Jak kupić prezent świąteczny? Krótki poradnik.

Czujecie już tę świąteczną atmosferę? Ja też nie. Ale, jakby nie było, w przyszłym tygodniu Wigilia. Z tej okazji wygrzebałam swój stary poradnik „Jak kupić prezent świąteczny?”, który napisałam 3 lata temu. Notkę przytoczę w całości, ze wstępem itd. No, z drobnymi poprawkami i uzupełnieniami, jednak całość nadal jest tak samo aktualna, jak wtedy. Zapraszam!

Jak kupić prezent świąteczny?

Atmosfera robi się typowo świąteczna (szczególnie pogoda, ach te klimatyczne mżawki przy +kilku stopniach!), a co większości z nas kojarzy się z Bożym Narodzeniem jako pierwsze? Kolacja wigilijna? Zjazd rodziny, która sili się na sztuczne uprzejmości „bo wypada”, a każdy tak naprawdę marzy, żeby być gdzie indziej. Kolędy? Błagam, co to, przedszkole? Jezus? Kto by tam o nim myślał, już nowe lampki LED są wyżej w hierarchii świątecznej.

Mikołaj? Nooo… już bliżej. Bo z racji, że ten pan niestety od kilku(nastu) wieków jest na urlopie zdrowotnym w krainie wiecznego szczęścia, jego obowiązki musimy przejąć my. Więc co w końcu jest najważniejsze w tej szopce? A no tak. PREZENTY.

Fajnie jest je dostawać, ale trzeba też jakieś dać…

Wielu z was usilnie zastanawia się, co kupić/wypożyczyć (czyt. kradzież)/zrobić/skleić/wyprodukować/zmaterializować w jakikolwiek inny sposób (czyt. czary). Najlepiej niedużym nakładem czasu, siły oraz pieniędzy. Ale ja wam tego wprost nie powiem, licząc na waszą kreatywność i choć odrobinę inicjatywy.

Jednak mogę was na pewien trop naprowadzić, mówiąc jak wybrać ten idealny prezent! Sposobów jest tyle, ilu nas jest na świecie (a nawet więcej!). Przedstawię wam najskuteczniejsze, najpopularniejsze, najbardziej fajniejszowsze. No takie NAJ+ albo jeszcze lepsze!

1. NA CHYBIŁ-TRAFIŁ (EKONOMICZNA) 

W tej metodzie najważniejsze jest przemyślenie miejsca zakupu. Jeśli prezent ma być dla dziewczyny, polecam drogerię. Jeśli dla chłopaka jakiś supermarket bądź empik lub elektromarket (w wersji na bogato). W każdym wypadku sprawdzi się świetnie również miejsce typu WSZYSTKO ZA 1/2/5/10 ZŁOTYCH.

Wchodzisz do wybranego przez siebie sklepu i bierzesz po jednej/kilka rzeczy, jakie wpadną Ci w oczy (fajnie wygląda? Bierz! Co z tego, że kupujesz żel do włosów łysemu wujkowi! Ważne, że ma bajeranckie opakowanie i jest w promocji). Pamiętaj też złote przykazanie, że liczy się ilość. Lepiej wziąć 10 rzeczy po 3 złote, niż 3 po 10 złotych – w końcu im więcej prezentów dasz, tym bardziej zależy Ci na danej osobie, nie?

Ważne jest też łowienie okazji. Wszystko co bierzesz musi być oznaczone: PROMOCJA/WYPRZEDAŻ/OBNIŻKA/ODDAM TE ŚMIECI PÓŁDARMO. Nie zapomnij o opakowaniu, cena do 2 złotych. Nieraz uda się złowić za 99 groszy, a po co przepłacać na kawałku papieru z rączką?

Po wylosowaniu – w ramach dysponowanego budżetu – jak największej ilości promocyjnych gadżetów udaj się do kasy z uśmiechem. Masz wszystko z głowy. Ciotka i tak się ucieszy z płynu po goleniu czy chińskiej latarki kieszonkowej. Bo musi.

2. NA MAMINSYNKA (OSZCZĘDNOŚĆ CZASU I NERWÓW)

Tutaj ważna jest osoba dobrej woli, zwykle warto zwrócić się o pomoc do kobiety. Szukasz mamy, bądź innej ciotki/siostry/babci/sąsiadki/koleżanki. Najczęściej jest to jednak Twoja rodzicielka. Podchodzisz do niej i mówisz ten uniwersalny, sprawdzony przez pokolenia tekst:

„MAMOOO… BO MUSZĘ KUPIĆ PREZENT <wstaw osobę>, A JA NIE WIEM JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ. MOŻE TY KUPISZ COŚ, MASZ TAKIE ŚWIETNE POMYSŁY MAMUSIU!

W tym momencie dalsza konwersacja zależy od Twojej siły perswazji oraz poziomu altruizmu mamy. Być może tyle wystarczy, a być może będzie potrzebna większa dawka komplementów. Coś wymyślisz, no chyba, że wolisz sam iść po prezenty! Nie chcesz? No właśnie, więc kombinuj. Ale jak już Ci się uda, to masz wszystko z głowy. Mama może weźmie od Ciebie parę groszy, częściej jednak zasponsoruje podarunki sama.

Czy prezent się spodoba? To zależy od tego, ile masz lat (nie wyrwiesz dziewczyny na lalkę barbie) i komu kupujesz prezent (Twój kolega z klasy niekoniecznie ucieszy się z pluszowego misia albo kremu do pięt). Ale przynajmniej nie musisz się martwić i angażować w proces zakupów.

Musisz kupić prezent osobie nominowanej do zaszczytnej misji pójścia za Ciebie do sklepu? To jeszcze lepiej! Powiedz, że to będzie dla innego znajomego czy członka rodziny tej samej płci i w podobnym wieku. Rozwiązanie idealne – pójdzie i wybierze coś, co jemu/jej się podoba. Potem po prostu to dasz. I tyle. Satysfakcja gwarantowana. I święty spokój.

3. NA MAJSTERKLEPKĘ (DLA AMBITNYCH I NIEŚMIERDZĄCYCH GROSZEM)

Chcesz dać coś oryginalnego i od serca? Taak, jasne. Przyznaj się, na co poszły w tym roku wszystkie Twoje pieniądze na prezenty? No ale coś dać trzeba. Tutaj metoda DO IT YOURSELF jest najlepszym rozwiązaniem.

Zaopatrz się w wybrany przez siebie materiał. Może to być papier, modelina, papier, klej, glina, papier, drewno, brystol, plastelina, no i oczywiście papier. Zawsze sprawdzi się też papier. Z odrobiną papieru.

Kiedy już masz to, co Ci potrzebne zwyczajnie puść wodze fantazji! Origami! Rzeźba! Wyklejanka! Malunek! Co z tego, że nie masz ani krzty zdolności manualnych. Co z tego, że efekt nie pokryje się nijak z Twoimi wyobrażeniami. Co z tego, że dzieło będzie najwyżej dziełem samym w sobie, bo do niczego toto nie podobne.Przecież obdarowany i tak się ucieszy z wymiętoszonego świstka, który miał być choinką. Bo zrobiłeś ją sam. Czy to nie genialne?

4. NA RECYKLING (DLA NAJBARDZIEJ WYRACHOWANYCH)

Dostałeś rok temu trzy takie same książki? Nie używasz tego zestawu do stylizacji wąsika? Krosno tkackie od babci nie było najlepszym prezentem, jaki dostałeś w życiu? Przekaż je dalej!

Masz w domu kopalnię skarbów i gotowych prezentów! Musisz tylko to wykorzystać! Nawet napoczęte rzeczy można wymuskać tak, że będą niczym prosto z fabryki. Do perfum dolej trochę spirytusu, wytrzyj szczoteczkę tuszu do rzęs, urwane ucho kubka przyklej na kropelkę. Jak precyzyjnie to zrobisz, to nikt się nie pokapuje.

A to, że osoba, której to dasz mogła to widzieć w Twoim posiadaniu? Bądź nie spodoba jej się, tak jak zresztą Tobie? Co z tego. Dałeś? Dałeś! Zaoszczędziłeś? Bardzo! I wszyscy są zadowoleni.

No dobra. Tylko Ty. Ale chyba o to chodziło, nie?

5. NA WSPOMNIENIA (DLA ZAKOCHANYCH LUB PRZYJACIÓŁ)

Co jest najlepszym źródłem prawie gotowych prezentów? Wspomnienia!

Wywołaj/sam wydrukuj zdjęcie ze swoją drugą połówką/najlepszym przyjacielem i napisz LOVE/BEST FRIENDS FOREVER. Jeśli jesteś bardziej ambitny (lub gryzą Cię jakieś wyrzuty) zrób cały album bądź kolaż takich zdjęć. To znaczy ponaklejaj kilka na kartce/paru kartkach spiętych jakoś ze sobą. Et voila!

Sposób mało kosztowny, stosunkowo mało czasochłonny. A i tak wywoła lawinę ochów, achów czy innych okrzyków. Po kilku takich świętach osoba będzie mogła już sobie zastąpić tapetę na ścianie Twoimi zdjęciami, ale co z tego. Nadal będzie słodko.

6. NA INTERNETOWEGO MANIAKA (DLA NOOBÓW)

Przeraża Cię konieczność odejścia od komputera i, co gorsza, wyjścia do ludzi? Zamów coś online.

Pewnie na to sam wpadłeś, ha. Ale czy wiesz, co zamówić? Więc ja Ci powiem, że COKOLWIEK. Byleby tanio. Zakładam, że nie chcesz tracić ani sekundy więcej na wyszukanie i wybór prezentu, niż to konieczne. W końcu trwa świąteczny event, a level sam się nie wbije. Jest na to rada.

Wejdź na losową stronę z losową rzeczą i zamów ją. Jeśli zamówisz zestaw biustonoszy ciążowych dla bezdzietnego, starego wuja zawsze możesz powiedzieć, że pomylili wysyłki. Nikt nie będzie tego podważał, bo przecież się zdarza, zwłaszcza w okolicy świąt. Wymówka idealna, ciężka do zdemaskowania.

Bardziej wytrawni spryciarze mogą wykorzystać to, żeby nie zamówić nic i powiedzieć, że nie dotarło na czas/pomylili adresy. Ja jednak zachęcam do posiadania czegoś fizycznego do ofiarowania. Żeby ducha świąt podtrzymać. Nie kombinuj aż tak! Nie wystarczy Ci, że masz dobrą okazję do podarowania czegokolwiek komukolwiek bez dużego ryzyka?

Istnieje spora szansa, że obdarowani zaakceptują prezent takim, jaki jest – w końcu to nie Twoja wina. A Ty dalej będziesz mógł expić.

To były najbardziej uniwersalne sposoby i porady „jak kupić prezent świąteczny”.

Metody te oczywiście można mieszać. Można też wypróbować własne, więc jeśli macie jakieś swoje, to chętnie poznam!

Sprawę podarunków pewnie macie już z głowy, wybierając któryś z tych sprawdzonych schematów. Możecie odetchnąć z ulgą. A także spokojnie czekać na swoją lawinę nietrafionych prezentów, prawdopodobnie zakupionych również za pomocą tych sposobów. No co, nie tylko Ty przeczytałeś ten poradnik.

A może spróbujesz dopasować poszczególne prezenty, jakie dostałeś do którejś metody? Lub wymyślisz nowe – dla wyjątkowo oryginalnych i trudnych do sklasyfikowania darów? Hej, to może być fajna zabawa na nudnej kolacji, a kiedyś może tradycja świąteczna… Jakby co, to był mój pomysł!

 

Wesołych Świąt!

Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu.

Jeśli trafiłeś tutaj po wyszukaniu frazy „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” to od razu mówię Ci, że ja tego nie zmienię.

Zatem jeżeli liczysz na zwięzły, fajny post, który wskaże Ci cel życiowy, to muszę Cię rozczarować. Chociaż jeśli ktoś naprawdę myśli, że jakaś obca laska w internecie mu powie jak ma żyć, to albo jest bardzo naiwny, albo głupi. Sami musicie znaleźć odpowiedź na pytanie „Kim jestem, czego chcę?”. Ale ja chcę wam w tym pomóc – albo przynajmniej spróbować trochę to poszukiwanie ułatwić.

Inspiracją do tego wpisu były osoby z mojego środowiska.

Często słyszę właśnie zdania w rodzaju „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, „Nie wiem, jakie studia wybrać, a zaraz matura” albo „Źle wybrałem szkołę, co teraz”… No właśnie, co teraz?

Ja sama mam 18 lat, za pół roku egzamin dojrzałości i też nie do końca zdefiniowałam siebie, swoje plany. Udało mi się jednak wyrwać z pustki, w jakiej byłam jeszcze 10-12 miesięcy temu. Wtedy wydawało mi się, że nic nie ma sensu, że nic nie osiągnę i nie ma dla mnie dobrej drogi życiowej.

Nie chcę zatem robić z siebie wielkiego, doświadczonego autorytetu, bo wiem, że daleko mi do niego. Myślę jednak, że mogę trochę pomóc rówieśnikom właśnie dzięki temu, że sama jeszcze ten proces poszukiwań przechodzę.

Dlatego wszystkim wątpiącym dedykuję tą notkę.

Jest ona dla Ciebie, jeśli jesteś u progu dorosłości i czujesz się zagubiony. Jeśli masz jakieś pomysły na siebie, ale nadal się wahasz, brakuje Ci wsparcia, kogoś, kto powie „uda Ci się!”. Jeśli coś poszło nie po Twojej myśli i nie wiesz, co dalej robić, jak się z tego pozbierać. Nawet jeśli masz więcej niż te 18 lat, a znów powróciło do Ciebie to pytanie.

Jak wspomniałam, ja nie odpowiem za was. Ale mam kilka porad, które, być może, pomogą wam w odnajdywaniu siebie.

