Świadectwo mojej wartości.

Tytuł trochę ogólny. Nawet trochę bardziej niż trochę. Ciekawa jestem, ile różnych interpretacji powstanie, zanim wyjaśnię, o co mi właściwie chodzi.

Skoro już się przełamałam i nieco otworzyłam, to nareszcie (od lat chciałam to robić!) mogę dzielić się bardziej prywatnymi przemyśleniami, doświadczeniami i innymi takimi mądrościami.

Pisanie o sobie jest lepsze niż rozmawianie.

Opowieść można:

A) Przerwać. Może brutalny sposób, ale przynajmniej daje dość jasny przekaz „nie prosiłem Cię o autobiografię”.

B) Mniej lub bardziej zręcznie zmieniać temat na inny, ciekawszy.

C) Znosić na dwa sposoby. Udając śladowe ilości zainteresowania albo bezpardonowo wyłączając się na jakiś czas.

D) Nakierowywać na własną osobę. Fajny sposób i dość łatwy, wystarczy tylko na każde zdanie, historię odpowiadać bądź „miałem podobną sytuację, bo ja to, wiesz…”, jeśli możemy taki przykład (wystarczy, że Tobie zdaje się być zbliżony, innym nie musi) przywołać, bądź „ja na Twoim miejscu…” i tutaj już jesteś panem, bo możesz to wcisnąć w zasadzie wszędzie. Jako serdeczną poradę, wyraz troski lub przeciwnie, jako przestrogę, może jakiś morał z całym jego uniwersalizmem. Aha, no i tutaj wcale nie musisz odwoływać się do doświadczeń. Nie musisz nawet stawiać się w hipotetycznej sytuacji i analizować różnych okoliczności wpływających na nią. Przecież mówisz, co BYŚ zrobił.

A tak mogę sobie wyobrażać zaangażowanych czytaczy, których szczerze to interesuje. Nawet jeśli przestaną czytać, to ja się o tym nie dowiem prawdopodobnie. No i najważniejsze – nikt mi nie przerwie, ja nadal mogę pisać, nawet bez udziału „drugiej strony”.

Wbrew pozorom nie odbiegam tak bardzo od tematu. Można to wręcz uznać za wstęp.

No bo ja to dzisiaj tak trochę będę mówić o sobie… Ale z drugiej strony – czego się spodziewasz na mojej stronie, o kim mam pisać? Bloga o Hannah Montanie to ja miałam w podstawówce. O Littlest Pet Shop też. O ile w pierwszym przypadku rozumiem jakiś sens tego – o serialu, filmie, aktorach, piosenkach było zawsze coś do napisania – o tyle nadal nie wiem, co można pisać o plastikowych figurkach w więcej niż 2-3 wpisach.  Chyba wtedy też to do mnie dotarło, bo dokonałam szybkiej eutanazji. Dla dobra pacjenta.

Może jestem przewrażliwiona. Pewnie jestem, ale to przez fakt, że nigdy o sobie nie pisałam. Nawet nie mam i nie miałam ambicji/potrzeby pisania stricte o sobie (co dzisiaj jadłam na śniadanie, ile razy byłam w kiblu, z kim wczoraj poszłam w balecik, a z kim dzisiaj wróciłam). Jeśli już kiełkowały takie myśli, to zazwyczaj chciałam odnieść się do doświadczeń w jakimś ciekawszym temacie, zobrazować coś na swoim przykładzie, ale mimo wszystko głównym wątkiem pozostaje coś ważniejszego. Zawsze, gdy tylko to rozważałam, to pierwsza myśl nasuwała się: „Zanudzę ich. Nikt nie dojdzie do połowy choćby, bo od razu wyłączą.” No i zwykle rezygnowałam, ewentualnie okrajałam maksymalnie odniesienia do osobistych przeżyć.

Nadal trzymam się tej koncepcji:

1) Główny temat jest inny (nieważne jaki, na pewno lepszy)

2) Nie wpycham losowych wstawek o sobie, staram się, aby nawiązywały do wątku lub myśli.

Może jakoś to zniesiecie. W sumie, nikogo tu nie ma, zatem nikomu nie zaszkodzi parę wzmianek tu czy tam.

Dobra. Wreszcie do meritum.

A jednak, jeszcze jedno. Skoro, jak wspomniałam, swoim przykładem odnoszę się do wydarzenia, to staram się opisać sytuację obiektywnie, na ile to możliwe. Słowem, ani nie mam na celu się żalić, ani przechwalać. Jeśli masz takie wrażenie, to się go lepiej pozbądź, inaczej to spotkanie wyjdzie nam obojgu bokiem. A ja chciałam, żeby było w miarę sympatycznie.

Wreszcie. To o co w końcu chodzi? No, zaraz wyjaśnię…

Pozwolę sobie przypuścić, czytelniku, że chodziłeś do szkoły. Może nadal chodzisz. Ale na pewno już od dziecka, a w szczególności jako uczeń, zastanawiałeś się, kim to chcesz być, jak już ten kierat zrzucisz. Proponuję, tak z ciekawości, żebyś sobie skonfrontował: dziecięce marzenie, uczniowskie plany i – jeśli już możesz – rzeczywistość. Jak efekty?

Ja też się podzielę. Nawet trochę rozwinę – nie martw się, wszystko prowadzi do sedna.

Jako kilkuletnia fanka zespołu Ich Troje, znająca wszystkie piosenki na pamięć (do dziś sporo znam w całości, musiało bardzo mi na tym zależeć) i zakochana w wokaliście beznadziejną, dziecięcą miłością, potrafiłam całe dnie spacerować w te i wewte po dywanie, przepraszam, po scenie i dawać dobre szoł. Wtedy wydawało mi się to dość oczywiste – jak dorosnę będę piosenkarką! I obowiązkowo nagram coś z Wiśniewskim (jak coś, call me)

Długo trzymałam się tej wersji, uznawałam ją za pewnik.

