Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 3.

Poprzednie dwa wpisy z serii „egzaminy eksternistyczne”:

Część 1. – egzaminy eksternistyczne od strony formalnej, najważniejsze pytania i mity.

Część 2. – opisy arkuszy z każdego przedmiotu z moją osobistą oceną, radą.

A ostatni mój post na temat „egzaminy eksternistyczne” będzie zawierał podsumowanie i moje przemyślenia.

Odebrałam już wyniki, dostałam świadectwo, zdałam wszystko! Nie mam nawet żadnej trójki, same czwórki, piątki i dwie szóstki, także jestem z siebie dumna.

Teraz już mogę z czystym sumieniem wypowiadać się w tej kwestii, już nie mówię o tytułowaniu siebie „abiturientka” czy też „absolwentka liceum ogólnokształcącego”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że jeszcze kilka miesięcy temu wiele osób pluło mi w twarz słowami „nie skończyłaś nawet szkoły”. Ale wróćmy do sedna sprawy – egzaminy eksternistyczne.

Najpierw chciałabym spróbować odpowiedzieć na pytanie, które może nasuwać się części z was:

Jak mają się oceny z egzaminów do tych szkolnych?

Wiadomo, że w szkole ma się tak naprawdę trzy lata, żeby zapracować na świadectwo absolwenta. W porównaniu z moimi trzema tygodniami – jest różnica. Trzeba było się mocno spiąć.

Nie ma „dziś mam jedynkę, ale jutro poprawię na piątkę”, nie ma „proszę pani, co mogę zrobić na dodatkową ocenę?”, nie ma „kartkówka mi nie poszła, ale referat dobry napisałam”. Jest jeden dzień, jeden arkusz, jeden sprawdzian, który ma poświadczyć o wiedzy z zakresu całego liceum.

Tak, oczywiście, że można niezdany egzamin poprawiać. Ale zawsze jest to ryzyko, że nawet przedmiot, który lubimy czy tam ogarniamy, może nam nie pójść – bo zły dzień, bo nie te pytania, bo coś się pomiesza. Poza tym jest dość sztywny klucz, w który trzeba się wstrzelić. Egzaminator nas nie zna, więc nie ma co liczyć na jego łaskawsze oko. Jesteśmy tylko my i kilka kartek papieru.

To wszystko mogą być wady dla osób, które:

  • • były z natury „kombinatorami”, zawsze pod koniec roku udało im się jakoś przesmyknąć
  • • lubią wykorzystywać swój urok osobisty i smutne oczka, żeby nauczyciel podniósł im ocenę/zaliczył sprawdzian/różne takie
  • • trudno zmotywować do nauki dużej partii materiału naraz

Dla mnie było to mega zaletą, jak się okazało. Dlaczego?

Zawsze – no dopóki nie poszłam do liceum – byłam świadoma swojej wiedzy i tego, że wykracza „ponad przeciętną”. Nauczycieli różnych spotykałam na swojej drodze, jednak większość była pełna uznania dla mnie, moich możliwości. Jednak nie wszyscy. Sporo moich ocen nie pokrywało się z tym, na co zasługiwałam, co zaraz zresztą pokażę.

Cieszyłam się bardzo, że tym razem głównie to ja zadecyduję o tym, jakie będę miała wyniki z poszczególnych przedmiotów. Wiadomo, był jakiś wpływ też egzaminatora i jego dobrej woli – mógł coś pod klucz pociągnąć albo nie. Ale tak naprawdę to ode mnie zależało, żeby nie musiał się niczego doszukiwać, tylko spokojnie przyznał punkt.

Przyjrzyjmy się moim ocenom – tym z pierwszej klasy liceum (jedynej jaką skończyłam) i tym z egzaminów.

Pierwsze oznaczę na czerwono, drugie na zielono. Przy okazji też pokrótce omówię dodatkowe wrażenia – wiem, były już w części drugiej, ale teraz po otrzymaniu wyników mogę co nieco dopowiedzieć.

Język polski – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Okej, tutaj różnicy nie ma. Wiem jednak, że w drugiej klasie na piątkę z polskiego nie miałabym już szans, nie mówiąc już o końcu szkoły. Dlatego bierzmy też na to poprawkę.

Co do egzaminu – cieszę się, że udało mi się tę piątkę zdobyć, bo miałam mieszane uczucia po wyjściu z sali. Jak wspomniałam, temat nie bardzo mi pasował, obawiałam się trochę wyżej opisanej sytuacji: jestem dobra z jakiegoś przedmiotu, ale nie trafiłam w zadania. Okazało się, że muszę trochę bardziej ufać sobie i swojej intuicji.

Język angielski – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Pierwszy z przedmiotów, gdzie różnica jest dość znaczna. Gwoli ścisłości dodam, że egzamin z angielskiego jako jedyny napisałam na 100%. Tak, spikam dość nieźle, a w szkole nie miałabym co liczyć na szóstkę bez wygranej w konkursie, co najmniej, wojewódzkim. W dodatku denerwowały mnie kartkówki ze słówek, gdzie synonimy nie wchodziły w grę. Mogłam wypisać 5 słówek o podobnym znaczeniu, a nie trafić w to jedno i dziękujemy, do widzenia. Przyznaję, że z tych i innych przyczyn olałam sobie angielski po całości.

Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, bałam się, że zrobię pełno jakichś drobnych, banalnych błędów. Wiecie, literówki, zły szyk zdania itp. Jak widać, tutaj też muszę uwierzyć znowu w swoje możliwości.

Historia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Jednego punktu zabrakło mi do szóstki! Mimo to i tak jestem z siebie dumna. W liceum byłam naprawdę dobra z tego przedmiotu – niektórzy nawet mówili, że najlepsza w klasie – ale pod koniec roku trochę mi się podwinęła noga, gdzieś złapałam tróję, nie do końca uczciwą, dlatego wyszło jak wyszło.

Na koniec szkoły mogłabym spróbować wypracować sobie piątkę, ponieważ w drugiej klasie zmienił mi się nauczyciel przedmiotu. Była to zmiana o 180 stopni na lepsze. Mimo to cieszę się, że moja wiedza tutaj się sama obroniła.

Mam lekki niesmak, bo tak niewiele brakło mi do oceny wyżej. Zdaję sobie sprawę jednak, że to nadal jest ładny wynik. Z historii pamiętam, że wyszłam raczej zadowolona, nawet chyba wiem, gdzie zrobiłam te drobne błędy. Wiem, większość z was pewnie teraz uzna mnie za wariatkę – ma piątkę i jeszcze jej mało. No co poradzę, przerost ambicji chyba.

Wiedza o społeczeństwie – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Sytuacja analogiczna, jak w przypadku historii. Dostałam w liceum czwórkę, ponieważ źle się czułam w dniu ostatniej kartkówki czy odpowiedzi na ocenę, a na drugi dzień nauczycielka (notabene ta sama, co od historii) powiedziała, że jest za późno (do wystawienia ocen były co najmniej dwa dni).

