł się przygotowywać do powrotu skoro de facto… nie istniał? Nie mógł zatem być świadomy tego, że jego córka planuje go przywrócić do życia i potęgi. A Harry niezaprzeczalnie utracił połączenie z umysłem Czarnego Pana i wszystkie zdolności w momencie, w którym przestał być horkruksem. Koniec. Kropka. Żadne wciskanie kitu o krążącym nad nimi Voldemorcie nie zmieni tego, że jest to jawna niezgodność z książką. Nawet jeśli by udało im się coś palnąć, że połączenie między nimi było głębsze, nie dotyczyło tylko cząstki duszy, to jest jeden haczyk nadal. Jak Harry mógł słyszeć myśli osoby, której… nie ma?

recenzja

A jak spodobała mi się budowa dzieła?

No, przesiadka z epiki na dramat mogła być wstrząsem. Była umiarkowanym. Wiadomo, że nie do podrobienia byłby styl J.K, także nie było co próbować tego ubierać w powieść. A tak było to całkiem ciekawe doświadczenie. Chociaż nadal widać, że nie pisała tego ręka autorki. Niektóre dialogi znacznie odbiegają jakością, poza tym trącają ogromną naiwnością. Można jednak przymknąć na to oko, jak pamięta się, że pisali to inni ludzie.

Zabrakło mi najbardziej wglądu w myśli bohaterów, charakterystycznego dla epiki wszechwiedzącego narratora – lub przynajmniej takiego trochę wiedzącego. Odrobinę osłodziły mi to didaskalia (wprowadzenia do scen, wtrącenia myśli), czasem trochę oczywiste, ale no dla scenariusza teatralnego niezbędne. Niektóre mnie szczerze rozbawiły, na przykład te z Ludo Bagmanem.

Nie spodobało mi się jeszcze to, że czas tak szybko biegł do przodu. Trochę smutno mi było, że nagle z ceremonii przydziału Albusa przebiegliśmy na początek czwartego roku, pozostawiło to sporo ciekawych wątków bez rozwinięcia.

Mimo to, jest to zrozumiałe i jest konsekwencją tego, że tak naprawdę to zapis sztuki, także musiał być odpowiedno okrojony i sceny musiały mieć stosowną długość. Poza tym narzekanie na to, że dramat nie ma cech powieści epickiej to jak narzekanie na psa, że nie miauczy. To są dwa różne gatunki i należało się liczyć z tą rozbieżnością, nie ma co mieć o to pretensji.

 

Wydaje się, że dość mocno skrytykowałam tę książkę…

… a przecież na początku napisałam, że byłam pozytywnie zaskoczona. Bo mimo wszystko – byłam! Opisałam swoje główne zażalenia, bo bardziej chciałam uzasadnić krytykę niż pochwały. Coś miłego będzie w podsumowaniu. Najpierw obiecane plusy i minusy – czyli co mi się spodobało, a co nie.

 

recenzja

Krótka opinia czy tam recenzja – co na plus, co na minus:

To mi się spodobało:

  • Dwie  alternatywne wersje wydarzeń obok głównej. Jedna z nich była raczej jasna, ale druga była ciekawą wizją świata „pomiędzy” – nadal pozbawionego czarnej magii, ale mimo wszystko smutnego.
  • Postać Snape, w serii trochę niedocenionego bohatera, jako kluczowego do naprawienia świata.
  • Ron nauczył się mówić o uczuciach i zyskał tym na mojej sympatii.
  • Scorpius Malfoy za całokształt.
  • Niektóre momenty potrafiły zaskoczyć, chociaż raczej nie miały wielkiego znaczenia dla całości.
  • Były bardzo śmieszne dialogi, głównie za sprawą Scorpiusa i Rona.
  • Didaskalia całkiem nieźle rekompensowały brak narratora.
  • Ostatecznie każdy bohater chyba się trochę opamiętał.
  • Kilka rozbudowanych wątków z przeszłości było trafnych i interesujących.
  • Draco Malfoy pouczający Harrego Pottera – słusznie skądinąd.
  • Chociaż dość przewidywalna opowieść to i tak pochłonęłam książkę „na raz”, w jedno popołudnie.

To mi się nie spodobało:

  • Sposób przedstawienia większości starych postaci. Być może to tylko moje wrażenie, ale wydawali się wyraźnie odbiegać od książkowych pierwowzorów. Można to zrzucać na to, że się przez te lata zmienili.
  • Świat jest taki piękny i wolny – na początku przecież nie ma zagrożenia – a i tak każdy jest jakiś smutny, sfrustrowany, niespełniony.
  • Albus Potter jako postać tragicznego wręcz bohatera. Egoista, co zostało mu wypomniane. Nie miał trudnego życia, a i tak znalazł sobie pełno problemów.
  • Sporo oczywistych lub naciąganych „zwrotów akcji” w stosunku do serii.
  • Delphia jako z gruntu dobra i spragniona miłości dziewczyna.
  • Naiwne kwestie wielu postaci.
  • Generalnie naiwne sceny, które w powieści nie miałyby miejsca, a na pewno nie w takiej formie.
Pomijam kwestie związane z budową książki – napisałam wyżej, dlaczego.

recenzja

Wreszcie podsumujmy…

Gdybym podeszła do tego, jako do 8. części przygód Harrego Pottera, pewnie srodze bym się zawiodła. Z całą pewnością nie jest to kontynuacja jego przygód. Specjaliści od marketingu próbowali nam to zasugerować, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.

Nie było fizycznej możliwości, żeby tak to określać.

Po pierwsze, wystarczy sam fakt, że autorką nie jest J.K, także mamy do czynienia z inną wizją, chociaż momentami mniej lub bardziej trafnie stylizowaną na oryginalne powieści.

Po drugie, książka dotyczy bardziej syna Harrego. W sumie ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem, bo Albus nie wpłynął na przebieg zdarzeń jednoznacznie. Równie dużo dołożył choćby Scorpius. W każdym razie – Harry jest tu dodatkiem.

Po trzecie, jest to zapis scenariusza. Jak wymagać od dramatu, żeby był kolejną powieścią?

Ja zabrałam się za to, jako za uzupełnienie sagi.

I wydaje mi się, że ta postawa pozwoliła mi się miło zaskoczyć. Pomimo sporej ilości scen banalnych czy naiwnych oraz tendencyjnej fabuły (operuję cały czas tym słowem i innymi pojęciami charakterystycznymi dla epiki, bo trudno mi znaleźć zastępcze, no a przecież to nie jest epika, także teoretycznie robię spory błąd… ale o tym wiem) momentami można było dać się porwać, czymś zadziwić.

Myślę, że jeśli ktoś liczył na kolejną część przygód Harrego to był skazany na gorzki zawód. Mnie to ominęło. Oddzieliłam w miarę możliwości jedno od drugiego. I chociaż różnice widziałam, chociaż mnie nieraz kłuły po oczach, to byłam na to przygotowana, więc jakoś to przełknęłam.

Całość potraktowałam jako historię alternatywną. Jedną z możliwych opcji rozwoju wydarzeń. I to pozwoliło mi ją docenić, bo nie była w gruncie rzeczy taka najgorsza. Ale to samo zapewniłby mi dobry jakościowo fanfik.

Fajnie, że powstał zapis tego scenariusza, że został wydany. Obejrzenie sztuki byłoby dla mnie wątpliwą przyjemnością, bo za mocno zżyłam się zarówno z własną wizją tego świata, jak i z wizerunkiem stworzonym przez filmy, które też bardzo lubiłam. Ale już na filmach nie raz ubolewałam nad rozbieżnościami, a co dopiero byłoby na przedstawieniu, gdzie nikt już nijak nie nawiązuje do moich bohaterów – chyba tylko imieniem. A tak, pomimo wszystko, zostało pewne pole do własnej interpretacji. Mogłam zatem znów zobaczyć Hermionę z burzą brązowych loków. Nie, nie mam uprzedzeń. Tak dla mnie prostu wygląda Hermiona.

Jeśli oceniałabym to jako kontynuację serii o Harrym Potterze, pewnie oceniłabym to na maksymalnie 2/10.

Pewnie tylko za to, że jest jakakolwiek treść. I papier. I okładka, nawet fajna.

Ale skoro podeszłam do tego tak, to ocenię również jako uzupełnienie.

Alternatywną historię tych panów oceniam na, uwaga, uwaga…

8/10

recenzja

 

No muszę to przyznać. Dałam się trochę zaczarować. Nie do końca, ale jednak. Jak usiadłam do książki, to oderwałam się dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania.

Na jedno krótkie popołudnie powróciłam do Hogwartu… nie w poszukiwaniu wspomnień, a po to, żeby zobaczyć, co tam teraz słychać.

I wrzuciłam powyżej pierwszą autorską fotkę na tej stronie. Nic szczególnego, następne będą lepsze. Ale w moim odczuciu ta recenzja jest teraz bardziej… moja.

Wiem, że moja recenzja nie jest najkrótsza, ale chciałam szczegółowo opisać wszystkie spostrzeżenia i odczucia. Była to w końcu ważna dla mnie książka.

A wy? Też przeczytaliście ten scenariusz? Jakie były wasze odczucia?

Początkujący Freelancer cz. 4: Na co uważać, a co nie jest takie straszne?

Kontynuacja cyklu, z którego skorzysta każdy początkujący freelancer i nie tylko! W tej części powiem trochę o rzeczach, które mnie osobiście martwiły, a okazały się niegroźne lub przeciwnie, nie przypuszczałam, że należy na nie uważać. Zapraszam!

Cykl „Początkujący Freelancer”:

    1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
    2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
    3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
    4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
    5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów

 

początkujący freelancer

To mnie niepotrzebnie zaniepokoiło:

1. Nie przenoś nigdy współpracy poza portal!

Wiadomo, że twórcy strony będą przed tym przestrzegać – dla nich każda współpraca zawarta za ich pośrednictwem to zysk. Prowizja za usługę to główny dochód, ale do tego dochodzą abonamenty, płatne testy i inne miłe rzeczy, o których wspomniałam w części 1.  Dlatego zrozumiałe, że będą starali się jak najbardziej was od tego odciągnąć. Ja na początku dałam się wciągnąć w to poczucie bezpieczeństwa na tyle, że zapomniałam o tym, że docelowo miałam zamiar się uniezależniać od tego typu serwisów (Dlaczego? O tym też będzie notka!), a zatem skoro natrafia mi się okazja, to powinnam korzystać!

W końcu ostatecznie dałam się namówić na częściowy kontakt przez email i przesyłanie tam „postępów”, ale i tak czułam cały czas niepokój. Niby kilent już pokazał uczciwość, wpłacając na stronę obiecaną zaliczkę, nie było innych powodów do podejrzeń. Ale dopiero po zakończeniu (szczęśliwym!) pierwszej współpracy ostatecznie zgodziłam się zrezygnować z pośrednictwa portalu. Teraz trochę żałuję, ale w sumie lepiej, że zdecydowałam się na to w momencie, w którym byłam całkowicie spokojna.

Ale was namawiam też do tego, żebyście, jeśli zaczynacie pracę korzystając z takich stron, stopniowo starali się przenosić współprace poza portale. Szczególnie jeśli czujecie, że możecie klientowi zaufać.

Jak sprawdzić potencjalnego zleceniodawcę? Czasem wystarczy kilka pytań i obserwacji:
  1. Czy są gotowi dać zaliczkę na początek pracy (ewentualnie po przesłaniu małego fragmentu np. 5 z 50 stron/tekstów itd.)? To zazwyczaj już wystarczy, żeby wykryć krętaczy.
  2. Zapytaj, czy możecie spisać umowę? Ja jeszcze tego nie zrobiłam – wytłumaczę niżej, czemu – ale to jest zwykle najpewniejsza forma zawarcia kontraktu, ma największą moc prawną i jest wiążąca nawet bardziej niż współpraca przez portal.
  3. Zwróć uwagę na to, czy klient nie ma oporów przed podaniem np. imienia i nazwiska czy nazwy firmy. Nie musi sam tego pisać, ale zapytany o takie w miarę podstawowe dane osobowe, których podanie Tobie ma uzasadnienie, nie powinien mieć z tym problemu. No chyba, że Ty je ukrywasz, wtedy to on może być podejrzliwy.
  4. Jeśli poda Ci adres email to przyjrzyj się mu. Czy wygląda profesjonalnie, jak np. firmowy, służbowy mail? Lub przynajmniej dość neutralnie – po prostu czy jest to adres, który sugeruje poważną osobę. Infantylne nazwy, dziwne ciągi liczb i znaków, nazwa stworzona w wyraźnym pośpiechu, nieznane domeny to są rzeczy, które powinny Cię zaalarmować.
  5. Masz jego imię i nazwisko? Albo nazwę firmy? Zrób małe śledztwo z pomocą wuja Google. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jeżeli pokaże Ci się on na stronie typu www.dlugi.info, to nie wróży to raczej dobrej współpracy. Chociaż też nie popadnij w paranoję skreślania go na podstawie zdjęcia z ostatniego melanżu na fejsie. Albo jakichś głupot zrobionych przed laty – a każdy z nas ma w internecie jakąś wstydliwą historię, którą chętnie by ukrył. Niestety, tutaj nic nie znika, ale takie ocenianie może być niesprawiedliwe. Zatem jak coś Cię zaniepokoi w wynikach wyszukiwania, zachowaj czujność i potraktuj to raczej jako sygnał ostrzegawczy.
  6. To chyba jest dość oczywiste, ale muszę wspomnieć. Jeśli zleceniodawca unika podawania terminów, kwot, wysokości zaliczek i innych warunków umowy – zwłaszcza wyraźnie o nie zapytany – to jest spora szansa, że nie traktuje Cię poważnie.
Podsumujmy.

Portale dla freelancerów to dobre źródło do zapoznawania potencjalnych klientów. Szczególnie skorzysta na tym początkujący freelancer. Warto jednak przenosić swoją działalność i ewentualne długoterminowe współprace poza portal. Przede wszystkim ze względów czysto ekonomicznych. Więcej o tym, dlaczego jest to istotne – jak już wspomniałam – będzie w osobnej notce. Jeśli czujesz, że możesz zleceniodawcy zaufać, to się nie wahaj. Zwłaszcza jeśli, podobnie jak ja, przedłużasz kontakt ze sprawdzoną osobą. Docelowo przecież dążysz do niezależności, a nie osiągniesz jej, jeśli będziesz kurczowo trzymać się pośredników – ze strachu. Często nieuzasadnionego.

 

początkujący freelancer

 

2. Jak nie współpracujesz przez stronę internetową to od razu spisuj umowę!

No właśnie, jak to jest? Umowa to akt prawny, który reguluje warunki wykonania usługi. Określa jasno zobowiązania między stronami. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale też i narzuca pewne warunki do wypełnienia na każdą z osób, która się na nią zgodzi.

Dlaczego zatem ja żadnej umowy jeszcze nie spisałam? Głupota i naiwność? Brak umiejętności dopilnowania swoich interesów? Ślepe zaufanie i wiara w niezachwianą uczciwość ludzi, dobro na świecie? Nieznajomość prawa? Cóż, o ile pozostałym punktom nie zaprzeczę z pełną mocą (ręki sobie uciąć nie dam, że tak nie jest, krótko mówiąc), to tego ostatniego raczej mi nie zarzucajcie – możecie się czasem nieźle zdziwić.

Tak, jestem przemądrzała, przechwalam się i w ogóle. Ale jestem byłą-niedoszłą studentką prawa. A co za tym idzie, całkiem nieźle znam się na przepisach i regulacjach z różnych dziedzin, szczególnie tych, które są mi potrzebne. No a jak czegoś nie wiem, to wiem, gdzie sprawdzić i sobie to zrobię. Tego niestety większości ludzi brakuje. Wystarczy trochę prawniczej gadki – ja mam ją wytrenowaną od dziecka, nie żebym ją wykorzystywała do własnych celów, skądże – i łykają wszystko, bez zastanowienia. Dlatego przy okazji apeluję – sprawdzajcie i poznajcie swoje prawa! Dzięki temu nie dacie się oszukać tak łatwo, ale też dowiecie się, kiedy zawalczyć o swoje, a w trudnych sytuacjach łatwiej będzie znaleźć najkorzystniejsze wyjście. Niektórzy płacą grube pieniądze różnego typu radcom prawnym za informacje, które, przy odrobinie inicjatywy i wysiłku, mogą wyszukać sami, w mniej niż 5 minut.

Trochę odbiegłam od tematu, ale nie do końca. Już wracam na właściwe tory. Nie napisałam tego akapitu wyżej, żeby się poprzechwalać – a nawet jeśli, to nie był jego główny cel. Moja znajomość obowiązujących przepisów pozwala mi na to, żeby bez ogromnego ryzyka nie spisywać jako takiej umowy. No właśnie – bo wróćmy do samego pojęcia „umowa”. Czym ona dla Ciebie jest? Świstkiem papieru z odręcznymi podpisami stron? Najlepiej potwierdzonym przez notariusza, prawda? A dla mnie to znaczenie jest znacznie szersze.