Stopniowo mój repertuar się poszerzał, przybywało też rekwizytów scenicznych – z kilkumetrowej, składanej linijki robiłam profesjonalny mikrofon na statywie, z regulowaną wysokością. Wiśniewski w międzyczasie, niestety, stracił moje zainteresowanie. Ale nie pozostał bez godnego następcy. W zerówce moje serce w całości należało do niejakiego Billa Kaulitza (ku uciesze mojej mamy, ale o tym za moment). Polska scena przestała mi wystarczać, zrobiłam się bardziej roszczeniowa – będę znaną piosenkarką!

Nawet prawie zaistniałam – moje przedszkole brało udział w przeglądzie piosenek w domu kultury, a zaśpiewać mieliśmy „Poszła Karolinka do Gogolina”. No i w ramach przygotowań przez jakiś tydzień-dwa panie włączały to na sali, cobyśmy się oswoili. Ja nauczona starym, dywanowym zwyczajem, zamiast bawić się z innymi dziećmi zrywałam się na dźwięk magnetofonu i cały czas robiłam kółka, śpiewając, ucząc się tekstu. Trud miał się opłacić – dostałam propozycję solistki, moja kariera stała otworem… a na kilka dni przed okazało się, że w dzień przeglądu muszę jechać na wesele. Chyba nie zaskoczę nikogo, jak powiem, że nie byłam zbyt szczęśliwa? Można rzec, że wpadłam w histerię.

Ale nie poddałam się!

Muszę w tym miejscu nadmienić, że miałam niesamowite szczęście urodzić się (no i mieszkać do dziś) w rejonie przygranicznym: Polska – Niemcy – Czechy. A jeszcze większym szczęściem był fakt, że urodziłam się w rodzinie nauczycieli języków obcych. I tym sposobem od pieluch miałam kontakt z językiem i uczyłam się szprechać, spikać, w późniejszym czasie nawet trochę ablać. Jednak dopóki nie poszłam do podstawówki, nie uczyłam się języków na lekcjach. Także znałam jakieś podstawy, umiałam się przedstawić, znałam kolory i kilka zwierząt, może coś tam jeszcze, ale – to też muszę uściślić – żadne ze mnie „dziecko wielojęzyczne”. Ten fakt odgrywa znaczną rolę w dalszych opowieściach.

Wróćmy do mojej oszałamiającej kariery.

W pierwszej klasie podstawówki zaczęły się moje korepetycje z angielskiego, co znacząco poszerzało moje możliwości w doborze piosenek. Ten rok to aż dwa konkursy, w których święciłam triumfy (chyba zadośćuczynienie za Karolinkę). Jednym z nich był przegląd piosenki niemieckiej, który wygrałam, bo w swojej kategorii miałam jednego konkurenta, który akurat zapomniał tekstu. No ale co. Wygrana to wygrana. Nagroda za I miejsce? Jak najbardziej. Drugi znów na jakimś przeglądzie, także prestiż ten sam, a dodatkowo mieliśmy wystąpić jako „klasowy chórek”, a ostatecznie wyszła „solistka z chórkiem”, także stojąc na scenie i śpiewając o krasnalach, oczyma wyobraźni widziałam pełne stadiony z milionami fanów.

Stopniowo coraz chętniej korzystałam z angielskiego repertuaru.

W 4 klasie już śpiewałam, wymienioną wyżej, moją mentorkę Hannah Montanę. To znaczy jej piosenkę. Wystąpiłam z nią dwa razy – raz w szkole, na dniu talentu, gdzie nie omieszkano zapomnieć o moim „talencie językowym” podczas zapowiedzi. Drugi raz na festynie, a sam radny województwa podszedł do mnie, aby zapytać, jak to możliwe, że mam taką wymowę po angielsku „w tym wieku”.

Odpowiedziałam krótko: „Uczę się proszę pana”.

I nie skłamałam. Korepetycje większości pewnie kojarzą się z pewnym „luzem” w stosunku do szkoły. Można się kilka minut spóźnić bez uwagi, nie ma ocen, problemów z odwołaniem lekcji też nie, przynajmniej tym uzasadnionym. Fajno nie?

No nie. Nie do końca. Nie w tym przypadku. I tu zaznaczam – to nie jest użalanie się ani narzekanie, to są po prostu fakty.

Pierwsze utrudnienie pojawiło się, kiedy w tejże 4 klasie przeprowadziłam się z miasteczka na wieś. Ale do szkoły dojeżdżałam nadal, nie chciałam zmieniać. Korepetycje też tam były, więc musiałam często czekać kilka godzin po lekcjach w parkach, na placach zabaw, czasem gdzieś w biedronce. A wracałam do domu, przy dobrych wiatrach około 18. Przy gorszych o 22.

Same lekcje to nie była też sielanka.

Przynajmniej dla mnie. Może wpływ na to miał fakt, że często nauczyciele spokrewnieni z danym uczniem, czy to w szkole, czy nawet prywatnie w grupie na korepetycjach, nie chcą go faworyzować, więc – mniej lub bardziej świadomie – idą w drugą skrajność i pociotek ma najgorzej „żeby nie było”. Chyba ziarnko w tym jest.

Rozwodzić się nie będę, ale krótko opiszę.

W kwestii spóźnień – przychodziłam przynajmniej 10-15 min przed czasem. Tak na wszelki wypadek. No, w późniejszym czasie też po to, żeby już nie czaić się po ławkach w parku. Grupę miałam czteroosobową. Nie ma jednej osoby (chora, wyjechała, cokolwiek)? Lekcja się odbywa, trzeba uzupełnić. Można w domu lub przyjść na dodatkową godzinę, ewentualnie na lekcję z inną grupą. Do odwołania lekcji nieobecna w teorii musiała być połowa grupy. W teorii. W praktyce nierzadko było tak, że przy dwójce osób lekcja normalnie była. No przy trzech już można było być (prawie) pewnym odwołania… nie, przepraszam… przełożenia lekcji.

