Gimnazja, chrzest, feminizm – omówmy porzucone wątki!

Przejrzałam sobie mojego bloga w całości, przede wszystkim w celu upewnienia się, że idzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Okazało się, że z każdego wpisu z ostatnich kilku miesięcy jestem zadowolona. Zrobiłam kilka drobnych edycji, przede wszystkim stylistycznych. Ale uświadomiłam sobie przy okazji coś bardzo ważnego.

Mianowicie to, jak wiele wątków porzuciłam lub w ogóle ich nie rozwinęłam!

Często pisałam coś w stylu „ale to nie temat na dzisiaj” lub „wspomnę o tym innym razem”… No i na tych słowach się skończyło. Dlatego dzisiaj tak zbiorczo chciałabym te zagadnienia omówić, chociaż pobieżnie. Jeśli ktoś, gdzieś, kiedyś będzie zainteresowany dokładniejszym rozwinięciem któregoś, to niech da znać.

Ja postanowiłam przynajmniej o nich wspomnieć – źle się czuję ze świadomością własnej niesłowności, w dodatku na taką skalę. Jak to świadczy o moim stosunku do czytelników?! Wielu ich może nie mam, ale jacyś, jak się dowiedziałam, są. A ja chciałabym, żeby nawet ten jeden, jedyny obserwator był dobrze przeze mnie ugoszczony. Nie zasługuje zatem na obietnice bez pokrycia!

No, przesadziłam trochę, ale uznałam, że nie chcę tutaj rzucać pustymi deklaracjami. Jak mówię, że coś będzie, to ma być, choćby tylko wzmianka.

Aha, trzecia część wpisów o egzaminach eksternistycznych, spokojnie, będzie! Po prostu doszłam do wniosku, że ten ostatni wpis dodam już po zapoznaniu się z wynikami. Czyli po 24. listopada. Czyli po piątku.

Tyle, jeśli chodzi o wstęp. Teraz konkrety.

Przy każdym wątku wypiszę i podlinkuję wpis, w którym się on pojawił. I postaram się zachować chronologię, także polecimy od najstarszych, ale zacznę dopiero w momencie pewnych zmian w funkcjonowaniu strony – czyli wtedy.

Uznałam, że nie ma sensu odnosić się do tematów, które w międzyczasie przestały być mi bliskie. A takie są właśnie pierwsze poruszane tu wątki. Nie usuwam ich, bo wychodzę z założenia, że w końcu one też całość witryny jakoś stworzyły, były wyrazem tego, co wówczas dla mnie było ważne. Poza tym, dla mnie straciły na aktualności (podobnie jak adres strony, który przydałoby się zmienić…),  jednak dla potencjalnych osób szukających zawartych tam informacji nadal mają one taką samą wartość merytoryczną. Także wpisy zostają, ale dzisiejsza ja się z nimi już nie utożsamiam (no, z pewnymi wyjątkami, ale tam albo nie ma takich napomknięć, albo są na tyle duże, że zasługują na osobny wpis – np. recenzje książek).

Okej, w drogę.

1 . Świadectwo mojej wartości – Moja opinia o likwidacji gimnazjów.

W poście wspomniałam już, że chodziłam do zespołu szkół, a zatem 9 lat spędziłam w tych samych murach.

Moja klasa też nie zmieniła się znacząco przez ten czas. Tak naprawdę tylko w momencie przejścia z klas 1-3 do 4-6 nastąpiła „wymiana”, ok. 7 osób (z 20 czy 22) poszło na inne profile, a na ich miejsce przyszło tyle samo osób z klasy szachowej.

Nie odczuliśmy tego znacznie, bo dobrze się z nimi znaliśmy – zawsze jeździliśmy razem na wycieczki, dobierano nasze klasy „w pary” przy każdym przedsięwzięciu („przedstawienie zrobi klasa B i D” i takie tam), także szybko się przyzwyczailiśmy do tej niewielkiej roszady. Po roku już nie pamiętaliśmy wręcz, że było inaczej.

Od tamtej pory wszelkie „zmiany kadrowe” były pojedyncze – jedna tylko koleżanka odeszła i to jeszcze w 4 klasie, reszta została do końca gimnazjum. Ktoś od czasu do czasu do nas doszedł, ale z tych wszystkich osób tylko trzy dłużej u nas zabawiły (na przestrzeni 6 lat). Jedna z dołączyła w 4 klasie i dwie w 1 gimnazjum. Większość równie szybko jak się zjawiła, tak też znikała z takich czy innych powodów.

Tak dokładny opis tej sytuacji może w was wzbudzić pytanie rodem z piosenki Toples – „I po co nam to było?”. Po prostu chciałam wyraźnie zaakcentować fakt, że spędziłam 9 lat w dość zamkniętym gronie. Można to zatem śmiało porównać to do obecnej sytuacji – ośmioletniej podstawówki.

Dlaczego jestem na nie?

Uznałam, że zestawienie niektórych aspektów żywotu ucznia w obydwóch systemach pokaże to w miarę plastycznie, także zrobię to, a potem podsumuję swoje stanowisko. Gwoli ścisłości, w roli ucznia ośmioletniej podstawówki zamieszczam siebie, bo opieram się na swoich odczuciach. Dlatego napiszę „inni gimnazjaliści kontra ja”, ale na myśli mam „z gimnazjum kontra bez gimnazjum”. Ok, chyba wszystko jasne.

Inni gimnazjaliści:

Przynajmniej dwukrotnie (wchodząc do podstawówki, później idąc do gimnazjum) zmieniali klasę niemal całkowicie (w większości nawet trzykrotnie – przejście z klas 1-3 do 4-6). Może znalazło się parę osób, które też wybrały to samo gimnazjum i profil, ale większość stanowiły nadal nowe twarze. Z innych klas, nawet z innych szkół. Przez to poszerzyło się między innymi ich grono znajomych czy umiejętności adaptacyjne.

Ja:

Od pierwszej klasy do samego końca gimnazjum byłam w klasie o składzie praktycznie niezmienionym. Jedyna większa roszada, która notabene nastąpiła wcześnie – po 3 z 9 lat – polegała na wymianie jednych znajomych… na innych znajomych. Reszta to pojedyncze przypadki. Nie miałam więc okazji do adaptacji w nowym gronie, do nawiązywania kolejnych znajomości. Mając lat 16 siedziałam w ławce z tymi samymi osobami, co mając lat 7.