Co kryje się pod pojęciem „umowy”?

Nawet ustna deklaracja stanowi umowę. Oczywiście mówimy nadal o świadczeniu usług, chociaż to się tyczy też innych rzeczy – np. pożyczania pieniędzy. Tak, dobrze rozumiesz. Obietnica, kilka słów, może być podstawą do założenia sprawy w sądzie. Tego typu umowy są niestety najtrudniejsze do udokumentowania. Ale mają wiążącą moc prawną. A im więcej mamy dowodów, tym lepiej dla nas. Każdy prawnik w takiej sytuacji zaczyna od gromadzenia tego, co potwierdzi zawarcie i warunki danej umowy. To nie znaczy, że nie możesz sam tego zrobić – nawet jest to wskazane, bo usprawniasz tym samym ewentualne postępowanie sądowe.

Jeśli porozumienie między stronami jest gdzieś zachowane – masz w zasadzie wygraną pozycję. Im więcej takich poszlak, tym lepiej dla Ciebie w sytuacji, kiedy kontrahent nie dotrzymuje ustalonych zobowiazań. Wystarczy, że gdziekolwiek masz to zapisane i możesz potwierdzić, że Ty oraz zleceniodawca się dogadaliście. Chyba rozumiesz już, co mam na myśli? Zwykłe z pozoru maile, w których Twój klient wyraźnie opisuje proponowane warunki/zgadza się na Twoje to już są umowy! Nie mniej wartościowe niż te spisane w formie sticte „umowy” z podpisami i tak dalej. Co zatem stanowi dowody zawarcia i określenia szczegółów współpracy, na które możesz się śmiało powołać?

Mogą to być na przykład:
  • Wspomniane już maile. Co powinno w nich być? Wszelkie szczegóły współpracy: przedmiot umowy (w tym wypadku zlecenie i jego opis), termin wykonania i doręczenia, kwota, jaką zobowiązuje się zapłacić klient. Ewentualne zaliczki także – za co, ile i tak dalej. Bardzo istotne jest też potwierdzenie przesłania efektu pracy, najlepiej w umówionym czasie (chyba, że gdzieś masz udokumentowane to, że poinformowałeś o opóźnieniu i druga strona się na to zgodziła). To wszystko już z miejsca stawia Cię na bardzo dobrej pozycji, jeśli będziesz zmuszony walczyć o swoje drogą sądową.
  • Esemesy – tutaj podobnie, jak wyżej, czyli wszelkie potwierdzenia, zapytania, potwierdzenia co do współpracy.
  • Nagrania rozmów telefonicznych czy też na skype (drugie trudniejsze do uzyskania, ale trochę sprytu starczy). Nie jest prawdą, że własne nagrania nie stanowią dowodu w sprawie! Tak owszem, było, ale zmieniło się to jakiś czas temu. Musi spełnić jednak ważny warunek – nie może być nijak sprofanowane, a zatem nie wchodzi w grę żadna ingerencja (nawet drobna, np. poprawa jakości dźwięku), bo inaczej będzie ono odrzucone. Sąd sprawdzi wiarygodność oraz autentyczność dowodu i jeśli nie będzie miał żadnych uwag, to go dopuści. Nagranie jest szczególnie istotne w chwili, kiedy już wiesz, że Cię oszukano. Tak chyba najłatwiej zdobyć wartościowy argument na Twoją korzyść. Istnieje opcja, że klient będzie unikał odbierania połączeń, ale nie zawsze tak jest. Nie musisz go informować o nagrywaniu rozmowy – po pierwsze masz do tego prawo, jako jej bezpośredni uczestnik, po drugie w chwili, kiedy ma to stanowić dowód sądowy na naruszenie warunków umowy i ujawniać naruszenia masz pełne prawo to zrobić. Więcej o tym tutaj – podaję źródło, bo to częsta wątpliwość wielu osób. A takie nagranie ma ważną zaletę – jest autentyczne, a druga strona może się nieźle wsypać (skoro klient nie wie, że jest nagrywany, to nie będzie się hamował). Dlatego możesz w ten sposób zyskać silną kartę przetargową!
Zatem, czy naprawdę nie spisuję umowy?

Chyba dość dobitnie i łopatologicznie odpowiedziałam powyżej. Spisuję zawsze. Nawet jeśli nie w dosłownej formie. Oczywiście nie zniechęcam do sporządzania umowy! Wręcz przeciwnie. Jest to po pierwsze najbardziej wiążące, a po drugie daje komfort psychiczny. W końcu jest to wiarygodne zapewnienie o uczciwych zamiarach obu stron i świadczy o profesjonalnym podejściu. Chciałam po prostu pokazać, że to nie jest tak, że współpracując przez maila nie mamy żadnego zabezpieczenia. Dlatego ważne jest, żeby wyraźnie w wiadomościach określać warunki współpracy i dopilnować jednoznacznych deklaracji, potwierdzeń drugiej osoby. Was też do tego zachęcam. Tak samo jak do zapoznawania się z obowiązującymi przepisami. Z tego punktu i rady powinien skorzystać nie tylko początkujący freelancer. Warto być świadomym swoich praw!

 

początkujący freelancer

 

Na to nauczyłam się uważać:

1. Młody wiek klienta.

Sama jestem jeszcze dzieciakiem, zwłaszcza dla większości potencjalnych pracodawców. Dlatego na początku nie miałam żadnych obaw związanych z wiekiem klientów. Doświadczenie niestety pokazało mi, że sporo osób w moim wieku nie potrafi zachować się odpowiednio poważnie. O ile jeszcze do własnej pracy podchodzi profesjonalnie, o tyle do zlecania czegoś już mniej. Nie powiem, że skreślam kogoś za to, ile ma lat, bo to by była z mojej strony hipokryzja. Ale młody wiek wzbudza moją czujność, co do podejścia zleceniodawcy odnośnie współpracy.

2. Nie do końca profesjonalny kontakt.

Jeśli ktoś od razu wyskakuje do mnie per „Ty”, wstawia co chwilę emotkę i generalnie pisze jak do koleżanki na fejsie, to daje mi to dość uzasadnione wątpliwości, czy aby na pewno jest to poważna osoba. Nie mówię, że rozmowa ma być sztywna i ograniczać się jedynie do pracy. Sama nie lubię takiej wyniosłej atmosfery i chętnie pogadam też (w miarę rozsądku) na mniej oficjalne tematy. Ale po pierwsze, to musi być obustronna inicjatywa, a jeśli ktoś tak zaczyna rozmowę, to jestem pozbawiona wyboru. Po drugie, początek współpracy zwykle ukazuje podejście klienta co do niej. Taki mało profesjonalny wstęp raczej nie zwiastuje poważnego traktowania mnie, jako pracownika.

3. Pewne kraje pochodzenia zleceniodawcy.

I znów zaznaczę – ksenofobia jest mi naprawdę daleka. Ale oferty z niektórych państw zwykle wpisują się w utarty schemat. Bangladesz i Pakistan oznacza zwykle dużo pracy i śmieszne pieniądze – adekwatnie do podejścia freelancerów z tych krajów, o którym wspomniałam w części 1.  Przed zleceniami z Indii wystrzegam się najbardziej – stawki w ogłoszeniu są z kolei absurdalnie wysokie i najczęściej nieprawdziwe. Mają jedynie przyciągnąć naiwnych, a w trakcie negocjacji okazuje się, że faktyczna zapłata niewiele różni się od tej z dwóch poprzednich państw. Poza tym często oferta napisana jest łamanym angielskim, mało szczegółowa, podobnie trudny jest już sam kontakt z klientem. Może na moje postrzeganie Hindusów wpłynęła osobista uraza opisana w części 2. Ale i tak, nauczona doświadczeniem, unikam zleceń z tych krajów.

 

początkujący freelancer

 

Na ten moment to wszystko, czym, jako wciąż początkujący freelancer, mogę się podzielić.

Nie opisuję typowych zagrożeń w stylu „nowo założone konto, brak danych”, bo to miał być post o tym, co postrzegałam inaczej, a doświadczenie zmieniło mój pogląd. Póki co jest tyle takich lekcji, które wyciągnęłam z dotychczasowej pracy jako freelancer.

Pamiętajcie, że nawet jeśli opisałam coś, jako nie do końca niebezpieczne, nie oznacza to, że zagrożeń tam nie ma. Po prostu nie jest to aż tak straszne, jak ktoś może myśleć. Zachowajcie czujność zawsze, ale też nie bójcie się niepotrzebnie, bo możecie na tym sporo stracić.

Podobnie w drugą stronę. To, co wymieniłam jako sygnał ostrzegawczy nadal ma być jedynie potencjalnym ostrzeżeniem. Nie oznacza to, że jest to jakaś reguła, że tak musi być i koniec. Ja sama nie zamykam się całkowicie na współpracę, jeśli któryś z tych warunków jest spełniony. Inaczej sama wpędziłabym się w pułapkę, którą opisałam. Te czynniki zwyczajnie skłaniają mnie do dokładnego obserwowania klienta. Jeśli poza tym nie mam podejrzeń, to nie odrzucam oferty z marszu.

Nie zachęcam do bezgranicznego zaufania ani do przesadnego kierowania się jakimś uprzedzeniem. Jestem od tego daleka i do tego was nakłaniam – szukajcie złotego środka.

Podzielacie moje spostrzeżenia? A może macie własne doświadczenia, którymi chcecie się podzielić z innymi? Piszcie!

 

Ciekawe książki – 3 pozycje, które mam zamiar przeczytać w najbliższym czasie.

Ciekawe książki? Temat rzeka…

No ale jakie to są te „ciekawe książki”? Sprawdźmy, czy te się nadają do tego miana…

Znów tak trochę luźniej. Porozmawiajmy o książkach, a konkretniej o pozycjach, które mnie ostatnio zainteresowały i mam zamiar je pochłonąć w najbliższym czasie.
ciekawe książki

Przyznam się bez bicia, że od kilku lat strasznie krucho u mnie z czytaniem.

Pewnie głównym winowajcą jest internet, ale do niedawna miałam dość wymagający tryb życia i ciężko było mi znaleźć czas, a jak już go znalazłam, to łatwiej było otworzyć laptopa i włączyć coś na youtube, niż wytężać mózg i wzrok nad literkami. Nie oznacza to, że nie czytałam w ogóle, co to, to nie. Po prostu kiedyś, jako mała dziewczynka i młoda nastolatka byłam istnym molem książkowym i w porównaniu do tamtych czasów, to się opuściłam zdecydowanie i mam zapewne sporo zaległości.

Ale od jakiegoś czasu moje tempo życia wyraźnie zwolniło, więc zamierzam wreszcie sięgnąć po książki, które domagają się mojej uwagi od mniej lub bardziej dawna.

A jakie to są książki? Dzisiaj tylko je wymienię, powiem dlaczego i kiedy mnie zainteresowały, no i jakie są moje oczekiwania. Jak się będę z nimi po kolei rozprawiać, to oczywiście też będę zdawać relacje na bieżąco!

 

1. „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” – Jack Thorne i John Tiffany na podstawie serii J.K. Rowling

ciekawe książki

 

Chyba najważniejsza pozycja na tej liście.

Kiedy miałam 5 lat i przypadkowo mama kupiła mi drugą część przygód czarodzieja, nie podejrzewałam nawet, że na najbliższe lata zniknę z otaczającej mnie rzeczywistości. Tymczasem książkę dosłownie połknęłam i w ciągu kilku miesięcy znałam na pamięć całą serię aż do 6 części, a czas oczekiwania na 7… w sumie skłamię, jak powiem, że mi się dłużył. Bo tak się wczułam, że czytałam każdą poprzednią po kilka razy, od nowa, nie miałam dość. Byłam totalnie w innym świecie, odrealniona. A już szczególnie odstawałam od rówieśników, którzy ledwo składali literki w słowa, kiedy ja przed chwilą skończyłam kilka dość opasłych tomów opowieści o Harrym Potterze.

Niejedna łza skapnęła na papier podczas naszej wspólnej przygody. Ale jeszcze więcej było salw śmiechu, kiedy autentycznie nie mogłam się od tego powstrzymać. Rozstanie z nim, z moim przyjacielem, którego pokochałam jak brata, było dla mnie trudne. Stanowiło też koniec bardzo ważnego rozdziału w moim życiu. Czytając ostatnie zdanie czułam się, jakbym właśnie żegnała bliską mi osobę. Liczyłam się jednak z tym, że ten moment musi nadejść i pogodziłam się z tym. Panta rhei. Nie mogłam go przy sobie zatrzymywać, kiedy on musiał dorosnąć, pójść dalej. Ja też musiałam, chociaż wizyta w studiu Warner Bros pod Londynem trochę przeniosła mnie do dzieciństwa, które Harry Potter ukształtował, zmienił i niesamowicie na nie wpłynął. Tam znów go pożegnałam i ostatecznie dałam mu odejść.

Co myślę, przed przeczytaniem?

Informacja o 8. części w naturalny sposób mnie poruszyła, jak całą rzeszę pozostałych fanów, którzy tak jak ja szli z nim przez życie. I równie naturalne było to, że wszystkich ona podzieliła. Moją pierwszą myślą było „No tak, nie zabiją tak łatwo kury znoszącej złote jaja.” Potraktowałam to jako chwyt marketingowy, żeby wyciągnąć jak najwięcej kasy wykorzystując  mojego przyjaciela. Przyjaciela, który zgodnie z naturalną koleją rzeczy odszedł i każdy powinien mu na to pozwolić.  Utwierdziłam się w tym, kiedy poznałam więcej szczegółów:

  • Po pierwsze, autorką nie jest już stricte pani Rowling, a więc nie ma bata, żeby to miało ten sam klimat. No tego się nie da podrobić.
  • Po drugie, jest to jedynie zapis scenariusza sztuki. Zmiana formy z epiki na dramat zmienia w tym przypadku wszystko, dosłownie, o 180 stopni.
  • Po trzecie, nie skupia się ona na Harrym, a na jego synu. Prawidłowy tytuł powinien brzmieć „Albus Potter – Przeklęte dziecko Harrego”. No ale to już tak ładnie się nie prezentuje na półce, prawda?

Dlatego nie rzuciłam się na książkę od razu po premierze, mało tego, pozwoliłam jej przeleżeć pół roku na półce.  Nie  zrobiłabym tego pewnie, gdyby faktycznie były to przygody Harrego, napisane przez J.K w dawnym stylu. Chociaż, czy miałoby to sens? Skoro Harry poszedł dalej, na co wszyscy powinniśmy mu pozwolić? Skoro to już nie byłyby przygody młodego czarodzieja, a stateczne życie dorosłego faceta?

Mimo to, nie odpuściłabym sobie, gdybym nie zapoznała się z tą pozycją. Kieruje mną nostalgia. Gdzieś tam po cichu liczę, że znów uda mi się chociaż trochę porwać w magiczny świat. Nie mam zbyt dużych oczekiwań na to, że powróci dawny klimat. Chętnie dam się miło zaskoczyć.

2. „Szukając Alaski” – John Green

ciekawe książki

 

Ominęła mnie faza na „- Okay – powiedział, gdy minęła cała wieczność. – Może „okay” będzie naszym „zawsze”.
– Okay – zgodziłam się.” Nigdy mnie to nie zainteresowało. Może to przez tę całą otoczkę i nastolatki, które po obejrzeniu filmu dopiero dowiedziały się, że jest on na podstawie książki. I dumnie lansowały się, że heloł, czytają, więc są inteligentne i wrażliwe. Nie siedzą ciągle w necie, nie to co reszta. Oczywiście lansowały się w internecie. Poza tym, w większości przypadków była to pierwsza lektura dłuższa i bardziej wymagająca od notki ulubionej fashionistki, artykułu na portalu plotkarskim, opisu na tumblerze czy najnowszego tweeta Riri. Ośmielę się jeszcze stwierdzić, że interakcja dość pokaźnej części tych czytelniczek z książką ograniczyła się do wstawienia paru snapów, obowiązkowej fotki na insta oraz ustawienia gdzieś w opisie „Okay? Okay.”

Pozwoliło mi to niestety na automatyczne zaszufladkowanie autora jako pisarza mało ambitnych powieści dla rozchwianych emocjonalnie podlotków. Ostatnio postanowiłam to zmienić, bo nie lubię – bądź co bądź – bezpodstawnie kategoryzować.

Co myślę przed przeczytaniem?

