Germanizmy – nawet nie wiesz, kiedy szprechasz.

Germanizmy – słowo mające w świadomości Polaków wydźwięk jednoznacznie negatywny. Ciężko się temu dziwić, biorąc pod uwagę miejsce, jakie zajmuje w naszej historii germanizacja. Jednak należy pamiętać, że jest to z zasady termin neutralny, podobnie jak anglicyzmy (nie trzeba chyba tłumaczyć), latynizmy (zapożyczenia z łaciny) czy galicyzmy (wyrazy pochodzenia francuskiego). Ponadto warto mieć na uwadze fakt, że pojawiały się one w naszym języku na długo przed zaborami. Ba, najwięcej z nich przyszło do nas między XIII a XVI wiekiem. Po prostu, ten język był wówczas „modny”, podobnie jak dzisiaj angielski.

Co zmotywowało mnie do napisania takiego wpisu?

Nie będę ukrywała – przede wszystkim osoby prezentujące jedną z poniższych postaw (lub ich mieszankę):

Pluję Niemcom w ryj, nie będę się uczył języka zaborcy!

Czyli ci, z którymi styczność najczęściej miałam w szkole. Dokładnie ta sama grupa, która mnie wyzywała od volksdeutschów z tego względu, że miałam okazję dość dobrze nauczyć się szprechać. Oni bojkotowali naukę niemieckiego z zasady, bo zaborcy, bo brzmi chujowo, bo za trudny, bo…

Jestem patriotą, dla mnie polski jest najważniejszy!

W skrócie: nacjonaliści, próbujący usprawiedliwiać swoje poglądy miłością do ojczyzny. O nich już pisałam, gdzieś tutaj.

Dbam o czystość naszego pięknego polskiego języka!

Ciekawe, z jakiego okresu. Chyba „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai „. Chociaż już wtedy był on podrasowany wyrazami obcego pochodzenia. A tak w ogóle, to sam jest przeróbką prasłowiańskiego, który to z kolei jest przeróbką praindoeuropejskiego, bla, bla, bla… Polecam wszystkim purystom językowym cofnąć się do faktycznych korzeni naszego języka i zacząć tak mówić. Powodzenia w byciu zrozumianym.

Jak już wspomniałam, powyższe charakterystyki – szczególnie pierwsza i druga – często się przenikają.

Najwięcej miałam do czynienia właśnie z miksem, których poglądy można określić dość ogólnie „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Paradoksalnie, te same osoby często nie miałyby nic przeciwko zarabianiu ojrosów w Rajchu. No, w końcu wroga trzeba doić, nie?

Dlatego właśnie postanowiłam przyjrzeć się, ile jest polskiego w polskim.

Dzisiaj pogrzebiemy u zachodnich sąsiadów, choć możliwe, że będę tę serię kontynuować. Ale teraz na tapet bierzemy germanizmy. Nie tylko z dedykacją dla wyżej opisanych. Starałam się powybierać takie mniej oczywiste, mniej znane słowa czy kalki składniowe, frazeologiczne i tak dalej. Sama podczas riserczu wielokrotnie się zaskoczyłam. Może przynajmniej niektóre z przykładów trochę was też zszokują. No to w drogę!

Na rozgrzewkę te najbardziej znane germanizmy – związane z miastem czy budownictwem.

PolskiNiemiecki
placPlatz
jarmarkJahrmarkt
szyldSchild
gruntGrund
handelHandel
knajpaKneipe
szpachlaSpachtel
drukowaćdrucken
cegłaZiegel

Te germanizmy przywędrowały właśnie pierwszą falą – w średniowieczu.

Jeśli chodzi o te słowa, to trochę byłam zdziwiona tak swojsko brzmiącymi jarmarkiem i knajpą. Pozostałe znałam lub wydały mi się dość logiczne. Ale założę się, że przynajmniej część z was nie zastanawiała się nad tymi wyrazami wcześniej i nie wiedziała, że to germanizmy.

Widzicie, antydojcze (a co, jak ja jestem folksdojczem, to wy bądźcie antydojcze), jak wiele już na wstępie zawdzięczacie – językowo oczywiście – Niemcom? Knajpę do szlajania się (swoją drogą czasownik od Żydów, hihi, buziaki antysemici). Cegłę do rzucania w kota i dzieci sąsiada, a przy okazji też rzutem na taśmę utwór „Czerwony jak cegła”, dla wielu klasyk. Szpachlę do nakładania na ryj. A przede wszystkim, choć pewnie dla niektórych to najmniej istotne, książki. I to nie tylko dzięki Gutenbergowi, ale też dzięki drukowaniu.