Tak, wszystkie musiały się odbyć. Na palcach jednej ręki zliczę faktycznie odwołane (w ciągu prawie 9 lat!) godziny. A ponieważ plan lekcji był zapchany, to zazwyczaj odrabianie było: A) w sobotę; B) w dzień wolny od szkoły; C) jak mieliśmy na późniejszą godzinę do szkoły, to rano, przed – najwcześniejszą lekcję w karierze miałam o 7.30. No i, jak już wspomniałam, od pierwszej klasy podstawówki do połowy trzeciej gimnazjum dwa razy w tygodniu (lub raz na półtorej godziny) zamiast na plac zabaw/miasto/do domu się byczyć, szłam na korepetycje, świątek, piątek, upał, mróz, grad.

I nie chcę być źle zrozumiana – ani nie robię z siebie bohaterki, ani nie kwestionuję zasadności takich stanowczych zasad, bo bez takiego podejścia niewiele bym się nauczyła. Chcę tylko pokazać, że nie dostałam tego w prezencie od losu ani nie wygrałam na loterii. Ciężko zapracowałam, a inni w tym czasie się ze mnie śmiali, pytali, po co mi to.

Jeszcze bardziej śmiali się jakiś czas później.

Gdzieś w okolicach 4 czy 5 klasy podstawówki, dokładnie nie pamiętam, doszły kolejne korepetycje. Tym razem niemiecki. No ale co to za lekcje – z mamą? Daj spokój. No właśnie też nie do końca. Po pierwsze – moja grupa była z miasteczka, ja byłam ze wsi. Więc gdzie były lekcje? W miasteczku, no a gdzie. Także zamiast zostawać po lekcjach 2 razy w tygodniu, zostawałam 4. Po drugie – nie ma co liczyć na ulgi „bo z mamą”, lekcje to lekcje, tam to była nauczycielka. I nie ma wymówek, odwoływania lekcji na kaprys. Nie ma „zapomniałam zadania”, bo miałam w domu swoistą przypominajkę. I ponownie – ja nie uważam tego za złe, wręcz przeciwnie, jak się do czegoś człowiek zobowiązuje, to musi mieć poważne podejście, inaczej szkoda czasu wszystkich – jego, nauczyciela i reszty grupy w tym przypadku. Ale znów – nie wyssałam niemieckiego z mlekiem matki, a wiele osób chyba tak uważa.

Odeszliśmy od tematu, no ale to musiałam uściślić dla właściwego zrozumienia mojego przekazu.

Tak, tu jest przekaz. To znaczy… no nie tu, ale planuję go trochę dalej, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Co z moją karierą, która tak zawrotnie się rozwijała?

No cóż, właśnie około 5 klasy czasu dla siebie miałam tyle, co nic. I chyba ten natłok zadań, obowiązków mnie wbrew pozorom nie do końca zniechęcił, ale pomógł zejść na ziemię i poszukać sobie jakiegoś zawodu z krwi i kości. No i oczywiście studiów. Niewyobrażalne było dla mnie, żebym nie poszła na studia. Nie tyle z powodu jakiejś ambicji, po prostu było to dla mnie naturalne wtedy, gimnazjum, liceum, studia. Nierozerwalna całość. Tak to widziałam, dopiero jakieś 2 lata później dotarło do mnie, że są inne drogi wykształcenia, a wcale nie są gorsze. Szanowałam, ale i tak trzymałam się swojego, zwłaszcza, że wtedy odkryłam powołanie.

Prawo.

To jest to. No przecież. Moje nowe marzenie, czort z fanami i koncertami, kieckę z cekinami zamieniłam na togę. Dodatkowo to powołanie spadło na mnie nagle, dotarło w ułamku sekundy. Któregoś dnia, na moim ulubionym przedmiocie, czyli historii, pani bardzo rozsierdzona upominała kogoś, a ja szlachetnie, odruchowo i tradycyjnie już wstawiłam się za nim. Wtedy właśnie pani trochę „stopniała” i powiedziała słowa, których nie zapomnę „Paulina, Ty będziesz doskonałym prawnikiem”. I wtedy pomyślałam „Tak jest, to jest to!”

Od tamtej pory na obiadkach rodzinnych na pytanie, co chciałabym robić jak dorosnę, odpowiadałam z dumą „po maturze idę na prawo”. Bajki do poduszki zamieniłam na egzemplarze do prawa rzymskiego (naprawdę to czytałam i to bez przymusu!), a nawet przeczytałam 900-stronową encyklopedię historyczną (… od deski do deski), bo po pierwsze, wygrałam ją w ogólnopolskiej olimpiadzie, po drugie, było napisane na dole „dla kandydatów na studia prawnicze”. I nie, nie byłam kujonem. Do niedawna nie potrafiłam siąść i się uczyć, na zasadzie wkuwania czegokolwiek.

Trochę ochłonęłam.

To znaczy, zapał był, ale już nie studiowałam prawa rzymskiego. Przerzuciłam się na polskie. Uznałam to jednocześnie za obowiązek (jako przyszłego wzorowego prawnika), ale też i hobby, no sprawiało mi przyjemność przeglądanie kodeksów. Nie splamiłam się nigdy wkuwaniem na blachę (tfu! gardziłam bardzo kujonami), ale po niedługim czasie miałam przybliżony obraz kar za poszczególne występki, w wolnym czasie wymyślałam argumenty na obronę (dla obu stron konfliktu oczywiście) i trenowałam „prawniczą gadkę” – czyli, jak ja to ujmowałam „umiejętne przedstawienie faktów z uwypukleniem korzystnych, a dyskretnym pomijaniem lub umniejszaniem znaczenia negatywnych”. W niedługim czasie potrafiłam szybko zażegnać każdy konflikt odpowiednim paragrafem. Czasem zmyślonym, ale jak ujęłam to w prawniczy sposób, to nikt nigdy nie kwestionował żadnego.

W międzyczasie skończyłam podstawówkę ze średnią 5,7 i szykowałam się do zejścia piętro niżej, czyli do gimnazjum.