Jako kandydata do zmiany mojej opinii o panu Greenie wybrałam tę pozycję z jego dorobku. Z kilku względów, a mianowicie:

  • Po pierwsze, wydaje mi się, że nie jest aż tak „mainstreamowa” i przewałkowana przez wspomniany przeze mnie wyżej typ osób. Jest to samo w sobie dość obiecujące, sugeruje trochę bardziej skłaniającą do głębokich przemyśleń treść.
  • Po drugie, jest to debiut, a zatem można stwierdzić, że czysta, niekształtowana pod rynek esencja tego, co autor miał na myśli.
  • Po trzecie, słabo byłoby wybrać do wyrabiania sobie opinii popularniejsze jego dzieła. Przede wszystkim dlatego, że to, co wchodzi do kultury masowej często nie jest najwybitniejszym, co twórca ma do zaoferowania. Te bardziej warte uwagi pozycje często są trochę przemilczane. Ta teoria sprawdziła mi się m.in. w przypadku zespołu Arctic Monkeys, którego kilka znanych piosenek lubiłam, ale nie zachęciły mnie do stania się fanką. Wcześniejsze, mniej przewałkowane utwory natomiast, kiedy ktoś mi parę pokazał, totalnie mnie podbiły i uważam je za dużo bardziej wartościowe.

Chcę przeczytać tę książkę ze świadomością, że będzie to bardziej lekka powieść. Takie też lubię, jeśli niosą za sobą emocje i refleksje. Być może pozostałe utwory Johna Greena także takie są, ale zraziły mnie wyżej wspomniane czynniki. Jeśli pozytywnie odbiorę tę pozycję, nie wykluczam, że chętnie sięgnę po resztę, już z nieco innym nastawieniem.

 

3. „Ostatnia Piosenka” – Nicholas Sparks

ciekawe książki
Zalega u mnie na półce od 2012 roku. Poważnie. Dostałam ją i odłożyłam automatycznie na półkę. Może wpłynął na to film, który wcześniej, piąte przez dziesiąte, bo gdzieś od połowy i nie do końca uważnie, ale obejrzałam. I chociaż nawet mi się podobał, to nie wywołał efektu WOW. Łezka może i się zakręciła w oku gdzieś pod koniec, ale nie był to seans, który jakoś mnie zmienił, wpłynął, skłonił do przemyśleń i przede wszystkim został gdzieś w głowie na jakiś czas. A takie wymagania musi spełniać dla mnie dobra pozycja filmowa czy literacka.

Drugim zniechęcającym mnie zjawiskiem było to samo, co w przypadku autora wyżej. Młoda, jeszcze niezbuntowana Miley oraz uroczy Liam z urodą Kena i nienagannym, śnieżnobiałym uśmiechem to była dość dobra reklama, która przyciągnęła do kin tłumy młodych widzów. Po obejrzeniu filmu nagle wzruszone i poruszone nastolatki tłumnie rzuciły się na książki pana Sparksa. Był to taki trochę wcześniejszy John Green. Wydaje mi się jednak, że serca tym razem topniały bardziej na widok szczerzącego się Liama niż pod wpływem przekazu literackiego. A może było mniej miejsc w necie, gdzie można było wstawić fotkę okładki tej lub innej powieści? Lub zabrakło chwytliwego cytatu na opis czy zdjęcie w tle. W każdym razie ta faza przeminęła znacznie szybciej niż „Okay?”

Co myślę przed przeczytaniem?

Być może warto było odczekać parę lat, żeby sięgnąć po tę powieść. Dlaczego postanowiłam to zrobić i dlaczego akurat teraz?

  • Po pierwsze, szum wokół książki i filmu dawno przeminął, popularność opadła, moje osobiste emocje też. Teraz mogę na chłodno ocenić treść, przekaz.
  • Po drugie, zawsze byłam zdania, że wersje książkowe były lepsze niż filmowe. Możliwe, że film mnie nie poruszył, bo aktorzy średnio się spisali, zabrakło ważnych wątków lub po prostu nie odpowiadała mi wizja reżysera? To jest właśnie wadą ekranizacji – jest już narzucony pewien obraz i mniej pola do własnej interpretacji.
  • Po trzecie, między Bogiem a prawdą, to średnio się wczułam w seans, chociaż próbowałam parę razy. Wspomniałam zresztą o tym. Może zabrakło odpowiedniego skupienia nad przekazem?
  • Po czwarte, chcę mieć własną opinię, którą mam czymś popartą. O ile jest już lepiej niż w przypadku pana Greena, którego w ogóle nie znam, o tyle obejrzany po łebkach film też nie daje mi stuprocentowego prawa do wyrażania swojego poglądu odnośnie pana Sparksa.

Nie będę ukrywać, że nie jest to coś, do czego się strasznie zapaliłam. Ale planuję przeczytać. Jest to ostatnia pozycja zarówno na tej liście, jak i w kolejce. Ostatnia pod względem „ważne, żeby znać”. Mimo to, pewną chęć na tę lekturę mam. Chociaż póki co,  nastawiam się na raczej dość prostą, bazującą na emocjach fabułę. Czy jest to jednak wada tej książki? Chyba z założenia taka ma być, lekka, trafiająca do przeciętnego odbiorcy. Nie wykluczam, że się pomylę i bardzo chciałabym, bo najbardziej lubię dać się zaskoczyć.
ciekawe książki

To już wszystko, co miałam dzisiaj do pokazania. Te właśnie książki prawdopodobnie zajmą najbliższe wolne chwile.

Czytaliście je? Zgadzacie się z moimi opiniami? A może jakoś was zaskoczyły? Piszcie!

No i jeśli chcecie mi polecić jakąś pozycję – niekoniecznie podobną do tych, bo jak wspomniałam lub nie, jestem otwarta na wiele różnych gatunków. W zasadzie to się nie ograniczam, podobnie jak z muzyką. Oceniam daną książkę po treści i przekazie, a nie autorze czy kategorii. Dlatego jeśli ostatnio coś was zachwyciło lub zaszokowało i chcecie się tym podzielić – także zapraszam do komentarzy!

Recenzje będą, także śledźcie bloga, tutaj także będę na bieżąco dodawać linki do poszczególnych wpisów odnośnie każdej z książek.

 

 

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces! Na pewno…?

Trochę odetchnijmy od freelancingu, bo co za dużo, to niezdrowo. Ten post będzie trochę bardziej lajtowy. Potraktujcie go zatem z lekkim przymrużeniem oka. Będą lifehacki? Zobaczcie sami!

 

lifehacki

 

Skąd pomysł na wpis?

Ostatnio wpadła mi w ręce gazetka JOY.  Nie jestem wierną fanką tego typu prasy… No dobra, już nie jestem, bo jak byłam młodsza, to i owszem, czytywałam regularnie. Było to jednak dekadę temu, a od tamtej pory poziom tych magazynów poleciał na łeb na szyję. Może gdyby było inaczej, to nadal kupiłabym od czasu do czasu Joya, Twista czy innego Cosmopolitana. Nie zamierzam z siebie tutaj robić koneserki kultury wysokiej, bo do takiej mi daleko. Każdy z nas lubi sięgnąć nieraz po coś lekkiego, nawet odmóżdżającego, nie ma co zaprzeczać. Po prostu nieudolne podążanie za trendami internetowymi i próba przeniesienia go na papier to przepis na porażkę, co oficjalnie stwierdzam po przeczytaniu tej gazety po dłuższej przerwie. Tego typu modne, cool wstawki spowodowały we mnie raczej zażenowanie. Zastanawiam się, kto jest odbiorcą tekstów – na pewno dorosłe kobiety czy może raczej rozchichotane trzynastolatki?

 

Ale do rzeczy.

Wśród tony infantylnych artykułów i miliona zdjęć zajmujących co najmniej pół strony znalazłam coś, co przykuło moją uwagę. Mianowicie listę zatytułowaną tak, jak tytuł wpisu – 22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces.

Stań się kobietą pewną siebie! Tak krzyczy wytłuszczony nagłówek. Zainteresowało mnie to, bo sama intensywnie pracuję ostatnio nad samooceną, więc taki zbiór porad wydawał się być napisany specjalnie dla mnie. Przeczytałam… i pomimo tego, że nie oczekiwałam wybitnej, naukowej analizy psychologicznej, to i tak się rozczarowałam. Połowa była tak banalna, że nie spodziewałam się, że trzeba o takich rzeczach mówić na specjalnej liście. Druga połowa to były albo bzdury, albo punkty zaprzeczające poprzednim. Nie jestem wybitnym psychologiem i nie chcę się wymądrzać, ale nawet średnio rozgarnięta w tym temacie osoba powinna to zauważyć. Dlatego postamowiłam sama omówić to zestawienie i zobaczyć, co naprawdę jest tam w miarę wartościową poradą dla osób pracujących nad pewnością siebie.

Nie będę bawić się w przepisywanie całego artykułu – napiszę nazwę punktu i jeśli nie będzie wystarczająco wymowna, to dodam „co autor miał na myśli”. Postanowiłam też wyróżnić tytuły kolorami, żeby mój stosunek do danej porady był jasny od początku:

  • WARTOŚCIOWA RADA – kolor zielony
  • BANALNE STWIERDZENIE – kolor żółty
  • BZDURA I/LUB ZAPRZECZENIE INNEGO PUNKTU – kolor czerwony

No to… nie ma co przedłużać, zobaczmy co JOY nam proponuje, abyśmy wszystkie STAŁY SIĘ KOBIETAMI PEWNYMI SIEBIE!
freelancer

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces!

 

1. Sama dla siebie.

Punkt mówi o tym, że „jeśli nie masz ochoty na imprezę, włącz status „niedostępna”, zostań w domu, w szlafroku, z Netflixem”… Serio? Takie coś już na pierwszej pozycji? Ogólnie uważałam zawsze za oczywiste to, że nie należy się zmuszać do robienia czegoś, na co nie ma się chęci. Poważnie jest ktoś, komu trzeba to tłumaczyć?

2. Patrz prosto w oczy.

Kontakt wzrokowy z rozmówcą to ważna sprawa, przyznaję. Ale powinien być naturalny. Kontrolowanie tego sprawia, że nie jest to już odruch instynktowny. A takie sztuczne świdrowanie kogoś wzrokiem może przynieść zmieszanie, a nawet dyskomfort drugiej osoby, zamiast obiecanego „zainteresowania, bo pokażesz, że jesteś szczera i skupiasz swoją uwagę na rozmówcy”. Zresztą, czy „szczere” i „kontrolowane” się nie wykluczają?

3. Mowa ciała.

Bądź wyprostowana, pierś do przodu, głowa do góry. I wyglądaj jak manekin na wystawie albo zadufana w sobie lala. Może trochę przesadzam, ale tutaj mamy do czynienia z podobną sytuacją, jak w poprzedniej radzie. Mowa ciała i wszelkie sygnały niewerbalne to nie jest coś, w czym warto grzebać. Trochę o tym wiem, bo robiłam artykuł naukowy na ten temat. Mamy tu do czynienia z popularnym mitem – pracuj nad mową ciała, to staniesz się pewny siebie. Tymczasem ten ciąg przyczynowo-skutkowy wygląda odwrotnie, to nasze gesty i postawa się zmieniają wraz z wzrostem samooceny. Zaobserwowałam to też po sobie. I mogę wam zagwarantować, że sztuczne, kontrolowane odruchy działają raczej na niekorzyść, bo są do wychwycenia. A nie da się w pełni zapanować nad mową niewerbalną, więc pod warstewką pozorowanych sygnałów kryją się te, które ukazują faktyczną niepewność.

4. Wiadomo!

Tutaj jest mowa o przyjmowaniu komplementów. Zamiast zaprzeczać, peszyć się lub – co chyba najgorsze – udawać fałszywą skromność, powinniśmy uśmiechnąć się i podziękować. To jest pierwsza rada, z którą się zgadzam, bo jako naród mamy zakorzenioną skłonność do odrzucania miłych słów na nasz temat i równie oszczędnie je dawkujemy. Nie chcę tutaj powielać stereotypów ani w żadnym razie ksenofobii, ale tak po prostu jest, kiedy się patrzy na ogół Polaków. W jednym z filmów Krzysztof Gonciarz, którego bardzo cenię, porównał Polaków i Amerykanów podczas śpiewania im „Sto lat”. Polak uciekał wzrokiem i błądził nim gdzieś dookoła, uśmiechając się wstydliwie. Amerykanin dumnie prężył się i pokazywał na siebie, zdając się mówić „tak, to na moją cześć śpiewają!” I to wydaje się być podsumowaniem tego punktu.

5. Sama natura.

„Jakkolwiek banalnie to brzmi – bądź sobą!” Zgadzam się. To brzmi strasznie banalnie. Jak można wymagać, żeby ktoś nas polubił, skoro pokazujemy mu kogoś, kim nie jesteśmy? Jak mamy czuć się dobrze sami ze sobą, kiedy siebie nie akceptujemy i uważamy, że jako ktoś inny zyskamy więcej? Wydaje mi się to oczywiste i znów, jak w przypadku pierwszego punktu, dziwię się, że takie rzeczy trzeba wyszczególnić. To jest pierwszy krok do zyskania pewności siebie, do osiągnięcia sukcesu. A że nie jest to takie proste… to już inna sprawa.

6. Wyróżniaj się!

Kolejna oczywistość. W tym punkcie autor(ka) radzi, żeby zrobić zwariowany manicure w poziomki (no faktycznie, szaleństwo…) lub zafarbować włosy na różowo (no tutaj już to jest pewien akt odwagi). Generalnie wiąże się to z punktem wyżej, jeśli będziemy mieć opory przed byciem sobą i wyglądaniem tak, jak chcemy oraz panicznie będziemy bać się opinii innych, to jak mamy siebie polubić? Po pierwsze banał, po drugie w zasadzie lekkie rozwinięcie poprzedniej rady.

freelancer

7. Broń kobieca.

Tutaj każą nam emanować kobiecością. Świetna rzecz, dla kogoś, kto lubi tak się czuć i wyglądać. Dla wielu osób może być to zapędzeniem się w pułapkę udawania kogoś, kim się nie jest. W ogóle nie rozumiem, dlaczego taki punkt jest na liście. Tłumaczy go jedynie fakt, że jest w typowo kobiecym magazynie. Mam nadzieję, że nie ma kogoś, kto ślepo uwierzy w tę listę. Inaczej ta kobieta dałaby sobie wmówić, że dopóki nie nosi kwiecistych sukienek i obcasów, nie ma loków do pasa i wytuszowanych rzęs, to nie osiągnie sukcesu. Widzicie tę hipokryzję?

8. Jedna na milion.

„Porównywanie jest ok, dopóki nie budzi w Tobie frustracji”. Jak dotąd drugi sensowny punkt w całym zestawieniu. Dalej jest napisane o tym, że powinno to budzić motywację i z tym się zgadzam w 100%. Zamiast patrzeć na czyjeś sukcesy z zawiścią, lepiej pomyśleć „hej, skoro ona może, to ja też!” i brać się do roboty!

9. Skacz na głęboką wodę!

„Przezwycięż strach i zaryzykuj!” Raczej się z tym zgadzam, ale uznaję to za kolejny banał, powtarzany i oklepany od lat. Ale faktycznie, warto się odważyć na coś, o czym od dawna marzymy. Szkoda, że rada niby ogólna, ale odnosi się raczej do pojedyńczego zdarzenia, np. skoku ze spadochronem. Autor(ka) zachęca nas do porzucenia kalkulacji i analiz. O ile w przypadku takich jednorazowych akcji ma to swój sens, o tyle dla osób, które planują większe przemeblowanie w życiu jednak nie jest aż tak wskazane.

Warto zaryzykować, ale trzeba przy tym mierzyć zamiary na siły. Nie będziesz graczem NBA, jeśli masz metr sześćdziesiąt, dlatego nie rzucaj pracy i nie wyjeżdżaj za ostatnie pieniądze do LA, bo chcesz spróbować to spełnić. Może przykład głupi, ale obrazuje to, o co mi chodziło – nie zniechęcam do radykalnych zmian, sama jestem wręcz ich zwolenniczką, zwłaszcza jeśli ktoś nie jest zadowolony z dotychczasowego życia. Ale nawet pogoń za marzeniami musi mieć ręce i nogi. Albo przynajmniej ręce.

10. Mamy to w nosie.

Przewrotny tytuł kryje nieco rozczarowujące wnętrze. Rada zaczyna się dość fajnie – mówi o tym, że nasz obraz jest odbierany wszystkimi zmysłami, dlatego zapach jest ważny. Na tym powinna się skończyć. Ale niestety, jest ciąg dalszy. Autor(ka) radzi, żeby dobrać mocne i intrygujące perfumy, jeśli chce być się kojarzonym z osobą silną blablabla. Hipokryzja w najczystszej postaci. Po pierwsze, nasz zapach to element mowy ciała i owszem, prawdą jest, że wpływa na to, jak inni nas postrzegają, ale wspomniałam wyżej, że lepiej z tym nie majstrować. Nasza podświadomość sama działa w kwestii zapachu. Intuicyjnie dobieramy taki, żeby nas reprezentował. Po drugie, samo narzucanie komuś, jak ma pachnieć, jest zaprzeczeniem dla całego artykułu. Przecież w tylu punktach wyżej podkreślone zostało, że należy być sobą, żeby się zaakceptować, a tu nagle taki klops. Spokojnie. Nie musisz dusić się wdychając własne, ale na siłę dobrane perfumy – robiąc tak dusiłbyś się samym sobą.

