Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość…

W świadomości większości Polaków jest kultywowany wizerunek dzielnego, bohaterskiego narodu, który doznał wielu krzywd i zniósł dużo złego.

I ja nie zamierzam temu nijak zaprzeczać.

Ja zamierzam pokazać drugą, pomijaną stronę medalu. Polaków jako tych, którzy bili, a nie byli ofiarami. Nie robię tego, aby umniejszać nasze cierpienia. Denerwuje mnie jednakże kult martyrologii narodu polskiego. Ciągłe roztrząsanie dawnych dziejów, w dodatku wybiórczo.

Po pierwsze, uważam, że za bardzo żyjemy przeszłością i konfliktami, jakie miały niegdyś miejsce.

Po drugie, irytuje mnie to, że ta historia jest wybielana. Dużo mówi się o naszych krzywdach. Milczy się o tych, które myśmy innym zadali.

Przez to wszystko statystyczny Polak jest bardzo chętny do wypominania każdemu po kolei dokonywanych na naszym narodzie zbrodni. Do podkreślania odwagi i niezłomności przodków. Jest zdania, że za mało się mówi o tym, co przeszliśmy, a nasi oprawcy w ogóle nie pamiętają o tym, jacy źli dla nas byli.

To zalatuje na kilometr hipokryzją.

Zarzucasz innym, że zapomnieli o tym, jak nas skrzywdzili. A sam pamiętasz o tym, co nasi wyrządzali pozostałym narodom? Nie? Może warto się z tym zapoznać, zanim następnym razem zaczniesz krzyczeć o własnych urazach?

1. Polacy jako zaborcy.

O latach, jakie Polska spędziła pod zaborami, z pewnością wiesz wiele. Istnieje spora szansa, że przeżywasz fakt dokonania rozbiorów do tego stopnia, że zapominasz o tym, że w zasadzie przez wiek sama do swojej destrukcji doprowadzała. Ale ja nie o tym.

Ukraina. Kojarzysz?

Kiedy powstała? W 1917, odpowiesz. A nieprawda, bo pierwszy raz tego terminu użyto we wczesnym średniowieczu. Potem te ziemie latały z rąk do rąk, razem z mieszkańcami, którym początkowo było wszystko jedno. Aż powstała Ruś Kijowska. Słaby to jednak twór był, rozdarty wewnętrznie. Ale jego naród czuł swoją odrębność od sąsiadów.

Ta niestabilność doprowadziła do rozbicia dzielnicowego Rusi Kijowskiej. Powstał szereg różnych księstw. I tutaj na scenie pojawia się Polska, która dość sprawnie rozwiązała problem. Pomogła ruskim władcom odnaleźć wspólny język, wsparła ich w odbudowie jednolitego państwa? Niestety.

Najpierw sama, później jako Rzeczpospolita Obojga Narodów stopniowo dokonała inkorporacji. Innymi słowy, wcielała ziemie poszczególnych księstw. A jeszcze innymi słowy stała się ich zaborcą.

Powiecie, że to dobrze, bo tamci byli słabi i niestabilni, a Polacy tylko wykorzystali możliwość na rozwój swojej potęgi. A teraz odnieście to samo do rozbiorów Polski. Inaczej brzmi, hę?

No ale co, przecież ukraińska tożsamość narodowa narodziła się późno, a wcześniej to nawet dobrze im było u nas.

Nie do końca. Kozacy zaporoscy.

Oni czuli swoją odmienność. Oni nie radowali się z tej fantastycznej oferty bycia częścią naszej Korony. Korony, w której byli tanią siłą roboczą dla polskiej szlachty. Zebrali się i zaczęli powstawać. I chociaż własnego państwa nie utworzyli (no może gdzieś tam, na moment), to znacznie Rzeczpospolitą osłabili. Dlatego my patrzymy na nich negatywnie, a tak naprawdę to my im odebraliśmy to, co było dotąd ich. Przepraszam, my po prostu te ziemie „wcieliliśmy”. A to, że razem z Ukraińcami… a to inna sprawa.

Przyszła kryska na matyska i to Polska uległa rozbiorom.

