Życiowy update – czemu tutaj tak cicho?

Tak wiem, chwilę mnie nie było. I nie zabrzmi to optymistycznie, ale moja nieobecność się jeszcze przedłuży…

… ale z innego, milszego powodu!

Otóż ostatnie dni były trochę trudne, trochę zabiegane, trochę problemowe. I dlatego nie miałam chęci tutaj pisać, a nie chciałam na siłę wrzucać czegoś „aby było”, bo to się mija z celem. Myślę, że każdy, kto to czyta, będzie wiedział, co mam na myśli.

Ale teraz też znikam na jakiś czas. Tym razem bardzo się cieszę i mam nadzieję, że to będzie dla mnie jak najlepszy okres. Bo jadę na wakacje! Juhu!

Czas na wyjazd!

wyjazd

Za kilka godzin wyjeżdżam na lotnisko i piszę tę notkę w przerwie między skakaniem po walizce, żeby się domknęła a gorączkowym miotaniem się w poszukiwaniu czegoś, co mogłam zapomnieć. Nie chciałam jednak zostawiać was tak bez słowa, bo ta stronka wtedy wyglądałaby na bardzo zaniedbaną, podobnie jak ewentualni czytelnicy, także na szybko dałam radę coś tu naskrobać.

Po powrocie obiecuję, że się wami zajmę jak należy! Prawdopodobnie będą nawet filmiki z podróży! No, a zdjęcia i relacje to już na pewno.

wyjazd

Nie wiem, kiedy dokładnie zbiorę się, żeby zacząć opisywać wyjazd, bo być może zaraz jak wejdę do domu będę miała chęci coś dodać, a może dopiero po paru dniach. Ale postaram się jak najszybciej, żeby już was więcej tak nie zaniedbywać!

Także trzymajcie się cieplutko i do przeczytania za jakiś czas!

Recenzja nr 1 – Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie próżnowałam po publikacji tego wpisu – zaraz zabrałam się do roboty! Skoro już się zadeklarowałam, że przeczytam, no to nie ma co zwlekać. Zaczęłam od najważniejszej pozycji z listy – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. No udało się – jestem zaskoczona! Chociaż dość umiarkowanie. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię. Uwaga, bo będą spojlery. Zapraszam!

 
recenzja

 

Najpierw dość szczegółowe przemyślenia, a potem podsumowania plusów i minusów – kogo zatem nie interesują moje wywody, tylko chce od razu znać opinię, to zachęcam do zjechania niżej.

Może zacznijmy od ogólnych wrażeń.

Jak wspomniałam wcześniej, nie miałam zbyt wielkich oczekiwań, co do tej książki. Nie traktowałam jej jako biletu na nostalgiczną podróż w czasie. Nie zapalałam się do lektury – w końcu zabrałam się za to pół roku po zakupie. I chyba dobrze, bo całkiem miło się zaskoczyłam! Dałam się wciągnąć w akcję, nawet pojawiły się pewne emocje i uczucia względem niektórych bohaterów. Czasem się uśmiechnęłam, w paru miejscach zaskoczyłam, momentami też wzruszyłam. Z umiarem co prawda, ale było!

Co do postaci, to najbardziej poruszyły mnie te „nowe” – których wcześniej nie miałam okazji poznać.

Scorpius Malfoy:

Jako pierwszy w historii przedstawiciel rodu, zyskał moją stuprocentową sympatię i chyba był dla mnie niekwestionowaną gwiazdą całej fabuły.

Albus Potter:

Z drugiej strony, jako pierwszy w historii Potter, zniechęcił mnie do siebie swoją osobowością i postawą wiecznie niezrozumianego, rozkapryszonego dzieciaka. Egoisty, skupionego na własnym, wyolbrzymionym cierpieniu.

Rose Weasley:

Z nieznanych przyczyn, ktoś postanowił ją tutaj nazywać Granger-Weasley. Trochę mnie to rozbawiło, bo jedyne uzasadnienie tego podwójnego nazwiska to pycha jej rodziców, chęć podkreślenia, że ich córka to nie jakaś tam Weasley z kolei, tylko dziecko dwójki znanych czarodziejów. Może się mylę, ale w powieści była to po prostu Weasleyówna.