Inni gimnazjaliści:

W wieku 12-13 lat pojawiła się u nich potrzeba poznawania, szukania siebie. Częściowo zaspokoiło ją pójście do nowej szkoły, zawieranie znajomości, zmiana otoczenia. Jeśli mieli już dość swoich „podstawówkowych” znajomości, wyrośli z pewnych przyjaźni, to mieli całkiem fajną szansę zacząć od zera, w innym środowisku. Większość kolegów na korytarzu nie znała ich przeszłości, a przynajmniej nie tak dokładnie. Może ktoś twarz skojarzył, może ktoś imię znał, ale nie wiedzieli, że w 4 klasie podstawówki puścił pawia przed wuefem. No, przynajmniej były na to niewielkie szanse. Jest trochę anonimowości, nie wszyscy znają ich przeszłość z ostatnich 6 lat.

Ja:

Te same korytarze. Ta sama niebieska farba na ścianach. Te same znajome gęby codziennie. Ten sam chłopak z klasy wyżej, który się śmiał w 2 klasie podstawówki robi to w 2 klasie gimnazjum. Mając 11 lat, w 4 klasie, śpiewałam piosenkę Hannah Montany na dniu talentu. Po jakimś roku z niej wyrosłam i chciałam iść dalej. Ale kiedy miałam lat 15 czy 16 nadal znalazł się ktoś, kto zawołał za mną na korytarzu”ej, Hannah!”… Widzę tych ludzi codziennie od tylu lat, ja też doskonale pamiętam, co robili kiedyś. Chciałabym wreszcie zmienić otoczenie, znajomych. Chciałabym, żeby nikt (lub prawie nikt) nie patrzył na mnie przez pryzmat tego, jaka byłam w wieku 8 lat. Mam przecież dwa razy więcej.

Inni gimnazjaliści:

Zmiana szkoły to też zmiana nauczycieli. Każdy nowy nauczyciel to z kolei nowe metody nauczania, może nawet lepsze. To także nowe podejście do przedmiotu, do ucznia. Nie wszyscy będą w porządku, zdarzą się pod takim czy innym względem gorsi. Ale to z jednej strony ich hartuje, uczy tego, że później przez całe życie będą mieli styczność z różnymi nauczycielami, wykładowcami, pracodawcami, urzędnikami, niekoniecznie „w porządku”. Z drugiej zaś takie same są szanse na fantastycznego nauczyciela w miejsce złego. Ponadto nie będą mijać już na co dzień znienawidzonego belfra.

Ja:

Co prawda nauczyciele mi się zmieniali od czasu do czasu, ale byli to ciągle ludzie z tej samej „puli”. Nauczycielka, która uczyła mnie w 4 klasie podstawówki przez rok znów dostała moją klasę w 1 gimnazjum. Jeśli kogoś wyjątkowo nie znosiłam, to nawet jak przestał mnie uczyć, widywałam go dzień w dzień, miewałam z nim zastępstwa. Jedna nauczycielka, skądinąd dobra, uczyła mnie przez 9 lat. Tak, od 1 klasy podstawówki do 3 gimnazjum, najpierw informatyki przez 3 lata, później matematyki. Okej, była bardzo w porządku, ale tym boleśniej odczułam zetknięcie z mniej kompetentną nauczycielką tegoż przedmiotu w liceum.

Rozumiecie już to, co chcę przekazać?

Oczywiście są to moje prywatne odczucia – w końcu wyrażam własną opinię, zbudowaną tak a nie inaczej. Jednak uważam, że likwidacja gimnazjów była błędem.

Przede wszystkim dlatego, że osoby przebywające przez większość życia w jednym środowisku będą mniej skłonni do odnajdowania się w nowych niż ci, którzy co jakiś czas zmieniali otoczenie i znajomych. Ponadto przez 9 lat zżyłam się, chcąc nie chcąc, z klasą i ciężej było mi się z nimi rozstać, przyzwyczaić do nowych ludzi, zaakceptować zmiany w życiu. Wydaje mi się, że jeśli dziecko, nastolatek wstępuje w inne grono osób kilkukrotnie to za każdym razem radzi sobie lepiej, co rzutuje potem na umiejętności adaptacyjne w całym życiu.

Poza tym dużo trudniej jest w ten sposób zachować swoistą anonimowość, „zbudować się” jako inną osobę, gdy dookoła cały czas są ludzie, którzy patrzą na Ciebie przez pryzmat przeszłości. A nie oszukujmy się, wchodząc w wiek dojrzewania większość młodych nastolatków chce zmieniać swój wizerunek, zainteresowania, często znajomych. Wstydzą się niektórych swoich dawnych upodobań, wyglądu, uważają to za dziecinne. To naturalne. Ciężko jednak to zrobić, jeśli nieustannie ktoś wypomina im to, kim byli kilka lat wstecz, nabija się z tego.

Są jeszcze inne kwestie, których wyżej jeszcze nie poruszyłam.

Zwolennicy zmian systemowych często przytaczają takie argumenty:

Dzieciaki w wieku 13-15 lat zaczynają się czuć dorośli. Jeśli do tego skończą już, oficjalnie, jakąś szkołę, to całkiem odbije im palma. Lepiej nie dawać im w ten sposób do zrozumienia, że są już „kimś” – poprzez zostawienie ich jeszcze w podstawówce. 

Owszem, tak jest, każdy z nas to przeszedł i jest to normalne, wspomniałam o tym wyżej. Tylko, że trzymanie ich w tej samej szkole tego poczucia nie zniweluje, prawdopodobnie nawet nie zmniejszy. Zmieni się jedynie forma. Z „skończyłem podstawówkę, jestem lepszy od tych dzieciaków, w zasadzie jestem już dorosły” na „jestem już w 7 klasie, nie to co te szczeniaki z 5 klasy, w zasadzie jestem już dorosły”.

W gimnazjach jest bardzo dużo przemocy i patologii. Młodzi tam, głównie przez to, że czują się dorośli, zaczynają się znęcać nad innymi, pić alkohol, palić papierosy, uprawiać seks i cholera wie co jeszcze.

Znowu, wsadzenie ich do podstawówki tego nie załatwi. To nie jest kwestia gimnazjum, tylko właśnie tego postrzegania siebie jako dorosłego. Pojawi się gdzieś w tym wieku, niezależnie czy dookoła samych rówieśników, czy wśród młodszych dzieciaków. Tutaj ważne jest dobre podejście rodziców, nauczycieli. Eksperymenty się zaczną, w szkole, na podwórku, w internecie. Zakazywanie i krzyk nic nie da, lepsza będzie rozmowa, zbudowanie dobrej, szczerej relacji.