No to podległe jej ziemie i ludy razem z nią. Tereny Rusi czy dzisiejszej Ukrainy zostały podzielone między Rosję a, w mniejszym stopniu, Austrię. Przez ten czas ukraińska tożsamość narodowa zdecydowanie się umocniła (może przez fakt, że wreszcie się ostatecznie zdefiniowała). Polacy pod zaborami nie mieli za wesoło, ale Ukraińcom wcale nikt nie przyznał taryfy ulgowej. Ich przejawy odrębności narodowej były równie tłamszone. To jednak podsyciło tylko ogień.

Gdzieś tam w okolicach rewolucji październikowej zaczęli proklamować niepodległość.

To znaczy, początkowo taką pod butem rosyjskim, czyli żadną. Potem części przestało to pasować i się zaczęły Ukraińskie Republiki Ludowe (uznawane przez Polskę) i Zachodnie Ukrainy (nieuznawane, bo przecież na naszych terenach). No i żeśmy tam swoją Galicję wywalczyli, Zachodnią Ukrainę rozbili i znów wcielili te ziemie do Polski. Co prawda wpływ miała na to galicyjska Polonia, która się tam za zaborów rozwinęła, bo tam w miarę dało się żyć, to sporo naszych tam wyjechało. Ale ziemie należą do nas? A i owszem. Razem, znów, z Ukraińcami.

Siłą rzeczy, po zwalczeniu Zachodniej Ukrainy, wszyscy żyjący tam Ukraińcy zostali kolejny raz zaproszeni do bycia częścią Polski. Zaproszenie przyjęli, bo wybór to mieli średni. Część próbowała się jakoś dogadać z nami, żeby pewne swobody uzyskać. Część jednak miała nas generalnie dość (a tacy fajni z nas ludzie przecież) i próbowali siłą zawalczyć o swoje. W nagrodę dostali polonizację. Śmiesznie brzmi, nie? Przecież to my byliśmy zawsze germanizowani, rusyfikowani, a sami to byśmy w życiu się do takich działań nie posunęli. W końcu, jako naród doświadczony represjami, szanowaliśmy odmienność narodową, prawda? Gówno prawda.

No ale żeby tych naszych aż tak nie demonizować, to dodajmy, że w tej Ukrainie, co została, czyli tam w tej Ludowej Republice, co to przyświecał jej jedyny słuszny ustrój, to też tak kolorowo nie było. Sowieci swój porządek zaprowadzili. I wszystkim nam wyszło to bokiem. A trzeba było być nam takim pazernym?

Żarty się skończyły w 1939 r.

Wtedy Ukraińcy dostali ofertę z rodzaju tych nie do odrzucenia i zostali częścią Rosji Radzieckiej. Oczywiście razem z nimi NASZE, rdzennie POLSKIE tereny. No Stalin to ich tam nie oszczędzał zbytnio. Potem przelotem w drodze do Moskwy wpadł Hitler i też trochę tych biedaków zmasakrował. Jak już poszedł, to miłościwy Józek znów zapewnił im jakieś rozrywki, coby im adrenaliny nie zbrakło i nudno nie było. Nawet chciał im zbiorową wycieczkę krajoznawczą na Syberię zorganizować, ale jakby miał tak wszystkich wziąć, to by musiał nieźle się natrudzić, więc zrezygnował.

Dla nas jednak zawsze II wojna światowa + Ukraińcy = UPA, Wołyń i w ogóle. No i tutaj niezaprzeczalnie my staliśmy się ich ofiarami. Przyznaję, ale nie rozpływajcie się nad naszym cierpieniem za bardzo. Pomyślcie sobie, co wy byście zrobili z ludźmi, którzy od stuleci was wykorzystywali, okupowali i w ogóle. Nie, nie usprawiedliwiam. Pokazuję jedynie, że medal ma zawsze dwie strony.

Bo Niemiec czy Rosjanin to dla nas zbrodniarz i bezwzględny zaborca.