Ale co do charakteru – w sumie tak właśnie wyobrażałam sobie córkę Hermiony. Utożsamia jej wady – przerost ambicji i zamknięty umysł. Od matki różni ją zamiłowanie do Quidditcha, chociaż w sumie nie jest to zaskoczenie, tak samo, jak Albus w Slytherinie. Taki dość przewidywalny chwyt na pokazanie wielkiej różnicy między matką i córką, z gruntu podobnych.

Delphia:

Była dość przeciętnym zaskoczeniem jako osoba. Ot taka. Nijaka, jak na tak ważną personę. Przewidywalna. I w sumie utożsamiła całą opowieść, która była raczej tendencyjna – nie uświadczyłam niesamowitych zwrotów akcji. Może parę chwil wywowłało lekkie zdumienie, ale bez fajerwerków. Wszystko zmierzało do oczywistego happy endu.

Starzy znajomi z kolei…

Hmm…może nie rozczarowali, bo nie zakładałam, że będą wiernym odwzorowaniem powieściowych wersji. Ale zaskoczyli. Tym, jak bardzo się od pierwowzorów różnili.

Harry:

Był tam kimś zupełnie innym. Jakby zapomniał totalnie o swoim bezinteresownym alturizmie, który był jego znakiem firmowym. Dla niektórych głupota, dla innych szlachetność. Prawdopodobnie połączenie jednego i drugiego.

Tutaj mamy bezdusznego karierowicza, który dla pracy poświęcił rodzinę – o której tak przecież marzył! Mało tego. Mamy go zestawionego z egocentrycznym bohaterem przekonanym o własnej wyjątkowości. Zaprzeczenie całej osobowości, jaką poznaliśmy u J.K. Może sława uderzyła mu do głowy albo ma kryzys wieku średniego? No ale bez przesady.

Hermiona:

Hermiona jako minister magii… parsknęłam śmiechem, kiedy to przeczytałam. Ta dziewczyna w powieściowym życiu nigdy nie aspirowała do tego miana. Była daleka od polityki, bo zwyczajnie była na to zbyt rozsądna. Jej żałosne próby pozyskania autorytetu podwładnych mnie smuciły, zastanawiałam się, co ją skierowało na tę ścieżkę? Na drogę, do której nijak nie pasowała.

No i ten chłód w uczuciach, aż nienaturalny. Hermiona była z natury wręcz wylewna, to ona ściskała chłopaków przy każdej okazji, to ona się entuzjazmowała, nigdy nie kryła swojej radości na ich widok. Czerwieniła się z zapału, czytając wciągającą lekturę lub ze złości, kiedy Malfoy obrażał jej przyjaciół. A tam? Wyniosła i opanowana dama. Może dorosła, ale znów – bez przesady.

Ron:

Najbardziej z towarzystwa przypomina starego dobrego Rona. Tutaj w sumie nie mam zbyt wielu zarzutów, bo taki powinien być czterdziestoletni Ronald Weasley. Dalej trzyma się jego dość proste poczucie humoru, dalej żyje beztrosko i zdarza mu się powiedzieć zanim pomyśli. Ale coraz lepiej wychodzi mu zachowanie powagi w naprawdę wymagających tego sytuacjach.

On też się dość widocznie zmienił w stosunku do powieści – na plus. Łatwiej przychodzi mu mówienie o uczuciach. Niesamowicie wzruszył mnie, kiedy wyznał Hermionie miłość i zaproponował odnowienie przysięgi. Nawet lodowate opanowanie wspomnianej zainteresowanej w tym jednym, jedynym momencie stopniało.

Ginny:

Niby wszystko gra, ale coś mi zgrzyta. Może zbyt przyzwyczaiłam się do jej postawy wobec Harrego „sprzed małżeństwa” i trochę nie pasuje mi tutaj czasami jej stosunek do niego. Do ukochanego, na którego przecież tyle lat czekała. Teraz to on zabiega o nią, co jest przegięciem w drugą stronę. Trochę tłumaczy ją zachowanie Harrego w wersji karierowicza, zaniedbującego rodzinę. Ale generalnie to już nie była ta sama Ginny. Ta wesoła, dowcipna, charyzmatyczna. Tutaj jest taka bez wyrazu. Też dorosła? Po raz trzeci – bez przesady.