Dłuższa podstawówka może wręcz narobić dodatkowych problemów. Na przykład jeśli, dajmy na to, taki 15 latek pobije 13 latka łatwiej będzie mu się bronić, niż 10 latkowi. Z kolei 15 latkowi, który szuka ofiary lepiej podpasuje ten 10 latek, prawdopodobnie to jego zacznie dręczyć, będzie mniejszym rywalem. Inny przykład – jeśli jakiś 14 latek pali w kiblu, to zarówno jego rówieśnik, jak i młodszy kolega widząc to może poczuć chęć zapalenia z nim. Zaimponowania mu. Temu 14 latkowi będzie wręcz łatwiej namówić na papierosa, dajmy na to, 11 latka, którego szybciej zastraszy, który szybciej ulegnie namowom.

Wyolbrzymiam, oczywiście. Chodzi mi o to, aby pokazać, że na takie zjawiska nie ma wpływu to, czy ktoś jest w gimnazjum, czy w podstawówce. One istnieją niezależnie od tego.

Ta zmiana w systemie nie miała też sensu pod względem czysto technicznym.

Wielu nauczycieli, którzy i tak mają już kiepską sytuację przez niż demograficzny, straciło lub straci pracę. Ułożenie nowej podstawy programowej, podręczników i tak dalej też pochłonęło spore sumy. Nie wspomnę już o dostosowywaniu wyposażenia, wnętrz podstawówek do większej ilości uczniów oraz konieczności zaadaptowania pustych budynków po dawnych gimnazjach. To są wszystko ogromne koszta i straty, obiektywnie zbędne. Nawet jeśli jakieś korzyści tego rozwiązania są, to niewymierne wobec nakładu, jaki trzeba było włożyć.

Dlatego, podsumowując, ja byłam zwolenniczką dawnego porządku.

Nie spinam się bardzo z powodu wprowadzenia ośmioletnich podstawówek, bo ten temat mnie nie dotyczy – ja już edukację na tym poziomie skończyłam parę lat temu, dzieci w tym wieku też nie mam, co się raczej nie zmieni. Jeśli jednak chodzi stricte o moje stanowisko, to, najprościej mówiąc, niepotrzebnie tyle kombinowania.

2. Uchodźcy – jacy są naprawdę – Miałam wspomnieć o sztuce teatralnej, którą widziałam kilka dni wcześniej.

Z tego co pamiętam nie chodziło mi ściśle o fabułę, tylko o samą oprawę i doznanie artystyczne. Zarys przedstawionej historii i tak dla większości byłby niezrozumiały, bo zawiera sporo odniesień do historii lokalnej – notabene nawet wśród mieszkańców okolicy niekoniecznie znanej. Dlatego, żeby tego sztucznie nie przeciągać powiem krótko i na temat.

Spektakl miał miejsce na scenie leśnej, czyli w plenerze.

Byłam pod wrażeniem organizacji i warunków technicznych. Nagłośnienie spełniało świetnie swoją funkcję, dźwięk był wyraźny, czysty, odpowiednio głośny. Przedstawienie pod gołym niebem umożliwiało też zawarcie pewnych fajnych „wstawek” i efektów specjalnych. Na przykład aktorzy jeździli na prawdziwych koniach, ogień podczas pożaru też był prawdziwy.

Abstrahując od sztuki samej w sobie, byłam z siebie bardzo dumna, bo po raz pierwszy oglądałam widowisko w całości po niemiecku i wszystko zrozumiałam, nawet się czasem śmiałam z żartów. Także takie moje takie osobiste powody do zadowolenia i dumy.

Mogłabym to rozwinąć, ale nie widzę potrzeby. Mniej-więcej to chciałam przekazać.

3. Patriotyzm współcześnie – a Ty jesteś patriotą? – Dlaczego uważam, że chrzest niemowląt jest niewłaściwy.

Chyba łatwo się domyślić, zwłaszcza po lekturze powyższego wpisu. Jednak uważam, że powinnam to jasno określić, bo tam ten wątek pominęłam.

Chrzest to sakrament, który wprowadza człowieka do wspólnoty kościoła. Dość spore zobowiązanie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak ciężko jest później z członkostwa w tej organizacji zrezygnować. Powinna być to zatem decyzja świadoma, przemyślana. Jak można tego wymagać od… niemowlęcia?

Zapytałabym dlaczego rodzice w tej kwestii decydują za swoje dziecko, ale tak naprawdę to nie jest ich wina. To jest wyłącznie odpowiedzialność nauk głoszonych przez kościół, któremu na rękę jest taki układ.

Rodzice zazwyczaj reprezentują jedną z tych postaw:

  • Sami są wierzący, więc stosują się do obowiązujących doktryn. Wierzą w grzech pierworodny, chcą zdjąć ze swojego dziecka to brzemię jak najszybciej, żeby było „czyste”.
  • Nie są zagorzałymi katolikami, ale wolą „dmuchać na zimne”. Wychodzą z założenia, że lepiej ochrzcić malucha na wszelki wypadek, niż tego nie zrobić i ryzykować zesłanie na niego ewentualnego boskiego potępienia. W końcu przecież krzywda mu się nie stanie przez to, prawda? A tak będzie spokój.
  • Ulegają presji otoczenia. Rodziny, zwłaszcza własnych rodziców. Społeczności, szczególnie w małych społeczeństwach. Wtedy często nieochrzczenie dziecka oznacza jego wykluczenie, a ich samych stawia w świetle złych ludzi, bezbożników i pomiotów szatana.

Z tych powodów ciężko tu bezpośrednio obarczać matkę czy ojca odpowiedzialnością.

Oni chcą tylko zastosować się do obowiązujących w ich społeczności norm. Jestem ostatnią osobą, która będzie podważała ich wiarę czy kwestionowała zasadność tego sakramentu z ich perspektywy. Sama jestem ochrzczona i nie mam o to żalu do rodziców. Jedyne moje zarzuty kieruję do kościoła i osób, które ten system wymyśliły oraz wpajają.

Po pierwsze – jak można twierdzić, że taka mała istotka jest skalana, naznaczona grzechem?