Co prawda często będę posługiwać się maturą i studiami dla zobrazowania ich treści – bo są to terminy mi najbliższe – ale wszystko możecie dopasowywać do swojej aktualnej sytuacji. Ja przykładem muszę się nieraz wesprzeć, a jakbym miała opisywać każdy możliwy przypadek zagubienia życiowego, to bym książkę wydała, a i tak pewnie tematu nie wyczerpała.

Rada 1: Nigdzie się nie spiesz.

Pośpiech jest złym doradcą, to wiadomo od wieków. Wiem, że ciężko jest zdystansować się chociaż trochę i pomyśleć na spokojnie. Zwłaszcza, jeśli dookoła pełno nacisków ze strony rodziny czy otoczenia. Niekoniecznie tych skierowanych bezpośrednio do was, w stylu „To co, zastanowiłeś się już?” albo „Co Ty, dalej nie wiesz, co chcesz robić po maturze?” Presja często nasila się, jeśli znajomi w kółko opowiadają o swoich ambitnych planach. Lub gdy nauczyciele dzień w dzień straszą zbliżającą się datą egzaminów.

Postaraj się nie dać wciągnąć w tę spiralę nagonki. Nie musisz mieć decyzji na już, a najlepiej na wczoraj. To nic złego, że wciąż się zastanawiasz, co robić dalej i analizujesz możliwe opcje. Przynajmniej są większe szanse, że dokonasz świadomego, przemyślanego wyboru.

Daj sobie tyle czasu, ile uznasz za słuszne. Nie postrzegaj tego jako bezczynnego siedzenia (ale też nie dopuść, żeby tak było, uczciwie!). Więcej czasu zmarnują ci, którzy wybiorą coś pochopnie albo na chybił-trafił, a potem będą zaczynać od zera.

Rada 2: Pomyśl o „gap year”.

Wbrew pozorom rada nie tylko dla maturzystów! W końcu termin „gap year” jest dość obszerny. Chodzi o przerwę pomiędzy etapami w życiu, trwającą niekoniecznie rok. Kojarzy się to z absolwentami liceum, którzy opóźniają sobie studia, ale tak naprawdę może to zrobić każdy, kto właśnie przechodzi zmiany w swoim życiu. A przecież zawsze wtedy pojawia się mnóstwo pytań „co dalej”.

Zatem jeśli naprawdę nie wiesz, jak pokierować swoim życiem, to zrób sobie pauzę. Krótszą lub dłuższą, w miarę swoich możliwości. Spójrz na wszystko bez emocji, chłodnym okiem. Spędź ten czas na bliższym poznaniu samego siebie.

Weźmy jednak tego naszego opisowego maturzystę. Zamiast iść na losowy kierunek studiów, zrób sobie ten gap year i poznaj trochę świat oraz Twoje możliwości w nim. Boisz się, że będzie to zmarnowany rok? To zależy od Ciebie, czy wykorzystasz go mądrze, czy zaprzepaścisz ten czas. Poza tym – nie martwisz się, że nieprzemyślana decyzja może Cię kosztować więcej niż te 12 miesięcy?

Co możesz robić w tym czasie?

Podróżować. Chyba najpopularniejsza możliwość na gap year. Nawet jeśli nie masz oszczędności na wyjazd, to zawsze zostają różne opcje „work and travel”, jak na przykład au pair. Zyskasz nie tylko wspomnienia na całe życie, ale też szerszy punkt widzenia – w końcu zobaczysz jak to robią gdzieś tam – i poznasz trochę świata. Kto wie, może odnajdziesz swoje miejsce na ziemi?

Pracować. Sporo osób ten czas wykorzystuje po prostu na pójście do pracy. Często jest to pierwsze zetknięcie z zarobkowaniem. Na pewno daje to inne spojrzenie na pewne sprawy, szczególnie na podejście do pieniądza. Jest też to jakieś doświadczenie zawodowe. Istnieje też szansa, że wykonywana praca spodoba Ci się na tyle, że zechcesz związać z nią przyszłość. Albo przynajmniej będziesz wiedział, czego na pewno NIE chcesz w życiu robić.

Podjąć kursy. To też ciekawy sposób na poznawanie rynku pracy czy poszerzanie swoich kwalifikacji. Kurs językowy może pomóc w dostaniu się na zagraniczną uczelnię, ułatwić wyjazd do danego kraju lub po prostu być dodatkowym atutem w CV. Kursy zawodowe – np. barista czy copywriter – to dobra opcja nie tylko dla samego certyfikatu. Można spróbować swoich sił w danej dziedzinie, odkryć nowe możliwości. Wybór jest naprawdę szeroki!

Nic nie robić. Po prostu. Wyłączyć się na jakiś czas. Ale tak twórczo wyłączyć, żeby z tego coś było. Pobyć samemu ze sobą, posłuchać swoich potrzeb. Dopasować do tego opcje i rozważyć „za i przeciw” każdej z nich. Czasem wystarczy tylko zatrzymać się i dopuścić swoje wnętrze do głosu.

Rada 3: Nie układaj życia dla innych.

O presji otoczenia już coś napomknęłam, ale teraz rozwinę. Być może wahasz się nad swoją przyszłością, bo chciałbyś robić w życiu coś, co niekoniecznie spotyka się z powszechną aprobatą. Każdy dookoła lepiej wie, co dla Ciebie dobre. W każdym razie, tak im się wydaje.

Najczęściej to rodzice wyrażają sprzeciw dla Twoich planów i pomysłów na siebie, chcą pokierować Twoim życiem po swojemu. Robią to, oczywiście, z troski, ale czasem przynosi to więcej szkody, aniżeli pożytku. Reszta rodziny, partner, przyjaciele także być negatywnie nastawieni, krytykować Twoje zamiary. Przez to masz wątpliwości, czy warto kroczyć swoją ścieżką, czy może lepiej zastosować się do tego, co mówią inni.

Jeśli czujesz się naprawdę mocno przekonany, to nie pozwól im tego zniszczyć. Chcesz pójść na inny kierunek studiów niż planowałeś dotychczas (lub ktoś Ci planował)? Zamiast uniwersytetu wolisz szkołę policealną albo jakieś studium? A może w ogóle nie chcesz kontynuować nauki, przynajmniej na razie – bo masz inny pomysł (albo brak pomysłu i potrzebujesz czasu)? Skoro ma to prowadzić do osiągnięcia Twojego życiowego celu i satysfakcji, to śmiało!

Rozumiem, że nieraz może być ciężko otwarcie sprzeciwić się oczekiwaniom bliskich. Sama przez to przeszłam. Ale warto zagryźć zęby, znieść kilka kłótni i cichych dni, żeby ostatecznie dążyć do osiągnięcia własnych celów. Jeśli komuś naprawdę zależy na Tobie i Twoim szczęściu, to prędzej czy później zaakceptuje Twój wybór, zacznie Cię wspierać w Twoich postanowieniach. A ci, którzy dalej będą Cię unikać lub potępiać, nigdy tak naprawdę nie chcieli dla Ciebie dobrze.

Boisz się, to oczywiste i zrozumiałe. Jednak to Twoje życie, to Ty masz je układać. Spełniając marzenia czy oczekiwania innych, nigdy nie będziesz żył w zgodzie ze sobą.

Rada 4: Zastanów się nad swoimi priorytetami.

Twoja niepewność może wynikać z braku porozumienia z samym sobą. Odpowiadając na pytanie „co chcę robić w życiu?” trzeba koniecznie ustalić, jakimi wartościami chcesz się kierować i co jest dla Ciebie istotne.

Nawet jeśli wydaje Ci się, że wszystko masz poukładane, to warto zweryfikować swoje poglądy na życie. Może się okazać, że gdzieś po drodze zmieniło Ci się postrzeganie świata, a Ty jeszcze tego po prostu nie odkryłeś. Tak, tak, jest to możliwe. Ja sama tak miałam. Dopiero jak zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać, to zrozumiałam, że to, czym się kierowałam dotychczas straciło na aktualności.

Odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań, szczerze, sam przed sobą. Pamiętaj też, że nie ma dobrych i złych wyborów. Każdy jest Twój, więc jest jak najbardziej zasadny. Bez uczciwej analizy własnych potrzeb nie wypracujesz odpowiedniego planu na życie, który Cię usatysfakcjonuje.

Nawet teraz, z marszu:

• Wolisz dużo zarabiać czy spełniać się w jakiejś zawodowej misji?

• Planujesz założyć rodzinę czy najpierw skupić się na sobie?

• Marzysz o tym, by zwiedzać świat czy lepiej Ci siedzieć w miejscu?

• Dobrze Ci się żyje w Polsce czy raczej chcesz wyjechać na stałe za granicę?

• Liczą się dla Ciebie tytuły, dyplomy, wykształcenie czy fach w ręku?

• Chcesz najpierw poświęcić parę lat na edukację czy jak najszybciej zacząć pracować?

• Chętnie pracujesz w grupie czy jesteś indywidualistą?

• Widzisz się w pracy z ludźmi czy raczej nie?

• Jesteś lepszy w pracy fizycznej czy umysłowej?

To taki początek do głębszej analizy. Nie sugeruj się tutaj tym co „wypada” odpowiedzieć. To ma być Twój wybór, podyktowany szczerymi uczuciami i potrzebami. Gdy już nakreślisz sobie jakiś wstępny obraz, to po pierwsze: łatwiej będzie Ci zagłębić się w swoje wnętrze, wsłuchać się w swój głos, po drugie: zaczną wyłaniać się pierwsze możliwości. Spróbuj pogadać ze sobą, jak zaczniesz, to samo pójdzie. A dzięki temu możesz dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na swój temat i zmienić spojrzenie na świat.

Rada 5: Nie przejmuj się.

Największy banał na mojej liście banałów. Ale, bądź co bądź, to pomaga.

Możesz myśleć, że to Twoja wina, że nie wiesz, co chcesz robić w życiu, bo do niczego się nie nadajesz. Albo zastanawiać się, w czym jesteś gorszy od innych, którzy już pomysł na siebie mają. Albo narzucać sobie jakieś limity czasowe, do upływu których musisz coś wymyślić. Albo zastanawiać się, co Ci wypada zrobić ze sobą, a co nie. Albo wybierać takie ścieżki-gotowce, które gdzieś tam Cię doprowadzą, byle tylko ruszyć.

Jeśli tak myślisz – natychmiast przestań.

To naturalne, że szukasz siebie. Każdy z nas szuka. A jak znajduje jakiś pomysł na życie, to nie raz na zawsze. Nie da się zaplanować wszystkiego od A do Z. Dlatego jeszcze nie raz będziesz musiał się zastanawiać nad swoimi wyborami, celami, priorytetami.

Okej, jak dobrze przemyślisz sprawę i obierzesz satysfakcjonującą drogę, to masz mniejsze szanse na to, by musieć ją zmieniać. Ale nie wszystko zależy od Ciebie. Czasem coś nie wypali, coś okaże się inne, niż zakładałeś. Ty sam jeszcze wielokrotnie się zmienisz pod wpływem różnych czynników i wydarzeń. Dlatego może się okazać, że znów będziesz zmieniać kierunek.

Staraj się nie skupiać na tym, co nie jest zależne od Ciebie. Nie obwiniaj się o to, że się wahasz. W tym nie ma nic złego ani nienaturalnego. Planuj i rób wszystko w zgodzie ze sobą, w momencie, który Ty uznasz za stosowny. Przestań zadręczać się negatywnymi myślami, które nie wniosą nic konstruktywnego, a tylko Cię dobiją. Łap wiatr w żagle i płyń!

Dobra, to tyle moich złotych myśli dla poszukiwaczy.

Mam nadzieję, że osiągnęłam kilka celów. Przede wszystkim przekonałam Cię, że w „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” nie ma niczego złego. Ba, nawet w „mam 25, 30, 40, 50 lat i nie wiem…” nie ma nic złego. Po prostu jesteś w punkcie zwrotnym swojego życia i szukasz dla siebie odpowiedniej drogi.

Poza tym, może zauważyłeś, ale wszystkie rady sprowadzają się do jednego – słuchaj siebie. Brzmi banalnie, ale często o tym zapominamy. Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Każdy indywidualnie musi znaleźć unikatową, niepowtarzalną. To może być trudne, dlatego napisałam ten post. W nadziei, że Ci trochę pomogę lub przynajmniej jakoś nakieruję.

Zatem jeśli jesteś tu, bo wpisywałeś „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, to liczę na to, że już będzie Ci łatwiej się dowiedzieć.

A jeśli trafiłeś tu inaczej, to może też zastanowiłeś się nad tym, czy Twoje życie jest naprawdę „Twoje”. Warto się nad tym chwilę zatrzymać, sprawdzić, czy jesteś tam, gdzie chcesz być.

Zdrajcy Polski – 10 powodów, dla których możesz być jednym z nich

Ostatnio bardzo modne jest tytułowanie innych mianem „Zdrajcy Polski”.

Można się z tym zetknąć wszędzie. Najczęściej oczywiście w internecie, jednak to nie jest jedyne miejsce, gdzie ludzie obrzucają się nawzajem tym stwierdzeniem. Nawet politycy nie patyczkują się w swoich wypowiedziach i wprost określają, kim według nich są zdrajcy Polski. Dlatego postanowiłam zebrać to w całość i wymienić główne zarzuty, które się takim ludziom stawia.

Paradoksalnie, zdrajcy Polski to dość szeroka i zróżnicowana grupa osób. Łatwo też się do niej dostać. Wystarczy mieć inne zdanie.

Zastanawiasz się, czy Ty też kwalifikujesz się do tego miana?

Jeśli przynajmniej jedno z poniższych stwierdzeń do Ciebie pasuje, to jak najbardziej.

1. Nie jesteś katolikiem.

Zaczynamy od razu z grubej rury. To jest chyba najpoważniejsze przewinienie, jakie może nadać Ci tytuł zdrajcy Polski. Wyznając inną religię lub będąc ateistą plujesz w twarz przodkom, depczesz dorobek Polski od 966 roku. Podważając istnienie jedynego prawdziwego Boga, podważasz fundament naszej tożsamości narodowej. Wstydź się.

