Patriotyzm współcześnie. A czy Ty jesteś patriotą?

W podstawówce wiele razy zadawano nam to pytanie. Wszyscy chórem krzyczeliśmy „Tak, kocham Polskę!”, ale jaką wartość miały te słowa w naszych ustach? Niech ktoś spróbowałby odpowiedzieć przecząco albo chociaż milczeć. Od razu byłby „nienormalny”, a przecież dla dzieciaków to najważniejsze – akceptacja społeczeństwa, pasowanie „do reszty”.

Lata minęły, światopogląd się rozszerzał. Coraz więcej rzeczy jawiło się zgoła inaczej, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy. W liceum na to pytanie większość odpowiedziała „nie wiem”. Część nie odważyła się wprost zaprzeczyć, część naprawdę się wahała, bo w końcu co to znaczy „być patriotą”?

Zastanówmy się, kto dzisiaj nazywa się prawdziwym patriotą i jakie są jego cechy:

Po pierwsze, musi to być osoba konserwatywna. Kultywująca tradycje, odrzucająca wszelki postęp, który wiąże się przecież ze „zgnilizną zachodu”.

Po drugie, koniecznie katolik. Niekoniecznie musi praktykować, ważne, aby głośno o tym krzyczał. Zasad swojej religii co prawda na ogół nie zna, ale w kościele co niedziela zajmuje honorowe miejsce.

Po trzecie, patriota nie może być otwarty na świat. Przecież jego kraj jest najlepszy, a inne to albo wrogowie, albo ludzie gorszego sortu.

Po czwarte, właśnie, nawet wśród rodaków są wrogowie ojczyzny i podludzie. Homoseksualni, zwolennicy UE, feministki, ateiści. Zwalczać, bezwzględnie. Nawet siłą, jak trzeba.

Zaraz, mówimy dalej o patriotyzmie? Trochę czuję, jakbym opisywała inne zjawisko. Na „n”. Już wiecie jakie, widzicie podobieństwo?

Tak, nacjonalizm.

Osoby, które krzyczą o sobie „patriota”, najczęściej więcej mają wspólnego z nacjonalistami. A ja z takimi ludźmi nie chcę mieć wspólnego nic.

Od razu mówię – nie każdy „prawicowiec” jest dla mnie od razu nacjonalistą bądź generalnie kimś złym. Chociaż mam odmienne poglądy, to staram się szanować zdanie innych. Miałam kolegę, który był korwinistą. Wbrew pozorom, lubiłam rozmawiać z nim o polityce. Potrafiliśmy oboje zachować kulturę dyskusji, poza tym on miał ciekawe argumenty, wiedział, co mówi. Niestety, wielu osobom brakuje właśnie tego – umiejętności rozmowy bez ofensywy oraz uzasadnienia dla swojego zdania.

Dopóki ktoś nikogo nie atakuje, ma prawo myśleć co tylko chce. Problem pojawia się wtedy, kiedy ten ktoś zaczyna pewne grupy, najczęściej o odmiennym stanowisku, jawnie obrażać, dyskryminować. Do tego próbuje narzucać swoje zdanie, uważając je za jedyne słuszne.

To właśnie robią współcześni pseudopatrioci, a raczej, jak powinnam ich nazwać, nacjonaliści.

Nacjonalizm nie ma wieku. Nacjonalista może być młodym mężczyzną albo starszą kobietą. To nie gra roli. Wszyscy mają wspólną cechę – nienawiść do szeroko rozumianej odmienności.

Z czego ta nienawiść wynika?

Czynniki są różne. Może to być strach – to, co inne jest często nieznane, a nieznane budzi lęk. Może to być niewielka świadomość i wiedza na temat świata, mechanizmów w nim zachodzących. Mogą to być pobudki autorytarne – ja mam racje, moje jest najlepsze, ma być tak, jak chcę. A może to zupełnie coś innego.

Ich działania są coraz głośniejsze, coraz większy zasięg obejmują. Gdzie się przejawiają?

Najbardziej wyrazistą płaszczyzną jest chyba wiara. Nasz kraj ma zadeklarowaną, miażdżącą większość katolicką, ponad 90 procent. Po pierwsze – statystyka swoje, życie swoje. Skąd ona się bierze? Większość z nas przyjęła chrzest jako niemowlęta, co uważam za złe, ale to na inną dyskusję. Od tamtej pory należymy do wspólnoty kościoła. Zazwyczaj zostajemy w niej już na całe życie, niezależnie od zmiany przekonań – apostazję trudno dostać. Dlatego owszem, na papierze prawie każdy Polak to katolik. A w rzeczywistości? No właśnie, już trochę inaczej.