Ale jak myśmy Ukrainę zajmowali tyle czasu i to z wyraźnymi znakami ze strony ludu, że mu to średnio na rękę, to było w porządku? Jak wykorzystywaliśmy każdą słabość innych do zagarnięcia terenów dla siebie, to było uczciwe, nam się należało. A jak po latach zaborów, polonizacji i pozostałych uprzejmości z naszej strony taki Ukrainiec dorwał Polaka i na swój sposób (niewłaściwy! ale nadal sposób) dokonał zemsty, to już zły Ukrainiec, niedobry Ukrainiec. Obstawiam, że jakby Polak zrobił podobnie z Niemcem czy Rosjaninem, to stałby się bohaterem narodowym, ojej, tak jak na Ukrainie dla wielu ten plugawy zbrodniarz, Bandera.

Nie jestem za usprawiedliwianiem nikogo, kto zrobił krzywdę innym.

Ale jestem też wrogiem podwójnej moralności. Może zamiast zawsze stawiać siebie jako niewinną ofiarę, spojrzymy na zagadnienie bardziej wielowymiarowo? Może skoro domagamy się od innych uznania win, sami je uznajmy? W przypadku rzezi wołyńskiej – to nie było tak, że nagle dziki Ukrainiec zapragnął sobie torturować Polaka, a ten Polak, biały, niewinny baranek, nijak się do tego nie przyczynił. Ten Polak był w świadomości Ukraińca tym, kim dla nas nasi zaborcy. Kiedy my sprzeciwiamy się, nawet brutalnie, okupantowi, to jesteśmy bohaterami, bo tamci byli źli. Kiedy ktoś po długim czasie poniżeń i ucisków z naszej strony krwawo wystąpił przeciw nam, to też jest zły. A my? Zawsze nieskalani, zawsze znienawidzeni, zawsze totalnie bez powodu atakowani. No powiedzcie sami, czy to jest w porządku wobec pozostałych nacji?

2. Polak jako dobry sąsiad.

No dlaczego ci sąsiedzi nas nie lubili? Toć my poczciwy lud, pomocny, gościnny.

Nigdy by nikomu noża w plecy nie wbił.

Ani niczyjej słabości nie wykorzystał do własnych celów.

To oni wiecznie mieli do nas jakieś uprzedzenia, a nawet wrodzoną nienawiść. Bo co myśmy im zrobili? Zawsze dobrze chcieliśmy, polubownie.

Nawet unię zawiązywaliśmy, taką równą, partnerską. Tylko Litwa coś marudziła, że chcemy dominować i średnio się z nią liczymy. Im to po prostu za fajnie z nami było, to sobie musieli problem wymyślić.

Jakbym chciała przelecieć całą historię naszego państwa, to bym mogła książkę z przykładami wydać, a tu ma być w miarę obrazowo i zwięźle. A zatem, żeby tak było, to posłużę się historią względnie nową.

Kiedy już nas rozebrali, tośmy się gdzieś podziać musieli.

Kto mógł, to się przemieszał gdzieś, gdzie był względny spokój. Jednym z takich miejsc było Zaolzie. Tam sobie w Cesarstwie Austriackim można było zaznać nawet niejako swobody, no jakoś się żyło. Nagle się okazało, że jest tam więcej Polaków, aniżeli Czechów czy nawet Niemców. Wtedy poczuliśmy, że to nasze ziemie. I tak ma pozostać.

No ale to były ziemie fajne.

I nie tylko my mieliśmy na nie chrapkę. Jak w 1919 roku przyszło do rozdzielania ziem, to chętni byliśmy zarówno my, jak i Czechosłowacy. To się musieliśmy o nie pobić. Znaczy się, Czechosłowacy chcieli je podzielić, bo ich tam najbardziej fragment interesował, dalece bardziej strategiczny dla nich niż dla nas. Tymczasowo jednak podzielono jako tako, według narodowości mieszkańców. Chociaż nawet na tych przaśnych polskich terenach były obszary, gdzie ludzie woleli należeć do Czechosłowacji (uważali to za mniejsze zło). 

Kazali nam się jakoś dogadać, a na czas negocjacji zachowywać te ustalenia.

Polacy szybko poczuli się jednak jak w domu. Se żeśmy wybory zorganizowali. Tak, na terenach spornych, ale póki co naszych, a co, nie można?