Oczywiście tutaj też istnieją mniej i bardziej zdradzieccy. Pół biedy, jeśli jesteś chrześcijaninem odmiennego obrzędu. Najlepiej prawosławnego. Te bardziej „wymyślne” mogą spotkać się z mniej przychylnym spojrzeniem, ale większość jakoś to przełknie – o ile nie kwestionujesz przy nich boskości Maryi. W końcu przynajmniej wierzysz w słusznego Boga, nawet jeśli towarzyszą temu inne rytuały.

Spróbuj jednak być Żydem (tfu!), buddystą (tfu!), ateistą (tfu, tfu!), a nie daj Boże muzułmaninem (tfu, tfu, tfu!). Możesz od razu wyjawiać swoje niecne zamiary walki z katolicyzmem, czyli z polskością. Chociaż nie musisz, bo to jasne jak słońce. Żaden prawdziwy Polak nie kwestionuje tego, że królem Polski jest Jezus Chrystus. Tylko zdrajcy Polski mogą temu próbować zaprzeczyć.

2. Uważasz, że Unia Europejska jest całkiem spoko.

Nie musisz być wielkim fanem UE. Wystarczy, że nie jesteś wrogiem. To już kwalifikuje Cię do miana zdrajcy Polski. Cieszysz się z otwartych granic? Podoba Ci się możliwość współpracy międzynarodowej w ramach UE? Twierdzisz, że dzięki funduszom unijnym udało się zrobić kilka nawet fajnych rzeczy? TFU!

Przecież każdy prawdziwy Polak wie, że ta organizacja to niemieckie kondominium, mające na celu zniszczenie naszej cudownej ojczyzny. To zwykła sieć inwigilacji, która chce kontrolować wszystkie aspekty życia w Polsce, a docelowo przekazać ją pod władanie zachodniego wroga. Głównym celem UE jest unicestwienie naszej mlekiem i miodem płynącej krainy, stąd wszystkie sankcje, wymogi, ograniczenia.

Tylko zdrajcy Polski bronią tej zbrodniczej organizacji. Zapamiętaj to sobie. Jak tak Ci się podoba, to won do Merkel!

3. Nie masz nic do uchodźców, uważasz, że trzeba im pomagać.

A może Ty sobie od razu burkę na łeb założysz, kałacha pod pachę i do meczetu? Zgniły zachód wmawia Ci, że te osoby są ofiarami wojny, które potrzebują naszego wsparcia. Wierzysz w to? Naiwniaku, oby Ci bombę podłożyli pod dom, to zrozumiesz, kto miał rację. Przecież to nie są poszkodowani – to oni tę wojnę zaczęli i teraz próbują wykorzystać to, żeby opanować Europę. Głupku.

Tylko zdrajcy Polski współczują brudasom, terrorystom i innym robakom, którzy nadciągają z Bliskiego Wschodu. A prawdziwy Polak wie, że oni chcą zabrać mu jego ziemię, zmusić do przejścia na islam i żarcia kebaba (ok, to ostatnie nie jest taką złą opcją). Chcesz przyjmować uchodźców? To do siebie ich weź, swoim cycem karm. A oni i tak odpłacą Ci kulką w łeb.

Poza tym – chcą nam wcisnąć terrorystów jako rzekome ofiary wojny. A kto nas, biednych Polaków przyjmował, jak nas Niemiec bił? (TYLKO nas) No właśnie, każdy miał to gdzieś, a my se sami poradziliśmy, o! To teraz niech spadają na drzewo.

4. Jesteś nieheteroseksualny lub popierasz takie osoby.

Pod tym pojęciem zamieszczam wszelkie odstępstwa od NORMY, które maja jakiś związek z seksualnością. Jeśli nie jesteś 100% samcem alfa albo kurą rozpłodową, to się lecz. Bo to choroba. Mało tego, choroba, która przyszła ze zgniłego zachodu i cierpią na nią tylko zdrajcy Polski. Prawdziwi Polacy w życiu by się nie splamili jakimiś wynaturzeniami. Tfu!

Nie musisz nawet sam być odmieńcem, starczy, że akceptujesz te odchyły. Jesteś już prawie tak samo winny. Niektórzy wykażą dozę zrozumienia, w końcu dałeś się omamić lewackiej propagandzie. Jednak licz się z tym, że możesz być sądzony z taką samą surowością.

Oczywiście tutaj też są mniejsi i więksi zdrajcy Polski. Jak przebierasz się w damskie ciuszki to okej, abyś robił to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Ale możesz liczyć na łaskawe oko, w końcu to tylko jakieś dziwne zainteresowanie. Gorzej, jak zmienisz płeć. Albo lubisz dziewczynki, sama będąc jedną. Albo nie lubisz nikogo. Albo coś tam. W sumie to chyba wszystkie możliwe opcje nie? Statystyczny Polak i tak więcej nie zapamięta.

Jednak najcięższe przewinienie popełniasz, jeśli…jeśli… nie przejdzie mi przez gardło… jesteś… gejem. Ble, tfu! W końcu jak laska z laską, to jeszcze rozumiemy, nawet fajnie popatrzeć. Ale upodobanie do seksu analnego powinno być karane. Eee… to znaczy tylko, jeśli dotyczy dwóch mężczyzn.

5. Nie uważasz Donalda za złodzieja, agenta i zdrajcę.

Nawet nie musisz go lubić ani popierać. Wystarczy, że jest dla Ciebie po prostu chujowym politykiem (a nie złodziejem, agentem, zdrajcą, komuchem…) albo nie masz o nim zdania. Każdy Polak w sercu powinien mieć nienawiść do Donalda, kryptoniemca i naczelnego zdrajcy.

To on doprowadził nasz piękny kraj do ruiny, a potem uciekł współpracować z Unią, która, jak wiemy, ma na celu unicestwienie Polski. Jak sądzisz inaczej, to powinieneś dołączyć do tego zdrajcy Polski i polskości. Ale już! Inaczej będziecie niedługo grypsować pod celą, jak już uda się prawdziwym patriotom dorwać go i rozliczyć z popełnionych zbrodni.

6. Jesteś feministą lub feministką.

Emancypantki pieprzone się znalazły. W dupach się poprzewracało od dobrobytu. Prawdziwa kobieta to matka Polka. Strażniczka domowego ogniska, piastunka dzieci. Zawsze wierna i posłuszna swemu mężczyźnie, bez którego jest jedynie puchem marnym.

Może Ci się wydawać, że feministą nie jesteś, ale tak naprawdę popierasz ten buńczuczny ruch! Jeśli uważasz, że kobieta powinna mieć prawo do wykształcenia, równego traktowania w pracy oraz wynagradzania lub sprzeciwiania się decyzji ojca i męża, to dałeś się wciągnąć w pułapkę.

Głupim babom się zachciało karier, aborcji i cholera wie, czego jeszcze. Zapomniały, że ich rolą jest rodzenie dzieci oraz zajmowanie się domem. Tak przecież nakazał Bóg! Tylko zdrajcy Polski popierają te idiotyczne żądania feministek.

7. Jesteś lewakiem.

Konserwatywne poglądy polityczne do Ciebie nie przemawiają? Utożsamiasz się z założeniami lewicowymi? Ty się dziwisz, że ktoś nazywa Cię zdrajcą?

Tradycja, wiara, uniwersalne wartości – to uznaje prawdziwy Polak! A nie jakieś wymysły lewaków, ich dżendery, postępy czy tolerancję. Tylko zdrajcy Polski będą temu przyklaskiwać. Przyklaskiwać deptaniu dorobku narodowego i skażeniu go zgnilizną zachodu.

Żaden prawdziwy patriota, żaden wielki wódz narodu, żaden geniusz strategii nie był lewakiem! A już na pewno żaden marszałek!

8. Nie masz rodziny, małżonka, dzieci.

Nie zasługujesz nawet na miano zdrajcy Polski. Jesteś po prostu pasożytem i wrzodem na zdrowym organizmie narodu. Po co Bóg obdarzył Cię płodnością? Jakie dał Ci przykazanie, rolę do spełnienia? Jak śmiesz tego nie dopełniać?

Bezpłodność to nie wymówka. To kara boska. Za mało w Twoim życiu obecności Boga i Chrystusa. Zmień to, odmów ze dwie koronki do bożego miłosierdzia, ze trzy litanie do najświętszej Bogurodzicy. Poproś księdza o błogosławieństwo. A nie, siedzi i rozpacza.

A jeśli nie masz innego usprawiedliwienia, to przyznajemy Ci tytuł zdrajcy Polski. Nie interesuje nas, że nie czujesz się gotowy, że chcesz najpierw poznać świat i coś osiągnąć, a już tym bardziej, że Ci się nie chce rodziny zakładać.

Jak jesteś mężczyzną to jeszcze okej, może przejdzie. Wolny duch, te sprawy. Ale kobieta… co Ty chcesz jeszcze w życiu zdobyć? Twoją jedyną wartością jest mąż i dzieci. Przejrzyj na oczy, a nie wmawiasz sobie, że jesteś kimś więcej niż samicą rozpłodową.

Potem się dziwicie, że niski przyrost naturalny. Zobacz, jak państwo ładnie wynagradza ludzi, którzy przestrzegają fundamentalnych wartości i zakładają rodziny. Bo to są prawdziwi Polacy, a nie zdrajcy Polski, jak Ty.

9. Wybaczyłeś Niemcom.

Brak słów. Po prostu. Niemcy to naczelny wróg od zarania dziejów i tylko zdrajcy Polski twierdzą inaczej. Lub zwyczajnie nie twierdzą tak.

Pod tym pojęciem mieszczą się nie tylko jakieś bliskie związki z tym krajem. Wystarczy, że nie krzyczysz na prawo i lewo o germanizacji, nazistach, którzy próbują do dziś zniszczyć Polskę (patrz: UE) czy też narodowej nienawiści do Niemca już od czasów naszej kochanej Wandy. Albo nie rozpamiętujesz II wojny światowej.

Jeśli nie domagasz się reparacji wojennych od Niemców, nawet tylko dla świętego spokoju, wychodząc z założenia, że lepiej pójść dalej, to tak jakbyś wybaczył im przelaną polską krew. Bezcześcisz tym samym ofiarę milionów dzielnych patriotów, naszych przodków. Pozwalasz na to, żeby świat przymknął oko na te zbrodnie, żeby o nich zapomniał (bo przecież zapomni, jak nie będziesz o tym trąbić). Tak robią tylko zdrajcy Polski. Przykro mi.

A w zasadzie nawet nie, pakuj się i wyjazd, podły folksdojczu.

10. Uważasz, że Smoleńsk to był wypadek.

Powiedz mi jeszcze, że miesięcznic nie obchodzisz. Ty potworze, pomiocie szatana.

Każdy wie, że to zorganizowany przez Putina zamach na życie naszej patriotycznej elity. Ślady są nieustannie zacierane, ale dzielni Polacy ciągle walczą o ujawnienie prawdy – tak samo, jak ze zbrodnią katyńską było.

Spróbuj tylko bąknąć coś o błędach pilotów albo ich zbytniej brawurze. Spróbuj nadmienić o tym, że prezydent długo nie wydał decyzji, ale ostatecznie zgodził się na lądowanie w złych warunkach. Spróbuj chociaż pisnąć, że brakuje jednoznacznych dowodów. NO DALEJ.

Prawdziwi Polacy pamiętają. Prawdziwi Polacy dążą do oskarżenia winnych. Prawdziwi Polacy będą o tym mówić dziesięcioleciami, stuleciami, z pokolenia na pokolenie. I nigdy nie wybaczą, nie przejdą dalej. Jakby to zrobili, to przecież zdeptaliby pamięć o poległych. Poległych, którzy na pewno chcieliby być odgrzebywani i zagrzebywani co parę lat, zamiast spocząć w pokoju.

A o Smoleńsku zapomnieli tylko zdrajcy Polski. Tak, jeśli nie domagasz się wyjaśnienia sprawy, to jakbyś zapomniał o największej tragedii narodowej XXI wieku. Nie zasługujesz na nic innego, jak tytuł zdrajcy Polski.

To co, są wśród nas zdrajcy Polski?

Te 10 powodów najbardziej rzuciły mi się w oczy. Może wy macie jakieś inne? Nie wykluczam, że coś istotnego pominęłam lub nie rozwinęłam należycie, ale oberwać mianem zdrajcy Polski jest tak łatwo dzisiaj, że spisanie wszystkiego mogłoby już być wydane w formie książki.

Ja, niestety, popełniam wszystkie dziesięć zbrodni przeciw narodowi. A Ty?

 

Albania – Świat moim okiem #1

Postanowiłam rozpocząć kolejną serię postów na mojej stronie. Tym razem dotyczyć ona będzie mojej największej pasji – podróży i poznawania świata. Dzisiaj Albania, jeden z krajów, które udało mi się zwiedzić. Wybrałam właśnie ją na pierwszy wpis, ponieważ to tam odbyłam ostatnią większą podróż. Mogę zatem dzielić się przemyśleniami jeszcze, bądź co bądź, świeżymi.

„Szablon” do opisów tworzę teraz, na bieżąco, więc być może będzie on udoskonalony.

1 . Informacje ogólne
Albania

Nazwa: Republika e Shqipërise (pol. Republika Albanii)

Stolica: Tirana

Język: albański

Powierzchnia: 28 748 km² (dla porównania: Polska – 312 679 km²)

Liczba mieszkańców: 3 039 594 (dla porównania: Polska – 38 437 239)

Waluta: 1 lek = 100 qindarek, w obiegu głównie monety powyżej 5 leków (100 ALL = ok. 3,16 PLN)  

Strefa czasowa: zima: UTC +1, lato: UTC +2 (tak samo, jak w Polsce) 

Ustrój: republika

Głowa państwa: prezydent, obecnie Ilir Meta 

Głowa rządu: premier, obecnie Edi Rama

Religia dominująca: islam

Główne narodowości: Albańczycy 89,4%, Macedończycy 4,8%

Hymn: Hymni i Flamurit (Hymn o Fladze)

2. Moja znajomość z krajem

Ilość wizyt: 1

Kiedy i jak długo tam byłam: 20. czerwca – 4. lipca 2017 (równe 14 dni)

Jak się tam dostałam: samolotem

Miejsca, jakie zobaczyłam: Mali Robit, Berat, przejazdem Durres i Tirana

3. Najważniejsze informacje dla turystów

Jaki dokument zabrać?