11. Zachwyć sama siebie.

Fajnie brzmi, co nie? A tutaj autor(ka) radzi, żeby unikać niedobranego stroju do okazji… wybierając małą czarną. Nawet nie wiem, jak to skomentować. Może po prostu wymienię punkty, którym to zaprzecza: 5, 6, 8, 9. Poza tym, asekurując się w ten sposób, wracamy do myślenia „a co inni powiedzą?” I po co cały ten artykuł?

freelancer

12. W blasku fleszy.

Punkt zachęca do sesji zdjęciowej z przyjaciółkami. Moim zdaniem, słaby pomysł. Ja osobiście wtedy pewnie złamałabym punkt 8, bo porównywanie się do koleżanek przyniosłoby mi wtedy frustrację, zazdrość i łzy. Sądzę, że nie tylko ja bym to tak odebrała. To nie jest opcja na poprawienie pewności siebie. Jeśli już jakieś zdjęcia, to tylko Twoje. Wtedy unikniesz myślenia, kto wyszedł na nich lepiej, kto się ładniej ustawił, przy kim wyglądasz źle… Ale to również nie jest pomysł dla osób, które bardzo nie lubią swojego wyglądu. W końcu skoro się sobie nie podobają, to oglądanie zdjęć raczej będzie nieprzyjemne i denerwujące. W każdym razie, ja tak się czułam, kiedy dawałam się namówić na tego typu sesje, czy ze znajomymi, czy solo. Może komuś to pomoże, ale nie wszystkim, niektórym może zaszkodzić. Dlatego zdecydowanie nie jest to uniwersalna porada, a zatem w tej formie nie powinno jej być na liście.

13. Bądź jak gwiazda.

Przytoczenie diastemy Georgii Jagger czy krzywych nóg Kate Moss. Faktycznie, dość dobra rada. Przyjrzenie się znanym osobom, które zrobiły swój znak firmowy z niedoskonałości może być budujące. Tylko nie należy zapominać, że one są na tyle pewne siebie, że nie muszą ich ukrywać, ale osoby z niską samooceną lepiej niech nie zaczynają od ekspozycji swoich niedociągnięć. Chorobliwe maskowanie kompleksów nie jest niczym dobrym i często wręcz zwraca na nie uwagę innych, ale ich wystawienie na widok publiczny może zaszkodzić choćby własnemu samopoczuciu. Zaakceptowanie niedoskonałości jest ważne, ale to wystarczy, żeby móc siebie samego polubić. Lepiej eksponować zalety wyglądu, które same w sobie zakryją mniej udane jego aspekty.

14. OMMMMM…

Co…? Już tłumaczę. Kiedy jesteś stremowany, weź głęboki wdech. Pewnie pierwszy raz o tym słyszysz i w życiu byś na to nie wpadł, prawda…?

15. Zachoruj na uśmiech.

Tutaj chodzi o to, żeby śmiać się. Po prostu. Zażartować i „nie bać się porażki”. Zakwalifkowałam do banału, bo wiadomo, że stres najlepiej rozładować uśmiechem, a dobry dowcip może rozluźnić najbardziej napiętą atmosferę i według mnie to raczej nie jest żadna tajemna wiedza. Ale trochę też kusiła mnie „bzdura”. Dlaczego?

Wracamy tutaj do mowy ciała. Radość powinna być naturalną reakcją i kontrolowanie jej w nadmiarze nie jest niczym dobrym. Wybuchanie sztucznym śmiechem i sypanie sucharami co chwilę, jeśli tak naprawdę żaden z nas mistrz dowcipu, może bardziej działać na szkodę zarówno naszego wizerunku, jak i samopoczucia. To wszystko musi przychodzić odruchowo, samoistnie. Ale być może chodziło o to, że często powstrzymujemy się od śmiechu w towarzystwie, żeby nie wyjść na idiotów, bo co ktoś tam pomyśli itd. I dlatego ostatecznie wybrałam „banał”. Bo to po prostu oczywiste i było już zawarte w poprzednich punktach – należy być sobą, nie ma co tego tak rozdrabniać.

freelancer

16. Ćwicz.

No, teoretycznie dobra rada. Ćwiczenia poprawiają samopoczucie i wygląd, a także zdrowie w ogóle. To jest jednak dość delikatna kwestia, ponieważ wiele osób się najzwyczajniej w świecie wstydzi lub nie potrafi dobrać sobie dyscypliny adekwatnej do możliwości. Dlatego brakuje mi rozwinięcia trochę tej rady, bo ważne jest zaznaczenie tego, że każdy powinien znaleźć sport i miejsce do uprawiania go zgodnie z własnymi potrzebami. Takie ogólne rzucenie „zacznij ćwiczyć” jest trochę niejasne dla kogoś, kto nie bardzo miał z tym styczność. I przez to wybierze opcję nieodpowiednią dla siebie – np. pójdzie na siłownię, chociaż krępują go ćwiczenia przy innych albo zacznie biegać, czego nienawidzi. A przecież można robić tyle fajnych rzeczy, w domu, poza domem, na dworze, na siłowni, samemu, z przyjaciółką lub z obcymi ludźmi… Możliwości jest wiele i ważne, żeby znaleźć tę najlepszą dla siebie. Tego mi zabrakło, ale w sumie rada dobra.

17. Ostatnie słowo.

Dziwny tytuł. Ale chodzi o to, żeby mieć własne zdanie. Wpadlibyście na to po samej nazwie punktu? Ja niekoniecznie. „Jeśli wiesz, że masz rację, stawiaj na swoim…” fantastycznie to brzmi. Chociaż zgadzam się z tym, że warto mieć swoje opinie, poglądy i się ich nie wstydzić, to mimo wszystko punkt oznaczam jako „bzdura”. A dlaczego? Ponieważ jest strasznie nieprecyzyjny i bardzo mnie to ukłuło. Nienawidzę osób, które robią z siebie ekspertów w każdej dziedzinie, tymczasem takie sformułowanie rady do tego zachęca. I zacytowany fragment, gwóźdź do trumny, nakazuje stawiać na swoim, ale tylko na podstawie przekonania, co do słuszności głoszonej teorii.

Po pierwsze, opinię można sobie wyrobić o wszystkim, ale jej głoszenie już powinno być poparte jakąś wiedzą w danym zakresie. Na przykład ja, wbrew pozorom, nie dementuję sobie tych punktów ot tak, bo ja mam inne zdanie. Każde stwierdzenie staram się uzasadnić.

Po drugie i najważniejsze – nie ma jednej uniwersalnej racji. Dlatego, jeśli ktoś zarzuci mi, że się mylę i będzie w stanie to sensownie uargumentować, to nie zamierzam się upierać przy swoim, tylko wziąć pod uwagę, że ten ktoś też ma swoją rację. Ta rada właśnie podkreśla hipokryzję wielu osób – z jednej strony miej swoje zdanie, z drugiej strony zabraniaj tego innym. Bo tylko Ty masz słuszność w tym, co mówisz. Moja racja jest dobra, bo jest moja. Koniec. Kropka.

18. Jesteś sexy.

Wbrew pozorom, punkt nie mówi o tym, żeby poczuć się dobrze we własnym ciele. Jest o… bieliźnie. Autor(ka) gwarantuje, że seksowna bielizna doda Ci pewności siebie. Pewnie, na pewno będę czuła się komfortowo z majtkami wrzynającymi się w różne miejsca ciała. Może komuś faktycznie to pomoże, chociaż trochę to bez większego sensu, bo tylko ta osoba będzie mieć świadomość, że zamiast bawełnianych fig z Tesco ma na sobie koronkowe stringi z Victoria’s Secret. No ale okej, psychologiczny chwyt. Natomiast ja wolę mieć na sobie ubrania wygodne, aniżeli seksowne.

Po pierwsze – bo skoro mam niską samoocenę, to średnio chciałabym eksponować wdzięki w kuszących ciuszkach.

Po drugie – bo komu miałabym je pokazywać na przykład w autobusie?

A po trzecie – uwierające majtki raczej nie poprawią mi samopoczucia w otoczeniu innych, a zatem średnio wpłyną na pewność siebie. Trochę to zaprzecza radom typu „bądź sobą”, „ubieraj się tak, jak chcesz”. No ale to tylko moje zdanie.

19. Hello sunshine!

Rada, żeby nie narzekać. Bo pozytywni ludzie przyciągną innych. Z jednej strony banał jak się patrzy, poza tym rozwinięcie poprzednich porad np. tej o uśmiechu. Z drugiej strony nadmierny, a przede wszystkim kontrolowany i sztuczny entuzjazm, jaki autor(ka) sugeruje to… ech, pisałam już tyle o tej mowie ciała, podczepcie to sobie do poprzednich moich stwierdzeń w tym temacie.

20. Czym się zajmujesz?

No i tutaj mamy radę, żeby znaleźć sobie hobby. Banał, bez rozwijania. Poza tym autor(ka) mówi, że to przyciąga innych. Może i racja, ale przede wszystkim trzeba to robić dla siebie, autentycznie i z pasji. Dopiero wtedy możemy po pierwsze czuć się sobą, a po drugie stanowić inspirację. Szukanie sobie zajęcia na siłę lub robienie czegoś „bo modne”, „bo zwrócę tym na siebie uwagę” przyniesie raczej frustrację i zmarnuje sporo czasu.

21. Jak na talerzu.

„Bądź szczera i mów otwarcie, co czujesz!”

Po pierwsze, banał.

Po drugie, było już w kilku wcześniejszych punktach.

Po trzecie, trzeba pamiętać o pewnym wyczuciu, bo klepanie co ślina na język przyniesie raczej nie pomoże w znalezieniu przyjaciół, a do tego odnosi się ten punkt.

Po czwarte, zawarty jest tam przykład, zacytuję: „Podoba Ci się chłopak ze służbowej stołówki? Daj mu znać jakimś małym gestem (patrz zdjęcie – na zdjęciu talerz z kanapką w kształcie serca, filiżanką kawy i uśmiechem z keczupu), że jesteś nim zainteresowana.”

Pomijając sformułowanie tego jak dla nastolatki podrywającej kolegę ze szkoły, to mimo wszystko należałoby zachować pewien rozsądek w tej kwestii. Spontaniczność jest fajna, a zaryzykowanie może się opłacić – o tym w sumie już było. Gorzej, jeżeli ten „chłopak” ma narzeczoną i planuje ślub, a Ty zamiast się wcześniej „wywiedzieć”, walniesz prosto z mostu deklaracją miłosną. Osoba pewna siebie jakoś to przełknie i pójdzie dalej. No ale to jest artykuł skierowany do tych, którzy dopiero nad tym pracują. I takim aktem… no w sumie głupoty można się jeszcze bardziej zamknąć w sobie, a najchętniej zapaść pod ziemię, a poza tym społeczny ostracyzm i wyśmiewanie także słabo wpływają na samoocenę. Dlatego miej własne zdanie i je wyrażaj – hej, taki punkt już był! – odważ się mówić o uczuciach, ale nie zapominaj o ociupince rozsądku. Na takie stuprocentowe ryzyko mogą sobie pozwolić tylko ludzie z niezachwianą pewnością siebie.

22. Kurs językowy.

Wbrew pozorom, nie chodzi o lekcje angielskiego. Autor(ka) zachęca do naśladowania Krystyny Czubówny. Ten ostatni punkt mnie załamał. Lektorski głos jest atutem… jeśli jesteś akurat lektorem. Ewentualnie przy czytaniu bajek na dobranoc. Nawet pani Czubówna w życiu prywatnym nie mówi w ten hipnotyzujący sposób. Zresztą spróbujmy sobie wyobrazić rozmówcę, który tak z nami rozmawia. Pomijając już wspomniane przeze mnie aspekty związane z eksperymentami nad mową ciała – tak, oczywiście głos i jego modulacja też się do tego zalicza – to zwyczajnie można wprawić innych w dyskomfort mówiąc do niego powoli, z nienaganną dykcją i takim właśnie uspokajającym tonem. Od biedy można by uznać, że taki kurs poprawi pewność siebie. Ale rada odnosi się do relacji międzyludzkich. Tutaj raczej nie zda to egzaminu.

freelancer

 

No to podsumujmy…

Na 22 porady raptem 4 były warte wspomnienia ich na takiej liście. Reszta to, według mnie przynajmniej, oczywiste oczywistości lub wierutne brednie. Takich zestawień tworzy się dość sporo, ale ja się pytam – dlaczego? Skoro połowa informacji jest powszechnie znana, a znaczna część z tych punktów mogłaby się zamknąć w jednym ogólnym. Najgorsze jest to, że część z nich zaprzecza sobie nawzajem, a nawet samemu pojęciu „pewności siebie”. Bardzo wiele  z nich jest też źle sformułowanych lub nie do końca rozwiniętych. I takie informacje przekazuje się ludziom, a jeśli ktoś ufa danemu źródłu, to się do nich zastosuje. I zrobi sobie niedźwiedzią przysługę.

Po co napisałam ten wpis? Cóż, nawet jeśli nie przeczytaliście tej listy w magazynie JOY, to większość z tych punktów to dość popularne mity krążące w internecie pod hasłem „zyskaj pewność siebie!”. Dużo z nich tyczy się mowy ciała, która akurat jest mi dość bliska, a o której przekazuje się powszechnie bardzo wiele nieprawdziwych informacji. Można powiedzieć, że również stworzyłam własną listę porad, które autentycznie pomogą wam w pracy nad samooceną. Nie zabrałam się za to całkowicie od czapy. Sporą część wiedzy mam z doświadczenia, bo jak wspomniałam, sama borykam się z problemami odnośnie samoakceptacji. Zachęcam was do spojrzenia chłodnym okiem na te punkty, wtedy zrozumiecie, dlaczego tak wiele oznaczyłam jako banał.

No i jeśli macie jakieś uwagi lub własne, sprawdzone rady w tej dziedzinie, to zapraszam do dyskusji w komentarzach!

 

 

 

 

Początkujący Freelancer cz. 3: Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?

Porozmawiajmy o pieniądzach. Temat dla niektórych niewygodny, dla innych wręcz fascynujący, ale nie da się ukryć, że każdego z nas dotyczy. Szczególnie mówiąc o pracy trudno go przemilczeć lub pominąć. Postaram się podejść do niego obiektywnie, bo ten post ma być dla wszystkich źródłem kilku informacji, chociaż ostrzegam lojalnie, że powołam się na własny przykład.

 

Cykl „Początkujący Freelancer”:

  1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
  2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
  3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
  4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
  5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów

 

freelancer

Zacznę od odpowiedzi na niektóre z pytań, jakie mogą nurtować osoby niezwiązane z freelancingiem. Pewnie głównie takie, które planują zacząć pracę wolnego strzelca, ale wydaje mi się, że nie tylko.

W drugiej części wpisu natomiast opowiem o procesie wypłacania zarobionych środków z dwóch dużych portali – freelancer.com oraz upwork.com.

 

Początkujący freelancer kontra pieniądze – tendencyjny zbiór pytań.

Czy na początku wszystkie zlecenia będą za tak zwany „psi grosz”?

Wszystkie niekoniecznie. Być może mój nagłówek może być mylący w tej kwestii. Niby ironiczny, niby nieco słownej karykatury postaci mojej jako nowicjusza w kwestii freelancingu. No ale ciężko zaprzeczać – powiela pewien stereotyp, jaki może krążyć w Twojej podświadomości, a nawet jeśli nie, to gdzieś tam sobie jest w świecie. Nie będę tutaj się rozpisywać, bo swoje przykładowe stawki za poszczególne prace opisałam w części 2. Jak widać – można już na samym początku złapać dobrze płatne zlecenia i mieć stosunkowo niezłe zarobki. Musisz się jednak liczyć z tym, że budując swoją markę nie będziesz miał samych wysokobudżetowych ofert. Klika prac pewnie wykonasz za niewielkie pieniądze, ale potraktuj je jako budowę portfolio i swojej renomy. Nie oznacza to oczywiście, że masz maksymalnie zaniżać stawki lub godzić się na skrajnie nieadekwatne wynagrodzenie! To częsty błąd początkujących i rzutuje na ich późniejszą karierę. Poza tym tego typu zlecenia powinny być raczej uzupełnieniem do poważniejszych ofert czy wykorzystaniem czasu podczas ich poszukiwania, także nie pozwól, aby zdominowały Twoją pracę freelancera. Trochę determinacji i odrobinka szczęścia, a nawet jako nowicjusz możesz przyzwoicie zarabiać.

Czy da się utrzymać z pracy freelancera? Szczególnie bez doświadczenia.