Draco:

Raczej poprawnie, nie był rażąco odmienny od tego, jak go sobie wyobrażałam. Chociaż trochę ta jego wylewność w uczuciach czasami mnie zakłuła. Nie dlatego, że nie podejrzewałam go o zdolność posiadania uczuć. Wiedziałam, że je ma, zresztą wcześniej też to okazywał. Ale robił to jak Malfoy. Przez czyny, nie słowa. Niezauważalnie prawie. Po cichu. I był w tym raczej oszczędny.

Mocno naiwna wydała mi się scena, gdzie zwierza się Harremu ze swoich problemów. Po pierwsze dlatego, że komu jak komu, ale Harremu? Po drugie, nie potrafiłby tak bez skrępowania wylać z siebie tylu emocji. On był skryty i taki miał być. Zrozumiałabym dowody sympatii czy gesty miłości względem syna, ale takie no… z wyczuciem i umiarem.

Dumbledore:

Pojawia się co prawda tylko w kilku urywkach, jako gadający portet, ale i tak mnie zirytował. Stał się potulnym barankiem, który płacze bez ustanku, kaja się za błędy całego życia i próbuje udobruchać Harrego za wszelką cenę.

Okej, mogła go trochę przytłoczyć świadomość, że chłopak poznał jego kłamstwa i sekrety. Ale nawet w książkowej scenie konfrontacji z Harrym, który już wiedział o jego mrocznych stronach, zachowywał trochę więcej fasonu.

Trudno mi zatem wierzyć, że skoro tamten moment zniósł ze zrozumiałym wzruszeniem i poczuciem winy, ale nadal jako opanowany mędrzec, to potem nagle tak mu odbiło. Opanowany mędrzec pośmiertnie stał się rozchwianym emocjonalnie, niemyślącym logicznie starcem. Czy wspominałam już o tym, że… no bez przesady?

Snape:

Podobało mi się to, że odegrał tak istotną rolę w fabule. I pokazał swoje dobre oblicze. Ale to też było podkoloryzowane względem pierwowzoru. Aż tak miłosiernym altruistą to on nie był. Zdawał się nawet wstydzić wielkich i szlachetnych czynów. A tutaj poznajemy go dodatkowo w mrocznych czasach, więc tym bardziej powinien zgorzknieć. Otwiera swoje serce praktycznie od razu podczas rozmowy ze Scorpiusem, bez żenady mówi o emocjach, czego przecież nigdy nie umiał. Nawet w stosunku do Lily, kobiety jego życia.

Dziwi mnie też, że wzmianka o niej nie spowodowała u niego grymasu, z którym powinien odfrunąć, zbawić świat i wrócić z jeszcze bardziej wykrzywioną twarzą. Tymczasem on mięknie jak plastelina i staje się aniołem stróżem uciśnionych. I ta eskalacja miłości do Harrego, z którym pewnie się zżył, ale chyba padłby trupem, jakby miał to przyznać. A tutaj bez wahania to robi.

Niektóre jego teksty były mocno naiwne i mało autentyczne. Mimo to, ogólnie pozytywnie go oceniam w tej wersji.

recenzja

No, to chyba wszyscy, którzy bardziej zwrócili moją uwagę. Wróćmy do samej opowieści.

Już napisałam, że była dość przewidywalna. Wiadomo było od początku, że skończy się dobrze. Od połowy już nawet można było się domyślić jak. Poza tym, główne motywy historii nijak miały się do realiów znanych z powieści i były wręcz nieprawdopodobne w tamtym świecie. Oprócz tego nie były specjalnie wyszukane i zaskakujące, raczej tendencyjne.

Córka Voldemorta? Błagam.

Czy przez 7 części nie próbowano nam udowodnić, że to nierealne? Tym bardziej czyni to taki zwrot akcji banalnym. I totalnie nieautentycznym. Pomijając to, że Voldemort nie potrafi kochać – w końcu mógł to zrobić z innych przyczyn niż miłość. Ale… jakich? Po co było mu dziecko?

Przecież sam miał żyć wiecznie… Odpada zatem zdecydowanie popularny argument, że chciał godnego następcy.