Nie liczyła się moja całoroczna praca, to, że robiłam dodatkowe rzeczy (pisałam chociażby wnioski do sądu w imieniu całej klasy) i to, że miałam wiedzę wykraczającą ponad program. Nie wracajmy już do tego.

Tutaj jest dokładnie tak, jak zakładałam. Na piątkę czułam się wychodząc z sali, piątkę dostałam. Jest w porządku.

Podstawy przedsiębiorczości – liceum: dobry, egzaminy: dobry

To jest koronny przykład na to, że nie powinnam lekceważyć tego przedmiotu. W poprzednim wpisie, gdzie opisywałam egzaminy trochę kpiłam z tego, po napisaniu go także byłam przekonana, że niżej niż bardzo dobry nie zejdę. Co prawda była to sprawa punktu czy dwóch, ale jednak. Widocznie ta czwórka była mi pisana.

Chociaż nadal wolę tę czwórkę, uczciwą, wynikającą z mojej ignorancji, aniżeli tę, którą dostałam w liceum. Nauczycielka (ta sama, co dwóch poprzednich przedmiotów) obiecywała mi szóstkę. Tak, dobrze widzicie. Reprezentowałam wtedy szkołę w konkursie wojewódzkim, generalnie miałam same dobre oceny z prac pisemnych, na lekcji cały czas siedziałam z ręką w górze – dostałam nawet ksywę Hermiona.

A co zadecydowało o mojej ocenie z tego przedmiotu? Logo. Logo firmy, które brzydko narysowałam i dostałam trójkę. Cóż, możecie mnie uznać za przewrażliwioną, ale z perspektywy czasu już jestem pewna, że owa pani po prostu bardzo nie chciała mi dać ocen, na jakie zasługuję. Bez łaski – zdobyłam sobie sama.

Geografia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Nie bardzo wiem, jak to się wydarzyło, że w liceum miałam czwórkę. Przez znaczną część roku słyszałam same komplementy na swój temat, pytania, czemu nie rozszerzam tego przedmiotu. Odpowiadałam nawet na pytania spoza zakresu materiału, po prostu jestem fascynatką geografii. Szczerze, nie pamiętam, co dokładnie zaważyło na mojej ocenie. Pewnie podobnie – jakaś jedna czy dwie gorsze oceny, których nie dano mi już poprawić.

Z egzaminu z tego przedmiotu wyszłam podobnie jak z wosu. I podobnie napisałam. I jest w porządku.

Biologia – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Największe zaskoczenie dla mnie samej i wszystkich dookoła. Ale dla mnie chyba najbardziej.

Owszem, z biologii byłam niekiepska. Z tego zakresu spokojnie zasługiwałam na piątkę, nawet miałam ją mieć, ale… No właśnie, znowu jej nie dostałam.

Tym razem nauczycielka nie chciała się przyznać, że zgubiła mój sprawdzian. W dodatku oznajmiła mi to w chwili wystawienia oceny końcowej (sprawdzian pisałam gdzieś w styczniu albo lutym), zatem nie mogłam nawet go uzupełnić.

Rozumiem, było to też w mojej gestii się upominać o tę ocenę. Raz czy dwa pytałam i zawsze słyszałam „na następnej lekcji”, później gdzieś już to mi wypadło z głowy. I dałam się zrobić na szaro – bo kłóć się w takiej sytuacji, powodzenia.

Natomiast tego, że właśnie z biologii dostanę szóstkę się nie spodziewałam. Przygotowałam się, jasne, wspomniałam też o tym ostatnio. Ale no po prostu… inne przedmioty typowałam do potencjalnych szóstek.

Chemia – liceum: dobry, egzaminy: dobry

Bez zmian – teoretycznie. Praktycznie, znowu, z tej drugiej czwórki jestem bardziej dumna. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że pierwszą zdobyłam bez większego wysiłku.

Na sporą część moich szkolnych ocen złożyły się oceny za sałatkę warzywną (!) czy też referat grupowy o paleniu (swoją drogą mówiłam o korzyściach wynikających z rzucenia palenia, a cała klasa się śmiała… czyżbym nie była autorytetem w tej kwestii?).

Nie wspomnę już o jednym ze sprawdzianów, który pisaliśmy podczas którejś z licznych nieobecności nauczycielki pod opieką wychowawczyni. Nie wiem, na ile celowo, a na ile przypadkiem, ale zostawiła sprawdzian na biurku i wyszła na przerwę… Cała klasa dostała piątki. Także ta czwórka była po prostu nieuczciwa.

Po drugie dlatego, że spodziewałam się dużo gorszej oceny.

O tym też już pisałam – wyszłam z egzaminu zlana potem, chciało mi się płakać i pierwszy raz nie wiedziałam, czy w ogóle zdałam. Podliczyłam gdzieś tam sobie takie „pewne” punkty, nazbierało się ich jakimś cudem 12 i odetchnęłam z ulgą. Otwierając kopertę nieśmiało myślałam o trójce z chemii – w końcu miałam też trochę „prawie pewnych” punktów. A tutaj czwórka. Byłam z siebie niesamowicie zadowolona – nawet nie wiem, czy nie bardziej niż z angielskiego.

Fizyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: dobry

Paradoksalnie też wolę moją czwórkę od tej licealnej piątki. Jest według mnie po prostu sprawiedliwa, ale przede wszystkim dostałam ją naprawdę z fizyki, a nie z… no właśnie, jak to nazwać?

Moja nauczycielka tego przedmiotu w liceum już na pierwszej lekcji oznajmiła nam, że „ona z humanistów nie będzie robić ścisłowców” oraz, że „dobrze wie, że nas ten przedmiot nie interesuje”. Dlatego uznała, że w naszym przypadku sama znajomość teorii wystarczy do zaliczenia. Przez cały rok nie rozwiązaliśmy nawet pół zadania obliczeniowego.

Ktoś powie, że w sumie dobrze zrobiła, bo faktycznie, humaniści i fizyka zwykle się nie bardzo lubią. Sama na początku myślałam podobnie – chce dla nas być miła, nie chce nam dowalać. Dzisiaj myślę, że po prostu uznała nas za debili.

Fakty były takie, że w istocie, teorię znałam bardzo dobrze. Szczególnie astronomię, która była dla mnie fascynująca już odkąd byłam małą dziewczynką. Dlatego jeśli bierzemy pod uwagę tę „fizykę dla humanistów”, czyli czysto teoretyczną, to zasługiwałam na piątkę.

Ale na egzaminie już zetknęłam się z prawdziwą fizyką. Dopiero podczas przygotowywania się zrozumiałam, że po prostu nauczycielka poszła po linii najmniejszego oporu. Bałam się go niesamowicie, bo uwierzyłam, że jestem za tępa, żeby ogarnąć zawiłości obliczeń i wzorów fizycznych.