Trochę już na to odpowiedziałam powyżej. Nie jest to niemożliwe. Trzeba się jednak w pełni w to zaangażować, wiedzieć, gdzie szukać dobrych zleceń i jak zwiększyć prawdopodobieństwo otrzymania fajnej, dobrze płatnej pracy. Trochę o moich radach w tej kwestii wspomnę w części piątej. Nie można też przeładować się ofertami „do portfolio”, o których wspomniałam wyżej, bo wtedy zwyczajnie nie ma czasu na poważniejsze zadania. Dlatego nie wpadaj w panikę „muszę brać każde zlecenie, nawet jak za małą kwotę, inaczej będę obgryzać tynk ze ściany”. Nie będziesz, jeśli naprawdę się zaangażujesz. Wtedy możesz dość szybko osiągnąć wystarczające zarobki do utrzymania. Spokojnie znajdziesz przynajmniej ze dwie wysokoudżetowe prace na miesiąc, a być może któraś zaowocuje dłuższą współpracą i stałym dochodem.

Czy łatwo o stałego klienta, czy pierwsze miesiące ograniczą się do jednorazowych zleceń?

I znów – wyżej jest swego rodzaju odpowiedź, ale ją rozwinę. Jest to bardzo prawdopodobne, jeśli oczywiście komuś na tym zależy. Można sobie radzić i bez tego. Wielu osobom jednak zależy na stałym źródle dochodów, także spokojnie, nie jest to trudne do osiągnięcia. Na stronach dla freelancerów co drugie ogłoszenie niemal zawiera informację „możliwość nawiązania stałej współpracy”. Jest to też dobra opcja do przenoszenia pracy poza portale i stopniowego uniezależnienia się od ich pośrednictwa. Łatwiej wtedy się na to zdecydować, bo już znamy klienta, można mu zaufać. Żeby zobrazować i potwierdzić moje słowa najprościej będzie mi znów posłużyć się własnym przykładem. 3 z 5 moich zleceń zaowocowało propozycją współpracy. Chyba lepiej się tego potwierdzić już nie da.

Kiedy pojawią się pierwsze pieniądze? A kiedy będą to już poważne sumy?

Od razu. Odpowiedź dotyczy obu pytań. Mówię oczywiście o osobie faktycznie zaangażowanej i poważnie traktującej tę pracę. Twoje zarobki mogą szybko stać się zadowalające, jeśli odpowiednio do tego podejdziesz. Nie będę już tego rozwijać, bo wcześniej trochę wyczerpałam temat.

Czy nie wyceniam się za nisko lub za wysoko?

Łatwo mieć wątpliwości. Dla każdego jest to sprawa indywidualna i zależy od wielu czynników. Dlatego nie sugeruj się stawkami innych – owszem, przejrzenie rynku i zbadanie konkurencji może cię nakierować. Nie podchodź do tego jednak na zasadzie „kurde, dwóch studentów bierze 10 zł mniej, a trzech Pakistańczyków nawet 20 zł mniej, chyba się przeceniam”. Staraj się porównywać do osób w podobnej sytuacji. W tym celu odpowiedz sobie na pytania:

  • Czy są to dla Ciebie podstawowe zarobki czy dodatkowa forma dorobienia do wypłaty?
  • Jeśli jest to główna forma dochodu – ile potrzebujesz na standardowe utrzymanie siebie i rodziny?
  • Jakie koszty ponosisz, żeby osiągnąć zysk?
  • Czy masz wcześniejsze doświadczenie (np. z pracy na etacie), kierunkowe wykształcenie, certyfikaty?

Teraz możesz po pierwsze stosownie ocenić sytuację na swoim rynku odnosząc się do swojego położenia. Zarobki studenta, który ma tylko siebie na utrzymaniu i znikome doświadczenie w danej dziedzinie oraz osoby z wykształceniem, kilkuletnim stażem w branży, dodatkowo utrzymującej dwójkę dzieci powinny się różnić. Ich porównanie jest nieadekwatne. Po drugie, odpowiadając na te pytania łatwiej wyliczyć ci indywidualną stawkę, którą określ sobie dla ułatwienia negocjacji z klientem. Nie trzymaj się jej sztywno, bo być może warto czasem trochę ją zmniejszyć dla konkretnego projektu i nie spowoduje to dużej straty. Nie pozwól jednak nikomu jej skrajnie zaniżyć – musisz znać swoją wartość.

 

Podsumowując.

Mniej lub bardziej bystry czytelnik dostrzeże, że mogłam śmiało zamknąć to w maksymalnie dwóch pytaniach, bo odpowiedzi się pokrywały nawzajem. Po co to tak rozłożyłam na czynniki pierwsze? Pewnie, żeby dołożyć treści i sztucznie rozdmuchać post, prawda? Nie do końca. Wszystkie one pojawiają się w mniej więcej takiej formie osobno, pomimo tego, że mają podobne wyjaśnienie. Okazuje się, że wcale nie jest to tak skomplikowane zagadnienie, jak często się wydaje. Chciałam w ten sposób zwrócić na to uwagę i trochę uprościć sprawę. Mam nadzieję, że mi się udało przynajmniej w pewnym stopniu, ale jeśli masz inne pytanie lub wątpliwość, to śmiało, postaram się pomóc.

 

zarobki

 

Zarobki oraz wypłacanie ich z Freelancer.com i Upwork.com – porównanie.

Przejdźmy do drugiej części posta. W tabeli zawarłam porównanie procesu otrzymania pieniędzy na wymienionych portalach.

Kilka wyjaśnień:

  • metody otrzymywania płatności wymieniłam wszystkie, ale opisałam dwie najbardziej popularne – przelew i PayPal
  • pory wypuszczania przelewów na Freelancer.com są podane na stronie w odniesieniu do stref czasowych Sydney i Nowego Jorku, ale ja je przeliczyłam na nasz czas
  • na Upwork.com niektóre banki nie są obsługiwane – m.in. mój Nest Bank
  • opisane warunki przelewu na Freelancer.com dotyczą Express Withdrawal – dostępnego w nielicznych krajach, ale o dziwo w Polsce też
  • droższe abonamenty na Freelancer.com to Professional i Premier, natomiast pozostałe warunki dotyczą kont darmowych, Intro, Basic i Plus
PortalFreelancer.comUpwork.com
rekomendowana opcja rozliczeniaprzelew na konto bankoweprzelew na konto bankowe (nie wszystkie banki są obsługiwane)
alternatywne metody rozliczeniaPayPal, Skrill, karta debetowa zarządzana przez PayoneerPayPal, Payoneer, M-Pesa
prowizja od zlecenianaliczana z prywatnych funduszy (połączonego środka płatniczego) po otrzymaniu zlecenia odliczana od zapłaty po zakończeniu zlecenia
wysokość prowizji od zleceniafixed price: 10% kwoty lub 15zł (w zależności, która kwota jest wyższa)
hourly: 10% kwoty
2.75% zarobionej kwoty
ponadto serwis odlicza podatek VAT (obowiązkowo należy podać informację podatkową przed pierwszą wypłatą)
czas oczekiwania na dostępność środków - hourly work48h - w poniedziałek pobierana jest od klienta zapłata, w środę jest dostępnatydzień 1 - praca
tydzień 2 - akceptacja poprzedniego tygodnia przez klienta i uwolnienie płatności
tydzień 3 - w środę środki są dostępne
czas oczekiwania na dostępność środków - fixed pricepo wypuszczeniu płatności przez klienta jest ona dostępna na koncie5 dni ochronnych
możliwość wypłaty zaliczki (milestone)od razu po uwolnieniu zaliczki przez klienta.po zaakceptowaniu przez klienta następuje 5 dni okresu ochronnego dla danej kwoty
okres ochronny podczas dodania środka płatniczegobrak - można od razu zlecić wypłatę środków3 dni bez możliwości użycia dodanego środka
okres ochronny dla pierwszej wypłaty15 dni opóźnienia pierwszej wypłatybrak
wypuszczenie płatności bankowejbrak dla droższych abonamentów, pozostałe konta:
dwa razy w tygodniu:
1) zgłoszone do godziny 23 w niedzielę - sesja w poniedziałek
2) zgłoszone do 23 w środę - sesja w czwartek
codziennie o godz. 12 UTC (za wyjątkiem dni wolnych w USA)
czas przetworzenia transakcjiprzelew na konto: 2-3 dni robocze
PayPal: w przeciągu dnia
przelew na konto: maksymalnie 4 dni robocze
PayPal: do 24h, zwykle natychmiastowo
minimalna kwota wypłaty30$1$ (w większości przypadków)
opłatybrakprzelew na konto - 0.99$ + prowizje banku (np. przewalutowanie)
pozostałe metody - 2$ + prowizje zewnętrzne
automatyczny harmonogram wypłatbrakdo ustawienia

Jak widać oba systemy mają swoje wady i zalety. Postarałam się zebrać najważniejsze informacje o każdym z nich. Dzięki temu możesz je porównać, ale też znaleźć w jednym miejscu. Na stronach te dane są dość porozrzucane i łatwo się zagubić. Poza tym, o ile Upwork.com skupia osoby mówiące po angielsku, bo nie ma polskiej wersji, o tyle Freelancer.com teoretycznie posiada takową, ale praktycznie i tak jest w połowie po angielsku, szczególnie support. Dlatego tym bardziej warto zapoznać się z tabelką, jeśli niektóre pojęcia były dla Ciebie niezrozumiałe.

 

freelancer

 

I to by było na tyle w kwestii zarobków.

Myślę, że ten wpis jest dość wyczerpujący i odpowie na pytania większości osób, zarówno ogólne, jak i dotyczące popularnych serwisów. Jeśli jednak coś pominęłam, coś wydaje Ci się niejasne lub masz wątpliwości – służę pomocą, napisz w komentarzu!

 

Początkujący Freelancer cz. 2: Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.

Kolejny wpis z serii porad dla początkujących Freelancerów. Dzisiaj zajmiemy się przykładami zleceń, jakie może dostać nowy użytkownik większości portali, osoba generalnie bez doświadczenia. Czy w ogóle ma szanse na oferty? Pewnie, że tak!

Wszystkie wymienione tutaj propozycje opiszę całościowo, a zatem łącznie z kontaktem między pracownikiem a zleceniodawcą, problemami, jakie wystąpiły, czasem na wykonanie w porównaniu do realnej szybkości wykonania… i tak dalej. Przykłady pochodzą z mojego doświadczenia, a więc pamiętaj, że możesz mieć zupełnie inne oferty – to nadal tylko przykłady.

Cykl „Początkujący Freelancer”:

  1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
  2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
  3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
  4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
  5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów.

 

freelancer

ZLECENIE NUMER 1 – UPWORK.COM

Swoją pierwszą pracę znalazłam właśnie na tym portalu – opinię o nim możecie znaleźć w poprzedniej części.

Co pomogło mi dostać zlecenie?

Chyba późna pora – była gdzieś 4 nad ranem, a klient potrzebował pilnego wykonania pracy.

Na czym polegało moje zadanie?

Krótkie przetłumaczenie opisu gry ze sklepu google play – z angielskiego na polski. Głównie miałam pilnować tego, żeby tekst był autentyczny, użyć trochę slangu, ale zadbać też o jego ogólną zrozumiałość.

Jak dużo miałam do zrobienia?

Opis mieścił się w kilku rubryczkach tabeli na jednej stronie A4.

Ile czasu dostałam na wykonanie?

Dwie godziny.

Ile tak naprawdę mi zajęło skończenie?

Jakieś pół godziny, ale dałam sobie jeszcze piętnaście minut na spokojne przeczytanie tekstu i sprawdzenie, czy wszystko jest dobrze.

Jaka była zapłata za pracę?

6$. Po odliczeniu prowizji zostało mi dokładnie 4.52$. W przeliczeniu na złotówki coś koło 16-18 zł.

Co mogę powiedzieć o pracodawcy?

Bardzo mnie polubił. Do tego stopnia, że poprosił o mój skype i zaprosił mnie na Facebooku. Ja tylko przypilnowałam wystawienia mi oceny na profilu i zapłaty – od razu przelał pieniądze – a potem grzecznie olałam pana.

Ogólne podsumowanie i ocena.

Jak na pierwsze zlecenie było dość dobrze. Oferta szybka i przyjemna, może na okładkę Forbesa mnie nie zawiodła, ale przełamała pewną barierę. Zresztą, prawie 20zł za pół godziny pracy to i tak bardzo dobrze, jak na nasze realia. Poza tym, zapewniła mi ocenę na profilu, co dodało mi sporo wiarygodności w oczach następnych zleceniodwców. Dzisiaj też przyjęłabym podobne zlecenie, gdybym je dostała akurat wtedy, kiedy mam wolną chwilę.

 

 

ZLECENIE NUMER 2 – UPWORK.COM

Praktycznie rzutem na taśmę dostałam poważniejsze zadanie z dłuższym czasem wykonania, no i za kilkukrotnie większą sumkę.

Co pomogło mi dostać zlecenie?

Sama nie wiem. Klientka napisała do mnie wiadomość, że już ma kogoś do tej pracy, ale moja aplikacja tak jej się spodobała, że postanowiła mnie też zatrudnić. Chyba po prostu trafiłam z umiejętnościami.

Na czym polegało moje zadanie?

Miałam do napisania artykuł na stronę internetową na temat mowy ciała zawierający m.in. sygnały do rozpoznania kłamcy lub romantycznego zainteresowania. Oczywiście, jak to na upwork.com przystało, w języku angielskim.

Jak dużo miałam do zrobienia?

Musiałam napisać tekst na około 10 000 wyrazów.

Ile czasu dostałam na wykonanie?

Tydzień, chyba równo, o ile dobrze pamiętam.

Ile tak naprawdę mi zajęło skończenie?

Oddałam na dzień przed terminem – niecałe 6 dni.

Jaka była zapłata za pracę?

100$. Po odliczeniu prowizji zostało mi 75.40$. Przeliczając – ok. 400zł, dostałam jakieś 320zł.

Co mogę powiedzieć o pracodawcy?

Pani po powierzeniu mi zadania zamilkła. Nawet po oddaniu przeze mnie pracy nie napisała ani słowa – nie skomentowała jej, nie zaaprobowała, no nic. Praktycznie od razu zapłaciła, nie było mowy, żeby zdążyła chociaż przejrzeć artykuł. Wystawiła też pozytywną opinię. Cóż, ja nie narzekam.

Ogólne podsumowanie i ocena.

Musiałam zrobić dość spory research do tego zadania. Chociaż coś tam o mowie ciała wiedziałam, to jednak pisanie tego po angielsku było nieco bardziej wymagające. Generalnie jednak pasowało mi to zlecenie – odnalazłam się w tematyce, klientka niewymagająca, a zapłata całkiem dobra. To był kolejny przełom dla mnie i pierwsza pozycja w portfolio, którą dumnie pokazuję na portalach.

 

 

ZLECENIE NUMER 3 – FREELANCER.PL I EMAIL

Jedyna jak dotąd udana współpraca znaleziona na tym portalu, chociaż później przeniosła się na email.

Co pomogło mi dostać zlecenie?

Zdecydowanie późna godzina, było koło pierwszej w nocy, a ja trafiłam na ogłoszenie po polsku, które pojawiło się przed chwilą. Kto pierwszy ten lepszy.

Na czym polegało moje zadanie?

Na początku miałam napisać dość sporo tekstów, każdy w języku angielskim. Miały one ułatwić pozycjonowanie strony. Przedłużeniem współpracy była oferta uzupełnienia strony internetowej – edycja istniejących pozycji oraz dopisanie własnych.

Jak dużo miałam do zrobienia?

40 tekstów po 2000 znaków, później uzupełnienie kilkunastu zakładek na stronie.

Ile czasu dostałam na wykonanie?

Oj dość sporo, akurat czas był rozciągliwy. Oficjalnie tydzień na pierwszą część i tydzień na drugą.

Ile tak naprawdę mi zajęło skończenie?

Pierwsze zadanie 10 dni, drugie jakieś 8 chyba.

Jaka była zapłata za pracę?

Teksty były rozliczane jeszcze na portalu – początkowo miało być 500zł, ale dostałam bonus za pracę i wyszło 600zł. Po odliczeniu prowizji zostało 540 zł.

Za stronę internetową dostałam już bez pośredników 350zł.

Łącznie 950zł, z czego 890zł na czysto.

Co mogę powiedzieć o pracodawcy?

Pan był bardzo sympatyczny i można było się z nim w różnych kwestiach spokojnie dogadać. Początkowo trochę nieufnie odpisywałam mu na emailu, bo wolałam mieć jakieś pośrednictwo dla bezpieczeństwa. Potem jednak zaufałam mu i już nie miałam oporów przed współpracą poza stroną, nawet przeszliśmy na skype. Muszę mu przyznać też dużą cierpliwość i wyrozumiałość do mnie, bo zdarzały mi się opóźnienia z różnych przyczyn, ale przyjmował moje wytłumaczenia.

Ogólne podsumowanie i ocena.