Przedłużenie rodu? Po pierwsze, to domena osób czystej krwi, a on nigdy nie przejawił podobnych poglądów. Po drugie, nienawidził swojego pochodzenia i rodziny, więc tym bardziej nie chciał tego utrwalać, tworzyć kolejne pokolenia. Robił wszystko, żeby jak najbardziej się odciąć od przodków, zniszczyć ród, a posiadanie dziecka temu przeczy.  Sam najpierw pozabijał Riddle’ów, doprowadził do śmierci ostatniego Gaunta i nagle miałoby mu zależeć na więzach krwi?

To może chciał kolejnego dziedzica Slytherina? Chyba przestało go to interesować, gdy opuścił szkołę. Nie było to już dla niego takie istotne, w swoim własnym kontekście tego nie wspominał. Jako nastolatek, który nie znał przodków, podniecił się tym, że jest potomkiem tak wielkiego czarodzieja. Ale w momencie wizyty u wuja już go nie obchodził Slytherin – inaczej pozostawiłby ostatniego, poza sobą, przedstawiciela rodu na łaskę losu. Chciał się odciąć od pochodzenia, a zatem także od Slytherina i nie zależało mu na dziedzicach.

A sama Delphia też rozczarowuje…

No ale okej, przyjmijmy już, że z jakichś tam powodów zdecydował się na potomka.

Córka Voldemorta i Bellatriks, dwójki najstraszniejszych postaci z powieści, powinna mieć zło w kościach, we krwi, skórze i włosach. Bezwzględność, brutalność, nieugiętość, duma, przekonanie o własnej wielkości – nawet bez wychowania przez rodziców to wydaje się jej obowiązkiem. Ma być samowystarczalna i gardzić innymi, wykorzystywać do własnych celów. Tak widzę dziecko tych dwojga.

A od twórców dostajemy… zagubioną, rozchwianą emocjonalnie i przerażajaco samotną, poszukującą akceptacji dziewczynę. Jedyne przejawy zła wynikają tylko z chęci naśladowania ojca (pomija zupełnie matkę, a ona również zasługiwałaby w tej kwestii na bycie wzorcem) i próby zmienienia przeszłości, swojego życia, odzyskania rodziny. Biedaczka, nawet nie wie, że mamusia i tatuś w żadnym razie nie daliby jej domowego ciepła. To znaczy, wydaje jej się, że wie, ale tak naprawdę to tego jej brakuje, na to liczy.

Bardzo mnie zirytowało to, że ona chciała powrotu Czarnego PANA. Zwracała się do niego PANIE. Przejawiała gotowość bycia jego sługą, nawet nie pomocnikiem. Z jednej strony wiem, że tego by Voldemort od niej oczekiwał, tak jak od jej matki, a ona chciała najbardziej na świecie jego akceptacji. Z drugiej strony… no nie. No tak nie powinna zachowywać się Delphia Voldemort. Ona powinna sama zapragnąć potęgi. Zostać Władczynią Ciemności. Być następcą ojca, nowym zagrożeniem dla czarodziejów, nowym złem. A nie usiłować przywrócić dawne zło.

Dlaczego ona miała tyle uczuć? Dlaczego nie była zimna i bezwzględna? Może w przeciwieństwie do Voldemorta nie była poczęta pod wpływem eliksiru, także teoretycznie mogła kochać. Ale córka samego Czarnego Pana i dodatkowo równie wyzutej z uczuć Bellatriks… To nie powinna być taka postać. Być może dlatego jest – bo to miało być mega zaskoczenie, dziecko Voldemorta kocha i chce być kochane. Dla mnie słabe.

Inne zgrzyty z powieściami? Był taki jeden…

Harrego boli blizna i rozumie język węży… Ja się pytam, jakim cudem? Zostało to wyjaśnione mniej więcej tak, że miało wrócić zagrożenie, że Voldemort się czaił… A guzik prawda! Mętne wytłumaczenie. Jak on mógł się przygotowywać do powrotu skoro de facto… nie istniał? Nie mógł zatem być świadomy tego, że jego córka planuje go przywrócić do życia i potęgi. A Harry niezaprzeczalnie utracił połączenie z umysłem Czarnego Pana i wszystkie zdolności w momencie, w którym przestał być horkruksem. Koniec. Kropka. Żadne wciskanie kitu o krążącym nad nimi Voldemorcie nie zmieni tego, że jest to jawna niezgodność z książką. Nawet jeśli by udało im się coś palnąć, że połączenie między nimi było głębsze, nie dotyczyło tylko cząstki duszy, to jest jeden haczyk nadal. Jak Harry mógł słyszeć myśli osoby, której… nie ma?

recenzja

A jak spodobała mi się budowa dzieła?