Na szczęście miałam nieco… bardziej kompetentną nauczycielkę tegoż przedmiotu w gimnazjum i jej lekcje gdzieś tam mi zostały. To mi serio pomogło, były przynajmniej trzy czy cztery zadania, w tym obliczeniowe, gdzie dziękowałam jej w myślach.

Dlatego jeśli bierzemy już pod uwagę fizykę w całej jej okazałości, to czwórka jest jak najbardziej zasłużoną oceną dla mnie. I cieszę się nią bardziej, bo wiem, że sobie na nią zapracowałam.

Matematyka – liceum: dostateczny, egzaminy: dobry

Ha, ha, ha. Szach mat! Przypominam, że egzaminy były z zakresu trzech lat liceum, a pierwsza ocena dotyczy tylko jednej klasy. Teraz ta czwórka wygląda jeszcze lepiej, nie?

Powiem wam szczerze i od serca – matma jest moim głównym nemezis jeśli chodzi o dyscypliny naukowe. Nie dlatego, że jej nie ogarniam. Jak się zmobilizuję, to bez problemów rozwiązuję większość zadań. Matma mnie najzwyczajniej w świecie… drażni. Żeby nie nazwać tego gorzej. Po prostu nie lubię tego robić, nie lubię liczyć, stresuje mnie to. Z tą awersją stara się walczyć moja mama. Jak widać, nawet jej to wyszło.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo naprawdę sporo czasu poświęciła przed moimi egzaminami na zaprzyjaźnianie mnie z matematyką. Było to tym istotniejsze, że – jak wspomniałam – arkusz sprawdzał wiedzę z całego liceum, a ja się zatrzymałam w połowie drugiej klasy.

Jak wyszłam z sali, to wiedziałam tylko tyle, że zdałam. Nie śmiałam jednak prosić o czwórkę, byłam zadowolona po prostu, że zdałam. Tymczasem jest lepiej, niż bym sobie życzyła. Napisałam na 73% i pozostaje mi jedynie modlić się, żeby majowa matura też mi tak poszła.

Informatyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Trudno coś o tym przedmiocie mówić. Większość z was pewnie wie, jak wygląda on w szkole. Tymczasem sam egzamin też jest specyficzny – pisałam o nim w drugiej części. No po prostu, jeśli kojarzysz mniej-więcej pakiet microsoft office, to zdasz. A jak znasz go dość dobrze, to poniżej czwórki ciężko będzie zejść.

Macie już porównanie tego, jak poszły mi egzaminy eksternistyczne, a jak oceniała mnie szkoła.

Według mnie, różnica jest ogromna i to na moją korzyść. Również w przypadku ocen, które są takie same, a nawet gorsze. Zacznijmy jednak od tych lepszych.

Ze zdecydowanej większości przedmiotów mam wyższe wyniki, niż miałam w liceum. Jestem z tego zadowolona tym bardziej, że wiele osób nie rozumiało, dlaczego zrezygnowałam z nauki w tej szkole. Nie wierzyli, że jednym z powodów jest niesprawiedliwe traktowanie mnie. Myśleli sobie:

  • • Ha, dobrze jej tak, kujonka była przekonana, że już wszystko wie, a tu jej utarli nosa.
  • • Przewrażliwiona jakaś, kto by jej tam zaniżał oceny, widocznie uczyć się nie chciało.
  • • Raz dostała dwóję i już płacze. Wariatka, przecież to normalne.

Czy coś w ten deseń, czasem wszystko naraz, czasem jeszcze coś innego. Teraz już mam „na papierze” oceny, na jakie faktycznie zasługuję. Wiem, że zawsze znajdą się tacy, co to ich nie przekona, bo „to nie to samo”, „na farcie”, „w szkole nie ma tak hop siup” bla, bla, bla…

Ale dla mnie najważniejsze jest, że sama przed sobą czuję się dobrze, że ja mam świadomość bycia ocenioną za wiedzę, a nie za ładny uśmiech, mniej bądź bardziej znane nazwisko, duży dekolt lub, co najgorsze, osobiste sympatie i uprzedzenia.

I właśnie dlatego cieszą mnie też oceny takie same lub gorsze.

Po pierwsze – przynajmniej sama na nie zapracowałam, wykazałam się znajomością informacji, a nie ładną sałatką warzywną. Musiałam wszystko sama wyliczyć, rozwiązać, wypisać. Nikt mi nie wstawiał ocen za darmo, nikt mi nie zaniżał wymagań (patrz: fizyka).

Po drugie, byłabym nieziemską hipokrytką, gdybym domagała się najpierw uczciwego ocenienia wiedzy, a potem narzekała, że źle mnie potraktowano. To, co wiedziałam, to napisałam, za to dostałam ocenę. Pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Nie mam ich jednak, bo mam dokładnie to, czego chciałam. Uczciwe, zasłużone oceny. Widocznie nie zapracowałam na piątkę z przedsiębiorczości czy fizyki, ale wolę moją czwórkę niż naciągane piątki.

Dlatego polecam egzaminy eksternistyczne osobom, które myślą podobnie.

Jeśli masz wrażenie, że w szkole ktoś oceniał Cię niesprawiedliwie, tutaj możesz być spokojny – dostaniesz to, na co zasługujesz. Nikt nie patrzy na Ciebie personalnie, liczy się to, co wiesz. Pamiętaj jednak, że to działa w dwie strony. Jeżeli nie zasługiwałeś na swoją czwórkę czy piątkę, to wszystko tutaj „wyjdzie” i nie możesz o to mieć pretensji.

Prawda, czasem zdarzy się gorszy dzień, nie do końca trafiony arkusz.

Jednak na swoim przykładzie zaobserwowałam, że nawet wtedy wiedza po prostu broni się sama. Nieraz byłam niezadowolona z pytań, niepewna odpowiedzi. Obawiałam się, że znacznie obniży to moją ocenę z przedmiotu, szczególnie z tych, które lubiłam. I, jasne, trochę punktów straciłam nie tyle z niewiedzy, ile przy wsparciu zwyczajnego pecha co do zadań.

Na przykład wiem, że na polskim sam fakt, że nie znałam książki „Inny Świat” pozbawił mnie spokojnie minimum 3 punktów. Cały egzamin był dla mnie mocno nietrafiony, rzucałam w autora gromami. Mimo to, przebrnęłam przez niego i poszedł mi bardzo dobrze, nie mogę narzekać na ocenę. Zatem jeśli odpowiednio się przygotujecie – uczciwie! – to spokojnie wyniki będą zasłużone.

To jest właśnie to – nie ma kombinowania, nie ma zrzucania na zły dzień, na katar, na nietrafione pytania. Jeśli porządnie się przyłożycie, pokonacie lenistwo i niechęć, to efekt będzie widać.