Czym sobie na to zasłużyła? Niemowlę to przecież ucieleśnienie niewinności, nie może odpowiadać za cokolwiek. Szczególnie za coś, czego nie zrobiło, za to nikt nie powinien być obarczany winą, zwłaszcza nieświadome dziecko. Specjalnie sprawdziłam dokładną definicję grzechu pierworodnego – niby wiedziałam, ale wolałam się upewnić, niż palnąć głupotę.  Przytoczę zatem za wikipedią:

Grzech pierworodny – w teologii chrześcijańskiej oznacza pierwszy grzech Adama i Ewy w raju popełniony pod wpływem pokusy szatana. Polegał on na uniesieniu się pychą i okazaniu nieposłuszeństwa wobec Boga poprzez spożycie z drzewa poznania dobra i zła owocu zakazanego. (…) Przechodzi on z pokolenia na pokolenie – przekazywany jest dziecku w akcie poczęcia. 

?!

Co to ma być?…

I znowu, to nie ma na celu negowania czyjejkolwiek religii. Zwracam się tu nadal w stronę kościoła, który to ustalił, praktykuje, przekazuje wiernym. Dlaczego, do cholery, jesteśmy wszyscy, jako ludzie, obarczani odpowiedzialnością za jakieś półmityczne wydarzenie? Za przewinienie innych, niezależnie od tego, czy prawdziwe i w jakim stopniu.

Ale przede wszystkim… dlaczego to dziecko ma je dostawać ot tak, w gratisie, przy samym poczęciu? Nie dość, że nie miał wpływu na grzech Adama i Ewy, to nawet nie miał nic do gadania w kwestii… spłodzenia go. A tutaj wychodzi na to, że jest to dla niemowlęcia (!) kara (!) za to, że ktoś je powołał do życia (!)

Jest ciąg dalszy wyjaśnienia tego terminu, który, parafrazując, odnosi się do oddalenia od Boga, zaniechania bliskości z nim, ponownego – już po chrzcie – odłączenia się. To jest w porządku, bo, obiektywnie patrząc, dotyczy osoby, która świadomie dokonała czegoś, co jest w danym systemie wierzeń niewłaściwe. Ale na litość, czym Bogu miałoby zawinić malutkie dziecko?

Pojawia się też kolejna kwestia.

Według ideologii chrześcijańskiej, życie zaczyna się z momentem poczęcia (i otrzymania od razu pierwszego grzechu, na rozgrzewkę). Co zatem z istnieniami, które nie zdążą się nawet urodzić? Co z niemowlętami, które umrą podczas porodu lub wkrótce po, a chrztu nie zdążą przyjąć? Piekło i wieczne potępienie?

Kiedyś zadałam to pytanie katechetce, usłyszałam, że „Bóg jest miłosierny, więc bierze to pod uwagę w przypadku, gdy dziecko umrze zanim zostanie ochrzczone” Dodała też, że jeśli istnieje ryzyko śmierci noworodka, to powinno być szybko ochrzczone, bo inaczej jest przyjmowane jako obarczone grzechem – w końcu rodzice mieli czas na ochrzczenie go (?!) . Nie satysfakcjonuje mnie to wyjaśnienie.

Podobno wszyscy są wobec niego równi, dlatego powinni tak samo być traktowani. Dlaczego jedno dziecko ma być zbawione, a drugie nie, bo zmarło nie podczas porodu, a pięć godzin później – czyli teoretycznie mogło być już ochrzczone. Swoją drogą już widzę matkę, która w takiej sytuacji myśli przede wszystkim o sakramencie, a nie o dramacie, jaki przeżywa. I najważniejsze – jeśli rodzice to „zaniedbają”, to dlaczego (znowu!) winę, karę ponosi dziecko?

No ale mój najpoważniejszy zarzut dla kościoła jest zgoła inny w tym temacie.

Jezus przyjął chrzest jako ponad trzydziestoletni mężczyzna i nie przypominam sobie, żeby wspomniał „ale wy macie to robić już z niemowlętami”. Ba, niedługo potem ukształtował się już system przygotowań do przyjęcia tego sakramentu. Czyli trzeba było być świadomym, zdecydowanym. A to wyklucza chrzest niemowląt.

Dlaczego się to zmieniło? Powód jest banalny. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze…

Sprytne zagranie, wmówić ludziom, że jeśli dziecko nie zostanie ochrzczone, to będzie żyło w grzechu. Jeszcze większe wrażenie robiło to dawniej, przed setkami lat. Wtedy mało które dziecko dożywało wieku dorosłego, dlatego rodzice tym bardziej bali się widma wiecznego potępienia dla swojej pociechy. Biegli zatem szybko ochrzcić dziecko, żeby tylko było „czyste”. A wspólnota zyskiwała kolejnego członka…

Samo przedstawienie niemowlęcia jako skalanego już działało na emocje. No bo dlaczego taki maluch ma nosić okropne brzemię? Skoro można się go pozbyć, to trzeba to szybko zrobić! Autorytet kościoła pozwolił łatwo i skutecznie wpoić zwyczaj zanoszenia dzieci do chrztu jak najwcześniej, co dzisiaj już nazywa się po prostu „tradycją”.

Tymczasem chodzi po prostu o zwiększenie liczby wiernych.

Jak już człowieka ochrzczą i wpiszą do wspólnoty kościoła, to musi się nieźle postarać, żeby zrezygnować. Często machnie ręką, nie będzie mu się chciało próbować. Istnieje też spora szansa, że w ogóle nie będzie chciał odejść. Bo od małego będzie miał wpajane te zasady aż sam w nie uwierzy i nie będzie dalej szukał. Takim sposobem mamy w Polsce 90% większość katolicką.

Rozumiecie, dlaczego przedstawiam to jako biznes dla kościoła, prawda?

Im wcześniej zacznie się komuś wpajać doktrynę katolicką, tym większe prawdopodobieństwo, że już tym wiernym pozostanie. Jeśli zdążyłby poznać świat, inne religie czy systemy ideologiczne i miałby podjąć taką decyzję sam, świadomie, jako dorosły, to bardzo możliwe, że na chrzest, czyli wstąpienie do wspólnoty się jednak nie zdecyduje. A to by była drastyczna strata w kwestii liczebności.

Dlatego, podsumowując, jak dla mnie przyjęcie jakiekolwiek sakramentu powinno być indywidualną decyzją osoby dojrzałej, świadomej i zdecydowanej. Wtedy też taki człowiek byłby o wiele bardziej wartościowym wyznawcą – bo z własnej woli i przekonania. Ale wiadomo, tutaj liczy się nie jakość. Liczy się ilość.

4. Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość – Polska przez wiek sama doprowadzała do swojej destrukcji.