Tak, chodziłam do zespołu szkół. Mało tego. Przeszliśmy tam całą klasą. Z większością osób byłam w klasie 9 lat. Także pozwoliło mi to wyrobić sobie opinię o likwidacji tychże placówek. Ale to nie na dzisiaj, bo już i tak zbaczam z kursu.

W gimnazjum, jak to w gimnazjum.

Szkoła nie była moim priorytetem, poza tym z palcem w nosie miałam dobre oceny, więc po co się stresować. No ale plany na przyszłość się nie zmieniły.

Coraz bardziej przyzwyczajałam się do tego, że będę prawnikiem, czułam się praktycznie jakbym zaraz miała jakiś egzamin na studia, czy coś w ten deseń. Już każdy zdążył o tym się dowiedzieć, rodzinka jak rodzinka, ale znajomi pytali „jak tam Twoje prawo?”, a ja niezmiennie odpowiadałam „byndzie, jakże inaczej?” Nie dziwię się, że pytali.

Byłam raczej wyjątkiem, nawet nie ze względu na stałość planów, ale też w ogóle na ich posiadanie, w dodatku całkiem stanowcze. Na przestrzeni tych trzech lat (a szczególnie w ostatnim roku, jak trzeba było się już zdecydować, co dalej) obserwowałam, jak moi rówieśnicy próbują się pomału ogarnąć i wreszcie jakoś określić. I jak w 1 klasie nikt najmniejszego zainteresowania prawem nie wykazał, tak pod koniec 3 okazało się, że mam dookoła całkiem wielu aspirujących prawników.

Irytowało mnie to. Dla mnie była to niemal świętość, pasja, sens życia. Dla nich duża kasa i duży prestiż, jak się uda, no ale oczywiście w myślach nikt nie przewidywał, że może się NIE udać. A zwłaszcza ja, przecież prawo miałam już we włosach, skórze i paznokciach. Nie przewidywałam innej możliwości dla siebie.

W honorach rozstawałam się z poczciwą szkołą.

Wychodziłam z listem gratulacyjnym do mamy i świadectwem w większości przepełnionym słowem „celujący”.  Nigdy nie uważałam ocen za wyznacznik wiedzy, a tym bardziej inteligencji, ale tym razem trochę się przejęłam nimi – do ostatniego dnia walczyłam o każdą. Chciałam mieć dużo punktów rekrutacyjnych. Co prawda, były mi całkiem zbędne, ale jakoś złapałam się w wyścig szczurów.

Czemu zbędne?

Bo w miasteczku jest tylko jedno liceum, w dodatku dość podupadające. Bierą każdego z otwartymi ramionami. Następne najbliższe liceum było o 30 km dalej – czyli ode mnie, bo jo żech ze wsi dziewoja, to jakieś no, 45 km. Dziennie prawie 100km. Hmm, może jednak nie.

Poszłam zatem do tej zacnej placówki. Z drżącym sercem wchodziłam do niej, drżącą ręką podałam dokumenty w sekretariacie. Nie drżałam o miejsce – tych tam aż nadmiar. Drżałam o mój profil. Z trzech dostępnych – klasycznych, czyli mat-fiz/mat-geo, bio-chem, pol-hist, siebie widziałam na jednym jedynym, za to całym sercem. Niestety, cudowny human nie znalazł zbyt wielu fanów, bo kandydatów było nas aż troje. Wow. Poczułam, że podbijemy świat.

Byłam zatem zmuszona wybrać alternatywną klasę, a między Bogiem a prawdą, idealny profil dla mnie to his-geo, więc pomyślałam, że jak już będę zmuszona zakuć się w kajdany ścisłego przedmiotu, to może geografia na osłodę.

Mimo realnego zagrożenia, nie docierała do mnie powaga problemu. Nie przyjmowałam do wiadomości, że mogę mieć rozszerzoną matmę. Myślałam, że może połączą klasy – human ze starszych roczników, trochę liczniejszy, ale i tak lichy, został włączony w bio-chem. Och, jakże me serce zapłakało, gdy dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta, a i owszem, ale na mat-geo.

Koniec świata.

W koszmarach goniły mnie powyginane na wszystkie strony parabole. Budziłam się zlana potem. Nie, tak nie będzie, nie dam się! W końcu tu się waży moja przyszłość! Co prawda, w teorii nie było przeszkód, żebym szła na prawo, ale nagimnastykować bym się musiała ładnie. Ponad miesiąc zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić. Były chwile, że już godziłam się z losem i myślałam, jak tu gdzieś wskrzesić resztkę humanistycznej iskry.

Zdarzyło się jednak coś przełomowego dla mnie na tyle, że w jeden dzień podjęłam decyzję, której nie umiałam podjąć po tym miesiącu gdybania i rozważania. Będę humanistką za wszelką cenę. Jadę 45 km w jedną stronę z prośbą o przyjęcie.

Jeśli wcześniej drżałam, to teraz miałam objawy zbliżone do symptomów epileptycznych. Szybko dowiedziałam się, że tam chętnych jest zgoła więcej. Było ostatnie miejsce. Nigdy w życiu nie doświadczyłam podobnych emocji. Stanęłam pod gmachem. W porównaniu z miasteczkowym liceum, no cóż, gmaszyskiem. Ten ogrom mnie przytłoczył, ale trudno, nie mam nic do stracenia.

Wchodzę.

Czekam na przyjęcie przez dyrekcję, jednocześnie rozglądając się trochę, bo miasteczkowe liceum to znałam prawie na pamięć, a tutaj wszystko… takie wielkie, takie inne. Poza tym, była możliwość, że jestem tu po raz pierwszy i ostatni, to chociaż popatrzę. Dyrektorka poprosiła do środka, ostatni oddech. Idę. Wchodzę i cichutko pytam, czy może miejsce dla mnie by się znalazło (jak nie human, to może geo-wos albo klasa językowa, cokolwiek, byle bez matmy, no a tu wybór pokaźniejszy, alternatywy znośne). Pani, bez żadnych emocji, prosi o dokumenty. Jak zobaczy, to powie, czy się nadam. Podaję świadectwo. Jeden rzut oka, tak do połowy. Kilka sekund. „Do której klasy chcesz chodzić?”

