Emocjonalny przeciek.

Tak, to ja.

Tak, zapał do zaśmiecania internetów swoimi przemyśleniami jeszcze nie minął.

Przechodzę coś w stylu kryzysu tożsamości, choć brzmi to kretyńsko, ale chyba o to chodzi w tym wszystkim. Stoję na rozstaju i widzę różne ścieżki. Nie wiem, która zaprowadzi mnie tam, gdzie chcę z jednego prostego powodu. Bo nie wiem, dokąd chcę iść, co jest tym „celem” i czy aby na pewno warto do niego dążyć. Błądzę, zawracam, skręcam. Szukam siebie.

Wszystko we mnie wiruje. Przepływają miliony myśli. Słyszę echa przeszłości, które uparcie nie chcą zamilknąć. Przyszłość to zagadka. Nie wiem, czy chcę ją poznać.

Ten chaos uzewnętrzniam niestety tutaj, cóż, jakby nie było, to jest część mnie.

Ta strona powstała w momencie przełomowym dla mnie. Miała pomóc mi wyrażać to, czym od zawsze chciałam się dzielić z innymi. Poprzednie blogi pisałam dla innych. Pod publikę. Na siłę, kiedy nie miałam ochoty, ale „żeby nie było przerwy, bo o mnie zapomną…” Tematy nie płynęły ze mnie. Nawet sztuczne uśmiechy na zdjęciach nie były moim prawdziwym szczęściem.

Zawsze miałam opór przed pisaniem całkowicie „od serca”. Kiedyś pisałam o rzeczach, które mnie nie interesowały, bo chciałam być czytana, zyskać akceptację. Wychodziło tak, że sama siebie nie akceptowałam. Narzucałam sobie swoistą cenzurę, edycja zajmowała nierzadko więcej czasu niż stworzenie tekstu „pierwotnego”, najbardziej naturalnego. Każdy temat dokładnie analizowałam. Czy trafi do ludzi. Czy nikogo nie urazi. Każdy przejaw, nazwijmy to, „wylewu emocji i prawdy na klawiaturę” szybko usuwałam, zbyt subiektywne, zbyt kontrowersyjne, zbyt moje. Bałam się krytyki.

Długo dojrzewałam do tego, aby w końcu spróbować przestać się wstydzić siebie. Owocem mojej wewnętrznej walki jest właśnie ta witryna. Jednak ona wciąż we mnie trwa.

Znów poczułam znajomą frustrację. Czytałam swoje wpisy, planowane szkice. Pierwsza myśl? „To nie są moje słowa”. Owszem, poszłam krok do przodu. Piszę o sprawach, które naprawdę są mi bliskie. Ale nadal wychodzi sztucznie. Nadal się boję pisać w stylu, w którym mam ochotę – bo wielu on nie podpasuje. Nadal część pomysłów wyrzucam – bo nie będzie to coś, co ludzie chętnie czytają w czasie wolnym. Nadal nie potrafię się otworzyć na tyle, żeby wyrazić jasno i dobitnie swoje stanowisko, opisać szczere odczucia, przestać się ich wstydzić.

Moje obawy i lęki nie biorą się znikąd. Od lat żyję z osobą, która mnie nienawidzi. Krytykuje wszystko, co się da. Mój wygląd. Moje zainteresowania. Moje opinie i światopogląd. Mój gust. Moje marzenia. Moje uczucia. Moje myśli, słyszy je i komentuje, drwi, wyśmiewa. Wie, gdzie uderzyć, żebym za każdym razem znów rozpadła się na kawałki. Zna wszystkie moje słabości, bo jest ze mną ciągle, odkąd pamiętam. 24/7.

Tak, najgorsze jest to, że to ja jestem swoim przeciwnikiem.

Użalanie się, co? Jakaś zakompleksiona grafomanka coś pieprzy, typowa attention whore, uwagi jej brakuje. Przecież każdy bywa w stosunku do siebie krytyczny. Każdy ma jakieś tam kompleksy, opory, coś, czego w sobie nie lubi. Kolejnej gówniarze w dupie się przewraca, sobie szuka problemów na siłę.

 Jeśli tak myślisz, zazdroszczę Ci, naprawdę. Też bym chciała tak myśleć. To po prostu znaczy, że nie wiesz, jak bardzo można sobą gardzić. I oby tak zostało.