Wystarczy dowód osobisty, ale warto mieć też paszport. Należy pamiętać, że granice funkcjonują (łatwo zapomnieć w dzisiejszych czasach). Kontrola odbędzie się zatem po obu stronach, w Polsce i w Albanii. Ze swojego doświadczenia dodam, że na lotnisku w Tiranie czeka się godzinami w kolejce do odprawy paszportowej.

Jaką walutę zabrać, kiedy i gdzie wymienić?

Polecam zabrać euro. Polskie złotówki będą tam raczej bezużyteczne.

W Albanii nie ma zbyt wielu kantorów jako takich, zwłaszcza na „osiedlach hotelowych”. Gdzie zatem dokonać wymiany?

Można szukać kantoru (ja żadnego nie widziałam, ale podobno są), większość hoteli także oferuje możliwość sprzedaży euro. Tylko czy to konieczne?

Chyba nie, bo ani razu nie skorzystałam z tych opcji. Dlaczego?

Dosłownie każdy sklep, restauracja, nawet stoisko na bazarku przyjmie od was euro. Resztę otrzymacie najczęściej w lekach, zatem przez jakiś czas problem z głowy. Można też zapytać o wydanie w euro, czasem sprzedawca sam o to pyta, ale nie zawsze, więc jeśli wam na tym zależy, to warto samemu poprosić.

Uważajcie tylko na przelicznik. Obecnie 1 euro to około 134 leki, wahania są nieduże, ale zawsze sprawdźcie aktualny kurs. W większych sklepach czy restauracjach najczęściej kasjer liczy na naszych oczach, potem pokazuje wynik na kalkulatorze i pyta „OK?”. Jednak naciąć się można szczególnie na tych bazarkach. Tam sprzedawcy bardzo lubią zaokrąglać 1 euro do 100 leków. A to już jakieś 25 centów różnicy, czyli 1/4 wartości!

Dlatego nie musicie wymieniać euro w ogóle, ale pilnujcie zawsze przelicznika.

Inne rzeczy, które warto mieć na uwadze.

Autobusy, przystanki, komunikacja publiczna.

W Albanii jest to dość dziwna kwestia. Nie ma rozkładów jazdy, autobusy jeżdżą tak, jak mają akurat ochotę. Przystanki istnieją w teorii, w praktyce przystanek to narysowany na ulicy prostokąt z napisem „BUS”. No okej, w większych miastach (np. Durres) jest też zatoczka, ale nigdzie nie widziałam takiej typowej wiaty, jaką my kojarzymy z przystankiem.

Ja się długo nachodziłam, zanim w końcu zauważyłam ten śmieszny „przystanek”. Ludzie raczej z tego nie korzystają, bo autobus zatrzyma się tam, gdzie o to poprosicie kierowcę lub tam, gdzie człowiek przy ulicy machnie ręką. Da się tak podróżować, tylko trzeba być czujnym i mieć to na uwadze.

Aha, no i też warto wspomnieć o samych „autobusach”. Wielkością przypominają raczej nasze busy i zazwyczaj są wypchane po samą szybę. Mimo to, kierowca nigdy – no może w ekstremalnych przypadkach – nie odmówi wam przejazdu. Nastawcie się zatem na bliskie kontakty z współpasażerami.

Plusem jest za to cena biletu. Są to sprawy groszowe. Na przykład za bilet z Mali Robit do Durres zapłacimy coś koło 60-70 leków, zatem mniej niż 3 zł. No i jak ładnie poprosicie kierowcę, to może was wysadzić nawet pod hotelem – a na pewno bliżej niego, niż mielibyście z któregoś „przystanku”.

Islam.

Jak napisałam w charakterystyce, Albania to kraj z dominującym islamem. Mimo to raczej nie trzeba się tego obawiać.

Po pierwsze, chrześcijan też jest tam sporo, a obie religie zgodnie współistnieją. Trochę więcej o tym napiszę niżej, w przemyśleniach o kraju.

Po drugie, sami muzułmańscy Albańczycy nie należą do ortodoksyjnych wyznawców.

Jeśli kogoś interesuje ta kwestia, to niżej o niej opowiem. Tutaj chciałam tylko zapewnić, że nie ma się czego bać. To znaczy wiadomo, zawsze i wszędzie można trafić na pomyleńców – niezależnie od kraju i wyznania – ale ja nie miałam niemiłych sytuacji na tym tle. Chodziłam dużo sama i nikt mnie nie zaczepiał. Na plaży i dookoła hoteli kobiety swobodnie chodzą w kostiumach kąpielowych. Osobiście nie odczułam nijak tego dominującego islamu.

4. Wrażenia turystyczne

Jaki typ wizyty złożyłam?

W Albanii byłam na wakacjach.

Podróż.

Wylecieliśmy samolotem z lotniska we Wrocławiu około 2 w nocy. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny, na miejscu byliśmy mniej-więcej o 5 rano. Z Tirany wystartowaliśmy o 11 lub chwilę po, a w Polsce wylądowaliśmy plus-minus 13.30.

Zakwaterowanie.

Mieszkałam w hotelu Fafa Premium i muszę przyznać, że naprawdę był on premium. Umiejscowiony jest na „osiedlu hotelowym” Mali Robit, jakieś 15 kilometrów od centrum Durres, 35 kilometrów od lotniska w Tiranie. Próbowałam jakoś znaleźć cenę za jedną noc w hotelu, ale udało mi się.

Cena za pokoje dwuosobowe w tej okolicy to około 125-200 zł. Pokoje trzyosobowe to koszt mniej-więcej 120-230 zł.

Atrakcje, jakie widziałam.

Berat

O wizycie w tym mieście pisałam już na blogu.  Ale pokrótce też opiszę tutaj najważniejsze punkty wycieczki, dla spójności notki.

Twierdza w Berat

Bizantyjska twierdza górująca nad miastem. Na jej terenie znajduje się Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przejścia między nimi, obchodzimy cały obiekt dookoła. Warto się tam udać, nawet jeśli nieszczególnie lubicie spacer po ruinach, właśnie dla zapierającego dech w piersiach krajobrazu.

Muzeum Onufri

Znajdujące się w starym monasterze muzeum ikonografii. Zabytkowe wnętrze kryje ogromny zbiór dzieł z różnych epok w dziejach.

Mangalem i Gorica

Dwie zabytkowe dzielnice Berat, rozdzielone rzeką Osumi. Historycznie jedna z nich była prawosławna, druga islamska, ale obecnie ten podział się zatarł. To właśnie dzięki nim Berat dostało przydomek „miasto tysiąca okien”. Architektura małych domków jest unikatowa na skalę światową.

To były najważniejsze punkty mojej wycieczki po Berat. Dokładniejszą relację zainteresowani znajdą tutaj.

Mali Robit

Nie wiem, czy osiedle hotelowe zalicza się do „atrakcji”, ale plaże jak najbardziej. Jak wyglądają tam plaże? Raczej piaszczyste, chociaż są też duże skupiska głazów wcinające się w morze. Część z nich jest na tyle zbita i długa, że stanowi naturalne molo, po którym można się przejść. Wzdłuż plaży są też zbudowane, „prawdziwe” promenady do morza.

Woda w albańskich morzach jest ciepła i przejrzysta. Udało mi się wypłynąć rowerkiem spory kawałek od brzegu, obserwowałam meduzy (inne niż nasze!), białe kraby i inne morskie żyjątka. Fajna przygoda, jak ktoś będzie w Albanii to polecam taką wyprawę!

Sama okolica to skupisko hoteli, knajp i straganów położonych między drzewami. Można wybierać się na dłuższe i krótsze spacery, ale raczej bez celu, bo nie ma zbyt wielu atrakcji. Jeśli szukacie typowo „miejskich” rozrywek, to trzeba będzie pójść na prostokąt BUS i wybrać się do centrum Durres.

Sklepów jako takich też nie ma zbyt wielu, znalazłam jeden market z prawdziwego zdarzenia po drodze na „przystanek”, czyli w miarę zbliżania się do drogi szybkiego ruchu. Nazywa się Conad i przypomina wielkością nasze Dino. Warto jednak wybrać się ten kawałek od hoteli i wszechobecnych stoisk bazarowych, bo tam jest po pierwsze: większy wybór, po drugie: niższe ceny i małe prawdopodobieństwo kantów przy przeliczaniu z euro.

 

4. Prywatne przemyślenia o kraju

Albania a religia

Już napomknęłam, a teraz rozwinę. Albania teoretycznie jest krajem w większości muzułmańskim. Mniejszość chrześcijańska jednak wcale nie stanowi aż takiej mniejszości. 60% osób wyznaje islam, a około 30% stanowią tam chrześcijanie, głównie odłam prawosławny, ale sporo jest też katolików.

Bardzo podoba mi się to, jak te religie zgodnie współistnieją.

Z opowieści rezydenta wiem, że na Boże Narodzenie muzułmanki chodzą do kościoła świętować, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z islamskimi przyjaciółmi święconką, a ci odwdzięczają się, zapraszając ich na uczty w czasie ramadanu.

Wynika to głównie z historii tego dość młodego kraju.

Większość mieszkańców pamięta jeszcze czasy Jugosławii, która walczyła z każdą religią po równo. Burzono i niszczono wszystkie świątynie, niezależnie od ich przynależności. Dlatego chrześcijanie wraz z muzułmanami ramię w ramię bronili zarówno cerkwi czy kościoła, jak i meczetu.

Poza tym sami Albańczycy też nie należą do fanatyków religijnych.

Rezydent opowiedział też o swoim trzydziestoletnim koledze, muzułmaninie, który nigdy nie był w meczecie. Nie uświadczyłam też opatulonej od stóp do głów w burkę osoby. Owszem, widywałam kobiety w chustach, ale to już w miastach, nie w wioskach turystycznych. Jedna z nielicznych, które zapadły mi w pamięć, na oko dwudziestoparoletnia, szła z dwiema „normalnie” ubranymi dziewczynami w swoim wieku.

Akurat w tej kwestii, moim zdaniem, wiele krajów – w tym Polska – mogłaby się sporo od Albanii nauczyć.

Poziom życia

Z tego, co zaobserwowałam, w Albanii jesteś albo bardzo bogaty, albo skrajnie biedny. Nie ma nic pomiędzy.

Jest to charakterystyczne dla gospodarek, które dopiero się budują. Zwłaszcza w krajach postkomunistycznych.

Jednak problem jest wyraźnie widoczny. Albania bardzo stara się, żeby okolice turystyczne (hotelowe, bo przy atrakcjach ciężko z tym walczyć) były jak najmniej narażone na widok ubóstwa, ale gdzieś tam się to przedziera. Nie wspominając już o dużych miastach.

Jeśli chodzi o większe miejscowości, to widok bosej, zniedołężniałej babinki grzebiącej w śmietniku jest czymś powszednim. Każde miejsce skupiające turystów jest okraszone przynajmniej jednym żebrakiem, często kalekim. Na przykład pod monasterem w Artemidze widziałam człowieka bez obu nóg – poruszał się odbijając się rękoma od ziemi. Był też drugi, który siedział pod murkiem i grał na flecie bliżej niezidentyfikowane melodie. Wyjeżdżając poza strefy „reprezentacyjne” miast, na przykład w trakcie przejazdu między dwoma zabytkami, wkracza się na blokowiska, które aż zieją pustką i biedą. Nie odważyłabym się tam zagłębić sama.

Osady hotelowe są nieco od tego izolowane, ale nie uniknęłam całkiem widoku nędzy.

Kilkukrotnie spotkałam chłopca, około dziesięcioletniego, jak krążył z pustym kubkiem między straganami i hotelami. Właściciele zwykle go przeganiali, żeby nie straszył turystów. Do mnie nigdy nie podszedł. Parę razy uśmiechnął się, gdy się mijaliśmy, ale nie zagadał.

Któregoś razu szłam do sklepu i spotkałam go po drodze. Jakiś litościwy restaurator dał mu bułkę od kebaba (musiał to być ktoś z obsługi lokalu, bo była sucha). Chłopak szedł szybko, ale jej nie jadł. Trochę się zdziwiłam, myślałam, że jest głodny. Tak się złożyło, że szliśmy w tę samą stronę. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę z trójką małych dzieci, siedzącą pod drzewem. Dwoje miało po kilka lat, najmłodsze karmiła piersią.

Tak, on niósł tę bułkę dla nich. Sam jej nie tknął. Ciężko jest żebrakom poruszyć moje serce, bo w życiu spotkałam więcej oszustów niż uczciwych ludzi. Ale ten chłopak wyjątkowo mnie ujął.

W drodze powrotnej spotkałam już całą rodzinę. Dzieci piły wodę z fontanny, matka siedziała na niej i patrzyła tępo w przestrzeń.

Dysproporcja między niewielką grupą zamożnych osób, a ogromem ubogich jest naprawdę duża.

Przeciętne wynagrodzenie w Albanii to 380 euro. Ale pamiętajmy, że jest to „przeciętne”. Czyli zawyżane przez tych zarabiających całkiem przyzwoicie. Tendencja jest dobra – Albania otworzyła się na turystykę, co stanowi mocnego kopa dla jej mizernej gospodarki. Jednak obawiam się, że jeszcze sporo czasu minie, zanim powstanie tam tak zwana „klasa średnia”.