Okej, starczy o tych ocenach. Miałam napisać jeszcze kilka innych wniosków.

Odpowiedzmy jeszcze ostatecznie na pytanie – kto może pisać egzaminy eksternistyczne?

Wydaje mi się, że tego jeszcze nie uściślałam. To znaczy napisałam w pierwszej części, że może to być każda osoba dorosła, która dysponuje świadectwem ukończenia gimnazjum bądź ośmioklasowego liceum. Ale jak to się ma w praktyce?

Sformułujmy to pytanie nieco inaczej i rozbijmy na dwie części.

Kto pisze egzaminy eksternistyczne?

Ja sama myślałam, że będą to głównie osoby między gdzieś tak 25 a 30 rokiem życia. Takie, którym coś się wcześniej nie powiodło, które wybrały inną szkołę albo coś im przeszkodziło w kończeniu liceum, a teraz się jednak zdecydowały uzupełnić wykształcenie. Jednocześnie też są na tyle młode, że spokojnie mogą startować od zera. Tak sobie wyobrażałam przeciętnego współtowarzysza zanim podeszłam do egzaminów. Co zastałam na sali?

Istny misz-masz. Naprawdę. Co prawda z niewieloma osobami udało mi się pogadać na tyle, żeby poznać ich sytuację życiową, więc przyczyn, dla których zdają egzaminy eksternistyczne nie poznałam. Dlatego to, co tu wymienię to w większości moje obserwacje i przypuszczenia. Pobawiłam się trochę w socjologa, posłuchałam co nieco na korytarzu, poobserwowałam stałych bywalców, ich stroje, zachowania. Myślę, że można pewne wnioski wyciągnąć z tego.

Przede wszystkim coś, co jest niepodważalnym faktem – faktyczny przekrój wiekowy piszących.

Pełen. Były osoby w moim wieku, jedną koleżankę-rówieśniczkę poznałam bliżej, innych wytropiłam po peselach (spokojnie, patrzyłam tylko na dwie pierwsze cyfry, z czystej ciekawości i w celach badawczych, nie jestem żadnym stalkerem). To mnie trochę zaskoczyło, bo nie myślałam, że aż tylu moich rówieśników tuż po przerwaniu nauki podejdzie do egzaminów. Zakładałam, że raczej odczekają rok lub dwa. Niestety, nie byłam tam żadnym rodzynkiem, bynajmniej!

Widziałam też wiele osób zaledwie rok starszych. Jednego chłopaka trochę posłuchałam i wywnioskowałam, że zmarnował kilka miesięcy w „szkole” przygotowującej do egzaminów (o nich pisałam więcej tutaj), także on też na dobrą sprawę mógł zdawać jeszcze jako osiemnastolatek, na gorąco.

Dalej, roczniki coraz wyższe…

Kilka osób, na oko świeżo po dwudziestce, siedziało i rozmawiało o swoich małych pociechach. Przedział 20-30 lat dominował, ale nie jakoś znacznie. Sporo było osób z roczników ’80 albo ’70. Jedna kobieta, wyraźnie po czterdziestce, serwowała mi za każdym razem lodowate spojrzenie. Szczególnie, kiedy śmiałam się podczas rozmowy z kimś. Albo przeklęłam pod nosem.

Udało mi się trochę porozmawiać z panią, która zbliżała się już do pięćdziesiątki (nie pytałam o wiek, ale wiem z peselu). Była bardzo miła i na każdym egzaminie się uśmiechała do mnie, w przerwach czasem komentowałyśmy arkusze. Trochę zabawnie było omawiać zadania z – bądź co bądź –  sprawdzianu z kobietą starszą od mojej mamy. Nie była ona jednak najstarsza.

Rekord stanowił pewien emeryt, który podchodził mniej-więcej do połowy egzaminów. Chyba część zdawał już wcześniej, bo dzielił się z innymi osobami wrażeniami z niektórych przedmiotów.

Jak widzicie, nie ma limitów wiekowych. Nie tylko na papierze.

Trochę się zdziwiłam, że nie ma jednak jakiejś wyraźnie dominującej grupy wiekowej. Byli dosłownie „reprezentanci” wszystkich – nastolatków, młodych dorosłych, tych w średnim wieku oraz starszych. Ja się nieco obawiałam, że będę widocznie młodsza od reszty, ale tak nie było. Zastanawiałam się też, czy faktycznie ktoś dojrzały zdecyduje się jeszcze uzupełniać wykształcenie, a takich osób było sporo. Cieszy mnie takie zainteresowanie, może za kilka lat egzaminy eksternistyczne nie będą już czymś z kosmosu, tylko normalną, znaną formą kończenia szkoły.

Kwestia strojów – jak na egzaminy eksternistyczne się ubierają zdający?

Dla mnie było dość jasnym, że powinnam wyglądać schludnie i w miarę elegancko. Wiadomo, że nie wskoczyłam w mundurek szkolny, ale starałam się zawsze ubrać dość profesjonalnie. Marynarka czy sweterek, jednolita bluzka pod spód, spodnie dżinsowe lub w stonowanym kolorze, bez dziur. A jak do tematu podeszli pozostali?

Byli tacy, co przychodzili w garniturach lub garsonkach. Byli też ludzie w dresach i koszulkach „PROSTO” czy inne „PLNY”. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny.

Płeć piękna na ogół ubierała się całkiem elegancko.

Sukienka, spódnica, jakieś spodnie + koszula. Było kilka takich, które wyglądały, jakby im się pomyliła droga na wiejską dyskotekę. Wiecie, nerki i płuca na wierzchu. Były też takie, co wracały chyba z Karkonoszy, bo polarek miały idealny na wyprawę po górach. Po niektórych w życiu bym nie powiedziała, że przyszły na egzamin.

Mężczyźni natomiast stawiali głównie na koszulę i spodnie.

Były wyjątki, a i owszem. Od wspomnianych już reprezentantów osiedli w dresach, poprzez satanistów z ubraniami tak podartymi, że ledwo się ciała trzymały, aż po swojskich, przaśnych chłopów w polarkach lub swetrach i sztruksach dziurawych, ale już ze starości.

Jak widać, nie każdy podszedł do tematu tak, jak ja.

Nie chcę tu nikogo oceniać po ubiorze, po prostu dla mnie takie wydarzenie jest poważne, a kwestią szacunku jest dostosowanie swojego wyglądu. Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę bardzo, nic mi do tego. Osobiście nie umiałabym przyjść na egzamin w dresach albo sukience długości tuniki. Mimo to, byli tacy ludzie i nikt im uwagi nie zwracał – przynajmniej nie na głos.

Podzielę się teraz innymi przypuszczeniami oraz obserwacjami odnośnie współtowarzyszy.