W punkcie pierwszym tego posta zawarłam takie stwierdzenie, którego jednak nie rozwinęłam. Uczciwie byłoby też o tym wspomnieć, zwłaszcza, że jest to uzupełnienie do powyższego wpisu.

Zabory zawsze są przedstawianie jako okrutny akt dokonany przez bezduszne mocarstwa.

Tego nie neguję, bo faktycznie, wykorzystanie przez zaborców naszej słabości dla swoich korzyści było swego rodzaju tragedią dla naszego państwa. Tylko, właśnie, ktoś do tej sytuacji doprowadził. Ktoś spowodował, że z silnego, niezależnego kraju, ważnego gracza na arenie międzynarodowej w przeciągu stu lat staliśmy się rozbitym tworem, niestabilnym wewnętrznie. Ktoś dopuścił do tego, żeby Polska stała się ruiną. No kto taki? No my. Polacy.

W świadomości narodowej jest pielęgnowany obraz bezwzględnych władców Prus, Austrii i Rosji, którzy rozdarli nasze królestwo na kawałki. Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie uważają, iż zrobili to oni z czystej nienawiści do Polaków, że uwzięli się na nas i specjalnie doprowadzili nasz cudowny kraj do upadku. A prawda jest taka, że oni tylko wykorzystali naszą niemoc. Jak powiedziałam, zgadzam się z tym, że to była swoista zbrodnia. Ale.

Po pierwsze, nie doszło do rozbiorów „bo oni nie znosili Polski i Polaków, a przecież my nic nie zawiniliśmy”.

Stosunki sąsiedzkie przez lata były jakie były, ale zarówno oni, jak i my mieliśmy swoje za uszami, to normalne w dziejach. Natomiast ich działania nie były podyktowane nienawiścią, nie uwzięli się na nas, bo byliśmy akurat Polakami. Byliśmy najzwyczajniej łatwym celem, narodowość nie miała znaczenia.

Germanizacja czy rusyfikacja też były zachowawczym zabiegiem. Tu nie chodziło o nasze pochodzenie, inne nacje zamieszkujące zagarnięte tereny wcale nie miały taryfy ulgowej. Celem było po prostu zwalczanie tendencji niepodległościowych, które groziły buntem, powstaniem i tak dalej. W grę wchodziła polityka, a nie uprzedzenia.

Tymczasem często wydaje mi się, że – szczególnie w odniesieniu do historii naszego kraju ogółem – uważamy, jako naród, że wszyscy się uwzięli na nas, bo byliśmy Polakami. Powszechna jest narracja o tym, jak to ta nasza polskość była na przestrzeni wieków nienawidzona i tłamszona. Nie tylko my tego doświadczyliśmy, ba, sami też polonizowaliśmy inne narodowości, o czym wspomniałam we wpisie. Przykro mi wam to mówić, ale wcale nie byliśmy tacy fajni i wyjątkowi, że każdy chciał nas, tylko nas, zniszczyć.

Po drugie, wymieniając przyczyny rozbiorów bardzo podkreślamy wkład obcych mocarstw, a jakoś tak umniejszamy własne zasługi w tym temacie.

A przecież jakbyśmy my tego nie zapoczątkowali, to nic by nie było. Mieliśmy ponad wiek. Sto lat. Kupę czasu, żeby to zatrzymać, odbić się od dna, odbudować to, co się zepsuło (im szybciej byśmy to zrobili, tym mniej roboty by było). Ale nie.

Władza mająca gdzieś interes państwa, za to dbająca o własny. Przekupstwa. Decyzje polityczne kierowane osobistymi pobudkami. Melanż za melanżem. Sielanka. A lud co? Patrzy i stoi z opuszczonymi rękoma. Bierność narodu tylko utwierdziła decydentów w przekonaniu, że nie muszą nic robić, mogą dalej chlać i gromadzić majątki kosztem kraju.

I tak przez całe sto lat. Tysiąc dwieście miesięcy. Chyba wystarczająco czasu, żeby coś z tym zrobić? Jeśli szlachta by się nie otrząsnęła sama z siebie, to można było nią potrząsnąć, nie?

Nagle, obudziliśmy się z ręką w nocniku. Pierwszy rozbiór.

Ale nawet wtedy kochani szlachcice nie potrafili spiąć dup i wyruszyć z wygodnego fotela w obronie kraju. To już chyba dobitnie daje do zrozumienia, że Polacy mieli gdzieś państwo, przynajmniej ci, którzy mieli nim zarządzać. Sprzedali je za wygodne życie, pokaźny majątek i rozrywki.

Nawet po herbacie, kto próbował coś zdziałać? Lud. Tylko było już za późno. Istnieje spora szansa, że przynajmniej jakaś część z nich też nie poszłaby walczyć, gdyby tylko ktoś im zaproponował jakieś materialne korzyści za to. Słowem, do spółki ze szlachtą by się sprzedali. No ale po co im cokolwiek proponować, skoro tamci, najważniejsi, już dawno przekupieni, a oni sami nic nie zdziałają, kosami pomachają i do widzenia. Smutna prawda.

Dlaczego wydaję tak radykalne i stanowcze osądy?

Skoro tym ludziom przez cały wiek nie zależało na państwie, w końcu nie robili nic, żeby je ratować, to trochę ciężko mi uwierzyć, że nagle miłość do Polski się w nich zbiorowo obudziła. Dopiero wtedy, kiedy wszystko stracili i byli na przegranej pozycji. Prędzej uwierzę, że bali się końca swojego spokojnego życia, bali się buta zaborcy.

Jasne, że generalizuję, hipotetyzuję, przejaskrawiam.

Podkreślam tylko to, co często w tej kwestii pomijamy: gdyby nie nasza beztroska, nie byłoby prawdopodobnie takich problemów. Ale my uwielbiamy wyolbrzymiać swoje krzywdy i oskarżać wszystkich wokół o niepowodzenia, a siebie wybielać. Więcej o tym we wspomnianym wpisie, który uzupełniam.

5. Antyfeminizm – śmiać się czy płakać? – Małe odniesienie do tematu wpisu.

Tutaj nie było żadnego porzuconego wątku, ale wspomniałam, że jeśli jeszcze będę chciała rozszerzyć to zagadnienie z mojego punktu widzenia, to będą kolejne posty. Na osobny wpis to trochę za mało, ale uznałam, że mogę się teraz podzielić pewną… dygresją?

Oglądałam ostatnio „Zapytaj Beczkę”.