Ale tę statystykę podbija fakt, że wiele osób z różnych względów nie mówi prawdy. Albo boją się przyznać, bo „co ludzie powiedzą”, nie chcą odstawać od reszty. Albo zwyczajnie im się nie chce, mówią „jestem katolikiem” i z czapy. Albo coś tam jeszcze, nie wiem.

Chyba nie muszę wspominać o tym, że realną znajomością podstaw i doktryn chrześcijaństwa nie zna dojmująca większość? Sama się o tym przekonałam, kiedy największą znajomością Biblii w szkole (do pewnego czasu na religii, później na polskim czy historii) wykazywałam się ja. Agnostyczka.

No ale gdzieś ta dominacja chrześcijaństwa, nawet tylko teoretyczna, musi mieć ujście. I ma, ale nie do końca takie, jakie być powinno.

Dlaczego państwo świeckie finansuje kościół?

W dodatku tylko jeden – katolicki. Albo dajemy trochę wszystkim, albo nie dajemy nikomu. Swoją drogą, popieram samą ideę, ale na wzór niemiecki (zachodni, zły, przesiąknięty zgnilizną). Tam sytuacja wygląda tak, że przy meldunku deklaruje się wiarę w urzędzie, a później pobierany jest specjalny podatek, który jest kierowany właśnie na daną organizację religijną. Oczywiście można wybrać ateizm, wtedy nie płaci się nic. I to jest uczciwe, bo skoro przynależysz do danej wspólnoty, to wręcz powinieneś czuć się w obowiązku w jakiś sposób dbać o jej istnienie, rozwój. Jeżeli natomiast nie utożsamiasz się z żadną z nich, to dlaczego miałbyś jakąkolwiek dotować? Masz potrzebę – płacisz, państwo Ci to umożliwia. Sam decydujesz, kogo wspierasz, a przede wszystkim czy wspierasz. Większość nie wybiera za Ciebie.

Jestem też przeciwna nauczaniu religii w szkole.

Przynajmniej w państwowej, bo szkoły wyznaniowe to inna sprawa. Zamiast tego powinna być etyka, dodatkowo tak „wciśnięta” w plan, żeby nie dominowała innych przedmiotów.

Po pierwsze dlatego, że często nie ma alternatyw dla jedynej słusznej wiary nauczanej w szkole – ja na przykład w swoim fantastycznym liceum (swoją drogą, oficjalnie państwowym, ale bardzo katolickim) nie miałam ani etyki, ani w ogóle nic. Dwa okienka w tygodniu spędzałam szlajając się po okolicznym parku (latem spoko opcja, ale zimą…).

Po drugie dlatego, że religia zawsze (przynajmniej w moich doświadczeniach) oznacza katolicyzm, a co z resztą? Rozumiem, że organizowanie lekcji każdej możliwej wiary i ich odłamów jest niepraktyczne oraz nieekonomiczne. Dlatego nauczanie o religii powinno być rolą danej wspólnoty, organizacji. Jeśli ktoś chce, proszę bardzo, niech we własnym zakresie zgłębia wiarę. Po szkole, w weekendy. Jestem pewna, że nagle drastycznie spadłaby liczba chętnych. Hmm, ciekawe czemu. Może dlatego, że najczęściej uczniowie chodzą „bo wypada”, „bo rodzice każą”, „bo jest luz, można zadania odrobić, coś zjeść, pospać”. W mojej licealnej klasie (czyli w miarę świadomi już ludzie) prawie każdy wymieniał jeden z tych powodów. Nie spotkałam nigdy kogoś, kto odpowiedziałby „bo chcę”.

Najbardziej odczuwalna jest jednak presja społeczna na bycie katolikiem.

Narzucana i podkręcana głównie przez nacjonalistów. Szczególnie w małych miejscowościach przyznanie się do innowierstwa lub ateizmu oznacza banicję, wykluczenie. Dlatego „dla świętego spokoju” każdy mówi, że nim jest. Nadmieniłam o tym już w poprzednich akapitach, ale uznałam, że to zgrabnie podsumuje kwestię wiary.

Przykłady mogłabym mnożyć, ale zbyt zboczyłabym z kursu. Trzymajmy się tematu „patriotów”, a także ich rejonów aktywności.

Nie odkryję nowego kontynentu stwierdzając, że społeczność LGBT ma u nas, delikatnie mówiąc, przesrane. Właśnie przez nacjonalistów, którzy, zasłaniając się patriotyzmem i tradycją, skazują ich (nas?) na ostracyzm.

Jeśli akurat jesteś czytelnikiem przeciwnym takim osobom, odpowiedz, proszę, dlaczego.