Zaznaczam – to są tylko moje wnioski, które wyciągałam na podstawie tego, co widziałam i słyszałam pod salą. Mogę oczywiście się pomylić, coś błędnie odebrać. Chciałam jednak napisać kilka spostrzeżeń, jeśli kogoś zainteresują inne aspekty życia zdających niż wiek.

Żeby uniknąć możliwie jak najbardziej błędów w moim rozumieniu, postanowiłam nie opisywać nikogo personalnie (nie przypisywać zaobserwowanych cech, usłyszanych wypowiedzi konkretnej osobie), a wyszczególnić kilka charakterystycznych grup spośród widzianych przeze mnie ludzi. Bierzcie to jednak z dystansem, ok?

To z kim ja się zetknęłam, zdając te egzaminy eksternistyczne?

• Młodzi, najczęściej jeszcze-nastoletni lub ledwo-nie-nastoletni buntownicy.

W trampkach, kraciastych koszulach i podartych spodniach. W uszach obowiązkowo słuchawki, czasem wystukują rytm, trzęsąc przy tym całą ławką i ludźmi dookoła. Nierzadkie są też dodatki – naszyjniki czy bransoletki, zwykle z jakimś kontrowersyjnym symbolem. Patrzą na świat z góry i to tylko wtedy, kiedy zarzucą włosami na tyle, żeby coś zobaczyć. Szkoła to dla nich przeżytek, szkoda na nią czasu. Chcą zdać te egzaminy dla świętego spokoju, bo każdy się ich czepia o brak wykształcenia. Dla nich samych nie ma to większego znaczenia – jebać system.

• Bananowe dzieci. Too cool for school.

Grupa osób w większości ściśle około dwudziestki, nawet przed. Siedzą pod salą znudzeni, przeglądając internet na najnowszym ajfonie. Ubrani oczywiście zgodnie z nakazami obecnej mody: dziurawe spodnie, adidasy, bluza lub sweter oversize. Każdy chyba ma wodę w piwnicy, patrząc na ich nogawki. Przyszli tutaj tylko dlatego, że tatuś im nie da pieniędzy/zabierze samochód/nie kupi nowego ajfona/każe iść do pracy, jeśli nie skończą liceum. No to przyszli, jak już stary sobie wymyślił jakieś egzaminy eksternistyczne, matury, studia… przynajmniej truł nie będzie i dwie stówki rzuci.

• Bananowe żony.

Podkategoria podobna do tej wyżej, z tym, że tutaj w rolę tatusia wciela się mąż. Reszta mniej-więcej bez zmian. Nawet w kwestii stroju, bo niezależnie od wieku, ubrane są jak nastolatki.

• Romeo i Julia.

Chociaż egzaminy eksternistyczne częściej pisała Julia. W skrócie chodzi o panienki, które dla swoich wielkich miłości rzuciły szkołę i wyjechały w siną dal. Romeo często im towarzyszy, wtedy siedzą przyklejone do niego. Z ogromnym bólem odrywają się na czas egzaminu. Jeśli akurat go przy nich nie ma, to siedzą z telefonem w ręku, piszą/mówią mu jak bardzo tęsknią. Generalnie trudno podjąć z nimi rozmowę, która nie sprowadzi się do jednego tematu – tak, domyślacie się jakiego. Mnie pozostaje tylko mieć nadzieję, że albo Romeo okaże się tym jedynym, albo przynajmniej zdadzą te egzaminy.

• Świeżo upieczeni rodzice.

Ludzie po dwudziestce, którym niedawno przyszło na świat potomstwo. Zwykle jest to mniej niż rok. Najczęściej to jest właśnie powód, dla którego piszą egzaminy eksternistyczne, a nie chodzą do szkoły. O dziwo, grupę reprezentują zarówno mamusie, jak i tatusiowe – co mnie cieszy. Jeśli akurat nie dzwonią się zapytać, jak tam ich pociecha się miewa, to opowiadają o niej ludziom naokoło. W pewien niejasny dla mnie sposób przedstawiciele potrafią wyczuć siebie nawzajem. Wtedy dopiero bawią się świetnie – rozmawiają o ząbkach, kaszkach, pieluszkach, pokazują sobie zdjęcia swoich skarbów. Egzaminy są dla nich drugorzędne – ale w sumie reszta świata też jest przesłonięta ich małym słoneczkiem.

• Dresiarze.

Obu płci. Znakami charakterystycznymi są, jak sama nazwa podpowiada, dresowe spodnie. Oprócz tego często występuje za duży T-shirt i bluza, fajnie jak mają dobry brand czy tam label. Zdarzy się też jakaś czapka, wtedy zdejmują ją dopiero po upomnieniu ze strony komisji. Najczęściej to oni spóźniają się na egzaminy lub wchodzą na nie ostatni. Można ich rozpoznać również po pozie: rozwaleni luzacko na ławce lub krześle, patrzą przed siebie z cwaniackim uśmieszkiem, rączki obowiązkowo w kieszeni. Nierzadko ich szczęki pracują na pełnych obrotach – mieląc gumę – ale nie przeszkadza to zazwyczaj w szczerzeniu się do otoczenia.

Co robią na egzaminach? Trudno powiedzieć. Raczej nie chodzi im o dokształcanie samo w sobie. Jedną z moich teorii są, podobnie jak u bananów, rodzice, którzy w taki czy inny sposób namawiają swoje dziecko do ukończenia liceum. Podejrzewam też, chociaż to mniej prawdopodobne, pracodawcę, który postawił im warunek uzupełnienia wykształcenia. Ciężko to rozgryźć w tym przypadku.

• Szlachta.

Ludzie przeciętnie w okolicach czterdziestki, chociaż zdarzają się i nieco młodsi. Z różnych przyczyn nie ukończyli szkoły w swoim czasie, ale teraz chcą to nadrobić. Może chodzić o lepszą pracę, wyjazd za granicę lub zwykłe ambicje. Równie prawdopodobne jest to, że mają dość dzieci, które, na wzmiankę o tym, że mają się uczyć, odpowiadają „ale Ty też nie masz wykształcenia!”. Od reszty osób w ich przedziale wiekowym odróżnia ich jednak wyraźny kompleks odnośnie nieskończonego liceum, niepełnego/gorszego wykształcenia. Starają się nadrobić to ubiorem, zawsze się odwalą jak mysz na dożynki albo szczur na otwarcie kanału. Dumnie trzymają głowę w okolicach sufitu i wodzą wzrokiem po reszcie.

Spróbuj zachować się „nieodpowiednio”, w ich mniemaniu. Takiego zimna, jakim Cię zmierzą, nie poczujesz na Antarktydzie. Rzadko z kimś rozmawiają, a jeśli już, to są to wypowiedzi do przesady sztuczne i pompatyczne. Zdarzy się również komentarz, o który nikt ich nie prosi. Wygłoszony jest obowiązkowo z dumą, wyższością i pogardą. Szczególnie wyczuleni na młodszych od nich, uważają się za bardziej doświadczonych życiowo. Oni nie zawalili szkoły z lenistwa, a mieli poważne powody. Nie to co Ty, szczylu!