No, przesiadka z epiki na dramat mogła być wstrząsem. Była umiarkowanym. Wiadomo, że nie do podrobienia byłby styl J.K, także nie było co próbować tego ubierać w powieść. A tak było to całkiem ciekawe doświadczenie. Chociaż nadal widać, że nie pisała tego ręka autorki. Niektóre dialogi znacznie odbiegają jakością, poza tym trącają ogromną naiwnością. Można jednak przymknąć na to oko, jak pamięta się, że pisali to inni ludzie.

Zabrakło mi najbardziej wglądu w myśli bohaterów, charakterystycznego dla epiki wszechwiedzącego narratora – lub przynajmniej takiego trochę wiedzącego. Odrobinę osłodziły mi to didaskalia (wprowadzenia do scen, wtrącenia myśli), czasem trochę oczywiste, ale no dla scenariusza teatralnego niezbędne. Niektóre mnie szczerze rozbawiły, na przykład te z Ludo Bagmanem.

Nie spodobało mi się jeszcze to, że czas tak szybko biegł do przodu. Trochę smutno mi było, że nagle z ceremonii przydziału Albusa przebiegliśmy na początek czwartego roku, pozostawiło to sporo ciekawych wątków bez rozwinięcia.

Mimo to, jest to zrozumiałe i jest konsekwencją tego, że tak naprawdę to zapis sztuki, także musiał być odpowiedno okrojony i sceny musiały mieć stosowną długość. Poza tym narzekanie na to, że dramat nie ma cech powieści epickiej to jak narzekanie na psa, że nie miauczy. To są dwa różne gatunki i należało się liczyć z tą rozbieżnością, nie ma co mieć o to pretensji.

 

Wydaje się, że dość mocno skrytykowałam tę książkę…

… a przecież na początku napisałam, że byłam pozytywnie zaskoczona. Bo mimo wszystko – byłam! Opisałam swoje główne zażalenia, bo bardziej chciałam uzasadnić krytykę niż pochwały. Coś miłego będzie w podsumowaniu. Najpierw obiecane plusy i minusy – czyli co mi się spodobało, a co nie.

 

recenzja

Krótka opinia czy tam recenzja – co na plus, co na minus:

To mi się spodobało:

  • Dwie  alternatywne wersje wydarzeń obok głównej. Jedna z nich była raczej jasna, ale druga była ciekawą wizją świata „pomiędzy” – nadal pozbawionego czarnej magii, ale mimo wszystko smutnego.
  • Postać Snape, w serii trochę niedocenionego bohatera, jako kluczowego do naprawienia świata.
  • Ron nauczył się mówić o uczuciach i zyskał tym na mojej sympatii.
  • Scorpius Malfoy za całokształt.
  • Niektóre momenty potrafiły zaskoczyć, chociaż raczej nie miały wielkiego znaczenia dla całości.
  • Były bardzo śmieszne dialogi, głównie za sprawą Scorpiusa i Rona.
  • Didaskalia całkiem nieźle rekompensowały brak narratora.
  • Ostatecznie każdy bohater chyba się trochę opamiętał.
  • Kilka rozbudowanych wątków z przeszłości było trafnych i interesujących.
  • Draco Malfoy pouczający Harrego Pottera – słusznie skądinąd.
  • Chociaż dość przewidywalna opowieść to i tak pochłonęłam książkę „na raz”, w jedno popołudnie.