Tak, świadectwo miałam efektowne.

Wizualnie dobre, bo wszystkie szóstki koło siebie, w dodatku od góry. Nastąpiła zmiana całej formy rozmowy. Dyrektorka od razu jakaś milsza. No i uświadomiłam sobie, że w tej chwili to ja rozdaję karty, bo nawet sobie wybrać mogę dowolną klasę. Mimo wszystko, pozostałam wierna i nie uległam pokusom. Trochę głośniej, ale nadal nieśmiało odpowiedziałam, że ja to bym do humanistycznej chciała. „Oczywiście”. Czułam, że Boga to ja już za nogi złapałam. Po miesiącu psychicznej tortury i lęków, jestem w domu, u siebie, wśród swoich. Jednak wciąż byłam zaskoczona tak bardzo pozytywnym przyjęciem, postanowiłam sprawdzić na tablicy, ile punktów mieli pozostali kandydaci, bo do tej chwili myślałam, że może w miasteczku to ja dobre oceny miałam, ale w mieście to taki raczej standard. Okazało się, że miałam najwięcej punktów nie tylko z klasy, ale w ogóle z rocznika. Szach-mat matematycy.

Pierwszy dzień szkoły witam z entuzjazmem, jakiego dotąd u siebie nie zaobserwowałam, tym bardziej w sprawach szkolnych.

Ale będzie fajnie! Już toczyłam w głowie rozwijające mój światopogląd dyskusje, jakich na pewno będzie wiele, a jak humanistycznie się rozwinę! W końcu chodzę do liceum w mieście. Prestiżowe, ludzie we wsi i miasteczku z nabożną czcią wypowiadali nazwę, a jak słyszeli, że ja to już tam uczennicą jestem… +100 do respektu na wsi.

Entuzjazm mocno przygasł pierwszego dnia lekcji.

Okazało się, że humanistów w klasie humanistycznej można liczyć na palcach jednej ręki. Reszta bała się matmy, chemii, biologii, fizyki, najczęściej wszystkiego naraz, no a do technikum nie pójdą, bo 4 lata i w ogóle siara. Mimo to, nie dałam się tak całkiem zdemotywować. Tylko znów byłam zdziwiona, że jedyna się zgłaszam do odpowiedzi, bo wcześniej myślałam, że w takiej szkole to zniknę w tłumie uczniów inteligentnych, oczytanych i światłych.

I bardzo mnie zdziwiło, że historycy, bo w końcu takie rozszerzenie dobrowolnie wybrali, nie potrafią zdefiniować pojęcia „źródło historyczne”, a moja odpowiedź wraz z rozróżnieniem na pisane i niepisane została przez nauczycielkę przyjęta z aż takim entuzjazmem.

Później bardzo mnie zdziwiło, że poloniści, również nie z przymusu, nie wiedzą, co to jest apostrofa.

A kiedy na matematyce pani zaczęła tłumaczyć, czym są liczby parzyste i nieparzyste, zapaliła mi się czerwona lampka. Okej, z królową nauk nie jestem zaprzyjaźniona, ale obstawiam, że takie pytanie w przedszkolu uszłoby za łatwe.

Szybko okazało się, że klasa ma z humanem wspólną jedynie nazwę.

Ludzie stanowili zlepek osób „niezdecydowanych” lub, co ciekawe, aspirujących prawników. Tak, pierwszego dnia nauczyciele pytali o nasze plany i (znowu!) byłam zdziwiona, bo w szkole jest inna klasa prawnicza, geo-wos. Okazało się, że w „filmowej” (również wspólna z rzeczywistością była nazwa, no ale co poradzę) jest więcej adwokatów niż w „prawniczej”. Wszystko zaczęło coraz mniej mi się podobać. Ale dobra, przecież ja tu przyszłam nie po to, żeby się na innych oglądać, ja siebie rozwijać przyszłam! Mój pęd do wiedzy szybko został umiejętnie wyhamowany… przez nauczycieli i sposób prowadzenia lekcji. I podejście do ucznia.

Dokładne opisy sobie daruję, jestem z zamkniętej społeczności, a nie mam ochoty już mieć nieprzyjemności, wystarczająco się wymęczyłam.

Gdybym podała szczegóły, ktoś mógłby rozpoznać innego, nie chcę afer. Ale ogólnie mogę powiedzieć tyle, że nauczyciele robili konkurencję ze mną „kto więcej umie, ja czy Ty”. Tak, z uczennicą, która przyszła po wiedzę, a nie na licytacje. Wszystko, co robiłam, było komentowane, niestety rzadko pozytywnie, za to jak coś mi nie wyszło… to była uczta. Oho, taka mądra była, a tego nie wie? Oho, taka mądra była, a to pomyliła? I to nie na osobności. Przy całej klasie.

Kiedyś podałam złą odpowiedź na pytanie. Kazano mi podejść do tablicy i rozpisać dokładnie to, co powiedziałam. Nawet nie powiedziano, że to błąd, równie dobrze mogłam przecież napisać dla klasy rozwiązanie, skoro znam. Podczas pisania zauważyłam, że faktycznie się pomyliłam i od razu się poprawiłam, podałam dobrą odpowiedź, ale została ona zignorowana. Za to cała klasa usłyszała, nie pierwszy raz, że już chyba nie jestem taka hop do przodu.