Takie rzeczy tylko w Albanii…

Dobra, było ponuro, teraz może coś weselszego. Albania jest dziwna. Strasznie dziwna. Po tygodniu spędzonym tam, już niewiele was zaskoczy.

Słupy elektryczne w środku jeziora? Trust me, I’m engineer.

Ferma drobiu w samochodzie? Byle stał w cieniu.

Wózek „złomiarski” ciągnięty przez konia? Prawie jak dorożka.

Jest też wersja „riksza”, bardzo popularna. Składa się również z wózka „złomiarskiego” oraz… połowy motoru na przedzie. Przy czym na miejscu kierowcy mieści się przeciętnie około trzech osób, a w wózkach nawet osiem i więcej.

Publiczna toaleta czy rezerwat ornitologiczny? Czasem trudno się połapać. Szczególnie, gdy po wyjściu z kabiny widzisz kilkanaście osób robiących zdjęcia ptaków i gniazd na ścianach.

Takie smaczki najbardziej zapadły mi w pamięć, ale prawda jest taka, że tam na każdym kroku trafiacie na paradoksalne – z naszej perspektywy – rozwiązania. Każdy orze jak może.

5. Podsumowanie

Jak oceniam walory turystyczne: 9/10

Jak oceniam inne aspekty życia: 6/10

Czy chciałabym tam wrócić: Myślę, że tak, bo żałuję, że nie zwiedziłam dokładnie centrum Durres i Tirany.

Co polecam zobaczyć: Berat, Durres, góry w pobliżu granicy z Macedonią

Ulubione miejsce: Osiedle tysiąca okien

Miejsce, które mnie zawiodło: monaster w Artemidze – głównie dlatego, że odmówiono nam wejścia, pomimo rezerwacji

Co chciałabym jeszcze odwiedzić: Durres i Tirana

 

Ocena ogólna: 7/10

 

Ps. Dołączyłam do portalu bloglovin, także jeśli ktoś chce mnie zaobserwować, to zapraszam 🙂
Moja strona na Bloglovin

 

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 3.

Poprzednie dwa wpisy z serii „egzaminy eksternistyczne”:

Część 1. – egzaminy eksternistyczne od strony formalnej, najważniejsze pytania i mity.

Część 2. – opisy arkuszy z każdego przedmiotu z moją osobistą oceną, radą.

A ostatni mój post na temat „egzaminy eksternistyczne” będzie zawierał podsumowanie i moje przemyślenia.

Odebrałam już wyniki, dostałam świadectwo, zdałam wszystko! Nie mam nawet żadnej trójki, same czwórki, piątki i dwie szóstki, także jestem z siebie dumna.

Teraz już mogę z czystym sumieniem wypowiadać się w tej kwestii, już nie mówię o tytułowaniu siebie „abiturientka” czy też „absolwentka liceum ogólnokształcącego”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że jeszcze kilka miesięcy temu wiele osób pluło mi w twarz słowami „nie skończyłaś nawet szkoły”. Ale wróćmy do sedna sprawy – egzaminy eksternistyczne.

Najpierw chciałabym spróbować odpowiedzieć na pytanie, które może nasuwać się części z was:

Jak mają się oceny z egzaminów do tych szkolnych?

Wiadomo, że w szkole ma się tak naprawdę trzy lata, żeby zapracować na świadectwo absolwenta. W porównaniu z moimi trzema tygodniami – jest różnica. Trzeba było się mocno spiąć.

Nie ma „dziś mam jedynkę, ale jutro poprawię na piątkę”, nie ma „proszę pani, co mogę zrobić na dodatkową ocenę?”, nie ma „kartkówka mi nie poszła, ale referat dobry napisałam”. Jest jeden dzień, jeden arkusz, jeden sprawdzian, który ma poświadczyć o wiedzy z zakresu całego liceum.

Tak, oczywiście, że można niezdany egzamin poprawiać. Ale zawsze jest to ryzyko, że nawet przedmiot, który lubimy czy tam ogarniamy, może nam nie pójść – bo zły dzień, bo nie te pytania, bo coś się pomiesza. Poza tym jest dość sztywny klucz, w który trzeba się wstrzelić. Egzaminator nas nie zna, więc nie ma co liczyć na jego łaskawsze oko. Jesteśmy tylko my i kilka kartek papieru.

To wszystko mogą być wady dla osób, które:

  • • były z natury „kombinatorami”, zawsze pod koniec roku udało im się jakoś przesmyknąć
  • • lubią wykorzystywać swój urok osobisty i smutne oczka, żeby nauczyciel podniósł im ocenę/zaliczył sprawdzian/różne takie
  • • trudno zmotywować do nauki dużej partii materiału naraz

Dla mnie było to mega zaletą, jak się okazało. Dlaczego?

Zawsze – no dopóki nie poszłam do liceum – byłam świadoma swojej wiedzy i tego, że wykracza „ponad przeciętną”. Nauczycieli różnych spotykałam na swojej drodze, jednak większość była pełna uznania dla mnie, moich możliwości. Jednak nie wszyscy. Sporo moich ocen nie pokrywało się z tym, na co zasługiwałam, co zaraz zresztą pokażę.

Cieszyłam się bardzo, że tym razem głównie to ja zadecyduję o tym, jakie będę miała wyniki z poszczególnych przedmiotów. Wiadomo, był jakiś wpływ też egzaminatora i jego dobrej woli – mógł coś pod klucz pociągnąć albo nie. Ale tak naprawdę to ode mnie zależało, żeby nie musiał się niczego doszukiwać, tylko spokojnie przyznał punkt.

Przyjrzyjmy się moim ocenom – tym z pierwszej klasy liceum (jedynej jaką skończyłam) i tym z egzaminów.

Pierwsze oznaczę na czerwono, drugie na zielono. Przy okazji też pokrótce omówię dodatkowe wrażenia – wiem, były już w części drugiej, ale teraz po otrzymaniu wyników mogę co nieco dopowiedzieć.

Język polski – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Okej, tutaj różnicy nie ma. Wiem jednak, że w drugiej klasie na piątkę z polskiego nie miałabym już szans, nie mówiąc już o końcu szkoły. Dlatego bierzmy też na to poprawkę.

Co do egzaminu – cieszę się, że udało mi się tę piątkę zdobyć, bo miałam mieszane uczucia po wyjściu z sali. Jak wspomniałam, temat nie bardzo mi pasował, obawiałam się trochę wyżej opisanej sytuacji: jestem dobra z jakiegoś przedmiotu, ale nie trafiłam w zadania. Okazało się, że muszę trochę bardziej ufać sobie i swojej intuicji.

Język angielski – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Pierwszy z przedmiotów, gdzie różnica jest dość znaczna. Gwoli ścisłości dodam, że egzamin z angielskiego jako jedyny napisałam na 100%. Tak, spikam dość nieźle, a w szkole nie miałabym co liczyć na szóstkę bez wygranej w konkursie, co najmniej, wojewódzkim. W dodatku denerwowały mnie kartkówki ze słówek, gdzie synonimy nie wchodziły w grę. Mogłam wypisać 5 słówek o podobnym znaczeniu, a nie trafić w to jedno i dziękujemy, do widzenia. Przyznaję, że z tych i innych przyczyn olałam sobie angielski po całości.

Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, bałam się, że zrobię pełno jakichś drobnych, banalnych błędów. Wiecie, literówki, zły szyk zdania itp. Jak widać, tutaj też muszę uwierzyć znowu w swoje możliwości.

Historia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Jednego punktu zabrakło mi do szóstki! Mimo to i tak jestem z siebie dumna. W liceum byłam naprawdę dobra z tego przedmiotu – niektórzy nawet mówili, że najlepsza w klasie – ale pod koniec roku trochę mi się podwinęła noga, gdzieś złapałam tróję, nie do końca uczciwą, dlatego wyszło jak wyszło.

Na koniec szkoły mogłabym spróbować wypracować sobie piątkę, ponieważ w drugiej klasie zmienił mi się nauczyciel przedmiotu. Była to zmiana o 180 stopni na lepsze. Mimo to cieszę się, że moja wiedza tutaj się sama obroniła.

Mam lekki niesmak, bo tak niewiele brakło mi do oceny wyżej. Zdaję sobie sprawę jednak, że to nadal jest ładny wynik. Z historii pamiętam, że wyszłam raczej zadowolona, nawet chyba wiem, gdzie zrobiłam te drobne błędy. Wiem, większość z was pewnie teraz uzna mnie za wariatkę – ma piątkę i jeszcze jej mało. No co poradzę, przerost ambicji chyba.

Wiedza o społeczeństwie – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Sytuacja analogiczna, jak w przypadku historii. Dostałam w liceum czwórkę, ponieważ źle się czułam w dniu ostatniej kartkówki czy odpowiedzi na ocenę, a na drugi dzień nauczycielka (notabene ta sama, co od historii) powiedziała, że jest za późno (do wystawienia ocen były co najmniej dwa dni).

Nie liczyła się moja całoroczna praca, to, że robiłam dodatkowe rzeczy (pisałam chociażby wnioski do sądu w imieniu całej klasy) i to, że miałam wiedzę wykraczającą ponad program. Nie wracajmy już do tego.

Tutaj jest dokładnie tak, jak zakładałam. Na piątkę czułam się wychodząc z sali, piątkę dostałam. Jest w porządku.

Podstawy przedsiębiorczości – liceum: dobry, egzaminy: dobry

To jest koronny przykład na to, że nie powinnam lekceważyć tego przedmiotu. W poprzednim wpisie, gdzie opisywałam egzaminy trochę kpiłam z tego, po napisaniu go także byłam przekonana, że niżej niż bardzo dobry nie zejdę. Co prawda była to sprawa punktu czy dwóch, ale jednak. Widocznie ta czwórka była mi pisana.

Chociaż nadal wolę tę czwórkę, uczciwą, wynikającą z mojej ignorancji, aniżeli tę, którą dostałam w liceum. Nauczycielka (ta sama, co dwóch poprzednich przedmiotów) obiecywała mi szóstkę. Tak, dobrze widzicie. Reprezentowałam wtedy szkołę w konkursie wojewódzkim, generalnie miałam same dobre oceny z prac pisemnych, na lekcji cały czas siedziałam z ręką w górze – dostałam nawet ksywę Hermiona.

A co zadecydowało o mojej ocenie z tego przedmiotu? Logo. Logo firmy, które brzydko narysowałam i dostałam trójkę. Cóż, możecie mnie uznać za przewrażliwioną, ale z perspektywy czasu już jestem pewna, że owa pani po prostu bardzo nie chciała mi dać ocen, na jakie zasługuję. Bez łaski – zdobyłam sobie sama.

Geografia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Nie bardzo wiem, jak to się wydarzyło, że w liceum miałam czwórkę. Przez znaczną część roku słyszałam same komplementy na swój temat, pytania, czemu nie rozszerzam tego przedmiotu. Odpowiadałam nawet na pytania spoza zakresu materiału, po prostu jestem fascynatką geografii. Szczerze, nie pamiętam, co dokładnie zaważyło na mojej ocenie. Pewnie podobnie – jakaś jedna czy dwie gorsze oceny, których nie dano mi już poprawić.

Z egzaminu z tego przedmiotu wyszłam podobnie jak z wosu. I podobnie napisałam. I jest w porządku.

Biologia – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Największe zaskoczenie dla mnie samej i wszystkich dookoła. Ale dla mnie chyba najbardziej.

Owszem, z biologii byłam niekiepska. Z tego zakresu spokojnie zasługiwałam na piątkę, nawet miałam ją mieć, ale… No właśnie, znowu jej nie dostałam.

Tym razem nauczycielka nie chciała się przyznać, że zgubiła mój sprawdzian. W dodatku oznajmiła mi to w chwili wystawienia oceny końcowej (sprawdzian pisałam gdzieś w styczniu albo lutym), zatem nie mogłam nawet go uzupełnić.

Rozumiem, było to też w mojej gestii się upominać o tę ocenę. Raz czy dwa pytałam i zawsze słyszałam „na następnej lekcji”, później gdzieś już to mi wypadło z głowy. I dałam się zrobić na szaro – bo kłóć się w takiej sytuacji, powodzenia.

Natomiast tego, że właśnie z biologii dostanę szóstkę się nie spodziewałam. Przygotowałam się, jasne, wspomniałam też o tym ostatnio. Ale no po prostu… inne przedmioty typowałam do potencjalnych szóstek.

Chemia – liceum: dobry, egzaminy: dobry

Bez zmian – teoretycznie. Praktycznie, znowu, z tej drugiej czwórki jestem bardziej dumna. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że pierwszą zdobyłam bez większego wysiłku.

Na sporą część moich szkolnych ocen złożyły się oceny za sałatkę warzywną (!) czy też referat grupowy o paleniu (swoją drogą mówiłam o korzyściach wynikających z rzucenia palenia, a cała klasa się śmiała… czyżbym nie była autorytetem w tej kwestii?).

Nie wspomnę już o jednym ze sprawdzianów, który pisaliśmy podczas którejś z licznych nieobecności nauczycielki pod opieką wychowawczyni. Nie wiem, na ile celowo, a na ile przypadkiem, ale zostawiła sprawdzian na biurku i wyszła na przerwę… Cała klasa dostała piątki. Także ta czwórka była po prostu nieuczciwa.

Po drugie dlatego, że spodziewałam się dużo gorszej oceny.

O tym też już pisałam – wyszłam z egzaminu zlana potem, chciało mi się płakać i pierwszy raz nie wiedziałam, czy w ogóle zdałam. Podliczyłam gdzieś tam sobie takie „pewne” punkty, nazbierało się ich jakimś cudem 12 i odetchnęłam z ulgą. Otwierając kopertę nieśmiało myślałam o trójce z chemii – w końcu miałam też trochę „prawie pewnych” punktów. A tutaj czwórka. Byłam z siebie niesamowicie zadowolona – nawet nie wiem, czy nie bardziej niż z angielskiego.

Fizyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: dobry

Paradoksalnie też wolę moją czwórkę od tej licealnej piątki. Jest według mnie po prostu sprawiedliwa, ale przede wszystkim dostałam ją naprawdę z fizyki, a nie z… no właśnie, jak to nazwać?

Moja nauczycielka tego przedmiotu w liceum już na pierwszej lekcji oznajmiła nam, że „ona z humanistów nie będzie robić ścisłowców” oraz, że „dobrze wie, że nas ten przedmiot nie interesuje”. Dlatego uznała, że w naszym przypadku sama znajomość teorii wystarczy do zaliczenia. Przez cały rok nie rozwiązaliśmy nawet pół zadania obliczeniowego.

Ktoś powie, że w sumie dobrze zrobiła, bo faktycznie, humaniści i fizyka zwykle się nie bardzo lubią. Sama na początku myślałam podobnie – chce dla nas być miła, nie chce nam dowalać. Dzisiaj myślę, że po prostu uznała nas za debili.

Fakty były takie, że w istocie, teorię znałam bardzo dobrze. Szczególnie astronomię, która była dla mnie fascynująca już odkąd byłam małą dziewczynką. Dlatego jeśli bierzemy pod uwagę tę „fizykę dla humanistów”, czyli czysto teoretyczną, to zasługiwałam na piątkę.

Ale na egzaminie już zetknęłam się z prawdziwą fizyką. Dopiero podczas przygotowywania się zrozumiałam, że po prostu nauczycielka poszła po linii najmniejszego oporu. Bałam się go niesamowicie, bo uwierzyłam, że jestem za tępa, żeby ogarnąć zawiłości obliczeń i wzorów fizycznych.

Na szczęście miałam nieco… bardziej kompetentną nauczycielkę tegoż przedmiotu w gimnazjum i jej lekcje gdzieś tam mi zostały. To mi serio pomogło, były przynajmniej trzy czy cztery zadania, w tym obliczeniowe, gdzie dziękowałam jej w myślach.

Dlatego jeśli bierzemy już pod uwagę fizykę w całej jej okazałości, to czwórka jest jak najbardziej zasłużoną oceną dla mnie. I cieszę się nią bardziej, bo wiem, że sobie na nią zapracowałam.

Matematyka – liceum: dostateczny, egzaminy: dobry

Ha, ha, ha. Szach mat! Przypominam, że egzaminy były z zakresu trzech lat liceum, a pierwsza ocena dotyczy tylko jednej klasy. Teraz ta czwórka wygląda jeszcze lepiej, nie?

Powiem wam szczerze i od serca – matma jest moim głównym nemezis jeśli chodzi o dyscypliny naukowe. Nie dlatego, że jej nie ogarniam. Jak się zmobilizuję, to bez problemów rozwiązuję większość zadań. Matma mnie najzwyczajniej w świecie… drażni. Żeby nie nazwać tego gorzej. Po prostu nie lubię tego robić, nie lubię liczyć, stresuje mnie to. Z tą awersją stara się walczyć moja mama. Jak widać, nawet jej to wyszło.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo naprawdę sporo czasu poświęciła przed moimi egzaminami na zaprzyjaźnianie mnie z matematyką. Było to tym istotniejsze, że – jak wspomniałam – arkusz sprawdzał wiedzę z całego liceum, a ja się zatrzymałam w połowie drugiej klasy.

Jak wyszłam z sali, to wiedziałam tylko tyle, że zdałam. Nie śmiałam jednak prosić o czwórkę, byłam zadowolona po prostu, że zdałam. Tymczasem jest lepiej, niż bym sobie życzyła. Napisałam na 73% i pozostaje mi jedynie modlić się, żeby majowa matura też mi tak poszła.

Informatyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Trudno coś o tym przedmiocie mówić. Większość z was pewnie wie, jak wygląda on w szkole. Tymczasem sam egzamin też jest specyficzny – pisałam o nim w drugiej części. No po prostu, jeśli kojarzysz mniej-więcej pakiet microsoft office, to zdasz. A jak znasz go dość dobrze, to poniżej czwórki ciężko będzie zejść.

Macie już porównanie tego, jak poszły mi egzaminy eksternistyczne, a jak oceniała mnie szkoła.

Według mnie, różnica jest ogromna i to na moją korzyść. Również w przypadku ocen, które są takie same, a nawet gorsze. Zacznijmy jednak od tych lepszych.

Ze zdecydowanej większości przedmiotów mam wyższe wyniki, niż miałam w liceum. Jestem z tego zadowolona tym bardziej, że wiele osób nie rozumiało, dlaczego zrezygnowałam z nauki w tej szkole. Nie wierzyli, że jednym z powodów jest niesprawiedliwe traktowanie mnie. Myśleli sobie:

  • • Ha, dobrze jej tak, kujonka była przekonana, że już wszystko wie, a tu jej utarli nosa.
  • • Przewrażliwiona jakaś, kto by jej tam zaniżał oceny, widocznie uczyć się nie chciało.
  • • Raz dostała dwóję i już płacze. Wariatka, przecież to normalne.

Czy coś w ten deseń, czasem wszystko naraz, czasem jeszcze coś innego. Teraz już mam „na papierze” oceny, na jakie faktycznie zasługuję. Wiem, że zawsze znajdą się tacy, co to ich nie przekona, bo „to nie to samo”, „na farcie”, „w szkole nie ma tak hop siup” bla, bla, bla…

Ale dla mnie najważniejsze jest, że sama przed sobą czuję się dobrze, że ja mam świadomość bycia ocenioną za wiedzę, a nie za ładny uśmiech, mniej bądź bardziej znane nazwisko, duży dekolt lub, co najgorsze, osobiste sympatie i uprzedzenia.

I właśnie dlatego cieszą mnie też oceny takie same lub gorsze.

Po pierwsze – przynajmniej sama na nie zapracowałam, wykazałam się znajomością informacji, a nie ładną sałatką warzywną. Musiałam wszystko sama wyliczyć, rozwiązać, wypisać. Nikt mi nie wstawiał ocen za darmo, nikt mi nie zaniżał wymagań (patrz: fizyka).

Po drugie, byłabym nieziemską hipokrytką, gdybym domagała się najpierw uczciwego ocenienia wiedzy, a potem narzekała, że źle mnie potraktowano. To, co wiedziałam, to napisałam, za to dostałam ocenę. Pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Nie mam ich jednak, bo mam dokładnie to, czego chciałam. Uczciwe, zasłużone oceny. Widocznie nie zapracowałam na piątkę z przedsiębiorczości czy fizyki, ale wolę moją czwórkę niż naciągane piątki.

Dlatego polecam egzaminy eksternistyczne osobom, które myślą podobnie.

Jeśli masz wrażenie, że w szkole ktoś oceniał Cię niesprawiedliwie, tutaj możesz być spokojny – dostaniesz to, na co zasługujesz. Nikt nie patrzy na Ciebie personalnie, liczy się to, co wiesz. Pamiętaj jednak, że to działa w dwie strony. Jeżeli nie zasługiwałeś na swoją czwórkę czy piątkę, to wszystko tutaj „wyjdzie” i nie możesz o to mieć pretensji.

Prawda, czasem zdarzy się gorszy dzień, nie do końca trafiony arkusz.

Jednak na swoim przykładzie zaobserwowałam, że nawet wtedy wiedza po prostu broni się sama. Nieraz byłam niezadowolona z pytań, niepewna odpowiedzi. Obawiałam się, że znacznie obniży to moją ocenę z przedmiotu, szczególnie z tych, które lubiłam. I, jasne, trochę punktów straciłam nie tyle z niewiedzy, ile przy wsparciu zwyczajnego pecha co do zadań.

Na przykład wiem, że na polskim sam fakt, że nie znałam książki „Inny Świat” pozbawił mnie spokojnie minimum 3 punktów. Cały egzamin był dla mnie mocno nietrafiony, rzucałam w autora gromami. Mimo to, przebrnęłam przez niego i poszedł mi bardzo dobrze, nie mogę narzekać na ocenę. Zatem jeśli odpowiednio się przygotujecie – uczciwie! – to spokojnie wyniki będą zasłużone.

To jest właśnie to – nie ma kombinowania, nie ma zrzucania na zły dzień, na katar, na nietrafione pytania. Jeśli porządnie się przyłożycie, pokonacie lenistwo i niechęć, to efekt będzie widać.

Okej, starczy o tych ocenach. Miałam napisać jeszcze kilka innych wniosków.

Odpowiedzmy jeszcze ostatecznie na pytanie – kto może pisać egzaminy eksternistyczne?

Wydaje mi się, że tego jeszcze nie uściślałam. To znaczy napisałam w pierwszej części, że może to być każda osoba dorosła, która dysponuje świadectwem ukończenia gimnazjum bądź ośmioklasowego liceum. Ale jak to się ma w praktyce?

Sformułujmy to pytanie nieco inaczej i rozbijmy na dwie części.

Kto pisze egzaminy eksternistyczne?

Ja sama myślałam, że będą to głównie osoby między gdzieś tak 25 a 30 rokiem życia. Takie, którym coś się wcześniej nie powiodło, które wybrały inną szkołę albo coś im przeszkodziło w kończeniu liceum, a teraz się jednak zdecydowały uzupełnić wykształcenie. Jednocześnie też są na tyle młode, że spokojnie mogą startować od zera. Tak sobie wyobrażałam przeciętnego współtowarzysza zanim podeszłam do egzaminów. Co zastałam na sali?

Istny misz-masz. Naprawdę. Co prawda z niewieloma osobami udało mi się pogadać na tyle, żeby poznać ich sytuację życiową, więc przyczyn, dla których zdają egzaminy eksternistyczne nie poznałam. Dlatego to, co tu wymienię to w większości moje obserwacje i przypuszczenia. Pobawiłam się trochę w socjologa, posłuchałam co nieco na korytarzu, poobserwowałam stałych bywalców, ich stroje, zachowania. Myślę, że można pewne wnioski wyciągnąć z tego.

Przede wszystkim coś, co jest niepodważalnym faktem – faktyczny przekrój wiekowy piszących.

Pełen. Były osoby w moim wieku, jedną koleżankę-rówieśniczkę poznałam bliżej, innych wytropiłam po peselach (spokojnie, patrzyłam tylko na dwie pierwsze cyfry, z czystej ciekawości i w celach badawczych, nie jestem żadnym stalkerem). To mnie trochę zaskoczyło, bo nie myślałam, że aż tylu moich rówieśników tuż po przerwaniu nauki podejdzie do egzaminów. Zakładałam, że raczej odczekają rok lub dwa. Niestety, nie byłam tam żadnym rodzynkiem, bynajmniej!

Widziałam też wiele osób zaledwie rok starszych. Jednego chłopaka trochę posłuchałam i wywnioskowałam, że zmarnował kilka miesięcy w „szkole” przygotowującej do egzaminów (o nich pisałam więcej tutaj), także on też na dobrą sprawę mógł zdawać jeszcze jako osiemnastolatek, na gorąco.

Dalej, roczniki coraz wyższe…

Kilka osób, na oko świeżo po dwudziestce, siedziało i rozmawiało o swoich małych pociechach. Przedział 20-30 lat dominował, ale nie jakoś znacznie. Sporo było osób z roczników ’80 albo ’70. Jedna kobieta, wyraźnie po czterdziestce, serwowała mi za każdym razem lodowate spojrzenie. Szczególnie, kiedy śmiałam się podczas rozmowy z kimś. Albo przeklęłam pod nosem.

Udało mi się trochę porozmawiać z panią, która zbliżała się już do pięćdziesiątki (nie pytałam o wiek, ale wiem z peselu). Była bardzo miła i na każdym egzaminie się uśmiechała do mnie, w przerwach czasem komentowałyśmy arkusze. Trochę zabawnie było omawiać zadania z – bądź co bądź –  sprawdzianu z kobietą starszą od mojej mamy. Nie była ona jednak najstarsza.

Rekord stanowił pewien emeryt, który podchodził mniej-więcej do połowy egzaminów. Chyba część zdawał już wcześniej, bo dzielił się z innymi osobami wrażeniami z niektórych przedmiotów.

Jak widzicie, nie ma limitów wiekowych. Nie tylko na papierze.

Trochę się zdziwiłam, że nie ma jednak jakiejś wyraźnie dominującej grupy wiekowej. Byli dosłownie „reprezentanci” wszystkich – nastolatków, młodych dorosłych, tych w średnim wieku oraz starszych. Ja się nieco obawiałam, że będę widocznie młodsza od reszty, ale tak nie było. Zastanawiałam się też, czy faktycznie ktoś dojrzały zdecyduje się jeszcze uzupełniać wykształcenie, a takich osób było sporo. Cieszy mnie takie zainteresowanie, może za kilka lat egzaminy eksternistyczne nie będą już czymś z kosmosu, tylko normalną, znaną formą kończenia szkoły.

Kwestia strojów – jak na egzaminy eksternistyczne się ubierają zdający?

Dla mnie było dość jasnym, że powinnam wyglądać schludnie i w miarę elegancko. Wiadomo, że nie wskoczyłam w mundurek szkolny, ale starałam się zawsze ubrać dość profesjonalnie. Marynarka czy sweterek, jednolita bluzka pod spód, spodnie dżinsowe lub w stonowanym kolorze, bez dziur. A jak do tematu podeszli pozostali?

Byli tacy, co przychodzili w garniturach lub garsonkach. Byli też ludzie w dresach i koszulkach „PROSTO” czy inne „PLNY”. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny.

Płeć piękna na ogół ubierała się całkiem elegancko.

Sukienka, spódnica, jakieś spodnie + koszula. Było kilka takich, które wyglądały, jakby im się pomyliła droga na wiejską dyskotekę. Wiecie, nerki i płuca na wierzchu. Były też takie, co wracały chyba z Karkonoszy, bo polarek miały idealny na wyprawę po górach. Po niektórych w życiu bym nie powiedziała, że przyszły na egzamin.