To mi się nie spodobało:

  • Sposób przedstawienia większości starych postaci. Być może to tylko moje wrażenie, ale wydawali się wyraźnie odbiegać od książkowych pierwowzorów. Można to zrzucać na to, że się przez te lata zmienili.
  • Świat jest taki piękny i wolny – na początku przecież nie ma zagrożenia – a i tak każdy jest jakiś smutny, sfrustrowany, niespełniony.
  • Albus Potter jako postać tragicznego wręcz bohatera. Egoista, co zostało mu wypomniane. Nie miał trudnego życia, a i tak znalazł sobie pełno problemów.
  • Sporo oczywistych lub naciąganych „zwrotów akcji” w stosunku do serii.
  • Delphia jako z gruntu dobra i spragniona miłości dziewczyna.
  • Naiwne kwestie wielu postaci.
  • Generalnie naiwne sceny, które w powieści nie miałyby miejsca, a na pewno nie w takiej formie.
Pomijam kwestie związane z budową książki – napisałam wyżej, dlaczego.

recenzja

Wreszcie podsumujmy…

Gdybym podeszła do tego, jako do 8. części przygód Harrego Pottera, pewnie srodze bym się zawiodła. Z całą pewnością nie jest to kontynuacja jego przygód. Specjaliści od marketingu próbowali nam to zasugerować, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.

Nie było fizycznej możliwości, żeby tak to określać.

Po pierwsze, wystarczy sam fakt, że autorką nie jest J.K, także mamy do czynienia z inną wizją, chociaż momentami mniej lub bardziej trafnie stylizowaną na oryginalne powieści.

Po drugie, książka dotyczy bardziej syna Harrego. W sumie ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem, bo Albus nie wpłynął na przebieg zdarzeń jednoznacznie. Równie dużo dołożył choćby Scorpius. W każdym razie – Harry jest tu dodatkiem.

Po trzecie, jest to zapis scenariusza. Jak wymagać od dramatu, żeby był kolejną powieścią?

Ja zabrałam się za to, jako za uzupełnienie sagi.

I wydaje mi się, że ta postawa pozwoliła mi się miło zaskoczyć. Pomimo sporej ilości scen banalnych czy naiwnych oraz tendencyjnej fabuły (operuję cały czas tym słowem i innymi pojęciami charakterystycznymi dla epiki, bo trudno mi znaleźć zastępcze, no a przecież to nie jest epika, także teoretycznie robię spory błąd… ale o tym wiem) momentami można było dać się porwać, czymś zadziwić.

Myślę, że jeśli ktoś liczył na kolejną część przygód Harrego to był skazany na gorzki zawód. Mnie to ominęło. Oddzieliłam w miarę możliwości jedno od drugiego. I chociaż różnice widziałam, chociaż mnie nieraz kłuły po oczach, to byłam na to przygotowana, więc jakoś to przełknęłam.

Całość potraktowałam jako historię alternatywną. Jedną z możliwych opcji rozwoju wydarzeń. I to pozwoliło mi ją docenić, bo nie była w gruncie rzeczy taka najgorsza. Ale to samo zapewniłby mi dobry jakościowo fanfik.

Fajnie, że powstał zapis tego scenariusza, że został wydany. Obejrzenie sztuki byłoby dla mnie wątpliwą przyjemnością, bo za mocno zżyłam się zarówno z własną wizją tego świata, jak i z wizerunkiem stworzonym przez filmy, które też bardzo lubiłam. Ale już na filmach nie raz ubolewałam nad rozbieżnościami, a co dopiero byłoby na przedstawieniu, gdzie nikt już nijak nie nawiązuje do moich bohaterów – chyba tylko imieniem. A tak, pomimo wszystko, zostało pewne pole do własnej interpretacji. Mogłam zatem znów zobaczyć Hermionę z burzą brązowych loków. Nie, nie mam uprzedzeń. Tak dla mnie prostu wygląda Hermiona.

Jeśli oceniałabym to jako kontynuację serii o Harrym Potterze, pewnie oceniłabym to na maksymalnie 2/10.

Pewnie tylko za to, że jest jakakolwiek treść. I papier. I okładka, nawet fajna.

Ale skoro podeszłam do tego tak, to ocenię również jako uzupełnienie.

Alternatywną historię tych panów oceniam na, uwaga, uwaga…

8/10

recenzja

 

No muszę to przyznać. Dałam się trochę zaczarować. Nie do końca, ale jednak. Jak usiadłam do książki, to oderwałam się dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania.

Na jedno krótkie popołudnie powróciłam do Hogwartu… nie w poszukiwaniu wspomnień, a po to, żeby zobaczyć, co tam teraz słychać.