Nie liczą się odpowiedzi:

  • „Bo tak.” Argument oznaczający totalny brak argumentu.
  • „Bo to choroba.” Mamy widzę lekarza. Pochwal się dyplomem ukończenia medycyny albo zostaw klasyfikację schorzeń tym, którzy się na tym znają, okej?
  • „Bo to niezgodne z naturą.” W naturze homoseksualizm występuje od zawsze, wśród wszystkich gatunków, które mają rozróżnienie płciowe. Jest naturalnym mechanizmem przyrody, który zapobiega zbyt dużej liczbie osobników danego gatunku. W ostatnim stuleciu nasza populacja rozrosła się bardzo gwałtownie, więc zjawisko to przybrało na sile.
  • „Bo to wymysł XXI wieku”. Czy Ty widziałeś kiedykolwiek antyczne dzieła kultury? Znasz Ty choć trochę starożytne cywilizacje, Grecję, Rzym? Chyba nie, bo obcy jest Ci widzę kult męskiej miłości czy życie pań z wyspy Lesbos.
  • „Bo chrześcijaństwo tego zabrania”. Pomijam fakt, że nie każdy musi wierzyć w Twojego Boga. Ale Twój Bóg nakazał Ci miłować bliźniego swego. A zabronił osądzać innych. Pozwól mu zdecydować, czy ktoś jest grzesznikiem, czy zasługuje na życie wieczne, okej?
  • „Bo cioty są niemęskie.” Oj, napakowany testosteronem byczku. Kojarzysz takie postaci, jak gracz NBA Jason Collins, bokser Orlando Cruz, pływacy Matthew Mitcham czy Ari-Pekka Liukkonen? Jeśli nie, to sobie wygugluj. Tak, to są pedały. Mało tego, patrioto! Za Twój kraj ginęli dzielni ludzie. Pamiętasz? Szanujesz? Wszystkich? Ale wiesz, że wśród nich byli homoseksualiści, prawda?

Wiem, że pewnie to nikogo nie przekona. Ale przynajmniej mam nadzieje, że osoby „niezdecydowane” trochę przemyślą sprawę.

Fakty są takie, że, drogi patrioto, bo tak się mianujesz. Z definicji kochasz swój kraj, a zatem kochasz naród. Rodaków. Wśród nich są geje, lesbijki, transseksualiści oraz masa innych mniejszości. Oni są też Polakami. Albo szanujesz wszystkich, albo jesteś hipokrytą z nacjonalistycznymi ciągotami. Wybieraj.

Nacjonaliści działają jeszcze na innych obszarach. Wszędzie, gdzie mogą swoje zdanie narzucić reszcie.

Aborcja to temat drażliwy, poza tym już przycichł, a zatem nie będę grzebać kijem w mrowisku. Jednak przy tej okazji „patrioci” także głośno się pokazali, w ogóle cała ta ustawa miała nacechowanie nacjonalistyczne. Nie chcesz – nie dokonuj, nikt Cię nie zmusi. Ale nie zabraniaj innym, którym sumienie na to pozwala bądź takim, którzy znajdą się w trudnej sytuacji i to będzie dla nich rozwiązanie. Nie osądzaj, nie rozstrzygaj, nie mów, co Ty byś na ich miejscu zrobił, bo dopóki nie jesteś w danej sytuacji, nie masz pewności, jak się zachowasz. Skoro tak leży Ci na sercu los niechcianych dzieci, to może zajmij się tymi, które już żyją? Pójdź do domu dziecka raz na jakiś czas, pobaw się z nimi. Pomagaj w opiece nad niepełnosprawnym. Co, nagle już Cię nie obchodzą?

Tak bardzo plujesz, patrioto nasz, na islam.

Na to, że w krajach arabskich religia reguluje prawo. Kobiety nie mają praw. Drogi mój Ty, sam nie jesteś lepszy. Tylko jak Tobie jest wygodnie, jak Twoja racja jest tą dominującą, to jest dobrze, tak ma być.

O religii już się wypowiedziałam chyba dość. Dodatkowo coraz więcej projektów ustaw ma podłoże chrześcijańskie. Ale regulować mają funkcjonowanie całości, nie tylko wyznawców. Czy to nie jest próba stworzenia państwa religijnego?

A o sytuacji kobiet… kochany patrioto. Drażnią Cię feministki. Irytuje Cię ich dążenie do równouprawnienia, kpisz z nich. Boisz się, tak naprawdę, że kobiety mogą być od Ciebie lepsze pod jakimś względem, dlatego wolisz, aby były cicho. Czy Ty naprawdę nie dostrzegasz prawidłowości?