Jakimś cudem Czechom się to nie spodobało. No wyobraźcie sobie, że się wkurzyli. Zaczęli mobilizować wojska. Dość mieli naszych kombinacji. Zaproponowaliśmy negocjacje, dobrze chcieliśmy, pokojowo przecież. A tamci sobie w odpowiedzi bezpardonowo wmaszerowali na dotąd nasze części terytorium.

Tak naprawdę to nam do… tarcia chrzanu potrzebne były te ziemie, bo mieliśmy w opór lepszych. Ale musieliśmy pokazać, że co to nie my, nie odpuścimy przecież, to jakbyśmy się poddali, stchórzyli.

No i wbili nam nóż w plecy (jak jest to określane na wielu stronach).

Całkowicie niesprowokowani wkroczyli na NASZE (tymczasowo, ale jednak NASZE) tereny. Do walki posłaliśmy naszych dzielnych górników i młodzież szkolną. Tamte dziady spychały nas coraz dalej! Mało tego, nawet jakiejś zbrodni wojennej dokonali – kilkunastu jeńców zabili. A my ani jednego, co to, to nie!

W końcu Ententa uznała, że starczy tych igraszek. Pod jej naciskiem się podzieliliśmy, trochę inaczej, bo te podłe świnie ustaliły sobie korzystniejszą linię demarkacyjną, no i tylko Cieszyn Wschodni nam się ostał. Mogliśmy, oczywiście, od razu darować sobie przepychanki i zgodzić się na pierwotne ustalenia. Chytry dwa razy traci… to znaczy, eee… nóż w plecy, olaboga rety, podli Czesi zabrali nam NASZE (historycznie ich, ale to się nie liczy) Zaolzie!

Znów traktują nas niesprawiedliwie. No i znów my zostaliśmy potraktowani jak kundle.

A TAK NAPRAWDĘ TO, DO CHOLERY, NIE!

Po pierwsze, jedyne nasze podstawy do roszczeń o te ziemie to była dominacja ludności polskiej. Ale ona tam nie była od zarania dziejów, tylko od tych czasów, cośmy z mapy wymazani zostali (jako większość, bo jako mniejszość to może byli wcześniej). Czesi w swoich postulatach mieli podłoże historyczne, ekonomiczne, też etniczne. A nam te ziemie nie były tak naprawdę potrzebne, na zaproponowanym podziale nic byśmy nie stracili. Zyskali z pewnością – poważanie sąsiada i jego wsparcie. Zgubiła nas nie „czeska zdrada”, a chciwość.

Po drugie, mogliśmy zgodzić się na podział, korona by nam z głowy nie spadła. Ale nie, my musieliśmy pokazać, że jesteśmy pany! Cwaniakowanie się skończyło, jak Czesi mieli dość i zaczęli wojska zbierać, to już nagle przypomniało nam się, że można było poprowadzić negocjacje. Trochę za późno, co?

Ale nie, znów źli Czesi, zły sąsiad, Polacy niewinni, nam się te ziemie NALEŻAŁY, a oni je podle zabrali.

Tutaj jeszcze możemy mieć zdanie różne, bo to wydarzenie jest trudne w jednoznacznej ocenie.

To było tylko wprowadzenie do historii właściwej. Tej o Polaku, dobrym i pomocnym sąsiedzie.

W międzyczasie do władzy doszedł Hitler i dość szybko zaczął się panoszyć. A jak zobaczył, że pozostałe mocarstwa mu się nie sprzeciwiają, to uznał, że mu już wszystko wolno. Cóż, trudno zaprzeczyć.

Stopniowo realizował swój plan przyjaznego jednoczenia terenów pod egidą Rzeszy. Nadszedł czas, że każdy już wiedział, w którą stronę będzie zmierzał – Polacy byli świadomi zagrożenia. Ale po drodze były inne urocze zakątki, na przykład Czechosłowacja.

Już od 1935 były plany co do jej rozbioru. Ale dopiero w 1938 Hitler wystosował otwarte żądania wobec Czechosłowacji. Głównie terytorialne. Musiała im sprostać, co znacznie ją osłabiło. Co zrobili Polacy, pomni tego, że mogą być następni?