Klasa (z paroma wyjątkami), chętnie w ucztach przeciw mnie uczestniczyła. Nie kryli się nawet za bardzo z komentarzami. Do tego stopnia, że potrafili w klasie do nauczycieli mnie wyśmiać i nie spotykało się to z żadną krytyką.  Najgorsze było to, że byłam sama. Nawet jak ktoś był „po mojej stronie”, to nie wstawiał się za mną w takiej sytuacji. Dostałam ksywkę folksdojcz, bo… jako jedyna z klasy znałam niemiecki. Tak, to był jedyny argument.  Niby żartem, niby tego, a każdy śrubkę dokręcał – nawet ci, którzy niby byli mi przychylni lub przynajmniej obojętni.

Pewnego razu napisałam scenariusz do szkolnej sztuki.

Całą noc pisałam. Wszystko przemyślałam. Przy odczytaniu nagle okazał się zły lub, jak to określili moi przyjaciele z klasy „denny”. Co ciekawe, jak opisywałam kilka dni wcześniej mój zamysł, to nikt nie miał zastrzeżeń (znałam ich już na tyle, że w życiu bym nie przyszła z „niespodzianką”, bo bym z góry była skreślona, więc mniej-więcej uzgodniłam). Jeszcze ciekawsze było to, że nie przeszkadzał im też również, kiedy wyrzucono mnie z własnego przedstawienia za umówioną z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wizytę u lekarza w dniu jednej z prób (nawet nie generalnej) i grano go beze mnie. Niby nic wielkiego, głupi scenariusz. Ale ja wiedziałam, że ich jedynym zastrzeżeniem było to, że ja go napisałam. Dlaczego?

Obietnice złotych gór to standard.

Na obietnicach tam wyszłam jak Zabłocki na mydle. „Jak zrobisz to (najczęściej chodziło o konkurs, czyli reprezentację, do tego nagle się nadawałam), na pewno będziesz miała wyższą ocenę/podwyższone sprawowanie/inne rzeczy”. Z kilku przedmiotów nawet zamiast wyższej dostałam niższą. Z byle powodu. Przepraszam, że nie mam talentu plastycznego, zapomniałam, że jesteśmy w liceum plastycznym lub przynajmniej, że to zajęcia ze sztuki… a nie, jednak nie, no ale rysować nie umiem, to co, niższa ocena. To nic, że reprezentowałam szkołę w konkursie wojewódzkim z tego przedmiotu. To nic. Brzydko narysowałam ptaka.

Najlepsze jednak były z tego wszystkiego komentarze, które dotyczyły wszystkiego poza nauką.

Były takie dotyczące moich przyjaźni lub ich braku (co, gdzie, z kim, dlaczego?), były pytania o mnie i moje prywatne sprawy skierowane… do innych osób. Pytania, czy przypadkiem nie przytyłam, bo jak na początku przyszłam, to byłam chudsza. Swoją drogą dzięki, nie zauważyłam sama. Hmm, czy fakt, że po całym dniu, dwóch przesiadkach autobusowych i prawie 100 przejechanych kilometrach, gdy wreszcie wchodziłam do domu, to byłam wygłodniała i jadłam co popadnie może coś mieć z tym wspólnego? Nie. Chyba nie. Ale powiem wam, śmieszne uczucie, wracać ze szkoły i podziwiać z okien autobusu księżyc.

Ale to nie koniec złotych myśli.

Z wiadomych przyczyn, kiedy jeden autobus mi uciekł, to na drugi nie było szans zdążyć (z mojej wsi musiałam przesiadać się w miasteczku, żeby dojechać do miasta). Podobnie komiczne są sytuacje, że zaspałam na dwie lekcje – wstałam o 6.30. Hehe. No na początku żartowałam z tego trochę, ale potem już mnie to przestało śmieszyć. Zwłaszcza, kiedy po roku tłumaczenia tej sytuacji nadal nauczyciele mówili mi „ale z miasteczka przyjechali, a Ty co, pospać dłużej chciałaś, każdy na lekcje przyszedł, a Ty się wylegujesz”. Tak. Do 6.30. To wystarczy.

W 2 klasie zaczęłam mieć sporo problemów zdrowotnych i często musiałam chodzić do lekarza. Dopiero po interwencji mamy przestano mi wmawiać, że jestem hipochondryczką i robię to, bo nie chce mi się przychodzić do szkoły. Moje nieobecności były dyskutowane na lekcjach i należycie komentowane – uczta trwa. Jak leżałam w klasie podczas przerw krzyżem na podłodze, bo zwijałam się z bólu, a po 45 min w ławce kręgosłup dosłownie się uginał – ale musiałam już być na lekcjach, bo groziły mi nieklasyfikacje pierwszego semestru – to nikt się do mnie nie odezwał. Jeden kolega zaproponował poduszkę. Ironicznie.

Mogłabym pisać tak do jutra, ale to nie jest główny wątek tego, co próbuję przekazać.

Ktoś może mi zarzucić, że np. w kwestii dojazdów wiedziałam na co się piszę, to nie powinnam tego wymieniać. Owszem, ale jak się na to pisałam, to liczyłam na wyrozumiałość lub przynajmniej neutralne potraktowanie.

Najbardziej dotkliwie odczułam to, że straciłam cały zapał i ambicje.

W połowie pierwszej klasy doszłam do wniosku, że nie pójdę na prawo. Czynników było kilka, ale sytuacje wyżej walnie przyczyniły się do skopania mojej leżącej samooceny. Zawsze miałam o sobie raczej negatywne zdanie, ale co do swoich umiejętności i wiedzy byłam przekonana. Nawet nieco zarozumiała i przemądrzała. Cóż, pomogli mi to zwalczyć. Chyba powinnam być wdzięczna, że po czasie spędzonym z nimi zatraciłam swój ostatni bastion pozytywnych myśli na swój temat. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie dam rady dłużej. Czułam się jak zero. Nie wiedziałam, co robić dalej, nie było alternatyw. Sytuacja zdawała się beznadziejna. Przypadkiem znalazłam informacje o egzaminach eksternistycznych i to była moja deska ratunku. Po dość burzliwym procesie rezygnacji z nauki w pięknej placówce, kiedy zdałam sobie sprawę, że już nie jestem od nich zależna, poczułam niewyobrażalną ulgę. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki ciężar nosiłam.