Tak, najczęściej, jeśli jesteś „patriotą” płci męskiej, to wyobrażasz sobie kobietę na jeden z tych dwóch sposobów:

A) Tradycyjny, czyli w domu, przy garach, gotującą i sprzątającą dla swojego mężczyzny, zajmującą się dziećmi i tak dalej. Model okej, jeśli tylko znajdziesz taką, której to odpowiada, to nie ma problemu. Dopóki potrafisz sam zapewnić swojej rodzinie godne życie.

B) Pseudonowoczesny, czyli pracującą, obowiązkowo za mniejsze wynagrodzenie, a po pracy, kiedy Ty siedzisz w kapciach przed telewizorem, ona ma jeszcze oporządzić dom, dzieci i przynieść piwko. Bo inaczej nie jest prawdziwą kobietą. Tfu.

Jeśli natomiast jesteś „patriotą” płci żeńskiej, to widzisz siebie zazwyczaj w którejś z tych ról, zależnie też od statusu finansowego rodziny. I uważasz to za słuszne, odpowiada Ci to. Masz do tego pełne prawo.

Ale, do jasnej anielki, nie narzucajcie jeden z drugim tego modelu wszystkim dookoła.

Nie każdemu taki układ pasuje, niektórzy mają inne wyobrażenie partnerstwa, inne priorytety w życiu. I tak samo, jak wy macie prawo do życia po swojemu, tak samo mają ci „inni”. Nie piętnujcie ich, bo nikt nie powiedział, że wasz styl życia to ten jedyny słuszny. Równie dobrze może być to układ równy, podział obowiązków albo taki, w którym to kobieta się rozwija zawodowo, a mężczyzna dba o rodzinę. Dopóki wszyscy są szczęśliwi – nic wam, cholera, do tego.

Tak samo ktoś, kto wybrał życie tak zwanego singla, też nie musi być wcale kimś, kto marnuje życie. Może on właśnie w ten sposób spełnia się i realizuje? Może nie chce, po prostu nie chce wstępować w trwałe relacje?

Podobnie sprawa ma się w kwestii dzietności. Szczególnie pod tym względem obrywa się kobietom lub, w postrzeganiu niektórych osób, rodzicielkom.

Wbijcie sobie do głowy, że można mieć inne ambicje niż gromadka dzieciaków. Lepiej nie mieć potomstwa niż napłodzić niechcianych dzieci, które potem albo trafiają do sierocińców, albo nikt się nimi nie interesuje – efekt jest zwykle podobny.

Zrozumcie, że kwestią nie jest posiadanie dzieci lub ich brak, kwestią jest świadomość decyzji. To jest w tym wszystkim najważniejsze. Można zdecydować się nawet na tuzin pociech, ważne, żeby zrobić to świadomie, znać i rozumieć odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

Uwierzcie mi, nie każda z nas ma instynkt macierzyński. Nie, tego nie da się wywołać na siłę. Jak kobieta, która nie chce mieć dzieci zobaczy „tego słodkiego małego bobaska”, to wcale nie musi go pokochać. To jest przede wszystkim marnowanie nie tyle własnego życia, ile właśnie tej istotki – skazanej na życie i wychowanie się bez miłości. Po co to robić w imię norm społecznych i nacisków otoczenia?

Posiadanie dzieci to duża odpowiedzialność. Rodzicem zostaje się raz i jest się nim już zawsze. Ja na przykład nie czuję się gotowa na wzięcie na siebie takiego zobowiązania. Mam inne cele w życiu. Taki jest mój wybór, świadomy, przemyślany. Być może kiedyś zmienię zdanie, w końcu mam jeszcze czas, ale szczerze mówiąc, wątpię w to. Dlatego apeluję, drodzy konserwatyści, zluzujcie z tym naciskiem na kobiety. Możecie zrujnować tym jej życie, ale też życie niechcianego przez nią dziecka.

Dlaczego wszystkie te czynniki związałam z (pseudo)patriotyzmem?

Bo najczęściej właśnie osoby, które tak się definiują, prezentują podobne poglądy. Niekoniecznie jest to regułą, jestem tego świadoma, sama nienawidzę uogólniania. Ale jest to pewna prawidłowość, którą już od lat obserwuję. Dzisiejsi pseudopatrioci używają tego słowa dla nazwania swoich nacjonalistycznych pobudek. Jeśli jeszcze ktoś ma co do tego wątpliwości, to pozwolę sobie przytoczyć definicję i cechy charakteryzujące ten pogląd:

Nacjonalizm (z łac. natio, „naród”) – postawa społeczno-polityczna uznająca naród za najwyższe dobro w sferze polityki.