Może jakoś zadziałali? Chociaż zadeklarowali wsparcie? Zastanawiali się, jak pomóc sąsiadowi, który już jako jedyny stał na drodze Hitlera do Polski?

Gdzież tam. Beztrosko przyłączyli się do podziału ziem!

Pamiętacie to NASZE, rdzennie polskie Zaolzie? Już teraz było nasze. Wykorzystaliśmy w uroczy sposób trudną sytuację do  wystosowania własnych roszczeń terytorialnych. Staliśmy się jednym z rozbiorców Czechosłowacji. Warto było pomóc w niszczeniu kraju, którego los już rok później podzieliliśmy?

To był nóż w plecy i to jednocześnie w plecy sąsiada oraz nasze własne. I tutaj nikt nie jest w stanie podać argumentu na poparcie decyzji Polski. Dlatego co się z tym wydarzeniem robi? Może nie milczy (chociaż głośno też nikt nie krzyczy), ale usilnie podkreśla się, że my tylko „odebraliśmy nasze ziemie, które Czesi nam 10 lat wcześniej zabrali”. Jakie „nasze”?… Kiedy one były „nasze”? Oprócz etapu negocjacji, kiedy to sprawowaliśmy nad ich fragmentem kontrolę oraz może wczesnego państwa Piastów, chociaż nie wiem tego na pewno.

Także nie dość, że połakomiliśmy się na nie do końca swoje ziemie (i to na całość, bo zaproponowano nam przecież podział, ale to było za mało), to w dodatku przybiliśmy piątkę Hitlerowi, ułatwiając mu robotę.

A teraz moja ulubiona część.

Rok później, kiedy Hitler do nas zapukał, rozpoczął się lament, trwający skądinąd do dziś:

Dlaczego nikt nam nie pomógł? Gdzie są sąsiedzi? Gdzie sojusznicy? Przecież myśmy zawsze tak bezinteresownie im pomagali, nadstawiali karku za nich (jak na przykład w wojnie napoleońskiej, kiedy tak przy okazji tylko mieliśmy odzyskać swój kraj albo w I wojnie światowej, gdzie naszym celem nie było zwycięstwo żadnej strony, a tylko osłabienie zaborców), a oni?

A coś Ty, Polaku, robił, jak Twój sąsiad potrzebował wsparcia? Gdzie żeś był? Zajeżdżałeś go od drugiej strony!

Mało tego. Jak Tobie, Polaku, było dobrze, toś tylko własnego interesu pilnował, nawet kosztem tych wielkich przyjaźni, co to takie ważne dla Ciebie były. A jak Ci źle było, toś sprzymierzeńców nagle szukał, takiś pomocny się zrobił. Te wszystkie Twoje wsparcia nie wynikały z chęci niesienia pomocy, a były podyktowane osobistą korzyścią. A jak już miałeś co chciałeś, to koniec spoufalania.

I, aby była jasność, nie umniejszam wkładu naszego narodu w pomoc innym państwom. Ba! Uważam, że zbyt słabo go doceniamy – w wielu krajach nasi ludzie są bohaterami, pamięta się o ich wkładzie, a my prawie o tym nie mówimy, skupiając się na swoim męczeństwie i braku pomocy ze strony innych. Mam na myśli to, że o relacje trzeba dbać zawsze, nie tylko wtedy, kiedy mamy w tym własny interes albo gdy dzieje się nam źle.

3. Polak jako przyjaciel innych narodowości i kultur.

My to zawsze otwarty naród byliśmy. Pozytywnie nastawiony do mniejszości. Czasem tam kogoś spolonizowaliśmy, ale na ogół to szanowaliśmy odmienne kultury.

Przeciwnie! To naszą tożsamość narodową deptano i niszczono. Zawsze Polacy byli ofiarami masowych pogromów. Z niewiadomych przyczyn pałano do nas nienawiścią. Innym się nie obrywało w tym samym czasie – na nas się uwzięli.

Germanizowali nas!