• Ciotki i wujkowie.

Osobniki w wieku średnim, które jednak – w przeciwieństwie do reszty – nie przyszły na egzaminy eksternistyczne w celu leczenia kompleksu niższości. Dużo rozmawiają, w zasadzie zagadują kogo tylko się da. Często znajdują wspólny język z kimś ze swojej grupy, ale też zdarza się, że dobrze im się gada z młodszymi. Pomimo to, nie są moralizatorami, nikogo nie oceniają, nie uważają się za lepszych tylko z racji wieku. Podtrzymają na duchu, nie szczędzą ciepłego słowa. Tacy opiekunowie czy strażnicy zgromadzonej gawiedzi.

• Nie-wiem-co-tu-robię.

Tutaj nie ma nawet przybliżonej kategorii wiekowej. Charakterystyczne cechy łączące wszystkich przedstawicieli to: wygląd świeżo z łóżka, wbieganie tuż przed czasem, łażenie w tę i z powrotem bez wyraźnego celu, rozglądanie się z przerażeniem, nerwowo, jakby szukając pomocy. Która jest godzina? Za ile się zaczyna? Naprawdę trzeba pisać czarnym długopisem? Muszę pokazywać dowód na każdym egzaminie? Gdzie mogę zostawić kurtkę? Dlaczego nie mogę wnieść wody? Trzeba oddać telefon? Po co?…

To są takie najpopularniejsze typy osób zdających egzaminy eksternistyczne.

Jasne, że jest to przerysowanie, trochę podśmiechujki. Ale po trzech tygodniach obserwacji wydzieliłam sobie takie grupy spośród otaczających mnie osób. Niektóre dałoby się dopasować do kilku z nich. Inne oczywiście do żadnej. Chciałam tym zestawieniem z przymrużeniem oka zwrócić wam jednak uwagę na to, że naprawdę różny przekrój społeczny można spotkać pod salą egzaminacyjną.

A teraz inaczej – komu ja polecam egzaminy eksternistyczne?

Wiadomo, są dla każdego. Ale komu polecam tak bardziej?

• Osobom, które w swoim czasie nie skończyły liceum.

Czyli edukację zakończyły na podstawówce/gimnazjum albo wybrały inny typ szkoły ponadgimnazjalnej. Dość oczywiste, ale chciałam wymienić dokładnie wszystkich. Poza tym jest tu coś wartego uściślenia. Nieważne, czy masz lat 19, czy też 40 – nigdy nie jest za późno na to, żeby uzupełnić wykształcenie. Co innego jest jednak istotne – chęci. Szczere chęci.

I nie mam na myśli tylko zapału do nauki, chociaż oczywiście to też. Zanim zdecydujesz się przystąpić do egzaminów, proszę, zastanów się, dlaczego chcesz to zrobić. Żeby zaimponować rodzinie, znajomym? Żeby zarabiać więcej pieniędzy? Żeby wyleczyć kompleksy? Czy dlatego, że naprawdę chcesz skończyć liceum?

Nie zrozumcie mnie teraz źle – inne czynniki, takie jak lepsza praca czy szacunek otoczenia też są istotne.

Ale nie mogą one być jedynymi powodami, dla których chcecie zdawać egzaminy eksternistyczne. Jeśli nie zrobicie tego po prostu dla siebie, z potrzeby wewnętrznej, to nic z tego nie będzie.

Okej, nawet jeśli je zdacie, to może się zdarzyć tak, że nie rozwiąże to waszego problemu. Znajomi dalej patrzą z góry, bo „jakieś lewe świadectwo”. Oferty pracy nadal beznadziejne, okazuje się, że bez doświadczenia czy matury wciąż zarobicie grosze. Dalej czujecie się gorsi od innych, a przecież macie już to świadectwo. Frustracja murowana i na co to wszystko?

A jeśli naprawdę chcecie, sami dla siebie, tego wykształcenia, to będziecie się cieszyć niezależnie od reakcji otoczenia i czynników zewnętrznych. Wasza samoocena podskoczy, w końcu macie nowy powód do dumy – daliście radę, zdaliście egzaminy eksternistyczne, skończyliście szkołę. Dalej samo pójdzie.

Także w skrócie:

Polecam to osobom, które nie skończyły liceum „w terminie”, ale tylko jeśli bardzo zależy im na posiadaniu tego „średniego”. Nie róbcie tego dla innych, tylko dla siebie.

• Osobom, które przerwały naukę w stacjonarnej szkole lub planują to zrobić.

Mam na myśli swoich rówieśników, którzy z różnych przyczyn chcą zrezygnować ze szkoły. Powody mogą być różne, najróżniejsze, ale postaram się trochę to uogólnić i wyodrębnić dwie podgrupy:

→ Ludzie, którzy rzucili szkołę, bo uważają, że nie jest im ona potrzebna/nie chce im się po prostu tam chodzić.

Od razu mówię, ja was nie chcę tu umoralniać. Kim ja jestem, żeby się do tego zabierać? Brzmi to dziwnie, że polecam egzaminy eksternistyczne osobom, którym na wykształceniu nie zależy. Szczególnie, że przed chwilą sama pisałam o szczerych chęciach. Zaprzeczam sama sobie? Nie do końca.

Na pewno będąc w takiej sytuacji słyszycie – głównie od starszych, ale zdarza się też od rówieśników – coś w stylu: marnujesz sobie życie, jeszcze będziesz żałować, że nie masz wykształcenia bla, bla, bla… Wiem, to męczące, zwłaszcza, że przecież sam wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. I masz rację, nikt nie może za Ciebie decydować, ale… Może jednak się nad tymi egzaminami zastanów?

Nie tylko jako były licealista – jeśli nie interesuje Cię wykształcenie ogólne, to są też zawodowe, o których tylko wspomniałam w pierwszym wpisie, bo o nich wiedzy nie mam na tyle, żeby mówić. Ale są też takie, możesz poszukać więcej informacji.

Zanim przewrócisz oczami albo uznasz, że się Ciebie czepiam, to proszę, pomyśl chwilę.

Zastanów się nad kilkoma rzeczami.

Po pierwsze, co zamierzasz robić po przerwaniu nauki? Pewnie odpowiesz, że iść do pracy. Może nawet wyjechać za granicę. Fajnie, ja wiem, że my, młodzi, często myślimy tu i teraz, ale pójdźmy kilka, kilkanaście lat do przodu, okej? Tak hipotetycznie.