Teraz kilka zdań, jakie mogą wam przychodzić do głowy, kiedy czytacie moje wypociny na blogu:

Jakim cudem doszło do tego, że jakaś lewicowa szmata będzie mi tu siała propagandę?

Tyle gadania, a nadal nie wyjaśniła, gdzie leży pies pogrzebany…

Ciekawe, czy w międzyczasie przyszło jej coś do tego pustego łba, czy dalej będzie pierdolić kocopoły.

Nie wiem, jakie mam z tego wyciągnąć wnioski, oprócz tego, że laska ma nierówno pod sufitem.

Jakby się trochę pohamowała z osobistymi wstawkami, to dałoby się to jako tako czytać.

Takie jak ona, to powinny w pierwszym rzędzie do odstrzału się ustawić.

Nie jestem w stanie dłużej czytać tych bzdur.

Brawo bystrzaki, podkreślone związki to germanizmy.

Tak ku przestrodze, żeby nie używać tego, mówiąc jednocześnie o nienawiści do Niemca. No chyba, że odpowiada komuś rola hipokryty.

Są też „germanizmy ukryte”. To znaczy, ja je tak nazwałam.

Mam na myśli wyrazy, które z pozoru nie wyglądają jak germanizmy, ale nimi są. Najczęściej takie wyrazy to kalki słowotwórcze z niemieckiego – przetłumaczony dosłownie wyraz, najprościej mówiąc. Oto przykłady:

NiemieckiPolski
Vorstellungprzedstawienie
Weltanschauungświatopogląd
Brieftraegerlistonosz
Dampfschiffparostatek
Zeitschriftczasopismo
Bahnhofdworzec kolejowy

To są takie mniej uciążliwe germanizmy, pewnie nawet dla najzagorzalszych przeciwników zapożyczeń będą do zniesienia.

A teraz przykra wiadomość dla wszystkich purystów językowych i prawdziwych patriotów.

Nie dość, że niemiecki się nam wpieprzył do czystej i ładnej polszczyzny na chama, to jeszcze zbezcześcił już istniejące formy językowe. Nie, to wcale nie tak, że my, mniej lub bardziej świadomie, zastąpiliśmy poprawne stwierdzenia błędnymi. To kolejny zamach na polskość z ich strony.

Okej, tak na poważnie – starczy tych pseudośmiesznych i pseudoironicznych wstawek – oto kilka przykładów wpływu języka niemieckiego na polski:

być w posiadaniumieć, posiadać

od przypadku do przypadkuod czasu do czasu 

szukać za czymś szukać czegoś

rozumieć pod czymśrozumieć przez coś

I to są te germanizmy, które jako jedyne – moim zdaniem – mogą językowi szkodzić, bo zniekształcają coś, co już istnieje. Te „niemieckie” formy nie brzmią mi ładnie, że tak powiem, unikam ich. Może pierwszą czasem gdzieś wrzucę, przyznaję się. Ale zastanówcie się, czy wam nie zdarza się ich używać, w miejsce tych prawidłowych? Ktoś musi to robić, skoro taki błąd istnieje.

Na dzisiaj to tyle wrażeń. Czas podsumować.

Może warto podkreślić mój stosunek do zapożyczeń – ja osobiście uważam, że są nam niezbędne. Przydają się do nazywania zjawisk nowych, dotychczas nam nieznanych. Takie ich stosowanie nie zuboża naszego języka, przeciwnie! Wzbogaca, daje nam w końcu więcej słów, a żadnych nie zabiera.

Inaczej sprawa się ma, gdy dochodzi do zastępowania istniejących już form czy konstrukcji. To może już wpływać destruktywnie na język. Nie mam zamiaru z tym walczyć, bo w końcu to my decydujemy o tym, nasza mowa stale ewoluuje. Jeśli jakieś wyrażenie będzie powszechnie używane, to wreszcie się „zadomowi” i zostanie poprawne, niezależnie od tego, czy dołączy się do języka, czy w nim coś zastąpi.

Ja aż tak się nie spinam o wrzucanie obcych wyrazów czy kalk do zdań, wypowiedzi. Wręcz na początku wyśmiałam trochę skrajnych purystów językowych. Wpis miał na celu uświadomienie wam, że germanizmy w naszym języku grają dużą rolę. Potraktujcie to raczej jako ciekawostki.

W sumie podoba mi się tematyka tej notki.

Może napiszę kolejne części – jakieś germanizmy, jeśli coś jeszcze znajdę albo inne zapożyczenia. Zobaczę.

A następnym razem na 99% przyjdę już z tymi egzaminami, dzisiaj przyszło wreszcie awizo, jutro poznam wyniki i będę mogła spokojnie coś na ten temat skrobnąć.

Trzymajcie się!