Co prawda razem z nami też Żydów, Węgrów, Romów, Ukraińców, Białorusinów, Czechów, Słowaków czy Łemków (kto to w ogóle jest) i masę innych narodowości, które miały coś wspólnego z Niemcami na przestrzeni dziejów, ale kogo to obchodzi. Nas chciano ZNISZCZYĆ. Nasz piękny język (którym połowa nie umie się posługiwać poprawnie), naszą bogatą kulturę i tożsamość narodową. Inni na pewno nie mieli aż tak źle. Na pewno.

Rusyfikowali nas!

Co prawda do dziś rusyfikuje się m.in. Mordwinów, Maryjczyków, Czuwaszów, Wepsów czy Iżorów, ale kogo oni obchodzą, nikt ich nie zna nawet. My to mieliśmy piekło. Nasza polskość ledwie przetrwała – dzięki naszym dzielnym przodkom.

Zamykali nas w obozach koncentracyjnych!

Co prawda Żydów było więcej, a obok nas nie brakowało Holendrów, Belgów, Litwinów, Francuzów, Czechów, Łotyszy, Duńczyków, Norwegów, Węgrów, Rosjan, Jugosłowian czy Cyganów. Ale to na nas się uwzięli, nas nienawidzili.

Rozumiecie, że to celowe przejaskrawienie, prawda?

No ale taki Polak, to nigdy by nie wpadł na pogrom na przykład Żydów… My przecież ich broniliśmy! Życie narażaliśmy, chowając przed nazistami!

Jedwabne?

„Masowe morderstwo dokonane z NIEMIECKIEJ INSPIRACJI„! Polak sam by na to nie wpadł! Oni zostali okrutnie zmanipulowani – w zasadzie to ci biedni Polacy są ofiarami niemieckiej propagandy antysemickiej.

A Goniądz, Wąsosz, Rajgród?

Oczywiście, że Niemcy ich zmusili do tego okrutnego czynu. Polacy w życiu nie czerpaliby przyjemności z rozbijania dziecięcych główek o ścianę. Albo przebijania ludzi bagnetem.

Znasz te nazwy? Nie dziwię się, że nie. Za bardzo nie ma się czym chwalić. Jedwabne jakoś „wyciekło”, to już trzeba było ugryźć to i na Niemców zgonić, że to praktycznie oni tego dokonali tylko niewinnymi, polskimi rękoma. Ale to wcale nie był wyjątek.

Okej, te pogromy można na nazistów zrzucać.

Ale Lwów (1919 rok) trochę ciężko usprawiedliwiać podobnie. A i tam żydowska krew popłynęła. Za sprawą tego cnotliwego Polaka, wiecznej ofiary.

Wróćmy do wojny.

O łapankach niemieckich i wydawanych z miejsca wyrokach na pewno wiesz. Ale Polak by się takim czymś nie zhańbił, co to, to nie! Chyba, że akurat w Bydgoszczy w pewną niedzielę 1939 roku, zwaną pieszczotliwie „krwawą”, dorwał jakiegoś niemieckiego cywila. To nie pytał go, czy za Hitlerem, czy przeciw. Osądzał z miejsca, na wszelki wypadek zabijał. Co, w porządku? A jeśli ten człowiek nie miał nic wspólnego z nazizmem, był po prostu niewinny i nie popierał tego, co i tak się działo niezależnie od niego?

Ukraińcy dokonywali na biednych Polakach rzezi – to już ustaliliśmy.

A Polacy żadnego Ukraińca nie zabili, żadnego pogromu nie uskutecznili! Oprócz tego w Mołożowie, Chlebowicach Świrskich, Pawłokomie, Sahryniu, Tuchaniach, Strzelcach… Zaraz, zapomniałam, przecież oni tylko się bronili… Dlatego z zimną krwią mordowali całe wsie, nawet kilkaset osób, które bezpośrednio nic im nie zrobiły. Aha, Ukraińcy tak robili, to po co ten honorowy Polak się zniżał do ich poziomu i zabijał niewinnych?

Litwinom też się oberwało, nie myślcie sobie.

Na przykład w Dubinkach – Polacy spalili całą wieś.

Polski żołnierz to honorowy był!

Obowiązkowo! Dlatego w Bitwie nad Bzurą Polacy strzelali do poddających się Niemców. Co to za satysfakcja, no i gdzie ten honor?

A pamiętasz jeszcze Zaolzie?