Bez wykształcenia prawdopodobnie czeka Cię praca fizyczna. Zdarza się inaczej, jakiś fart, własny biznes i tak dalej. Ale niestety, dojmująca większość zostaje tak zwanymi fizolami. Póki jesteś młody i sprawny, to wszystko gra. A teraz zastanów się, jak długo będziesz w podobnej formie? Zwłaszcza po wieloletnim tyraniu od świtu do nocy. Po paru, parunastu latach zostaniesz stopniowo wymieniony na nowszy model, a o inną robotę będzie trudniej z każdym kolejnym rokiem. Okej, ktoś może docenić doświadczenie, ale niestety znacznie częściej w typowych pracach fizycznych bardziej liczy się siła, zręczność i wiek.

Dobra, teraz załóżmy, że jednak uda Ci się utrzymać tę samą pracę przez wiele lat, może nawet do emerytury. Wyobraź sobie, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. Wstajesz. Idziesz do pracy. Wykonujesz te same czynności, już mechanicznie. Wracasz do domu. Jesz obiad. Oglądasz serial. Jesz kolację. Idziesz spać. I tak w kółko. Od zawsze na zawsze to samo stanowisko, obowiązki. Ten sam zakład. Wakacje z rodziną w Rewalu czy innym Władysławowie jako odskocznia od codzienności. Tak chcesz żyć?

Jasne, trochę przejaskrawiam.

Ale prawda jest taka, że większość tego typu prac nie ma perspektyw. A jak już się gdzieś tam utknie, to ciężko się wygrzebać. Nie mówię tutaj, że wykształcenie gwarantuje pracę pełną rozwoju, podobnie nie neguję, że i bez niego uda się trafić na ciekawe zajęcia. Patrząc czysto statystycznie niestety częściej to fizyczne zajęcia są mniej perspektywiczne.

Pewnie, powiesz mi, że „Ty nie jesteś wszyscy” i „Tobie na pewno się uda wstrzelić w ten mniejszy procent”. Przykro mi, ale każdy tak myśli. A jednak tę większość ktoś musi stanowić. I życzę Ci jak najlepiej, ale naprawdę szanse masz nieduże.

Istnieje szansa, że jesteś młodym biznesmenem.

Masz super pomysł, czujesz się urodzonym handlowcem, a przecież do tego nie potrzeba wykształcenia. Ważniejszy jest łeb na karku. Tu się zgadzam. Jednak znowu mam swoje „ale…”

Problemem, który nasuwa się jako pierwszy jest kapitał początkowy. Czy masz? Czy na pewno wystarczający? Jeśli nie masz, to pewnie chcesz zarobić – oblicz uczciwie, ile zajmie Ci zebranie go. Nie, nie chcę Cię zniechęcić. Chcę trochę ostudzić Twój zapał, żebyś podejmował swoje decyzje rozsądnie.

Dobra, masz już pieniądze. Ale czy naprawdę masz talent do biznesu? Czy Twój biznesplan jest realny, oryginalny i dopracowany? Możesz się boleśnie przekonać, że przeceniłeś swoje możliwości. I zostać z niczym, dosłownie. Poza tym nawet najlepsza firma z najlepszym zarządcą może zostać wręcz zdmuchnięta na skutek niesprzyjających okoliczności. Pojawienie się konkurencji, zmniejszenie zainteresowania usługą, nietrafiony wybór lokalizacji, brak solidnych pracowników, awaria sprzętu i konieczność jego wymiany, splajtowanie hurtowni… to tylko niektóre z możliwych przeszkód. Przeanalizowałeś dokładnie ewentualne zagrożenia i rozwiązania potencjalnych problemów?

Starczy o tej pracy. Przejdźmy do „po drugie”.

Po drugie, pomyśl o… bliskich. Tak, sama pisałam wyżej, żeby nie zdawać tych egzaminów dla kogoś, a jedynie dla siebie. Ale… tak znowu, mam „ale”.

Najpierw polećmy klasycznie – rodzice, dziadkowie, którzy niepokoją się o Twoją przyszłość. Myślisz, że im chodzi tylko o wtrącanie się w Twoje życie i układanie go po swojemu. Tymczasem oni po prostu boją się, że będziesz mieć całe życie pod górkę, że kiedyś zostaniesz z niczym – a na dodatek bez wykształcenia.

Taka jest prawda, nawet skończone tylko liceum już wiele ułatwia. Na przykład w Niemczech – do niektórych ofert, jakie przeglądam, wymagają po prostu wykształcenia, matury, szkoły. Nawet nie skończenia studiów albo specjalistycznych, profilowanych placówek. I samo liceum już sporo zmienia, w proponowanych stanowiskach i, oczywiście, w wynagrodzeniach.

Zastanów się, jaką wartość ma dla Ciebie rodzina.

Nie znam Twojej sytuacji, więc nie mogę z całą pewnością tego stwierdzić, ale założę, że masz mamę lub tatę, którzy się o Ciebie troszczą. Albo babcię, dziadka, ciocię, wujka. Kogoś bliskiego, komu na Tobie zależy. Jakąś osobę na pewno masz – nawet jeśli twierdzisz inaczej!

Pomyśl o nich. Wiesz, ile może im przykrości i zmartwień przysporzyć Twoja rezygnacja z nauki? Powiesz, że to Twoja sprawa i nie będziesz dawał im grać sobie na uczuciach. Masz rację. Ale kochasz mamę (tatę, babcię…), prawda? Chciałbyś, żeby była szczęśliwa, spokojna o Ciebie, dumna z Ciebie. Możesz to bardzo łatwo zrobić. Tak naprawdę, co Ci szkodzi spróbować? Na pewno to docenią.

Teraz znów skoczmy do przodu…

Twoja rodzina, założona przez Ciebie. Może już powstaje – jeśli masz chłopaka lub dziewczynę, to już można podciągnąć pod zalążek. Zakładam, że jesteś osobą odpowiedzialną, która jest gdzieś tam psychicznie gotowa na ewentualną nieplanowaną ciążę. O ile zdecydujesz się na urodzenie dziecka – lub Twoja dziewczyna się na to zdecyduje – to musisz być w stanie zabezpieczyć je finansowo.

Wiadomo, że w takich chwilach często właśnie rzuca się szkołę i idzie do pracy, ja jednak zachęcam do bardziej perspektywicznego myślenia. To powinno być rozwiązanie doraźne. Już nawet pomijając kwestie finansowe. Chyba chcesz, żeby Twoje dziecko mogło brać z Ciebie przykład. Chcesz być dla niego autorytetem, wzorcem. Okej, możesz nim być niezależnie od wykształcenia. Ale nie zdziw się, jak któregoś dnia usłyszysz „Ty nie skończyłeś głupiego liceum, nie mów mi jak mam żyć” albo „Dlaczego ja mam chodzić do szkoły, skoro Ty nie chodziłeś?”.

Tak, nie namawiam Cię do zdawania tego dla innych.