I wrzuciłam powyżej pierwszą autorską fotkę na tej stronie. Nic szczególnego, następne będą lepsze. Ale w moim odczuciu ta recenzja jest teraz bardziej… moja.

Wiem, że moja recenzja nie jest najkrótsza, ale chciałam szczegółowo opisać wszystkie spostrzeżenia i odczucia. Była to w końcu ważna dla mnie książka.

A wy? Też przeczytaliście ten scenariusz? Jakie były wasze odczucia?

Początkujący Freelancer cz. 4: Na co uważać, a co nie jest takie straszne?

Kontynuacja cyklu, z którego skorzysta każdy początkujący freelancer i nie tylko! W tej części powiem trochę o rzeczach, które mnie osobiście martwiły, a okazały się niegroźne lub przeciwnie, nie przypuszczałam, że należy na nie uważać. Zapraszam!

Cykl „Początkujący Freelancer”:

    1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
    2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
    3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
    4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
    5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów

 

początkujący freelancer

To mnie niepotrzebnie zaniepokoiło:

1. Nie przenoś nigdy współpracy poza portal!

Wiadomo, że twórcy strony będą przed tym przestrzegać – dla nich każda współpraca zawarta za ich pośrednictwem to zysk. Prowizja za usługę to główny dochód, ale do tego dochodzą abonamenty, płatne testy i inne miłe rzeczy, o których wspomniałam w części 1.  Dlatego zrozumiałe, że będą starali się jak najbardziej was od tego odciągnąć. Ja na początku dałam się wciągnąć w to poczucie bezpieczeństwa na tyle, że zapomniałam o tym, że docelowo miałam zamiar się uniezależniać od tego typu serwisów (Dlaczego? O tym też będzie notka!), a zatem skoro natrafia mi się okazja, to powinnam korzystać!

W końcu ostatecznie dałam się namówić na częściowy kontakt przez email i przesyłanie tam „postępów”, ale i tak czułam cały czas niepokój. Niby kilent już pokazał uczciwość, wpłacając na stronę obiecaną zaliczkę, nie było innych powodów do podejrzeń. Ale dopiero po zakończeniu (szczęśliwym!) pierwszej współpracy ostatecznie zgodziłam się zrezygnować z pośrednictwa portalu. Teraz trochę żałuję, ale w sumie lepiej, że zdecydowałam się na to w momencie, w którym byłam całkowicie spokojna.

Ale was namawiam też do tego, żebyście, jeśli zaczynacie pracę korzystając z takich stron, stopniowo starali się przenosić współprace poza portale. Szczególnie jeśli czujecie, że możecie klientowi zaufać.

Jak sprawdzić potencjalnego zleceniodawcę? Czasem wystarczy kilka pytań i obserwacji:
  1. Czy są gotowi dać zaliczkę na początek pracy (ewentualnie po przesłaniu małego fragmentu np. 5 z 50 stron/tekstów itd.)? To zazwyczaj już wystarczy, żeby wykryć krętaczy.
  2. Zapytaj, czy możecie spisać umowę? Ja jeszcze tego nie zrobiłam – wytłumaczę niżej, czemu – ale to jest zwykle najpewniejsza forma zawarcia kontraktu, ma największą moc prawną i jest wiążąca nawet bardziej niż współpraca przez portal.
  3. Zwróć uwagę na to, czy klient nie ma oporów przed podaniem np. imienia i nazwiska czy nazwy firmy. Nie musi sam tego pisać, ale zapytany o takie w miarę podstawowe dane osobowe, których podanie Tobie ma uzasadnienie, nie powinien mieć z tym problemu. No chyba, że Ty je ukrywasz, wtedy to on może być podejrzliwy.
  4. Jeśli poda Ci adres email to przyjrzyj się mu. Czy wygląda profesjonalnie, jak np. firmowy, służbowy mail? Lub przynajmniej dość neutralnie – po prostu czy jest to adres, który sugeruje poważną osobę. Infantylne nazwy, dziwne ciągi liczb i znaków, nazwa stworzona w wyraźnym pośpiechu, nieznane domeny to są rzeczy, które powinny Cię zaalarmować.
  5. Masz jego imię i nazwisko? Albo nazwę firmy? Zrób małe śledztwo z pomocą wuja Google. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jeżeli pokaże Ci się on na stronie typu www.dlugi.info, to nie wróży to raczej dobrej współpracy. Chociaż też nie popadnij w paranoję skreślania go na podstawie zdjęcia z ostatniego melanżu na fejsie. Albo jakichś głupot zrobionych przed laty – a każdy z nas ma w internecie jakąś wstydliwą historię, którą chętnie by ukrył. Niestety, tutaj nic nie znika, ale takie ocenianie może być niesprawiedliwe. Zatem jak coś Cię zaniepokoi w wynikach wyszukiwania, zachowaj czujność i potraktuj to raczej jako sygnał ostrzegawczy.
  6. To chyba jest dość oczywiste, ale muszę wspomnieć. Jeśli zleceniodawca unika podawania terminów, kwot, wysokości zaliczek i innych warunków umowy – zwłaszcza wyraźnie o nie zapytany – to jest spora szansa, że nie traktuje Cię poważnie.
Podsumujmy.