Zlecenie dość spore, jeszcze przedłużone. Zajęło mi sporo czasu, ale też przyniosło spory zysk, którego szczerze nie spodziewałam się na tym etapie. Współpraca z klientem przebiegała profesjonalnie, ale też bez zbędnego nacisku. Chyba jak dotąd jestem z niego najbardziej zadowolona. Trochę więcej o tej pracy planuję wspomnieć w dalszych częściach poradnika.

 

 

ZLECENIE NUMER 4 – UPWORK.COM

Pierwsze zaproszenie od zleceniodawcy, które przyjęłam i wykonałam pracę.

Co pomogło mi dostać zlecenie?

Trudno powiedzieć, bo to klientka się zgłosiła. Pewnie mój profil do niego pasował.

Na czym polegało moje zadanie?

Miał być to próbny artykuł na stronę internetową – poradnik „How to use a Portable Air Compressor”. Dostałam pełno poradników, jak mam go napisać prawidłowo, coś o SEO. Okazało się, że ja tak piszę odkąd pamiętam i nigdy nie potrzebowałam jakoś tego określać w zasady tworzenia treści. Jeśli tekst się przyjmie, to miałam dostać ofertę stałej współpracy.

Jak dużo miałam do zrobienia?

Artykuł miał mieć chyba 1 500 słów, o ile dobrze pamiętam. Z czego ileś tam musiały stanowić frazy kluczowe.

Ile czasu dostałam na wykonanie?

Dwa dni, tak mi się wydaje.

Ile tak naprawdę mi zajęło skończenie?

Oddałam rankiem dzień po terminie, ale za zgodą klientki.

Jaka była zapłata za pracę?

W zgłoszeniu zaznaczyłam 25$, bo taką stawkę zaproponował portal, a ja jej nie zmieniałam – skoro mnie klient zaprasza, to chyba sam ustalił budżet, na podstawie którego ja składam propozycję. Faktycznie, dość sporo, ale uznałam, że to pula na kilka projektów, a za każdy kolejny będzie zaliczka w wysokości jakiejś części tej kwoty. Klientka była zaszokowana moim tupetem. Okazało się, że miałam dostać 5$, ale ostatecznie mogą mi dać 10$. Szybko przeliczając kwoty – 100 zł, 20zł, 40zł. Tylko skąd w ogłoszeniu takie sumy, skoro ostatecznie mowa o 5 razy mniejszej stawce?

Co mogę powiedzieć o pracodawcy?

Pani dość sympatyczna i mogłam z nią negocjować termin oddania projektu, zaproponowała też wyższą stawkę w odpowiedzi na moją „wygórowaną ofertę”. Obrzuciła mnie natomiast stosem regułek i zasad, których miałam się trzymać, dostałam nawet filmiki instrukażowe. Potem sprawdziła dokładnie artykuł pod względem tych kryteriów, podzieliła się uwagami, które, według mnie, wykraczały poza konstruktywną krytykę. Wydaje mi się, że ona też pracowała na czyjeś zlecenie i musiała się przed kimś rozliczyć.

Ogólne podsumowanie i ocena.

Praca nie odpowiadała mi z kilku względów.

Po pierwsze:

Musiałam pisać o czymś, na czym ani trochę się nie znam. Nie był to straszny problem, trochę poszperałam i zbudowałam dość sensowny poradnik, ale męczyłam się z tym, nie sprawiało mi to nawet odrobiny przyjemności.

Po drugie:

Nienawidzę jak mi się narzuca tyle rzeczy. Ogólnie uważam, że wtedy jakikolwiek tekst traci na autentyczności, staje się zlepkiem słów stworzonych pod jakiś schemat. Ja na takie coś się nie piszę. Rozumiem, że klient może mieć jakieś wymagania, ale skoro zleca mi napisanie tego, to chyba chce moją pracę, w moim stylu, z moim wyczuciem, a nie wytwór zrobiony na siłę. Poza tym czytając i oglądając poradniki czułam się nieco zlekceważona, jakby ktoś uznał, że dopiero uczę się pisać. Skoro zajęłam się tym zawodowo i można mieć wgląd w moje portfolio, to chyba można stwierdzić, że jednak coś tam umiem, prawda?

Po trzecie:

Kwestia zapłaty. Myślałam, że za tekst próbny rozliczę się poza ogłoszeniem, natomiast zaproponowana w nim kwota to cena za kilka artykułów już w ramach zlecenia. Zostałam natomiast potraktowana jak wyłudzacz. Dosłownie. Pomijam już fakt, że tych pieniędzy nie dostałabym za nic, ale po co dodawać takie stawki, skoro to ani cena za jeden tekst, ani jakaś pula na zlecenia. No ja tego nie zrozumiałam. Mało tego, do dziś, a minęły jakieś 3 tygodnie, nie dostałam tej zapłaty. Czy to dlatego, że odrzuciłam ofertę współpracy, którą dostałam?

Update: Przed chwilą dostałam zapłatę, bo upomniałam się w końcu przez portal. Jednak jest to zaliczka z tej puli, także nie wiem, czy mogę ją wypłacić.

 

 

ZLECENIE NUMER 5 – FREELANCERIA.PL

Znalezione przypadkiem, specjalnie założyłam nowe konto na tym portalu, żeby zaaplikować.

Co pomogło mi dostać zlecenie?

Dość mały ruch na stronie oraz trafienie na świeżo dodane ogłoszenie.

Na czym polegało moje zadanie?

Tekst próbny. Musiałam przerobić niezbyt dokładnie przetłumaczony z niemieckiego opis produktu.

Jak dużo miałam do zrobienia?

Zajęło to ok. 1,5 strony A4, jednak miałam podstawę, która wymagała jedynie doszlifowania i niewielkiego uzupełnienia.

Ile czasu dostałam na wykonanie?

Pod wieczór dostałam zadanie, na drugi dzień miało być gotowe.

Ile tak naprawdę mi zajęło skończenie?

Oddałam około południa następnego dnia.

Jaka była zapłata za pracę?

Umowa obejmowała 10zł/1000 znaków ze spacjami za tekst próbny i 20zł/1000zzs w późniejszych zleceniach.

Wyszło mi lekko ponad 3000 znaków, co powinno dać 30zł, ale uznałam to za niesprawiedliwe, bo miałam niejako szablon do rozbudowania, a nie stworzyłam tekstu od podstaw. Zaproponowałam zatem 20zł. Na chwilę obecną wciąż czekam na płatność i odzew.

Co mogę powiedzieć o pracodawcy?

Pani miło ze mną rozmawiała na emailu, bardzo pochwaliła pracę. Poprosiła o trochę cierpliwości z płatnością, ale nie podała konkretnego terminu. Póki co – cisza, nadal czekam.

Ogólne podsumowanie i ocena.

Dobrze by było dostać tę współpracę, bo byłaby dość przyjemna, ale na ten moment nie mam żadnych konkretów. Nie chcę oceniać pochopnie, bo nie minął nawet tydzień. Wszelkie znaki na niebie i ziemi nie wróżą jednak nic pozytywnego.

 

 

I KILKA OFERT, KTÓRE PRACĄ BYŁY I PRZESTAŁY LUB MIAŁY SZANSĘ BYĆ:

  • Na portalu Upwork dostałam propozycję zrobienia transkrypcji, a jednocześnie tłumaczenia nagrania z polskiego na angielski. To znaczy nagranie po polsku – zapis już po angielsku. Musiałam tylko przesłać próbkę gotowego tekstu, jakąś minutę czy dwie. Wysłałam i nastała cisza.
  • Także na Upwork miałam użyczyć swojego głosu, ale brakowało mi czystego nagrania próbnego.
  • Z kolei na freelancer.pl miałam zrobić napisy do filmu. Po niemiecku. Zadanie próbne przed – być może – owocną współpracą. Film około 4 min, a ja miałam czas od 22 do 10. Tak myślałam, bo okazało się, że pani pomyliły się chyba strefy czasowe i już o 7 dobijała się do mnie z pretensjami, dlaczego jeszcze nie ma gotowego pliku. Kiedy ja o umówionej godzinie weszłam, stwierdziła, że już i tak po wszystkim, bo firma, która jej to zleciła, odebrała projekt. Na pytanie „What now?” odpisała „Nothing.” i zniknęła. A ja napracowałam się na darmo. Później jeszcze pisała do mnie wiadomości, ale odpłaciłam pięknym za nadobne i też ją zignorowałam.
  • Pierwsze zlecenie, któremu nie podołałam – też freelancer.pl, gdzie przeceniłam swoje możliwości korekty tekstu w Excelu w ciągu dwóch dni. I tym razem to ja nawaliłam, trochę to przeżyłam, ale ten moment też musiał nadejść. Mam nauczkę, żeby lepiej dobierać prace bardzo-krótko-terminowe.

Z takimi ogłoszeniami masz spore szanse się zetknąć, jako początkujący freelancer.

Możesz trafić na wiele podobnych, a może na żadną. Wydaje mi się jednak, że przez któryś z tych schematów przejdziesz, one są dość powtarzalne. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego już nie nabierzesz się na te same sztuczki, a przy tym będziesz wiedział, na jakie oferty warto zwrócić uwagę. Przede wszystkim traktuj to jednak jako przykładowe zlecenia na portalach dla freelancerów. Chciałam też obalić mit, że bez doświadczenia lub chociaż portfolio nie da się nic wyhaczyć. Ja w każdym razie miałam takie obawy na początku, być może ktoś je podziela. Nie jest to niemożliwe, czasem trzeba przejść przez takie proste i niskobudżetowe projekty, jak np. mój pierwszy, czasem trafi się łut szczęścia, jak np. mój trzeci. Ziarnko do ziarnka i tworzy się Twój dorobek oraz renoma, nawet nie spostrzeżesz się kiedy. Także skoro już jesteś oswojony z ogłoszeniami, jakie przypuszczalnie napotkasz, to ruszaj do boju!

 

Czy któreś oferty i zadania przypominają Twoje własne? A może też przebrnąłeś przez jakieś warte opisania projekty, które mogą posłużyć jako rada lub przestroga, szczególnie dla nowicjuszy? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

 

 

 

 

Początkujący Freelancer cz. 1: Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.

Postanowiłam stworzyć krótki cykl wpisów na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń w temacie freelancingu. Przyda się on przede wszystkim tym, którzy dopiero planują zacząć swoją przygodę z zarabianiem jako wolny strzelec, ale myślę, że także mniej lub bardziej zaawansowani stażem freelancerzy znajdą tu coś pożytecznego. W końcu nigdy nie przestaniemy się uczyć, cały czas coś nas może zaskoczyć. Warto dzielić się wiedzą, ja bardzo lubię uczyć się na cudzych błędach, ale też sukcesach. Dlatego zachęcam do wymiany opinii tutaj w komentarzach, chętnie przeczytam też wasze wpisy na ten temat, jeśli macie u siebie.

Nie wiem jak to w waszym przypadku, ale kiedy mówię komuś, że jestem freelancerem, ten ktoś zwykle patrzy z dwoma wielkimi znakami zapytania w oczach. Jak zaczynam tłumaczyć niektórzy mówią „aaa” z mniejszą lub większą pewnością w głosie. Inni nadal patrzą. Dlatego wydaje mi się, że chociaż sporo się o tym mówi ostatnio, to nadal trochę za mało tych informacji. Jeżeli dla ciebie ten świat to Narnia internetu, to także powinieneś przejrzeć ten poradnik. Może nie będziesz nim zafascynowany, ale przynajmniej nie popiszesz się już niewiedzą.

Cykl „Początkujący Freelancer”:

  1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
  2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
  3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
  4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
  5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów

 

Jak widzicie, dzisiaj zajmiemy się portalami dla freelancerów. Które z nich są ciekawe z punktu widzenia początkującego freelancera, a na które szkoda czasu? Omówię kilka serwisów, z którymi miałam do czynienia. Będę mówić o nich z perspektywy mojej specjalizacji, ale nie wpływa to na większość informacji, także niezależnie od twojej dziedziny ten poradnik się przyda. Niestety istnieje nisza jeśli chodzi o polskie strony dla freelancerów, dlatego większość z nich jest zagranicznych, co ma wpływ na oferty.

Każdą stronę omówię szczegółowo dla bardziej zainteresowanych oraz dodam ogólne podsumowanie dla tych, którym nie chce się czytać mojego wywodu i szukają tylko oceny.

1. Freelancer.pl (lub Freelancer.com)  – KORZYSTAM

freelancer
Chyba najpopularniejszy międzynarodowy portal dla freelancerów. Ogłoszeń z całego świata jest mnóstwo, pojawia się kilka na sekundę. I w ciągu następnych pięciu sekund jest już 20 odpowiedzi. Konkurencja? A i owszem. Nazwałabym to nawet „wyścigiem szczurów”. W tym wyścigu przodują osoby z Indii i Bangladeszu, które zdają się mieć nadludzkie możliwości jeśli chodzi o szybkość dodania swojej odpowiedzi i są gotowi pracować praktycznie za darmo. Trzeba się liczyć z tym, że wielu pracodawców wybierze właśnie ich, a nawet z myślą o nich dodaje ogłoszenie.

Jakie są rodzaje zleceń?

Strona oferuje bogaty wybór kategorii i podkategorii, co pozwala na dobranie sobie bardzo szczegółowych zakresów umiejętności. W każdej z nich jest ruch, jeśli chodzi o oferty, chociaż wiadomo, że nie wszędzie jest on taki sam. Na przykładzie tłumaczeń – tłumaczenia z angielskiego na polski pojawiają się raz na kilka dni, podczas gdy na niemiecki jest ich przynajmniej kilkanaście w ciągu dnia. Do pierwszych stoi długa kolejka osób, które na tę ofertę wyczekują, do drugich też jest sporo chętnych, może nawet więcej, ale stały napływ zleceń trochę upłynnia ruch. Tak czy siak – trzeba się przygotować na długie godziny aplikowania do każdego ogłoszenia z kolei i liczyć na łut szczęścia.

Co jeszcze? Abonamenty.

Niby da się bez nich funkcjonować, ale szanse bycia wybranym bez tych wszystkich podświetleń, wyróżnień i tak dalej nie są zbyt duże. Co prawda na miesiąc można wypróbować jeden z droższych za darmo, ale trzeba uważać, żeby anulować subskrybcję na czas, żeby jej automatycznie nie przedłużyć. Tak, ja za gapiostwo zapłaciłam ponad 100zł, a pamiętałam o tym, tylko przeoczyłam zbliżającą się datę końca darmowego okresu korzystania z abonamentu. Ciągle myślałam „przecież jeszcze nie minął miesiąc”. O tym, że minął brutalnie poinformowało mnie pobranie stosownej opłaty. Czy ten abonament zwiększa szanse wybrania do zlecenia? Ciężko stwierdzić, bo nie próbowałam bez niego, ale nie wydaje mi się, żeby efekt był spektakularny, bo do dziś dostałam raptem dwa zlecenia. A złapałam je, ponieważ postanowiłam sprytnie wyszukiwać ofert późno w nocy, także polscy zleceniodawcy, którym zależało na czasie, wybrali mnie niemal od razu.

Czy polskich zleceniodawców jest tam dużo?

Na tle innych krajów raczej nie, także dla kogoś, kto chciałby np. pisać teksty po polsku może to być kłopotliwe. Zwłaszcza, że polskich wykonawców jest z kolei dość sporo, a zatem jak już coś się zjawi, to konkurencja jest dość spora. Większość Polaków jednak aplikuje do zagranicznych zleceń. Bycie wybranym do „międzynarodowej” oferty to istna loteria. Szczególnie dla początkującego, ponieważ zwykle zleceniodawcy chcą albo doświadczenia, którego jeszcze nie masz na portalu – dlatego dużym plusem będzie bogate portfolio na profilu – albo taniego pracownika, a tutaj przedstawiciele wyżej wspomnianych narodowości przodują.

Dodatkowe koszty, jakie można ponieść?

Warto wspomnieć o płatnych testach potwierdzających umiejętności np. w języku angielskim, często pracodawca ich wymaga przy zgłaszaniu swojej kandydatury. Koszt to przeciętnie 15zł, ale pamiętajmy, że wynik może być dodatkowym atutem, a może wręcz działać na szkodę. W końcu to egzamin, raz pójdzie lepiej, raz gorzej, ale rezultat jest widoczny. Według mnie to słaba metoda definiowania realnych możliwości w danym zakresie. Kolejną wadą portalu są prowizje – okej, ich istnienia należy się spodziewać, ale są pobierane tuż po przyznaniu zlecenia, a więc zanim wykonamy pracę. Jeśli z różnych względów nie uda nam się go ukończyć, to jesteśmy stratni. Ja w ten sposób straciłam ostatnio 15zł.

Czy konto jest w 100% za darmo?