I po co ta cała historia? Co z tym przekazem? No teraz już naprawdę mówię.

Ta cała opowieść ma na celu przekazanie kilku rzeczy, zacznę od mniej ważnych:

  1. Chciałam, żebyście sobie uświadomili, jak zmieniały się wasze marzenia, trochę przemyśleli, czy droga zawodowa, jaką wybraliście, jest satysfakcjonująca, idziecie za głosem serca, czy może wpłynęły na nią jakieś inne czynniki?
  2. Ukończenie szkoły i ogólnie zdobywanie wykształcenia nie musi być zdobywane „jedynym, słusznym przyjętym sposobem”. Są alternatywy i nie są one wcale gorsze, niż powszechne sposoby (czytaj: chodzenie do szkoły/na uczelnię).
  3. Nie warto w imię wykształcenia, nawet najlepszego, rujnować się od środka. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, reaguj, zmieniaj to!
  4. Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. Nieważne, czy jesteś w szkole średniej, czy w połowie studiów, zawsze możesz poczuć, że „to jednak nie jest to” i spróbować od nowa.

I najważniejsze, co najbardziej chcę omówić i co, mnie osobiście, najmocniej dotyka ostatnio

5. Nie pozwól, aby papierek lub jego brak definiował Twoje poczucie własnej wartości ani to, jaką osobą jesteś.

Ten punkt rozwinę.

Jak postrzega mnie otoczenie w tej chwili? Bliższe, dalsze, obojętnie. Chyba nietrudno się domyślić.

A jak Ty reagujesz, gdy słyszysz, że ktoś młody przerwał naukę? Gdy słyszysz, że ktoś nie ma wykształcenia średniego? Gdy dowiesz się, że ktoś skończył wieczorówkę, inną szkołę zaoczną, jak postrzegasz jego świadectwo, tak samo, jak osób, które szkołę kończyły „normalnie”?

Czy Twoje reakcje pokrywają się z tymi, które wymieniam poniżej?

A) Ktoś młody rzucił szkołę (poprzez „rzucił” rozumiem także tych, którzy zamierzają dalej kształcić się zaocznie, ale zwykle to bez znaczenia): Marnuje sobie życie. Pewnie z patologicznej rodziny. W głowie tylko mu balety i chlanie. Do emerytury będzie zapieprzał na najniższej krajowej w fabryce/maku/jako sprzątacz albo w ogóle na socjalu. Tylko czekać, aż zrobi sobie dzieciaka, żeby więcej kasy z państwa ciągnąć i dalej szerzyć te patologiczne wzorce. Może nawet w złe towarzystwo wpadł, kradnie, bierze?  Nie chciało się uczyć, do szkoły chodzić, potem będzie płacz i zgrzytanie zębów.

B) Ktoś nie ma „nawet” wykształcenia średniego: Debil. Leń. Do niczego się pewnie nie nadawał. Jak można nawet zawodówki nie skończyć? Przecież to każdy głupi dałby radę jakoś przemknąć. Pewnie nie ma nawet o czym z takim kimś gadać, o czym rozmawiać z kimś, kto tylko podstawówkę (gimnazjum) skończył? Tacy ludzie mają prawa wyborcze w tym kraju i się dziwić, że jest jak jest?

C) Ktoś uzyskał świadectwo „alternatywną metodą” (np. w wieczorówce, liceum zaocznym, eksternistycznie): Pff. Pewnie kupione. Co to za świadectwo, może sobie tyłek podetrzeć. Co on z tym ma, nawet na dobre studia go nie wezmą. Nie chciało się normalnie skończyć szkoły? Za głupi był na pewno, nie dawał sobie rady, to musiał jakoś sobie wykombinować ten papierek inaczej.

Odpowiedzcie szczerze sami przed sobą – czy tak nie reagujecie?

Ktoś z was musi. Bo to niemożliwe, żebym tylko ja się z takimi zetknęła. Chwilowo jestem kompilacją wszystkich trzech przypadków i słyszę niesamowitą sałatkę wszystkiego po trochu.

I się dziwicie, że czuję się potraktowana niesprawiedliwie?

Okej, może oceny nie świadczą o mojej realnej inteligencji i wiedzy. Tak samo jak wszystkie konkursy. Może fakt, że znam dwa obce języki też nie jest niczym wybitnym. Ale dlaczego dopóki chodziłam do szkoły i chciałam iść na prawo – otoczenie uznawało mnie za mądrą osobę, na poziomie, taką, która ma coś do powiedzenia. Która coś osiągnie w życiu. A kiedy tylko przerwałam naukę, nagle stałam się patologiczną idiotką, leniwą i generalnie skończoną, w ogóle nie wartą uwagi i chwili rozmowy. Czy te wszystkie czynniki – wiedza, inteligencja – zmieniły się jakoś? Czy wpłynął na nie mój brak kawałka papieru, który, uwaga, i tak planuję uzyskać, tylko „inaczej”?

No właśnie, następna kwestia.

Pominę fakt, że przerwałam „normalną” naukę nie z lenistwa czy kaprysu, powody wymieniłam powyżej. Ale dla większości osób ja tę szkołę R Z U C I Ł A M. I koniec. I dalej nic nie ma, socjal lub zamiatanie ulic. Nawet nie chodzi o to, że i bez tego papierka mogłabym coś osiągnąć. Chodzi o to, że ja nadal planuję go uzyskać. Tylko niekoniecznie chodząc do szkoły.

Do większości osób to w ogóle nie dociera – rzuciłam i tyle.