Tak, tak, to nasze, polskie, niesprawiedliwie odebrane, sprawiedliwie odbite. Podczas przynależności do Czechosłowacji, siłą rzeczy zasiedlone zostało Czechami. Polak, jako ten, który sam doświadczył germanizacji i rusyfikacji, pewnie pozwolił tej większości (jakby nie patrzeć, stanowili ją na tym terenie) na spokojne życie, przyznał im jakieś prawa, pozwolił używać języka… Dupa tam, pozamykał czeskie szkoły, zlikwidował stowarzyszenia i generalnie kazał im spadać do siebie (czytaj: do Hitlera pod pantofel). A mógł zabić… a nie, przecież nie Polak, co ja gadam.

Wspomnijmy jeszcze o religii w II RP.

No bo sporo mniejszości narodowych, tych wschodnich, wyznawało prawosławie. Dobrze, że nie islam, hehe. Wydawałoby się, że się dogadają. To chrześcijanie, tamto chrześcijanie. Poza tym, Polak nie śmiałby tknąć Domu Bożego! Taaa, pierdu pierdu, cerkwie poszły się kochać. Ale przecież Polak szanuje religie, szanuje kultury innych narodowości… sam wie, jak to jest być represjonowanym.

Może starczy, co za dużo, to niezdrowo.

Liczę się z tym, że część może nie zrozumieć właściwie tego wpisu. Pewnie duży wpływ na to ma właśnie ten problem, który poruszyłam – postrzeganie siebie jako nieskazitelnych w dziejach historii.

Żaden naród nie jest bez skazy. Każdy ma ciemne plamy w życiorysie. Nie stanowimy pod tym względem wyjątku. Powinniśmy stawić temu dzielnie czoła, pogodzić się z faktami i wyciągać z nich wnioski. Unikając niewygodnych wątków, zatajając je, nie zmienimy przebiegu wydarzeń, nie cofniemy czasu.

Zgodzę się z tym, że wylałam tutaj wiadro pomyj na wizerunek cnotliwego, niewinnego Polaka.

Ale ja wolę być tych błędów świadoma. Wy też powinniście, dla własnego komfortu.

Wiecie, jak trudno znaleźć takie informacje? Jak bardzo są one ugłaskane, żeby już ten Polak jak najmniej winy miał? To jest niewłaściwe postępowanie. Tym bardziej, że sami głośno krzyczymy o tym, że byliśmy traktowani przez innych źle, domagamy się ujawniania, wytłuszczania tych krzywd, należytego zadośćuczynienia, którego chyba nigdy nie dostaniemy, bo… nigdy nie stwierdzimy, że już okej, wybaczamy, pamiętamy, ale idziemy dalej. Zatrzymaliśmy się w miejscu, ale ustawiliśmy się w świetle słońca. Nikt nie zagląda, co jest w cieniu.

Udawanie, że jest się bez skazy to przede wszystkim próba oszukania samych siebie. Ale jest to też nieuczciwe w stosunku do innych. Nauczmy się wreszcie przyznawać do winy, pochylać pokornie głowę, gdy trzeba. Wtedy pozostali też zmienią do nas nastawienie, chętniej stawią czoła własnym przewinieniom wobec nas.

No i wreszcie, przestańmy żyć w przekonaniu, że tylko nam te krzywdy wyrządzono. Bo pozostałe nacje też nie miały lekko. Ale wybaczają, układają relacje od nowa z dawnym oprawcą. Nie muszą wiecznie roztrząsać doznanego, wcale niemałego cierpienia.

Polaku. Zmierz się z własną przeszłością.

Nie udawaj, że nic się nie stało. Nie rób z siebie wiecznej ofiary, męczennika za niewinność. Przyjaciela świata, który od wszystkich dookoła dostawał ciągle w pysk.

Jesteś to winien wszystkim, którzy z rąk Twoich przodków doznali krzywd.

Jesteś to winien wszystkim, od których Ty wymagasz zadośćuczynienia.

Jesteś to winien samemu sobie, bo inaczej nigdy nie będziesz miał czystego sumienia.

 

 

 

 

 

 

 

58 thoughts on “Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.