Jak widać, teoretycznie można prowadzić tam swój profil bez żadnych opłat, ale jeśli na poważnie chcecie zarabiać na tym portalu, to musicie przygotować się na pewne koszty. Może to być opłata abonamentowa (bez niego ciężko się przebić, dlatego warto wykorzystywać swój darmowy miesiąc na jak największe wypromowanie swojej osoby), dodatkowe wyróżnienia zleceń, płatne testy i prowizje od zleceń.  Czy warto zainwestować? To już musicie rozstrzygnąć indywidualnie. Dla mnie te rozszerzenia to trochę naciąganie, ale z drugiej strony ułatwia to zaistnienie na stronie. No właśnie – ułatwia. Nie zamyka drogi do korzystania z niego za darmo, trzeba wtedy tylko podejmować się zleceń, co do których jesteśmy pewni zysku, żeby nie stracić na prowizji. Ja uważam, że talent i ciężka praca bronią się same.

Czy zatem gra jest warta świeczki?

Wypisałam chyba wszystkie mankamenty tego portalu, ale jednak z niego korzystam, co oznacza, że nie jest on taki zły.  Wszystkie te wady, jeśli można to tak nazwać, wymieniłam nie po to, aby was od tej strony odciągnąć, tylko przygotować na to, co was czeka. Mój ogólny stosunek do strony jest jak najbardziej pozytywny, bo mimo wszystko jest tam najwięcej ofert z całego świata, jest tam spora różnorodność kategorii i stały napływ klientów. Swoje najlepiej płatne zlecenie złapałam właśnie tam, oprócz tego miałam kilka kandydatur i próbnych prac, które z różnych względów nie zaowocowały współpracą (o niektórych rozmowach z potencjalnymi pracodawcami wspomnę w notce „Na co uważać, a co nie jest takie straszne), a także pierwszą pracę, której nie podołałam. W moich początkach serwis ten odegrał sporą rolę.

Rejestrować się?

Jeśli więc jesteś zdeterminowany i gotowy na spędzenie długich godzin na łowieniu zleceń, budowaniu swojej renomy, jeśli nie stresuje Cię duża konkurencja oraz presja czasu, jaką można odczuć, kiedy czuje się tempo napływu ofert i odpowiedzi, jeśli liczysz się z możliwością zainwestowania dla osiągnięcia zysków…

Lub najzwyczajniej w świecie, tak jak ja, zamierzasz od czasu do czasu tam zajrzeć, skorzystać ze stałego napływu ogłoszeń w bardzo wyszczególnionych dziedzinach, poznajdować kilka ofert wartych aplikowania, łowić okazje i świeże zlecenia w mniej popularnych kategoriach oraz spokojnie czekać na odezwę zainteresowanego klienta, to jak najbardziej polecam portal.

Specjalnie tak rozbiłam końcówkę, żeby zwrócić Twoją uwagę na to, co może na tej stronie łatwo porwać, czyli gonitwę, której nie warto ulegać. Mnie na początku dopadła ta gorączka w poszukiwaniu zleceń, przez co aplikowałam do każdej kolejnej oferty, odpuszczałam te, w których było już sporo kandydatów „bo i tak mnie nie wezmą” oraz te, które były dodane dłużej niż 5 minut temu „bo już jest ktoś przede mną, kto się lepiej nadaje”, a na koniec denerwowałam się, że nikt mnie nie wybrał. Później zrozumiałam, że nie tędy droga. Teraz zaglądam tam raz na kilka dni, szukam zleceń, które do mnie przemawiają, dopiero wtedy się zgłaszam. Znam już porę, kiedy najlepiej to robić. I do tego namawiam was też, znajdźcie tam swój rytm, a wtedy żaden „Bangladeszanin” czy „Indyjczyk” nie będzie dla was zagrożeniem, abonament nie będzie niezbędny, a brak opinii na stronie sam się zacznie uzupełniać.

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Stały i szybki napływ ofert z całego świata.
  • Dużo szczegółowych kategorii.
  • Przejrzysty interfejs.
  • Możliwość nawiązania stałej współpracy w systemie godzinowym.
  • Sporo dobrze płatnych zleceń.
  • Płatności Milestone – zaliczki za dany etap, jednak do wypłacenia po zakończeniu całości.
  • Rozbudowane narzędzia budowy profilu, dodawania portfolio itd.

WADY:

  • Prowizje pobierane przed rozpoczęciem pracy nad zleceniem.
  • Słabo rozwinięta polska wersja językowa strony – pół po polsku, pół nadal nie.
  • Płatne abonamenty i inne dodatki, bez których trudniej zostać wybranym do oferty.
  • Często wymagane płatne testy umiejętności.
  • Duża konkurencja z całego świata – szczególnie z Azji.
  • Mało polskich zleceń, wielu polskich użytkowników.
  • Łatwo ulec presji czasu, gonitwie za zleceniem.
  • Długi okres oczekiwania na pierwszą wypłatę środków

OGÓLNA OCENA: 7/10 – WARTO.

freelancer

2. Upwork.com – KORZYSTAM

freelancer
To na tej stronie znalazłam pierwsze zlecenie i to dość szybko, jak na nowego użytkownika, osobę bez doświadczenia czy ładnego portfolio na profilu. To tam znalazłam pierwszą długoterminową współpracę. To tam zdobyłam pierwsze „sample”, które pokazuję potencjalnym pracodawcom. Przyznaję, że ostatnio zaniedbałam tę stronę na rzecz opisanej powyżej, a szkoda, bo jest zdecydowanie przystępniejsza, szczególnie dla początkujących.

Najważniejsza przewaga nad głównym konkurentem?

Strona nie jest opanowana przez Azjatów pracujących za śmieszne stawki i aplikujących do każdego zlecenia. Nie twierdzę, że ich tam nie ma w ogóle, to by było zbyt piękne. Ich obecność tam nie wpływa jednak na przeciętnego użytkownika – oprócz ogłoszeń-pułapek, ale o nich w części 4. Co prawda tutaj nie widać innych kandydatów do danej pracy, więc trudno stwierdzić, z kim się konkuruje, ale da się wyczuć tę różnicę. Tutaj tłok jest trochę mniejszy, ogłoszenie może mieć „less than 5 proposals” – czyli „mniej niż 5 propozycji” (wykonania) – nawet przez kilka godzin, co na freelancer.pl jest nie do pomyślenia w przypadku uczciwej oferty. Przeciętna liczba zgłoszeń to 5 do 10 lub 10 do 15 na zlecenie, w zależności od popularności kategorii, specyfiki zadania. Widać wyraźnie różnicę, prawda? Znacznie więcej jest też ogłoszeń „Hourly”, czyli płatnych za godzinę. Jest to wygodne dla osób szukających w miarę stałego dochodu.

Stopień trudności zadania – o ile tak można to nazwać.

Fajną opcją, jaką bardzo sobie tam cenię, jest określenie przez pracodawcę „stopnia trudności” zlecenia. Dlaczego biorę to w cudzysłów? Nie da się tego dosłownie tak określić, ale jest to coś w tym stylu. Przy zakładaniu profilu, freelancer określa swój stopień zaawansowania w trzystopniowej skali:

$ – Początkujący

$$ – Średniozaawansowany

$$$ – Doświadczony

Można to oczywiście w każdej chwili zmienić, nie jest to też sprawdzane przez nikogo. Nie warto kłamać mimo to, bo pracodawca i tak zobaczy, że masz nowy profil, więc doświadczenia na stronie nie zdobyłeś, nawet nie masz nic w portfolio, żeby udokumentować dotychczasową pracę. Wybierz stopień zgodny z rzeczywistością.

Po co jest ta skala? Przy ofertach widać symbole poszczególnych poziomów, można też według nich filtrować zlecenia. Wtedy wyświetlają się te ogłoszenia, których autorzy poszukują freelancera z określonym stopniem zaawansowania. Ze strony zleceniodawców ta skala wygląda tak:

$ – Najmniejsza cena, być może kosztem jakości

$$ – Równowaga jakości i ceny

$$$ – Przede wszystkim jakość, nawet za wyższą cenę

Nie przytoczyłam dosłownie tych określeń, ale mniej więcej tak jest to opisane. Można się obrazić na to, kłócić się „przecież jako początkujący wcale nie muszę zrobić tego gorzej”, ale obiektywnie patrząc – coś w tym jest. Przynajmniej wiemy na wstępie, na czym zależy ogłoszeniodawcy i możemy pod tym kątem znajdować pierwsze oferty. Nie oznacza to, że osoba z poziomem $ nie może kandydować do pracy z poziomem $$$, ale wie już z góry, że ma mniejsze szanse na bycie wybranym. Natomiast mnie, także użytkownikowi na pierwszym poziomie, trafiło się spore zlecenie z poziomu drugiego, więc nie opłaca się całkiem zamykać na pozostałe ogłoszenia.  Mimo to, takie stopniowanie ofert ułatwia – być może wbrew pozorom – początkującemu na otrzymanie pierwszych prac.

Pracodawcy sami się do Ciebie zwracają!

Bardzo często, z czym nie spotkałam się raczej gdzie indziej, to zleceniodawca zaprasza do przejrzenia jego oferty! Jeśli uzna, że Twój profil mu odpowiada, może zaprosić Cię na „Interview”, czyli zaproponować kandydaturę do swojego zlecenia. Możesz się zgodzić i wtedy negocjujecie warunki, ale wcale nie musisz i nie wpłynie to negatywnie na Twoją opinię ani ogólnie na nic. Dostaję bardzo dużo takich zaproszeń, odkąd mam już kilka ocen na portalu jest ich coraz więcej. Co prawda tylko jedno dotąd było warte mojej uwagi, ale i tak jest to sporą zaletą strony, angażującą obie strony w odnalezienie się. Często robią to ogłoszeniodawcy, którym zwyczajnie zależy na szybkim wykonaniu zadania – jeśli czujesz się na siłach, może trafić Ci się niezła okazja, jeśli będziesz w odpowiednim miejscu i czasie.

A co z opłatami?

Nie ma wyraźnych opłat za korzystanie z serwisu. Istnieją płatne abonamenty, dzięki którym np. dostaje się dodatkowe „żetony” na zgłaszanie kandydatury (najczęściej 1 oferta = 2 żetony), jednak mi darmowe 60 miesięcznie wystarczyło w pełni, nawet kilka zostało. Spokojnie można się bez tego obejść, ja dokładnie nawet nie znam korzyści, jakie by mi potencjalnie wykupienie konta premium. Jeśli jednak ktoś rozważałby zakup – są one znacznie tańsze niż na poprzednio opisanej stronie. Nawiązując jeszcze do poprzednika – tutaj testy umiejętności są darmowe, ale ich znaczenie jest mniejsze, raczej jako dodatek do profilu niż coś determinującego otrzymanie zlecenia. Dość duże są jednak prowizje za wykonaną pracę, być może na tym portal sobie „odbija”. Przynajmniej pobierane są po zakończeniu zlecenia, z otrzymanej kwoty. Wydaje mi się jednak, że każdy się z taką opłatą liczy, korzystając z tego typu pośrednictwa. Oprócz tego nie ma żadnych potrzebnych inwestycji w konto na tej stronie.

Gdzie jest jednak haczyk?

To wszystko byłoby za piękne, żeby prawdziwe. Jest dość poważne utrudnienie, które może niektórym uniemożliwić korzystanie z tej strony. A mianowicie jest to portal całkowicie zagraniczny. Co to oznacza? Serwis wie, że jesteś z Polski, podajesz polskie dane podatkowe, ustawiasz sobie polski numer konta do rozliczeń. I na tym koniec, jeśli o Twoją polskość chodzi. Portal jest całkowicie w języku angielskim, wszystkie zlecenia – niezależnie od kraju pochodzenia pracodawcy – również. Co prawda, faktycznie, zleceniodawcy są z różnych krajów, głównie USA, ale też i np. państw hiszpańskojęzycznych czy Niemiec – mimo to, ciężko o Polaka. Dotychczas raz trafiłam na pracodawcę z Polski, ale kierował on ofertę i tak do „Native English”.

Co to oznacza?

Nie znajdziesz tutaj ofert na tekst w języku polskim, na stronę internetową po polsku itd. Zdarza się raz na jakiś czas tłumaczenie na polski, najczęściej z angielskiego lub niemieckiego, ale rzucają się na nie wszyscy polscy użytkownicy, także kto pierwszy, ten lepszy. Jeśli zatem nie znasz na tyle dobrze angielskiego, żeby poruszać się po stronie oraz wykonywać swoją pracę w tym języku – najczęściej, bo zdarzają się oferty dotyczące innych języków, ale i tak napisane po angielsku – to raczej nie będzie strona dla Ciebie. Ja dotychczas zajęłam się tam jednym drobnym tłumaczeniem na polski – moja pierwsza praca jako freelancer w ogóle, więcej w części 2 – oraz napisaniem dwóch artykułów po angielsku, z czego jeden zaowocował ofertą stałej współpracy.

Czy warto szukać tam pracy?

Nie jest trudno o zlecenie, w zasadzie cały czas kandydyduję do jakiegoś ogłoszenia ze swojego zgłoszenia lub na zaproszenie pracodawcy. Musisz się jedynie liczyć z tym, że pracujesz „za granicą” – a zatem dla klienta zza granicy oraz w innym języku. Jest to jedyna strona na liście, która jest w 100% zagraniczna, ale jest też to chyba moja ulubiona strona. Wydaje mi się, że przez to jest jeszcze taka swobodna – nie ma tłumów z całego świata, jedynie osoby gotowe pracować po angielsku. Jeśli nie jesteś w stanie wykonywać swojej pracy w tym obcym języku, to niestety nie jest póki co strona dla Ciebie. Być może to się zmieni, coraz więcej ogłoszeń jest np. po niemiecku, hiszpańsku lub francusku i trafiają do odbiorców. Na ten moment jednak musisz sobie odpuścić. Ale jeśli jesteś otwarty na międzynarodową współpracę i posługujesz się tym uniwersalnym językiem – śmiało podbijaj tę stronę!

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Stały napływ zleceń.
  • Niewielka konkurencja w stosunku do ilości ofert.
  • Przejrzysty interfejs.
  • Stopniowanie zleceń pod kątem zaawansowania.
  • Darmowe konto jest w pełni funkcjonalne.
  • Możliwość zaproszenia przez zleceniodawcę do jego pracy.
  • Sporo ofert rozliczanych w systemie godzinowym.
  • Można ustalić zaliczki z pracodawcą.
  • Darmowe testy umiejętności.

WADY:

  • Brak polskiej wersji językowej.
  • Większość ofert jest w języku angielskim.
  • Nie ma polskich zleceniodawców (lub jest ich niewielu).
  • Dość spora prowizja od wykonanej pracy.

OGÓLNA OCENA: 9/10 – WARTO.
freelancer

 

3. Guru.com – POSIADAM KONTO

freelancer
Dlaczego napisałam „posiadam konto” zamiast „korzystam”? Ano dlatego, że jeszcze nigdy nie skorzystałam.

Co tam można znaleźć?

Przy rejestracji wydawał mi się to dość fajny, trochę niszowy portal. Trochę odstraszał mnie mało przejrzysty wygląd strony, ale w końcu nie jest to najważniejsze. Tutaj już rzadziej pojawiają się oferty w moich kategoriach. Średnio jedno na pół godziny. Mimo to, ani razu nie kandydowałam do żadnej. Nie było nic takiego, co wpasowało się w moje oczekiwania. Niektóre ogłoszenia są nieco komiczne, dużo osób na przykład chciałoby biografię – swoją, ojca lub sąsiada. Wymagają jednak obecności w LA, NYC lub innej równie bliskiej mi mieścinie przez cały czas jej powstawania. Cóż, jakby mnie przyjęli do siebie…

Pomoc w znajdowaniu ofert?

Po przejrzeniu kilka razy tego typu ofert raczej odpuściłam sobie stronę. Serwis nie omieszkał mnie jednak wplątać w newsletter i dwa razy dziennie dostaję maila z fantastycznymi zleceniami w moich kategoriach. Takimi dobranymi do mnie! Jakimi? Postanowiłam wybrać najlepsze smaczki:

  1. Magazyn Podróżniczy numer jeden w Niemczech! To znaczy, jak już powstanie… Bo ja mam super pomysł na niego. Znalazłem stronę, z której przetłumaczysz mi teksty na niemiecki. Tylko nie słowo w słowo, bo to plagiat.
  2. Pisanie artykułów o zdrowiu. Musisz trenować jogę i być Native English.
  3. Korekta całego e-booka po włosku, a później jeszcze przetłumaczenie na angielski. Mam nadzieję, że znasz włoski? Nie? Jak to?
  4. 60 stron tekstu do korekty w języku tureckim. Później przetłumaczenie na angielski i niemiecki. Co Ty, wymiękasz, przecież to na rozgrzewkę zadanie…
  5. … bo potem możesz przetłumaczyć 100 000 słów z japońskiego na niemiecki. Chyba znasz te wszystkie języki, w końcu zaznaczyłaś, że chcesz tłumaczyć.
  6. Do mieszkańców USA, Kanady, Australii, Jamajki, Południowej Afryki lub Puerto Rico. 30 stron o biblijnych „Flower Gardens”. Nie jesteś stamtąd? Niemożliwe.
  7. Kurs o parapsychologii. 40 stron. Na już. Ma być jakość uniwersytecka. Jak to, nie wiesz o co chodzi? To wygoogluj.
Serio? Tylko takie zlecenia tam są?