Pojawiło się tam pytanie, które pozwolę sobie dosłownie przytoczyć (pisownia oryginalna):

„Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek. Nienawidzę plotek, zakupów butów oraz ubrań, nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość, lubię sport. Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać). Krzysztofie lub inne organy twórczości jaką jest zapytaj beczkę CZY JA JESTEM KOBIETĄ ps mam 17 lat pozdrawiam”

Prowadzący, czyli Krzysiu skomentował to, parafrazując, „jesteś feministką”. I ja się z tym zgadzam, ale fajnym uzupełnieniem tamtego posta będzie drobna analiza tego poglądu.

Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek.

Oho, będzie coś od antyfeministki, chętnie posłucham.

Nienawidzę plotek (…)

Iii… czar prysł. Jak zawsze, kiedy wydaje mi się, że może w końcu zrozumiem pogląd „drugiej strony”. Znów mnie zawodzą. Moja droga misiu pysiu…

Każdy człowiek plotkuje.

Zanim zaprzeczysz, zastanów się, jak często w rozmowie przywołujesz inną osobę, niebędącą jej uczestnikiem. Ale uczciwie! Okej, teraz pomyśl, ile z informacji, jakie o niej przekazujesz, wiesz na 100%. Rozumiem przez to: byłam, widziałam, dobrze odebrałam dane zdarzenie, ewentualnie ten ktoś mi potwierdził, że tak jest. Nie wierzę, że nie zdarza Ci się to nigdy. Jest to coś naturalnego, chociaż niekoniecznie mile widzianego – zwłaszcza, gdy jest się podmiotem tych plotek.

Owszem, istnieją osoby (niekoniecznie dziewczyny!), które czerpią z tego niesamowitą przyjemność i satysfakcję.

Najczęściej po prostu nie mają nic lepszego do roboty, nie wszyscy mają ciekawe życie. Dla nich atrakcją dnia jest nowa fryzura Mariolki (najlepiej nieudana, chociaż nawet udaną da się zjechać), tajemnicza kobieta podejrzanie często odwiedzająca żonatego sąsiada (a kto to, a po co, a czy ta jego Beata wie, pewno kochanka) czy też to, z kim ostatnio przespała się Doda czy inna Kasia Cerekwicka (dopiero zostawił ją mąż, a ona już, może miała romans podczas małżeństwa, a ten na jej kasę leci). Tacy ludzie są wśród nas.

Wcale nie jest powiedziane, że dziewczyny plotkują więcej.

Po prostu faceci mniej z tym się obnoszą, robią to ciszej. Kobiety mają tendencję do paplania komu popadnie, a mężczyźni dokładniej selekcjonują „komu przekazać te rewelacje”. Ot i cała tajemnica.

Dlatego nie ma co się oszukiwać. Wszyscy plotkujemy. Ja. Ty. Nasi znajomi, sąsiedzi, rodzice… To jest nawet zdrowe, przy zachowaniu pewnych ograniczeń. Kwestia tego, na ile rozgraniczamy cudze życie od własnego.  I pamiętamy, które dla nas powinno być ważniejsze.

(…) zakupów butów oraz ubrań (…)

No, tu Cię misiu pysiu zmartwię. Troszkę pomyliły Ci się pojęcia.

Wydaje mi się, że masz na myśli… hmm… z braku lepszego słowa „kobiece” panie. Mam na myśli poprzez to, że lubią typowo damskie rozrywki – zakupki, ploteczki z koleżankami, oglądanie filmów romantycznych zajadając się lodami, coś w ten deseń. Nie mogę znaleźć dobrego określenia (nie wiem, czy to ja zapomniałam, czy takowego nie ma), ale myślę, że każdy czytacz z grubsza wie, o co chodzi.

Wyjaśnij mi, jak to się ma do tej definicji:

Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet.

Nijak. Powiedziałabym nawet, że to się wręcz wyklucza. Bo skoro kobiece zajęcia, takie typowo kobiece, zgodne z normą społeczną i w ogóle, Ci nie odpowiadają, to… wręcz feminizm popierasz. Chcesz, żeby dziewczyny miały szersze spektrum zainteresowań.

(…) nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość (…)

Fakt, że nie za bardzo chcesz wbudować wieżę w miłość (tak mniej-więcej to rozumiem w tym zapisie) zostawmy, bo nie przyszłam tu czepiać się ortografii. Mógłby być to kolejny argument dyskredytujący wiarygodność, ale ja do takich sztuczek staram się nie uciekać.

Muszę, po prostu muszę tutaj nawiązać do wieku.

Misiu pysiu moja Ty. Masz 17 lat. Ja nie mam wiele więcej, prawda. Dlatego – moim zdaniem – tym bardziej powinnam się do tego odnieść. Bo to nie będzie kolejne „zapomniał wół jak cielęciem był” tylko cielę do cielęcia, z podobnej perspektywy.

To, że nie masz presji na posiadanie drugiej połówki nie jest niczym: A) nienaturalnym B) niepokojącym C) źle o Tobie świadczącym. Niektórzy z nas szybko zaczynają się interesować zdobywaniem tego typu doświadczeń. Inni długo nie odczuwają podobnej potrzeby. Jedno i drugie jest całkowicie normalne. NORMALNE.

Część będzie wchodziła w związki już w podstawówce (początkowo niewiele różniące się od przedszkolnych zauroczeń kolegą albo wychowawczynią), część zrobi to może dopiero na studiach albo wcale (też dobrze). Niektórzy w wieku 13 czy 14 lat stworzą poważną relację, może nawet na całe życie, niektórzy nigdy nie zwiążą się na stałe. Tak, to pierwsze jest dość możliwe, uprzedzając sceptyków. Byłam, widziałam.

Ja należę raczej do pierwszej grupy w każdym z tych stwierdzeń.

Już jako kilkulatka interesowałam się chłopakami, a każde kolejne uczucie było tym „na zawsze” i „bez pamięci”. Ale są dookoła mnie osoby w wieku podobnym do mojego, które nadal nie były w żadnej relacji. Nie znam przyczyn, więc nie zgaduję.

Także misiu pysiu. Zabrzmi jak gadanie starej ciotki, jednak prawda jest taka, że siedemnastolatka nie może z całą mocą stwierdzić, czy będzie miała kogoś w perspektywie dwóch, pięciu, dziesięciu, a nawet dwudziestu i więcej lat. Tak, specjalnie to napisałam w ten sposób. Żeby pokazać to, że tak naprawdę nigdy nie da się temu ani zaprzeczyć, ani potwierdzić w stu procentach.