Nadal musisz to zrobić w zgodzie ze sobą. Tylko pomyśl, co Ci szkodzi podejść do tych egzaminów i mieć święty spokój. Z pracą zarobkową to nie koliduje. Możesz zdawać po kilka egzaminów w sesji. Nawet jak masz mieć same dwójki albo podejść do któregoś dwa razy, to co? Uwierz mi, że jesteś w stanie spokojnie zaliczyć wszystkie przedmioty chociaż na te 30%.

A tak po pierwsze Ty będziesz mieć już spokój, skończy się słuchanie tego biadolenia. Po drugie, rodzina będzie spokojniejsza. Po trzecie, jeśli Twój pomysł na życie kiedykolwiek nie wypali lub się coś popsuje, to zawsze masz już chociaż liceum skończone. Może nigdy Ci się to nie przyda, ale co jeśli jednak? Może warto mieć taką furtkę awaryjną?

I tak gwoli ścisłości – sama reprezentowałam raczej drugą grupę, o której zaraz.

Ale szczerze mówiąc, pisałam te egzaminy też po części dla świętego spokoju. Ja sama jakoś bym się bez tego papierka obyła, nie był mi on niezbędny i tak naprawdę gdyby nie dwie rzeczy, to bym olała sprawę. Pierwszą z nich było to, że już zaczęłam liceum i szkoda było mi zaprzepaścić całkiem te półtora roku męczarni.

Drugą było otoczenie, zwłaszcza najbliższe. Chciałam, żeby nikt nigdy już się ani do mnie nie przyczepiał o brak wykształcenia, ani nie martwił się, że zostałam niewyedukowanym cieciem. Także widzicie, zrobiłam to na pozór dla nich, a tak naprawdę dla siebie – bo chciałam, podkreślam, chciałam, żeby nikt mi nie mógł nic zarzucić.

Wolałam już zdać te egzaminy eksternistyczne i mieć świadectwo, potem maturę.

Chociaż nie mam nawet zamiaru iść na studia. Ale uznałam, że może kiedyś mi się zachce dalej kształcić, poza tym lepiej teraz zrobić niż później żałować, że zaniedbałam. Przyda się, nie przyda się – ale w razie czego jest. Zastanówcie się, czy nie warto w waszym przypadku postąpić podobnie.

→ Ludzie, którzy chcieliby się wykształcić, ale z jakichś przyczyn nie mogą się uczyć w dotychczasowej szkole.

To jest ta grupa, do której ja należę – przynajmniej w większości. W chwili pójścia do liceum, bardzo chciałam mieć dobre oceny, zdać maturę i pójść na studia. Niestety bądź stety, szybko mnie zniechęcono do wszystkiego – do szkoły, do życia i do siebie. Mówię „stety”, bo przynajmniej dzięki temu przewartościowałam sobie świat i znalazłam nowe priorytety, cele do realizowania. A „niestety”, ponieważ bardzo odbiło się to na mojej psychice i postrzeganiu swojej osoby. Nie będę teraz się już nad tym rozwodzić – jeśli kogoś zastanawia, dlaczego tak źle się tam czułam, to zapraszam tutaj.

Zdaję sobie sprawę, że takich osób jest więcej.

Wszystkim, którzy nie chcą lub nie mogą kontynuować standardowej edukacji szkolnej polecam bardzo egzaminy eksternistyczne. Wiem, jak bardzo można nienawidzić tego miejsca. Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie, ja sama długo szukałam. Dla mnie akurat to były egzaminy eksternistyczne. Ty oceń sam lub sama, być może te informacje jakoś Ci w tym pomogą.

Szczególnie egzaminy eksternistyczne polecam tym, którzy czują się niesprawiedliwie oceniani. Powody wymieniłam wyżej.

Szkoda zdrowia na toksyczne miejsca, jeśli można ich uniknąć. Ale też jest to wyjście dla osób, które z innych przyczyn nie mogą lub nie chcą dalej chodzić do swojej szkoły, a chciałyby mieć wykształcenie średnie. Warto spróbować! To naprawdę dogodny sposób na ukończenie szkoły, a daje takie same efekty, jak chodzenie przez trzy lata do liceum.

Na koniec chciałabym jeszcze omówić kwestię, którą chyba pominęłam w poprzednich częściach, a spotkałam się kilkukrotnie z pytaniami odnośnie niej. Mianowicie:

Czy matura osoby, która zdała egzaminy eksternistyczne różni się czymś od „normalnej”?

Nie. Absolutnie niczym. No, co najwyżej tym, że wypełniamy trochę inną deklarację. Poza tym podchodzimy do tego samego egzaminu, ba, nawet w towarzystwie „rocznikowych” maturzystów – OKE przydziela nas do szkoły w naszej okolicy (jeszcze nie wiem dokładnie jak – na jakiej podstawie itp. – ale będę uzupełniać te informacje) i zdajemy razem z jej absolwentami.

Oprócz tego warto zaznaczyć, że dużo częściej będziemy posługiwać się świadectwem dojrzałości, niż ukończenia liceum. Także to wyniki matury są istotniejsze, a najczęściej same egzaminy eksternistyczne są jedynie furtką, która umożliwia przystąpienie do niej.

Jest to szczególnie ważne dla tych z was, którzy boją się komentarzy w stylu:

„Jakieś dziwne to świadectwo, nie wiadomo, co on tam pokończył, to nie to samo, co normalna szkoła”… Okej, świadectwo „inne” (oczywiście tak samo wartościowe, ale wiadomo, że znajdą się sceptycy), ale matura już taka sama, jak wszystkie. To powinno zakończyć dyskusję. Jeśli nie, to już znaczy, że mamy do czynienia z kimś, kto zawsze będzie wszystko kwestionował, wykpiwał i umniejszał. Tak po prostu. I szkoda czasu na dalszą rozmowę.

Dobra, kolejny post-tasiemiec, ale chyba wyczerpałam temat „egzaminy eksternistyczne”.

Jeśli jednak coś będzie dla was niejasne albo o czymś nie wspomniałam, to zapraszam do pisania w komentarzach, na wszystkie odpowiem! A jeśli nie chcecie pytać publicznie, to napiszcie na maila: feedyoustrawberries@gmail.com

Mam nadzieję, że ta seria pomoże komuś w podjęciu decyzji, czy pisać egzaminy eksternistyczne albo przynajmniej wyjaśni, czym te egzaminy eksternistyczne są. Z mojej strony na ten moment to wszystko.

Małym uzupełnieniem będzie wpis o deklaracji maturalnej, jaką złożyłam i co nieco o procesie jej przetwarzania, jednak to za jakiś czas. Niedawno ją dopiero wysłałam, także niewiele teraz mogę powiedzieć, a chciałabym stworzyć o tym jeden, ale za to konkretny post.

Tymczasem znikam! Do następnego!