Przeważają niestety tego typu ogłoszenia. Ludzie tam są nastawieni głównie na dużo pracy małym kosztem. Owszem, przy dokładnym przeszukiwaniu trafiają się w miarę przyzwoite oferty. Mnie jednak strona wystarczająco zniechęca nagromadzeniem ludzkich fanaberii. W moich kategoriach, po odrzuceniu takich kąsków, niewiele niestety zostaje. Dlatego ja spasowałam. Jak chcecie, sami się przekonajcie.

A przynajmniej za darmo?

Są jakieś płatne abonamenty, ale nie zgłębiłam ich z racji tego, że nie korzystałam za bardzo ze strony. Chyba można spokojnie prowadzić darmowe konto, w końcu moje tak sobie istnieje. I nic. Wydaje mi się jednak, że opłacanie dodatkowych funkcji nie zmieniłoby tego, że nie robię tam nic.

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Stosunkowo nieduży ruch.
  • Darmowe konto, z pewnymi ograniczeniami.

WADY:

  • Brak polskiej wersji językowej.
  • Dużo zleceń „z Księżyca”.
  • Newsletter wysyłający losowe, w ogóle niepasujące oferty.
  • Nieprzejrzysty interfejs.
  • Mniejsza ilość ogłoszeń, w porównaniu do poprzedników.

OGÓLNA OCENA: 3/10 – NIE WARTO.
freelancer

4. Outwork.pl – MIAŁAM KONTO

freelancer
Szczerze mówiąc, zapomniałam, dlaczego porzuciłam stare konto na tym portalu. Specjalnie na potrzeby tej recenzji stworzyłam nowe. I szybko sobie przypomniałam, kiedy zobaczyłam ogłoszenia z datą końcową 30.09.2016 lub nawet 7.02.2015. Serwis dogorywa. W miesiącu pojawia się kilka ogłoszeń we wszystkich kategoriach. A szkoda, bo stronka polska, z potencjałem, ładnie się prezentuje. Mogłaby spokojnie zapełnić lukę na naszym rodzimym rynku portali dla freelancerów i być ciekawą alternatywą dla tych zagranicznych. Może wynika to z tego, że niewiele osób decyduje się na zatrudnienie wolnego strzelca?

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Polska strona.
  • Ładnie wygląda.

WADY:

  • W zasadzie umarła.
  • Jedno lub kilka nowych ogłoszeń na miesiąc.

OGÓLNA OCENA: 2/10 – NIE WARTO.
freelancer

5. Useme.eu – MIAŁAM KONTO

freelancer

Portal znany z wystawiania faktur bez firmy. Dokładnie nie wiem, o co chodzi, ale się tym chwalą, więc to raczej fajna sprawa. Jeśli komuś jest to potrzebne – może śmiało korzystać, nawet do rozliczania projektów zewnętrznych z tego, co widzę.

Ale skupmy się na części ze zleceniami.

Tutaj także porzuciłam konto tuż po jego założeniu, ale zalogowałam się na nie, żeby przypomnieć sobie, co było tego przyczyną. Chyba pierwsza rzecz, jaka mnie wtedy zraziła to wymóg dodania portfolio, którego przy rejestracji nie miałam. Ale dlaczego z czasem nie wróciłam?

Zakładam, że problemem była dość mała liczba zleceń. O ile nie jest tak źle, jak w przypadku poprzednika, to i tak w moich kategoriach jest jedno ogłoszenie raz na dzień lub kilka. Chętnych natomiast jest kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt. Prawdopodobnie uznałam, że szkoda czasu i raczej to zdanie podtrzymam, chociaż może z braku laku kiedyś znów zajrzę. A nuż widelec będzie coś wartego uwagi? Póki co jednak skupię się na bardziej zaludnionych serwisach.

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Możliwość wystawienia faktur bez firmy, chyba główne założenie portalu.
  • Przejrzysty interfejs.
  • Darmowe prowadzenie konta.

WADY: 

  • Raptem kilka nowych ogłoszeń dziennie.
  • Dość sporo chętnych do każdej oferty.

OGÓLNA OCENA: 5/10 – ZDECYDUJ SAM, DLA MNIE NIE WARTO.
freelancer

 

6. Freelanceria.pl – MAM KONTO

freelancer
Owszem, mam konto. Nawet drugie. Pierwsze założyłam, kiedy orientowałam się w terenie, że tak to ujmę. Czyli poznając wszelkie portale dla freelancerów. Tak, jak w przypadku poprzedników – założyłam, rozejrzałam się, porzuciłam.

Moje nowe konto ma niespełna tydzień. A powstało, kiedy przypadkiem znów odwiedziłam tę stronę i zobaczyłam świeże ogłoszenie bez odpowiedzi. Była to dość wyjątkowa sytuacja, aż zdecydowałam się aplikować, skoro już tam byłam. Dostałam tę pracę, ciągle czekam na zapłatę – nie chcę wyrokować, bo jeszcze nie ten czas, chociaż mam mieszane uczucia. No ale nie o tym mowa – o zleceniach i ewentualnych przestrogach napiszę w innych częściach.

Wróćmy do strony. Co można o niej rzec?

Jest niewątpliwie najbardziej ryzykowna z nich wszystkich. Prawdopodobnie dlatego, że to zwyczajny serwis ogłoszeń, nie pośrednik między pracodawcą, a freelancerem. Odpukać, ale chyba się przekonałam na własnej skórze o tym. Można sobie psioczyć na prowizje portali freelancer.pl czy upwork.com, ale jednak daje to jakieś bezpieczeństwo transakcji, zobowiązanie dla obu stron i pomoc w razie nieuczciwego potraktowania. Tutaj można jedynie dodać odpowiedź na ofertę, dalej jest się skazanym na siebie samego.

Ile jest tych ogłoszeń?

Niewiele. Najwięcej dla siebie znajdą wszelkiej maści informatycy czy graficy komputerowi. Oni mogą liczyć nawet na kilka ofert dziennie. W pozostałych kategoriach pojawi się coś raz na kilka dni lub tygodni (np.w „Prace edytorskie”) lub nawet miesięcy (np. „Tłumaczenia”). Bardziej jest to katalog zarejestrowanych freelancerów i portfolio wrzuconych tam prac, niż faktyczna strona do poszukiwania ofert od pracodawców.

PODSUMOWANIE:

ZALETY: 

  • Brak opłat za prowadzenie konta.
  • Dostęp do profili innych freelancerów.
  • Brak prowizji od zlecenia.

WADY:

  • Brak pośrednika między stronami – mniejsze bezpieczeństwo.
  • Dość rzadko pojawiają się zlecenia.
  • Niezbyt przyjemna szata graficzna.
  • Każde ogłoszenie ma od kilku do kilkunastu odpowiedzi.

OGÓLNA OCENA: 3/10 – NIE WARTO (CHYBA, ŻE KONIECZNIE CHCESZ UNIKNĄĆ POŚREDNIKÓW I TRAFISZ NA OFERTĘ)
freelancer

7. Oferia.pl – MIAŁAM KONTO

freelancer
Z rozmysłem zostawiłam tę stronę na sam koniec. Powoduje ona we mnie bowiem dość mieszane uczucia.

Jest to serwis z ogłoszeniami dla zleceniodawców i wykonawców, utrzymywany przez Leroy Merlin. Miałam tam swoje konto jakieś pół roku temu, kiedy właśnie po raz pierwszy rozglądałam się na tego typu stronach. Wydaje się całkiem w porządku. Są niezbędne kategorie, także dotyczące prac „pozainternetowych”, w każdej codziennie jakieś zlecenia. Rejestrując się, tworzymy wizytówkę do wglądu dla pracodawcy. Tam trafiają zakończone prace z naszym udziałem oraz ocena, także serwis jest w pewnym sensie jakimś gwarantem podczas przyjmowania zlecenia. Nie wiem do końca, jak to wygląda, czy można się zgłosić po wsparcie w razie np. braku płatności, ale wydaje mi się, że skoro nie są to tylko ogłoszenia i portal nadzoruje jakoś cały proces, to raczej można.

Abonament?

Jest do wykupienia konto premium za 19 zł miesięcznie – bez niego jest ograniczona liczba zgłoszeń do śmiesznych 10 na cały miesiąc. Można by było się z tym jakoś pogodzić, zajrzeć od czasu do czasu, może na coś się załapać. Ale…

„Portal, z którego nie wypiszesz się tak łatwo…”

Tak, jest on zakwalifikowany do listy o takiej nazwie. Nie to jest jednak najgorszy aspekt rejestracji. Kiedy zakładałam konta podczas przeglądania stron i zbierania o nich opinii, to zostawiałam je na pastwę losu, dopóki nie zdecydowałam się na poważnie zająć freelancingiem. Naturalnym jest, że o niektórych zapomniałam. O tym nawet udało mi się na chwilę. Dopóki nie wpisałam swojego imienia i nazwiska w google. Aż zrobiłam się czerwona, kiedy zobaczyłam, że dzięki oferii każdy ma wgląd do moich danych osobowych. O ile imię i nazwisko rozumiem, o tyle numer telefonu czy adres nie powinny być dostępne dla każdego, na kliknięcie myszką. Za dość mętną możliwość zarobku zatem sprzedajemy swoją prywatność. Być może komuś nie będzie to przeszkadzało. Ja się na to nie zgadzam i znalazłam w internecie sporo osób o takim samym zdaniu.

Da się usunąć konto?

I tutaj właśnie przechodzimy do kwestii wypisania się. Na stronie próżno szukać opcji „usuń konto”. Trzeba napisać stosowny mail do oferii z prośbą o skasowanie wszystkich danych osobowych, na który oni po kilku dniach odpowiadają pozytywnie (nie mają wyboru, takie jest prawo). To nadal nie jest jednak koniec, bo nim pamięć podręczna google usunie profil też mija kilka chwil. Podczas których wszyscy mogą zdobyć nasze prywatne dane.

PODSUMOWANIE:

ZALETY:

  • Polski portal.
  • Dość spora liczba ofert jak na rodzime warunki.
  • Wizytówka freelancera (czy też wykonawcy, jak jest to tam nazwane).
  • W miarę przejrzysta strona.

WADY:

  • Najważniejsza – sprzedaż danych osobowych.
  • Problemy z usunięciem profilu.
  • Tylko 10 zgłoszeń na miesiąc z darmowym kontem.
  • Całkiem duża konkurencja.

OGÓLNA OCENA: 1/10 – ZDECYDOWANIE NIE WARTO.

 

freelancer

 

Uff. Wydaje mi się, że chyba wspomniałam o każdej stronie, z którą miałam jakoś do czynienia. Jeśli przypomną mi się jakieś lub wy dacie mi znać o innych, to napiszę kolejny wpis na ten temat.

Pamiętajcie, że mówię tylko o swoich odczuciach i subiektywnych doświadczeniach. Najlepiej się przekonacie na własnej skórze, jeśli chcecie.

Dajcie znać, czy pomysł na cykl wam się spodobał, czy warto pisać na ten temat? Podzielcie się też swoimi doświadczeniami w komentarzach.

A ja na razie uciekam, bo spędziłam dobre 5 godzin pisząc to i najwyższa pora dać udręczonemu umysłowi odpocząć.

 

 

 

3… 2… 1…

Kamera, akcja!

Ale zaraz… jaka akcja? Co się dzieje?

Oto pierwszy post na mojej stronie internetowej. Nawet do końca nie wierzę, że to już, a z drugiej strony to dość spontaniczna decyzja, gdyż na pomysł jej stworzenia wpadłam nie dalej, jak tydzień temu.

W ostatnich dniach eksperymentowałam trochę z darmowymi hostingami, żeby poćwiczyć różne rzeczy. Zaczynałam będąc zupełnie zielona. Nawet nie wiedziałam, czego potrzeba stronie internetowej do funkcjonowania.

Tutaj jeszcze rzecz jasna wszystko jest „w remoncie”, a pewnie i tak jeszcze długo będę dążyć do ideału. Mimo wszystko, kiedy patrzę na coś i uważam za niedopracowane, to od razu przypominam sobie pierwszą próbę zaprojektowania funkcjonalnej witryny. Od razu jakoś milej się tu rozejrzeć. A tak naprawdę to nie minął przecież nawet tydzień.

No właśnie, nie spodziewałam się, że tak szybko będę pisać tutaj te słowa, pierwsze już tak trochę „na swoim”. Przez blogów w swoim życiu trochę się przewinęłam. Nie było wśród nich dwóch takich samych, każdy dotyczył zupełnie innych tematów i dziedzin, przyciągał różnych czytelników. Problem polegał na tym, ze żaden z nich nie był tak naprawdę mój. Nawet nie chodziło o domenę czy wygląd. Nigdy nie pisałam o tym, o czym naprawdę chciałam. Wolałam nie ryzykować i napisać tekst docierający do większej grupy, na temat mniej wymagający, ale za to poczytny.

Tylko co z tego, skoro ja, zgrzytając zębami, udawałam ekspertkę z dziedzin, w których do niej mi daleko?

Ostatnio jednak nastąpiło sporo zmian w moim życiu, które spowodowały też trochę większą determinację, stopniowo, coraz pewniej chcę dążyc do celu. Po dość długiej przerwie wróciły myśli krążące wokół trzech liter w, ale tym razem pierwszy raz pomyślałam, że chciałabym swoją własną stronę, taką, na której wszystko od postaw zbuduję tak, jak chcę i wtedy łatwiej będzie iść ścieżką już trochę wydeptaną przeze mnie, nie będę musiała pchać się na główną ulicę. Tym bardziej, że w tak zwanym międzyczasie sporo ograniczeń przestało mnie obowiązywać, a nawet pojawiły się pewne korzyści, potencjalnie sprzyjające rozwijaniu się.

Postanowiłam dla zabawy pobawić się w robienie stron. Tak mi się to spodobało, że do późnej nocy nad nią siedziałam. Wtedy już pomyślałam, że założę własną stronę, ale jeszcze nie teraz, bo jednak to była już trochę wiążąca decyzja, chciałam mieć pewność, że dam radę ją zagospodarować, regularnie prowadzić. Wtedy zrozumiałam, że przecież to nie może być dla mnie obciążenie – zadeklaruję się, wpłacę, to będę musiała coś tam robić, inaczej stracę tylko czas, nerwy i pieniądze. To nie kredyt hipoteczny. Zaczęłam to postrzegać jako mobilizację. Stało się to dla mnie bodźcem, żeby już się nie poddać, tylko wreszcie stworzyć miejsce, które będzie moje. I postarać się, aby inni też najzwyczajniej poczuli się tu dobrze.

Także jestem! Rozpoczyna się akcja.

Pierwszy wpis to takie wprowadzenie, moja historia odnośnie powstania tej strony z apelem, żebyście wy też pozbyli się obaw, które powstrzymują was od realizowania celów. Może to zabrzmi banalnie, też do niedawna tak bym to postrzegała. Teraz się przekonałam, że serio coś w tym jest. Uda się dopiero wtedy, kiedy zrobicie coś po swojemu, nie tak, jak to narzuca wam otoczenie lub własne bariery. One są po to, aby je przełamywać, tylko nie na siłę, bo wtedy będą rosły. Gwarantuję wam, że kiedy zaczniecie coś robić naprawdę dla siebie, nie dla aprobaty innych lub korzyści, to pozostali od razu to wychwycą i wtedy będą mogli doceniać, podziwiać was, to co robicie. Wtedy to otoczenie się dopasuje do was, nie odwrotnie. I to jest właśnie klucz do bycia szczęśliwym, spełniania się.

Już nie przynudzam, witam i mam nadzieję, że to początek czegoś pięknego.

Następne wpisy będą już trochę bardziej konkretne – postaram się już niedługo napisać notkę z prawdziwego zdarzenia. Najważniejsze, żeby nie było już tak przeraźliwie pusto, nie mogłam już na to patrzeć, dlatego może nic ten wpis nie wnosi ciekawego, ale za to zaliczyłam pierwszy kroczek naprzód i teraz mogę spokojnie rozwijać bloga.

Nie powiedziałam zbyt wiele o sobie, ale trochę więcej jest tu. Przecież nie mogę wszystkiego opowiedzieć na wstępie, bo przestanę być w jakimś stopniu interesująca.

Jeśli dobrnąłeś do tego miejsca – bardzo dziękuję, że jesteś ze mną w tej chwili, ważnej, ale też i niełatwej, bo początki są zawsze najtrudniejsze. Postaram się w zamian odwdzięczyć ciekawymi i przydatnymi postami w przyszłości.

Chyba już wystarczy, zaczęliśmy.