A tak na marginesie – skoro nie wierzysz w miłość, nie chcesz związków… to znów, przybijasz nam, feministkom piątkę. No, chyba dobrze rozumiem, że nie zgadzasz się ze stwierdzeniami typu „miejsce kobiety jest u boku mężczyzny” albo „jeśli kobieta nie ma męża ani rodziny, to nie jest nic warta”, prawda? Jeśli tak, to witam wśród nas!

(…) lubię sport (…)

Wdech, wydech. Nie wiem nawet, od czego zacząć.

Przepraszam bardzo, czy to jest zarezerwowane tylko dla jakiejś grupy społecznej? Wiele osób, niezależnie od płci, wieku, poglądów, pochodzenia i innych takich lubi jakiś sport. Powiedziałabym, że jest to nawet większość. Serio, różnić się może tylko dyscyplina.

Już miałam pisać zdanie zaczynające się od „Ja co prawda żadnego nie lubię…”, gdyż przez całe życie tak mówiłam. Zrobiłam jednak w głowie teraz szybki rachunek sumienia, po którym zdałam sobie sprawę, że tkwiłam w błędzie. I jeszcze wprowadzałam w niego innych!

Teraz już jestem przekonana, że chyba każdy ma jakąś dziedzinę aktywności fizycznej, z której jest w stanie czerpać przyjemność.

Nawet te Twoje, misiu pysiu, „feministki” z Bożej łaski. Co druga taka chodzi na fitness czy inny jogging, nie wszystkie w genach dostały szczupłą sylwetkę. A w eskę trzeba wejść. Właśnie, zobacz ile one biegają po sklepach i jak szybko potrafią dotrzeć gdzieś na komendę „-70%”. I Ty mówisz, że one sportu nie lubią?

A tak na serio. Nie wiem, gdzie feminizm (ten prawdziwy, nie Twój misiu) wyklucza zamiłowanie do sportu. Ba. Nie wiem co wyklucza zamiłowanie do sportu. Żaden pogląd czy inne uwarunkowanie. Nic nie przychodzi mi do głowy. Może wam coś wpadło?

Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać).

Kolejny punkt, gdzie możemy sobie przybić zdecydowaną, mocną piątkę misiu pysiu. Nie tylko my we dwie, ale pozwolę sobie stwierdzić, że Ty i feminizm.

Nie wiem, skąd Ci się wzięło w głowie to, że feministki lubią „typowych podrywaczy”. To znaczy domyślam się, patrząc na Twoją definicję tego zagadnienia. Dla przypomnienia – misia pysia, chociaż nie wprost, sugeruje nam, że feministki są puste.

Ale nawet biorąc na tapet takie, co to lubią szoping, ploteczki z psiapsiami itepe (i oczywiście tylko to im w głowie, tak wynika z komentarza misi), bo tak nam opisujesz typową feministkę (trochę zgrzyta z tym, co ja napisałam w artykule właściwym), można zauważyć pewną niezgodność. Jak pomyślałam o takich stereotypowych paniusiach, to najpierw ogólnie, a potem, po przeczytaniu tego punktu, podzieliłam je na dwie grupy.

Pierwsza to lalunie

Dziewoje, które mają, krótko mówiąc, jedno w głowie. Prawie jak co poniektórzy „faceci”, czyli mogłyby być z nich niezłe feministki, pomijając parę szczegółów. Zwykle są to dzierlatki młode, do trzydziestki, chociaż bywają też dojrzalsze – wtedy nieraz „po przejściach”. No i bardzo często mają szlacheckie pochodzenie, a jak wiadomo, szlachta nie pracuje.

A tym „jednym, co się w życiu liczy” jest zazwyczaj mężczyzna posiadający trzy ważne sprawności: sprawną kartę kredytową, sprawny i w miarę wyjściowy samochód oraz sprawnego penisa. Im, tu masz misiu pysiu rację, do feminizmu raczej nie po drodze.

Dopóki mogą całymi dniami się opieprzać… wróć! robić ważne rzeczy takie jak: malowanie paznokci, kąpanie yorka czy spacer z koleżankami po galerii (to nie są byle jakie sprawy, a ile czasu zajmują), a samiec im to zapewnia, dopóty tenże samiec może robić z nią co chce.

To znaczy potem też będzie mógł.

Generalnie jego „dziunia” z dnia na dzień jest coraz bardziej od niego zależna (finansowo, psychicznie). Także ona tylko myśli, że złapała łosia, ma kasę na zachcianki i może robić na co ma ochotę a on w tym czasie na to pracuje. Wydaje jej się, że rozdaje karty. Do czasu.

Druga to takie klasyczne już paniusie

Wyniosłe, przekonane o swojej wyjątkowości i wyższości nad resztą plebsu. Ciężko im przypisać wiek, pochodzenie czy status finansowy. Mogą być to młode panienki z zawodem „córeczka tatusia”, trochę starsze bizneswoman odnoszące sukces za sukcesem albo jeszcze starsze gospodynie domowe, zarządzające pensją męża taksówkarza i ogarniające gromadkę dzieci. Albo dowolna mieszanka tych czynników. Albo w ogóle coś innego.

Niezależnie od powyższych cech, które niewątpliwie dzielą członkinie grupy, łączy je jedno. Przerost samooceny. Każda wyżej sra, niż dupę akurat ma. Wolny czas – mają go mniej lub więcej, ale zawsze się coś znajdzie – spędzają właśnie w galeriach handlowych, kawiarniach czy u koleżanek/sąsiadek/innych pociotek.

Aktywność pierwsza może być wykonywana w grupie, ale często też samotnie.

Panie, dumnie dzierżąc w rękach nowego majkela korsa (bywa on mejd in bazar, ale co tam, byle logo było) przechadzają się dostojnym krokiem, od czasu do czasu wchodząc do wybranych, odpowiednio ekskluzywnych sklepów. Prawie zawsze coś kupią, cokolwiek, czasem nawet nie wiedzą do końca co to jest albo jak to się nosi. Liczy się metka i zazdrosny wzrok tych wszystkich wieśniaczek, na które można patrzeć jeszcze bardziej z góry. Jeśli chodzi o finanse, to budżet nie gra roli. Po prostu bogatsza pójdzie potem do restauracji, a biedniejsza do providenta, czując oddech komornika na szyi. Ale za to w jakim stylu to zrobi.

Aktywności dwie pozostałe to wymiana poglądów, najczęściej na tematy towarzyskie.