Ale zdarzy się ktoś, kto zapyta „no dobra, to co Ty chcesz zrobić?” I wtedy ja wypowiadam iście magiczną formułę „egzaminy eksternistyczne”. Magiczną, bo u każdego powoduje identyczny wyraz twarzy – delikatnie mówiąc, uprzejmego zdziwienia. Tak naprawdę jest to wykrzywienie skrajnego szoku wymieszanego ze strachem. No tak, bo nikt u nas na wsi ani nawet w miasteczku tak jeszcze wykształcenia nie zdobył, więc na pewno to jakieś wymysły. Na pewno. A jeśli już to i tak nie to samo, co NORMALNE świadectwo. Czym się moje będzie różnić, ktoś może zapyta? Jednym szczegółem. W miejscu na nazwę szkoły będzie wpisane „zdane eksternistycznie”. To wystarczy, żeby dla większości to było gówno warte. A ja razem z tym „czymś”.

Skłamię, jak powiem, że się nie przejmuję. Dobra, nie musiałam tego mówić, napisałam całą epistołę moich bóli i żali.

No ale powiedzcie, nie byłoby wam przykro? Najpierw w szkole było tak, jak było. Nie dałam rady psychicznie (oj, już co ona takiego tam miała strasznego, bez przesady, szkoła to szkoła – tak myśli sporo osób z mojego otoczenia). Znalazłam sobie alternatywę, furtkę. 11 egzaminów. Będę się musiała sama do nich przygotować, w sumie już to robię, powtarzam materiał z trzech lat liceum, mam na to jeszcze dwa miesiące. W tym momencie osoby zwykle pytają „i co, to tak za darmo?”. A kiedy słyszą, że nie, to dla nich już wszystko jasne. Cwaniacki uśmieszek. „Oho, kupujesz sobie świadectwo!” Nie do końca, bo aby je dostać, muszę wszystko zdać, tak samo, jak wy musicie bądź musieliście zaliczać wszystkie sprawdziany. Ale to już nie dociera.

Dla nich jestem mniej wartościowa.

Dla mnie to dość logiczne, że te egzaminy są płatne. Za szkołę zaoczną czy wieczorową przecież też się płaci. A wcale to nie znaczy, że od razu dostaje się gotowe świadectwo. No ale niektórzy myślą, że moja wiedza była fajna w szkole, a teraz już muszę się wspomagać, żeby mieć wykształcenie. Hi, hi… hipokryzja?

Dlatego apeluję do każdego, kto nie wymiękł i przeczytał to.

Unikajcie takiego stereotypowego myślenia. Nawet jeśli ktoś nie będzie miał tego wykształcenia, to może być milion razy bardziej wartościowym człowiekiem od kogoś, kto skończył kilka uniwersytetów. A poza tym, nie wiecie, dlaczego ktoś zrezygnował z nauki. Może wcale nie z lenistwa? Może za tym się kryją inne problemy?

Muszę się przyznać, że kiedyś sama miałam podobne myślenie.

Jak ktoś nie zdał do następnej klasy, to myślałam, że albo debil, albo skończony leń, bo „przecież to żadna filozofia zdać na dwójach”. Dopiero wtedy, gdy poznałam kilka osób, które uświadomiły mi to, że powody mogą być zupełnie inne, to przestałam tak myśleć i zaczęłam też starać się wpłynąć na tych, którzy mówili mi „patrz, ta nie zdała, idzie do wieczorówki”. Ale i tak nie spodziewałam się, że któregoś dnia ja będę na tym miejscu. Przecież ja miałam skończyć prawo, mieć tytuły, honory, pozycję społeczną. Priorytety mi się pozmieniały.

Kim chcę być teraz?

Do końca nie wiem, ale znalazłam jakiś rok temu coś, co naprawdę jest moim… żywiołem. Nie chodzi o to, że prawo nim nie było – trochę do dziś nieraz mi smutno, że z tego zrezygnowałam, bo dobrze się w tym czułam. Ale doszłam do wniosku, że ja potrzebuję wolności. I nie mogę spędzić całego życia w pogoni za karierą. Ja muszę latać. Latać, tak. Podróżować. To właśnie chcę robić, to właśnie sprawia mi największą przyjemność. Przewartościowałam cały swój świat. Już nie chcę „mieć”, chcę „być”. Chcę zobaczyć jak najwięcej z tego, co świat ma do zaoferowania. I robię wszystko, aby do tego dążyć, zdobywać. Dlatego liczę się z tym, że fotosynteza dla człowieka to raczej nie wypali, a i na pieszo oceanów nie przejdę, ale wszelką pracę zawodową chciałabym łączyć z podróżą lub, gdy okaże się to niemożliwe, stawiać na dalszym planie.

Ale co dokładnie będę robić, to jeszcze nie wiem. Mam czas myśleć, przynajmniej do końca października.

Aha! No i najważniejsze – 10 dni temu zakwalifikowano mnie do egzaminów. Poczułam, że to już się dzieje i nie jest mrzonką albo czczą gadaniną. Już 6 października o 15.00 zaczynamy, także staram się ciągle coś wkuwać (a tak gardziłam kujonami!)

A o samych egzaminach też wspomnę – szczególnie z dedykacją dla osób, które są w podobnej sytuacji do mojej. Ja osobiście nie trafiłam na zbyt wiele wiarygodnych opinii, bo zdecydowanie nie jest to powszechna metoda, dlatego chciałabym, aby moi „następcy” mieli trochę łatwiej. Ale to dopiero, jak dowiem się już absolutnie wszystkiego.

No i co, tyle. Do następnego.

PS. Dzisiaj napisałam do kolegi, czy zechce mnie przyjąć do zespołu. Powiedział, że zobaczy, co może zrobić, ale on nie widzi problemu. A może jednak pierwsza myśl – piosenkarka – zawsze jest najlepsza? 

 

 

 

 

 

 

2 thoughts on “Świadectwo mojej wartości.

  1. Genialny wpis, sporo mówi o życiu i podejściu do tematu edukacji. Inaczej nie znaczy gorzej, a często wcale nie ma nic wspólnego z „łatwiej”. Może kiedyś normy się zmienią, nie będzie tylko jednej właściwej i prestiżej drogi do zdobycia wykształcenia. Życzę wytrwałości i odporności na nieprzychylne komentarze!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.