Mężczyźni natomiast stawiali głównie na koszulę i spodnie.

Były wyjątki, a i owszem. Od wspomnianych już reprezentantów osiedli w dresach, poprzez satanistów z ubraniami tak podartymi, że ledwo się ciała trzymały, aż po swojskich, przaśnych chłopów w polarkach lub swetrach i sztruksach dziurawych, ale już ze starości.

Jak widać, nie każdy podszedł do tematu tak, jak ja.

Nie chcę tu nikogo oceniać po ubiorze, po prostu dla mnie takie wydarzenie jest poważne, a kwestią szacunku jest dostosowanie swojego wyglądu. Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę bardzo, nic mi do tego. Osobiście nie umiałabym przyjść na egzamin w dresach albo sukience długości tuniki. Mimo to, byli tacy ludzie i nikt im uwagi nie zwracał – przynajmniej nie na głos.

Podzielę się teraz innymi przypuszczeniami oraz obserwacjami odnośnie współtowarzyszy.

Zaznaczam – to są tylko moje wnioski, które wyciągałam na podstawie tego, co widziałam i słyszałam pod salą. Mogę oczywiście się pomylić, coś błędnie odebrać. Chciałam jednak napisać kilka spostrzeżeń, jeśli kogoś zainteresują inne aspekty życia zdających niż wiek.

Żeby uniknąć możliwie jak najbardziej błędów w moim rozumieniu, postanowiłam nie opisywać nikogo personalnie (nie przypisywać zaobserwowanych cech, usłyszanych wypowiedzi konkretnej osobie), a wyszczególnić kilka charakterystycznych grup spośród widzianych przeze mnie ludzi. Bierzcie to jednak z dystansem, ok?

To z kim ja się zetknęłam, zdając te egzaminy eksternistyczne?

• Młodzi, najczęściej jeszcze-nastoletni lub ledwo-nie-nastoletni buntownicy.

W trampkach, kraciastych koszulach i podartych spodniach. W uszach obowiązkowo słuchawki, czasem wystukują rytm, trzęsąc przy tym całą ławką i ludźmi dookoła. Nierzadkie są też dodatki – naszyjniki czy bransoletki, zwykle z jakimś kontrowersyjnym symbolem. Patrzą na świat z góry i to tylko wtedy, kiedy zarzucą włosami na tyle, żeby coś zobaczyć. Szkoła to dla nich przeżytek, szkoda na nią czasu. Chcą zdać te egzaminy dla świętego spokoju, bo każdy się ich czepia o brak wykształcenia. Dla nich samych nie ma to większego znaczenia – jebać system.

• Bananowe dzieci. Too cool for school.

Grupa osób w większości ściśle około dwudziestki, nawet przed. Siedzą pod salą znudzeni, przeglądając internet na najnowszym ajfonie. Ubrani oczywiście zgodnie z nakazami obecnej mody: dziurawe spodnie, adidasy, bluza lub sweter oversize. Każdy chyba ma wodę w piwnicy, patrząc na ich nogawki. Przyszli tutaj tylko dlatego, że tatuś im nie da pieniędzy/zabierze samochód/nie kupi nowego ajfona/każe iść do pracy, jeśli nie skończą liceum. No to przyszli, jak już stary sobie wymyślił jakieś egzaminy eksternistyczne, matury, studia… przynajmniej truł nie będzie i dwie stówki rzuci.

• Bananowe żony.

Podkategoria podobna do tej wyżej, z tym, że tutaj w rolę tatusia wciela się mąż. Reszta mniej-więcej bez zmian. Nawet w kwestii stroju, bo niezależnie od wieku, ubrane są jak nastolatki.

• Romeo i Julia.

Chociaż egzaminy eksternistyczne częściej pisała Julia. W skrócie chodzi o panienki, które dla swoich wielkich miłości rzuciły szkołę i wyjechały w siną dal. Romeo często im towarzyszy, wtedy siedzą przyklejone do niego. Z ogromnym bólem odrywają się na czas egzaminu. Jeśli akurat go przy nich nie ma, to siedzą z telefonem w ręku, piszą/mówią mu jak bardzo tęsknią. Generalnie trudno podjąć z nimi rozmowę, która nie sprowadzi się do jednego tematu – tak, domyślacie się jakiego. Mnie pozostaje tylko mieć nadzieję, że albo Romeo okaże się tym jedynym, albo przynajmniej zdadzą te egzaminy.

• Świeżo upieczeni rodzice.

Ludzie po dwudziestce, którym niedawno przyszło na świat potomstwo. Zwykle jest to mniej niż rok. Najczęściej to jest właśnie powód, dla którego piszą egzaminy eksternistyczne, a nie chodzą do szkoły. O dziwo, grupę reprezentują zarówno mamusie, jak i tatusiowe – co mnie cieszy. Jeśli akurat nie dzwonią się zapytać, jak tam ich pociecha się miewa, to opowiadają o niej ludziom naokoło. W pewien niejasny dla mnie sposób przedstawiciele potrafią wyczuć siebie nawzajem. Wtedy dopiero bawią się świetnie – rozmawiają o ząbkach, kaszkach, pieluszkach, pokazują sobie zdjęcia swoich skarbów. Egzaminy są dla nich drugorzędne – ale w sumie reszta świata też jest przesłonięta ich małym słoneczkiem.

• Dresiarze.

Obu płci. Znakami charakterystycznymi są, jak sama nazwa podpowiada, dresowe spodnie. Oprócz tego często występuje za duży T-shirt i bluza, fajnie jak mają dobry brand czy tam label. Zdarzy się też jakaś czapka, wtedy zdejmują ją dopiero po upomnieniu ze strony komisji. Najczęściej to oni spóźniają się na egzaminy lub wchodzą na nie ostatni. Można ich rozpoznać również po pozie: rozwaleni luzacko na ławce lub krześle, patrzą przed siebie z cwaniackim uśmieszkiem, rączki obowiązkowo w kieszeni. Nierzadko ich szczęki pracują na pełnych obrotach – mieląc gumę – ale nie przeszkadza to zazwyczaj w szczerzeniu się do otoczenia.

Co robią na egzaminach? Trudno powiedzieć. Raczej nie chodzi im o dokształcanie samo w sobie. Jedną z moich teorii są, podobnie jak u bananów, rodzice, którzy w taki czy inny sposób namawiają swoje dziecko do ukończenia liceum. Podejrzewam też, chociaż to mniej prawdopodobne, pracodawcę, który postawił im warunek uzupełnienia wykształcenia. Ciężko to rozgryźć w tym przypadku.

• Szlachta.

Ludzie przeciętnie w okolicach czterdziestki, chociaż zdarzają się i nieco młodsi. Z różnych przyczyn nie ukończyli szkoły w swoim czasie, ale teraz chcą to nadrobić. Może chodzić o lepszą pracę, wyjazd za granicę lub zwykłe ambicje. Równie prawdopodobne jest to, że mają dość dzieci, które, na wzmiankę o tym, że mają się uczyć, odpowiadają „ale Ty też nie masz wykształcenia!”. Od reszty osób w ich przedziale wiekowym odróżnia ich jednak wyraźny kompleks odnośnie nieskończonego liceum, niepełnego/gorszego wykształcenia. Starają się nadrobić to ubiorem, zawsze się odwalą jak mysz na dożynki albo szczur na otwarcie kanału. Dumnie trzymają głowę w okolicach sufitu i wodzą wzrokiem po reszcie.

Spróbuj zachować się „nieodpowiednio”, w ich mniemaniu. Takiego zimna, jakim Cię zmierzą, nie poczujesz na Antarktydzie. Rzadko z kimś rozmawiają, a jeśli już, to są to wypowiedzi do przesady sztuczne i pompatyczne. Zdarzy się również komentarz, o który nikt ich nie prosi. Wygłoszony jest obowiązkowo z dumą, wyższością i pogardą. Szczególnie wyczuleni na młodszych od nich, uważają się za bardziej doświadczonych życiowo. Oni nie zawalili szkoły z lenistwa, a mieli poważne powody. Nie to co Ty, szczylu!

• Ciotki i wujkowie.

Osobniki w wieku średnim, które jednak – w przeciwieństwie do reszty – nie przyszły na egzaminy eksternistyczne w celu leczenia kompleksu niższości. Dużo rozmawiają, w zasadzie zagadują kogo tylko się da. Często znajdują wspólny język z kimś ze swojej grupy, ale też zdarza się, że dobrze im się gada z młodszymi. Pomimo to, nie są moralizatorami, nikogo nie oceniają, nie uważają się za lepszych tylko z racji wieku. Podtrzymają na duchu, nie szczędzą ciepłego słowa. Tacy opiekunowie czy strażnicy zgromadzonej gawiedzi.

• Nie-wiem-co-tu-robię.

Tutaj nie ma nawet przybliżonej kategorii wiekowej. Charakterystyczne cechy łączące wszystkich przedstawicieli to: wygląd świeżo z łóżka, wbieganie tuż przed czasem, łażenie w tę i z powrotem bez wyraźnego celu, rozglądanie się z przerażeniem, nerwowo, jakby szukając pomocy. Która jest godzina? Za ile się zaczyna? Naprawdę trzeba pisać czarnym długopisem? Muszę pokazywać dowód na każdym egzaminie? Gdzie mogę zostawić kurtkę? Dlaczego nie mogę wnieść wody? Trzeba oddać telefon? Po co?…

To są takie najpopularniejsze typy osób zdających egzaminy eksternistyczne.

Jasne, że jest to przerysowanie, trochę podśmiechujki. Ale po trzech tygodniach obserwacji wydzieliłam sobie takie grupy spośród otaczających mnie osób. Niektóre dałoby się dopasować do kilku z nich. Inne oczywiście do żadnej. Chciałam tym zestawieniem z przymrużeniem oka zwrócić wam jednak uwagę na to, że naprawdę różny przekrój społeczny można spotkać pod salą egzaminacyjną.

A teraz inaczej – komu ja polecam egzaminy eksternistyczne?

Wiadomo, są dla każdego. Ale komu polecam tak bardziej?

• Osobom, które w swoim czasie nie skończyły liceum.

Czyli edukację zakończyły na podstawówce/gimnazjum albo wybrały inny typ szkoły ponadgimnazjalnej. Dość oczywiste, ale chciałam wymienić dokładnie wszystkich. Poza tym jest tu coś wartego uściślenia. Nieważne, czy masz lat 19, czy też 40 – nigdy nie jest za późno na to, żeby uzupełnić wykształcenie. Co innego jest jednak istotne – chęci. Szczere chęci.

I nie mam na myśli tylko zapału do nauki, chociaż oczywiście to też. Zanim zdecydujesz się przystąpić do egzaminów, proszę, zastanów się, dlaczego chcesz to zrobić. Żeby zaimponować rodzinie, znajomym? Żeby zarabiać więcej pieniędzy? Żeby wyleczyć kompleksy? Czy dlatego, że naprawdę chcesz skończyć liceum?

Nie zrozumcie mnie teraz źle – inne czynniki, takie jak lepsza praca czy szacunek otoczenia też są istotne.

Ale nie mogą one być jedynymi powodami, dla których chcecie zdawać egzaminy eksternistyczne. Jeśli nie zrobicie tego po prostu dla siebie, z potrzeby wewnętrznej, to nic z tego nie będzie.

Okej, nawet jeśli je zdacie, to może się zdarzyć tak, że nie rozwiąże to waszego problemu. Znajomi dalej patrzą z góry, bo „jakieś lewe świadectwo”. Oferty pracy nadal beznadziejne, okazuje się, że bez doświadczenia czy matury wciąż zarobicie grosze. Dalej czujecie się gorsi od innych, a przecież macie już to świadectwo. Frustracja murowana i na co to wszystko?

A jeśli naprawdę chcecie, sami dla siebie, tego wykształcenia, to będziecie się cieszyć niezależnie od reakcji otoczenia i czynników zewnętrznych. Wasza samoocena podskoczy, w końcu macie nowy powód do dumy – daliście radę, zdaliście egzaminy eksternistyczne, skończyliście szkołę. Dalej samo pójdzie.

Także w skrócie:

Polecam to osobom, które nie skończyły liceum „w terminie”, ale tylko jeśli bardzo zależy im na posiadaniu tego „średniego”. Nie róbcie tego dla innych, tylko dla siebie.

• Osobom, które przerwały naukę w stacjonarnej szkole lub planują to zrobić.

Mam na myśli swoich rówieśników, którzy z różnych przyczyn chcą zrezygnować ze szkoły. Powody mogą być różne, najróżniejsze, ale postaram się trochę to uogólnić i wyodrębnić dwie podgrupy:

→ Ludzie, którzy rzucili szkołę, bo uważają, że nie jest im ona potrzebna/nie chce im się po prostu tam chodzić.

Od razu mówię, ja was nie chcę tu umoralniać. Kim ja jestem, żeby się do tego zabierać? Brzmi to dziwnie, że polecam egzaminy eksternistyczne osobom, którym na wykształceniu nie zależy. Szczególnie, że przed chwilą sama pisałam o szczerych chęciach. Zaprzeczam sama sobie? Nie do końca.

Na pewno będąc w takiej sytuacji słyszycie – głównie od starszych, ale zdarza się też od rówieśników – coś w stylu: marnujesz sobie życie, jeszcze będziesz żałować, że nie masz wykształcenia bla, bla, bla… Wiem, to męczące, zwłaszcza, że przecież sam wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. I masz rację, nikt nie może za Ciebie decydować, ale… Może jednak się nad tymi egzaminami zastanów?

Nie tylko jako były licealista – jeśli nie interesuje Cię wykształcenie ogólne, to są też zawodowe, o których tylko wspomniałam w pierwszym wpisie, bo o nich wiedzy nie mam na tyle, żeby mówić. Ale są też takie, możesz poszukać więcej informacji.

Zanim przewrócisz oczami albo uznasz, że się Ciebie czepiam, to proszę, pomyśl chwilę.