A im bardziej coś podkoloryzowane, nienormalne i/lub moralnie naganne, tym większe wypieki na policzkach z ekscytacji. Oby tylko nikt jej nie uprzedził! Co jeśli Zośka już wie?

Głównie rozmowy dotyczą innych kobiet, ewentualnie ich partnerów. Stricte mężczyzn dotyczy rzadko, a jeśli już, to tylko po to, by podkreślić jak bardzo niegodni ich uwagi są.

Pomiędzy tymi dwiema grupami zauważam wyraźną różnicę.

Ja początkowo skupiłam się na drugiej, pierwsza przyszła mi do głowy właśnie wtedy, gdy szukałam przyczyn Twojego toku myślenia, misiu pysiu. Dlatego najpierw nieco się zdziwiłam, a potem wpadłam na taki trop. Być może niesłuszny, może chodziło Ci o coś innego, ale ja to widzę mniej-więcej tak.

W definicję misi lepiej wpisuje się grupa numer pierwsza. Powiedziałabym wręcz, że ta druga do niej nie pasuje. W końcu często takie misiowe „feministki” selekcjonują mężczyzn. Ciężko je poderwać na byle banał, łatwiej zobaczyć jak zadziera nos i mówi „za wysokie progi na twoje nogi”.

Ale przejdźmy do definicji bardziej życiowej.

Misiu pysiu. Skarbie Ty mój. To już trzecia nasza piątka. Feministki z zasady nie lubią uprzedmiotowienia, co jest częstym i gęstym motywem bajery takich „typowych podrywaczy”. Dlatego skoro Cię to nie kręci…

(…) CZY JA JESTEM KOBIETĄ 

Jak najbardziej. Znaczy się, w majtki Ci, misiu, nie zaglądałam, ale wszystko wskazuje na to, że biologicznie jesteś.

Psychicznie także, dobitnie to pokazałaś. Mało tego, jesteś kobietą silną. Nie dajesz się złapać na tanie podrywy, nie szukasz na siłę obecności mężczyzny w życiu. Lubisz sport, czyli jesteś aktywna i energiczna. I przede wszystkim jesteś nonkonformistką, bo nie podporządkowujesz się bezkrytycznie normom społecznym. Szukasz, zadajesz pytania, analizujesz. Co prawda wnioski nieraz wyciągasz błędne, ale każdy ma do tego prawo.

Można jedynie się spierać w jednej kwestii, ponieważ teraz widzimy Twoje postscriptum.

ps mam 17 lat pozdrawiam

No właśnie, tutaj mamy mały zgrzycik. Dla niektórych jesteś kobietą, ale dla innych jeszcze dziewczynką. Ja po tej jednej wypowiedzi nie mam zamiaru wydawać całkowitego, niepodważalnego osądu. Ale muszę wziąć pod uwagę zarówno Twoją opinię, moja mała misiu, jak również Twój wiek i poskładać to sobie w całość, żeby odpowiedzieć na Twoje przemyślenia.

Także ocena będzie, ale zaznaczam raz jeszcze, że wypracowuję ją tylko na podstawie informacji, które dostarczyłaś. Co z jednej strony jest dla Ciebie zaletą, bo nie będę fantazjować i wykraczać ponad to, ale z drugiej trochę wadą, jeśli przedstawiłaś siebie w sposób niejednoznaczny bądź niekorzystny, wtedy mogę się z rzeczywistością rozminąć, ale z Twojej zasługi.

Jesteś jeszcze po prostu dzieckiem.

W czym absolutnie nie ma nic złego, przecież nikt od siedemnastolatki nie wymaga dojrzałości. Ale jednak pewne mechanizmy nie do końca są dla Ciebie jasne i zrozumiałe. Mylnie definiujesz otaczające Cię zjawiska, nie zawsze trafnie składasz związki przyczynowo-skutkowe.

Spokojnie, misia pysia, luzik! Masz mnóstwo czasu. Zdążysz przewartościować świat kilka razy i zmienić o 180 stopni poglądy, nawet kilka razy. W końcu światopogląd Ci się ukształtuje w miarę konkretnie (nie da się ustalić go raz na zawsze) i wtedy będziemy mogły powymieniać się solidnymi argumentami.

Taką przynajmniej mam nadzieję…

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy twardo obstają przy swojej, często zakrzywionej wizji świata. Są ludzie, którzy za łebka sobie wyrobili zdanie i za Chiny ludowe go nie zmienią już do końca życia. Jest to ograniczenie. Po pierwsze dlatego, że zamykają się przy tym na inne możliwości. Po drugie dlatego, że świat ciągle się rozwija, a pewne schematy – nawet właściwe w swoim czasie – przestają być aktualne. Warto zatem być na to przygotowanym i otwartym.

Jednak Ty, misiu, nie budzisz we mnie takich obaw. Mam co do Ciebie pozytywne przeczucia. Wydajesz się być raczej osobą obserwującą otaczające Cię zjawiska, analizującą je i szukającą zależności między nimi. Jeszcze długa droga przed Tobą, ale wierzę, że dasz sobie z nią radę!

Również Cię pozdrawiam i zapraszam do grona feministek! W końcu tyle razy przybiłaś nam piątkę.

Uff, analiza nie była wcale taka króciutka, jak miała być, ale gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, poczułam ogromną potrzebę odniesienia się do niego.

Miały być uzupełnienia, wyszły nawet spore wątki.

Spokojnie mogłabym je dalej rozwijać do osobnych wpisów, bo ja tak mogłabym gadać i gadać (pisać i pisać) do każdego tematu czy zdania całe poematy, recenzje i inne różne fajne rzeczy. Może kiedyś uznam, że warto jednak do tych zagadnień wrócić – czy to odnieść się w poście, czy poświęcić mu nowy. A może temat wyczerpałam do cna. Na ten moment raczej powiedziałam wszystko, co powiedzieć miałam.

Widzimy się zatem w niedalekiej przyszłości, kiedy przybędę tu z ostatnią częścią trylogii o egzaminach eksternistycznych.

Chciałabym ją napisać jak najszybciej po otrzymaniu wyników, ale nie mogę obiecać, że od razu po zapoznaniu się z nimi będę mogła zacząć pisać. Nie wiem też, ile zajmie mi samo tworzenie tego posta. W końcu ma być on konkretny i szczegółowy, więc ma spore szanse być długaśny. Ta notka, przykładowo, powstawała przez prawie 6 godzin jednego dnia i 3 godziny drugiego. Ale jest taka, jaka miała być, więc jestem zadowolona.

Dobra, do następnego!