Co, brzmi znajomo, kochany mój patrioto? A dalej robi się fajniej.

„Nacjonalizm uważa interes własnego narodu za nadrzędny wobec interesu jednostki, grup społecznych, czy społeczności regionalnych. „ – patrioto, czy Ty w głoszeniu swoich poglądów, zazwyczaj degradujących interes danej grupy społecznej, nie zasłaniasz się dobrem Polski?

„Nacjonalizm ponadto przedkłada interesy własnego narodu nad interesami innych narodów, zarówno wewnątrz kraju (mniejszości narodowe lub etniczne) jak i na zewnątrz (narody sąsiednie)” – patrioto, czy to nie Ty krzyczałeś „Polska dla Polaków!”? Czy to nie Ty jesteś przeciwny Unii Europejskiej, wszelkim przejawom współpracy międzynarodowej, bo uważasz, że to szkodzi Polsce?

Sama definicja nacjonalizmu była dość ogólna, ale postanowiłam poszerzyć ją o odłamy, na przykład narodowy konserwatyzm:

„Wspólnymi ideami, które jednoczą narodowych konserwatystów w Europie są: eurosceptycyzm, pragnienie zachowania tradycyjnych wartości oraz (w największym stopniu) silny sprzeciw wobec imigracji.” – o Unii już wspomniałam, o wartościach się chyba rozpisałam wyżej, w końcu „Bóg, Honor, Ojczyzna”. A temat postrzegania imigracji poruszyłam nieco w ostatnim wpisie o uchodźcach. Patrioto, czy Ty nie patrzysz krzywo na kogokolwiek, kto ma ciemną skórę? Czy jak słyszysz obcy akcent, to nie zmieniasz podejścia do rozmówcy na zasadzie „To nie jest prawdziwy Polak – jest gorszy”?

Jeszcze weselej robi się, gdy poczytamy o następnym odłamie – narodowym radykalizmie. Wśród jego cech znajdziemy:

„oparcie światopoglądu na etyce katolickiej (przeradzający się w fundamentalizm religijny)” – o tym już wspomniałam, patrioto, chętnie byś wydawał wyroki kierując się zasadami religii katolickiej. To znaczy, w sferze społecznej już to robisz, ale chciałbyś, aby prawnie było to możliwe, prawda?

 

Najbardziej jednak pasuje mi tutaj definicja szowinizmu:

Szowinizm (fr. chauvinisme) – na ogół skrajna postać nacjonalizmu, głosi solidarność wszystkich grup społecznych danego narodu, a wobec mniejszości narodowych i innych narodów nakazuje przyjmować wrogą postawę.

Możesz teraz pomyśleć „Ha, tu ją mam, solidarność narodu! A ona mi wpierała, że ja Polaków nie szanuję, zaprzecza sama sobie!” Nie kopytkuj tak szybko, gazelko:

W szerszym kontekście pojęcie to oznacza też wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania do własnego gatunku, rasy, grupy społecznej, płci, narodu albo przywódcy oraz wyolbrzymianie ich zalet, a pomniejszanie lub negowanie ich wad, idące zazwyczaj w parze z równie przesadnym i nieuzasadnionym deprecjonowaniem innych oraz uznawaniem prawa do ich ujarzmiania.

Podsumowanie was, drodzy pseudopatrioci z ulic, w jednym zdaniu.

Chyba nie muszę już podkreślać, że nie każdy prawak jest nacjonalistą, że patrioci istnieją, bla, bla, bla…

Owszem, patrioci dziś istnieją, ale najczęściej milczą, bo nie mają potrzeby obnoszenia się z tym.

Kim są w końcu?

Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.

Słowem, patriotą możesz się nazwać, gdy czujesz się z krajem i narodem związany.

Jesteś wobec niego uczciwy, bezinteresownie dbasz o dobro, chcesz jego rozwoju. Pamiętasz o ważnych datach w historii swojego państwa, w ogóle znasz jego historię, przynajmniej pobieżnie. Szanujesz każdego rodaka, wiesz, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od różnic. Jesteś otwarty, gościnny, miło witasz obcokrajowca, rozumiesz, że jemu też mógł po prostu Twój kraj się spodobać – zresztą się mu wcale nie dziwisz, bo przecież jest taki piękny.

Czy Ty, uliczny, samozwańczy patrioto, nadal uważasz, że słusznie tak się obwołałeś?

Ja nie jestem patriotką. Dzisiaj mówię o tym otwarcie, nie boję się już linczu. Wolę przyznać się do tego, niż udawać, że jest inaczej, wychodząc na hipokrytkę.

A czy Ty jesteś patriotą?

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.