Zastanów się nad kilkoma rzeczami.

Po pierwsze, co zamierzasz robić po przerwaniu nauki? Pewnie odpowiesz, że iść do pracy. Może nawet wyjechać za granicę. Fajnie, ja wiem, że my, młodzi, często myślimy tu i teraz, ale pójdźmy kilka, kilkanaście lat do przodu, okej? Tak hipotetycznie.

Bez wykształcenia prawdopodobnie czeka Cię praca fizyczna. Zdarza się inaczej, jakiś fart, własny biznes i tak dalej. Ale niestety, dojmująca większość zostaje tak zwanymi fizolami. Póki jesteś młody i sprawny, to wszystko gra. A teraz zastanów się, jak długo będziesz w podobnej formie? Zwłaszcza po wieloletnim tyraniu od świtu do nocy. Po paru, parunastu latach zostaniesz stopniowo wymieniony na nowszy model, a o inną robotę będzie trudniej z każdym kolejnym rokiem. Okej, ktoś może docenić doświadczenie, ale niestety znacznie częściej w typowych pracach fizycznych bardziej liczy się siła, zręczność i wiek.

Dobra, teraz załóżmy, że jednak uda Ci się utrzymać tę samą pracę przez wiele lat, może nawet do emerytury. Wyobraź sobie, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. Wstajesz. Idziesz do pracy. Wykonujesz te same czynności, już mechanicznie. Wracasz do domu. Jesz obiad. Oglądasz serial. Jesz kolację. Idziesz spać. I tak w kółko. Od zawsze na zawsze to samo stanowisko, obowiązki. Ten sam zakład. Wakacje z rodziną w Rewalu czy innym Władysławowie jako odskocznia od codzienności. Tak chcesz żyć?

Jasne, trochę przejaskrawiam.

Ale prawda jest taka, że większość tego typu prac nie ma perspektyw. A jak już się gdzieś tam utknie, to ciężko się wygrzebać. Nie mówię tutaj, że wykształcenie gwarantuje pracę pełną rozwoju, podobnie nie neguję, że i bez niego uda się trafić na ciekawe zajęcia. Patrząc czysto statystycznie niestety częściej to fizyczne zajęcia są mniej perspektywiczne.

Pewnie, powiesz mi, że „Ty nie jesteś wszyscy” i „Tobie na pewno się uda wstrzelić w ten mniejszy procent”. Przykro mi, ale każdy tak myśli. A jednak tę większość ktoś musi stanowić. I życzę Ci jak najlepiej, ale naprawdę szanse masz nieduże.

Istnieje szansa, że jesteś młodym biznesmenem.

Masz super pomysł, czujesz się urodzonym handlowcem, a przecież do tego nie potrzeba wykształcenia. Ważniejszy jest łeb na karku. Tu się zgadzam. Jednak znowu mam swoje „ale…”

Problemem, który nasuwa się jako pierwszy jest kapitał początkowy. Czy masz? Czy na pewno wystarczający? Jeśli nie masz, to pewnie chcesz zarobić – oblicz uczciwie, ile zajmie Ci zebranie go. Nie, nie chcę Cię zniechęcić. Chcę trochę ostudzić Twój zapał, żebyś podejmował swoje decyzje rozsądnie.

Dobra, masz już pieniądze. Ale czy naprawdę masz talent do biznesu? Czy Twój biznesplan jest realny, oryginalny i dopracowany? Możesz się boleśnie przekonać, że przeceniłeś swoje możliwości. I zostać z niczym, dosłownie. Poza tym nawet najlepsza firma z najlepszym zarządcą może zostać wręcz zdmuchnięta na skutek niesprzyjających okoliczności. Pojawienie się konkurencji, zmniejszenie zainteresowania usługą, nietrafiony wybór lokalizacji, brak solidnych pracowników, awaria sprzętu i konieczność jego wymiany, splajtowanie hurtowni… to tylko niektóre z możliwych przeszkód. Przeanalizowałeś dokładnie ewentualne zagrożenia i rozwiązania potencjalnych problemów?

Starczy o tej pracy. Przejdźmy do „po drugie”.

Po drugie, pomyśl o… bliskich. Tak, sama pisałam wyżej, żeby nie zdawać tych egzaminów dla kogoś, a jedynie dla siebie. Ale… tak znowu, mam „ale”.

Najpierw polećmy klasycznie – rodzice, dziadkowie, którzy niepokoją się o Twoją przyszłość. Myślisz, że im chodzi tylko o wtrącanie się w Twoje życie i układanie go po swojemu. Tymczasem oni po prostu boją się, że będziesz mieć całe życie pod górkę, że kiedyś zostaniesz z niczym – a na dodatek bez wykształcenia.

Taka jest prawda, nawet skończone tylko liceum już wiele ułatwia. Na przykład w Niemczech – do niektórych ofert, jakie przeglądam, wymagają po prostu wykształcenia, matury, szkoły. Nawet nie skończenia studiów albo specjalistycznych, profilowanych placówek. I samo liceum już sporo zmienia, w proponowanych stanowiskach i, oczywiście, w wynagrodzeniach.

Zastanów się, jaką wartość ma dla Ciebie rodzina.

Nie znam Twojej sytuacji, więc nie mogę z całą pewnością tego stwierdzić, ale założę, że masz mamę lub tatę, którzy się o Ciebie troszczą. Albo babcię, dziadka, ciocię, wujka. Kogoś bliskiego, komu na Tobie zależy. Jakąś osobę na pewno masz – nawet jeśli twierdzisz inaczej!

Pomyśl o nich. Wiesz, ile może im przykrości i zmartwień przysporzyć Twoja rezygnacja z nauki? Powiesz, że to Twoja sprawa i nie będziesz dawał im grać sobie na uczuciach. Masz rację. Ale kochasz mamę (tatę, babcię…), prawda? Chciałbyś, żeby była szczęśliwa, spokojna o Ciebie, dumna z Ciebie. Możesz to bardzo łatwo zrobić. Tak naprawdę, co Ci szkodzi spróbować? Na pewno to docenią.

Teraz znów skoczmy do przodu…

Twoja rodzina, założona przez Ciebie. Może już powstaje – jeśli masz chłopaka lub dziewczynę, to już można podciągnąć pod zalążek. Zakładam, że jesteś osobą odpowiedzialną, która jest gdzieś tam psychicznie gotowa na ewentualną nieplanowaną ciążę. O ile zdecydujesz się na urodzenie dziecka – lub Twoja dziewczyna się na to zdecyduje – to musisz być w stanie zabezpieczyć je finansowo.

Wiadomo, że w takich chwilach często właśnie rzuca się szkołę i idzie do pracy, ja jednak zachęcam do bardziej perspektywicznego myślenia. To powinno być rozwiązanie doraźne. Już nawet pomijając kwestie finansowe. Chyba chcesz, żeby Twoje dziecko mogło brać z Ciebie przykład. Chcesz być dla niego autorytetem, wzorcem. Okej, możesz nim być niezależnie od wykształcenia. Ale nie zdziw się, jak któregoś dnia usłyszysz „Ty nie skończyłeś głupiego liceum, nie mów mi jak mam żyć” albo „Dlaczego ja mam chodzić do szkoły, skoro Ty nie chodziłeś?”.

Tak, nie namawiam Cię do zdawania tego dla innych.

Nadal musisz to zrobić w zgodzie ze sobą. Tylko pomyśl, co Ci szkodzi podejść do tych egzaminów i mieć święty spokój. Z pracą zarobkową to nie koliduje. Możesz zdawać po kilka egzaminów w sesji. Nawet jak masz mieć same dwójki albo podejść do któregoś dwa razy, to co? Uwierz mi, że jesteś w stanie spokojnie zaliczyć wszystkie przedmioty chociaż na te 30%.

A tak po pierwsze Ty będziesz mieć już spokój, skończy się słuchanie tego biadolenia. Po drugie, rodzina będzie spokojniejsza. Po trzecie, jeśli Twój pomysł na życie kiedykolwiek nie wypali lub się coś popsuje, to zawsze masz już chociaż liceum skończone. Może nigdy Ci się to nie przyda, ale co jeśli jednak? Może warto mieć taką furtkę awaryjną?

I tak gwoli ścisłości – sama reprezentowałam raczej drugą grupę, o której zaraz.

Ale szczerze mówiąc, pisałam te egzaminy też po części dla świętego spokoju. Ja sama jakoś bym się bez tego papierka obyła, nie był mi on niezbędny i tak naprawdę gdyby nie dwie rzeczy, to bym olała sprawę. Pierwszą z nich było to, że już zaczęłam liceum i szkoda było mi zaprzepaścić całkiem te półtora roku męczarni.

Drugą było otoczenie, zwłaszcza najbliższe. Chciałam, żeby nikt nigdy już się ani do mnie nie przyczepiał o brak wykształcenia, ani nie martwił się, że zostałam niewyedukowanym cieciem. Także widzicie, zrobiłam to na pozór dla nich, a tak naprawdę dla siebie – bo chciałam, podkreślam, chciałam, żeby nikt mi nie mógł nic zarzucić.

Wolałam już zdać te egzaminy eksternistyczne i mieć świadectwo, potem maturę.

Chociaż nie mam nawet zamiaru iść na studia. Ale uznałam, że może kiedyś mi się zachce dalej kształcić, poza tym lepiej teraz zrobić niż później żałować, że zaniedbałam. Przyda się, nie przyda się – ale w razie czego jest. Zastanówcie się, czy nie warto w waszym przypadku postąpić podobnie.

→ Ludzie, którzy chcieliby się wykształcić, ale z jakichś przyczyn nie mogą się uczyć w dotychczasowej szkole.

To jest ta grupa, do której ja należę – przynajmniej w większości. W chwili pójścia do liceum, bardzo chciałam mieć dobre oceny, zdać maturę i pójść na studia. Niestety bądź stety, szybko mnie zniechęcono do wszystkiego – do szkoły, do życia i do siebie. Mówię „stety”, bo przynajmniej dzięki temu przewartościowałam sobie świat i znalazłam nowe priorytety, cele do realizowania. A „niestety”, ponieważ bardzo odbiło się to na mojej psychice i postrzeganiu swojej osoby. Nie będę teraz się już nad tym rozwodzić – jeśli kogoś zastanawia, dlaczego tak źle się tam czułam, to zapraszam tutaj.

Zdaję sobie sprawę, że takich osób jest więcej.

Wszystkim, którzy nie chcą lub nie mogą kontynuować standardowej edukacji szkolnej polecam bardzo egzaminy eksternistyczne. Wiem, jak bardzo można nienawidzić tego miejsca. Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie, ja sama długo szukałam. Dla mnie akurat to były egzaminy eksternistyczne. Ty oceń sam lub sama, być może te informacje jakoś Ci w tym pomogą.

Szczególnie egzaminy eksternistyczne polecam tym, którzy czują się niesprawiedliwie oceniani. Powody wymieniłam wyżej.

Szkoda zdrowia na toksyczne miejsca, jeśli można ich uniknąć. Ale też jest to wyjście dla osób, które z innych przyczyn nie mogą lub nie chcą dalej chodzić do swojej szkoły, a chciałyby mieć wykształcenie średnie. Warto spróbować! To naprawdę dogodny sposób na ukończenie szkoły, a daje takie same efekty, jak chodzenie przez trzy lata do liceum.

Na koniec chciałabym jeszcze omówić kwestię, którą chyba pominęłam w poprzednich częściach, a spotkałam się kilkukrotnie z pytaniami odnośnie niej. Mianowicie:

Czy matura osoby, która zdała egzaminy eksternistyczne różni się czymś od „normalnej”?

Nie. Absolutnie niczym. No, co najwyżej tym, że wypełniamy trochę inną deklarację. Poza tym podchodzimy do tego samego egzaminu, ba, nawet w towarzystwie „rocznikowych” maturzystów – OKE przydziela nas do szkoły w naszej okolicy (jeszcze nie wiem dokładnie jak – na jakiej podstawie itp. – ale będę uzupełniać te informacje) i zdajemy razem z jej absolwentami.

Oprócz tego warto zaznaczyć, że dużo częściej będziemy posługiwać się świadectwem dojrzałości, niż ukończenia liceum. Także to wyniki matury są istotniejsze, a najczęściej same egzaminy eksternistyczne są jedynie furtką, która umożliwia przystąpienie do niej.

Jest to szczególnie ważne dla tych z was, którzy boją się komentarzy w stylu:

„Jakieś dziwne to świadectwo, nie wiadomo, co on tam pokończył, to nie to samo, co normalna szkoła”… Okej, świadectwo „inne” (oczywiście tak samo wartościowe, ale wiadomo, że znajdą się sceptycy), ale matura już taka sama, jak wszystkie. To powinno zakończyć dyskusję. Jeśli nie, to już znaczy, że mamy do czynienia z kimś, kto zawsze będzie wszystko kwestionował, wykpiwał i umniejszał. Tak po prostu. I szkoda czasu na dalszą rozmowę.

Dobra, kolejny post-tasiemiec, ale chyba wyczerpałam temat „egzaminy eksternistyczne”.

Jeśli jednak coś będzie dla was niejasne albo o czymś nie wspomniałam, to zapraszam do pisania w komentarzach, na wszystkie odpowiem! A jeśli nie chcecie pytać publicznie, to napiszcie na maila: feedyoustrawberries@gmail.com

Mam nadzieję, że ta seria pomoże komuś w podjęciu decyzji, czy pisać egzaminy eksternistyczne albo przynajmniej wyjaśni, czym te egzaminy eksternistyczne są. Z mojej strony na ten moment to wszystko.

Małym uzupełnieniem będzie wpis o deklaracji maturalnej, jaką złożyłam i co nieco o procesie jej przetwarzania, jednak to za jakiś czas. Niedawno ją dopiero wysłałam, także niewiele teraz mogę powiedzieć, a chciałabym stworzyć o tym jeden, ale za to konkretny post.

Tymczasem znikam! Do następnego!