Chociaż w sumie… To nie jest takie złe. Trochę różnych myśli, raz mniej, raz więcej. Przypominają zwierzątka albo chochliki. Całkiem miłe. Na ogół da się z nimi żyć i nawet jako tako funkcjonować w społeczeństwie. Bywają jednak czasem psotne, potrafią sprawić, że nie masz siły wstać z łóżka, robić cokolwiek. Bardzo lubią wprawiać w otępienie i poczucie tak zwanej „beznadziei” – w całym szerokim tego słowa znaczeniu. Ale to rzadko. Zazwyczaj to nie rzucają się w oczy. Otoczenie nie wie o tych stworkach, a jak się o nich dowiaduje, to jest w niezłym szoku. Sami widzicie – nic wielkiego. To tylko ja, nikt ważny, idźcie dalej.

Odpłynęłam nieźle. Wróćmy do strony.

Trochę czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że tworzenie jej będzie DLA MNIE. Nie dla innych. Piszę DLA SIEBIE, DLA WŁASNEJ przyjemności, żeby SIEBIE realizować w tym, co JA lubię – czyli pisaniu. Żeby robić to tak, jak JA chcę, poruszać tematy, które DLA MNIE są w danej chwili ciekawe, ważne lub po prostu JA mam ochotę SOBIE o nich pisać. A nie da się pisać osobistych przemyśleń chłodno, bez emocji, obiektywnie. To znaczy, można tak prowadzić stronę. Ale nie jest wtedy osobista. I nie ma radości z tego.

I to wcale nie znaczy, że nie chcę, aby ktoś to czytał. Wręcz przeciwnie – to też jest ważne, też jest moim celem. Chciałabym tu się dzielić i wymieniać informacjami, opiniami. Cieszyłabym się bardzo, gdyby ktoś, ktokolwiek jeden, znalazł tu coś, co uzna za wartościowe dla siebie albo coś, z czym się zgadza i fajnie było przeczytać. I wierzę, że gdzieś takie osoby są. Jeszcze nie tu – to na razie oaza dla mojego introwertyzmu – ale są. A kiedyś tu trafią, może jutro, może za miesiąc, rok, dwa, dziesięć. Jeśli tylko wyniosą z tego pożytek, jakikolwiek, nawet taki, że pośmiali się z mojej gadaniny, to czuję się spełniona – w końcu poprawiłam komuś humor. O to chodzi.

Dlatego odcinam się pomału od tego uporczywego szukania czytelników, dopasowywania się do nich. Sami mnie znajdą, w swoim czasie.

Może to truizmy. Może brzmi naiwnie. Dla mnie też, ale potrzebowałam to sobie napisać. Wyrzucić z siebie (och, słodkie katharsis!), nadać postać materialną, może łatwiej będzie w to uwierzyć.

Nie poprzestaję na gadaniu. Ten post, miejmy nadzieję, będzie początkiem „drogi ku lepszemu”, przede wszystkim w tym, co tu robię. Sama sobie się troszkę dziwię, że go udostępniam i pewnie będą palce świerzbić, żeby skasować zaraz. Sporo mnie kosztowało obnażenie siebie i swoich przemyśleń. Z jednej strony jest mi lekko, z drugiej trochę się denerwuję, wstydzę nadal. Ale wtedy przypominam sobie, że: Po pierwsze, jestem tu sama. Po drugie, nawet jak ktoś tu zbłądzi, to prawdopodobnie daruje sobie wnikliwą lekturę. Po trzecie, jak mam być autentyczna i prowadzić osobistą stronę bez mówienia o sobie, o tym co myślę i czuję?

Starczy już. Trochę się odmelancholijniłam (ależ frankensztajna stworzyłam), trochę wzięłam w garść. Bardzo bym chciała to utrzymać jak najdłużej. Najważniejsze jest to, że poczułam się tutaj, w moim zakątku, dobrze i swobodnie. Po raz pierwszy. Zamierzam to wykorzystać i być może uda mi się w końcu ostatecznie dopasować wygląd, no i dalej całą resztę. Fajnie byłoby się otworzyć, tak całkiem.

Nie wiem, kiedy, ale wiem, że wrócę.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.