Portale dla freelancerów to dobre źródło do zapoznawania potencjalnych klientów. Szczególnie skorzysta na tym początkujący freelancer. Warto jednak przenosić swoją działalność i ewentualne długoterminowe współprace poza portal. Przede wszystkim ze względów czysto ekonomicznych. Więcej o tym, dlaczego jest to istotne – jak już wspomniałam – będzie w osobnej notce. Jeśli czujesz, że możesz zleceniodawcy zaufać, to się nie wahaj. Zwłaszcza jeśli, podobnie jak ja, przedłużasz kontakt ze sprawdzoną osobą. Docelowo przecież dążysz do niezależności, a nie osiągniesz jej, jeśli będziesz kurczowo trzymać się pośredników – ze strachu. Często nieuzasadnionego.

 

początkujący freelancer

 

2. Jak nie współpracujesz przez stronę internetową to od razu spisuj umowę!

No właśnie, jak to jest? Umowa to akt prawny, który reguluje warunki wykonania usługi. Określa jasno zobowiązania między stronami. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale też i narzuca pewne warunki do wypełnienia na każdą z osób, która się na nią zgodzi.

Dlaczego zatem ja żadnej umowy jeszcze nie spisałam? Głupota i naiwność? Brak umiejętności dopilnowania swoich interesów? Ślepe zaufanie i wiara w niezachwianą uczciwość ludzi, dobro na świecie? Nieznajomość prawa? Cóż, o ile pozostałym punktom nie zaprzeczę z pełną mocą (ręki sobie uciąć nie dam, że tak nie jest, krótko mówiąc), to tego ostatniego raczej mi nie zarzucajcie – możecie się czasem nieźle zdziwić.

Tak, jestem przemądrzała, przechwalam się i w ogóle. Ale jestem byłą-niedoszłą studentką prawa. A co za tym idzie, całkiem nieźle znam się na przepisach i regulacjach z różnych dziedzin, szczególnie tych, które są mi potrzebne. No a jak czegoś nie wiem, to wiem, gdzie sprawdzić i sobie to zrobię. Tego niestety większości ludzi brakuje. Wystarczy trochę prawniczej gadki – ja mam ją wytrenowaną od dziecka, nie żebym ją wykorzystywała do własnych celów, skądże – i łykają wszystko, bez zastanowienia. Dlatego przy okazji apeluję – sprawdzajcie i poznajcie swoje prawa! Dzięki temu nie dacie się oszukać tak łatwo, ale też dowiecie się, kiedy zawalczyć o swoje, a w trudnych sytuacjach łatwiej będzie znaleźć najkorzystniejsze wyjście. Niektórzy płacą grube pieniądze różnego typu radcom prawnym za informacje, które, przy odrobinie inicjatywy i wysiłku, mogą wyszukać sami, w mniej niż 5 minut.

Trochę odbiegłam od tematu, ale nie do końca. Już wracam na właściwe tory. Nie napisałam tego akapitu wyżej, żeby się poprzechwalać – a nawet jeśli, to nie był jego główny cel. Moja znajomość obowiązujących przepisów pozwala mi na to, żeby bez ogromnego ryzyka nie spisywać jako takiej umowy. No właśnie – bo wróćmy do samego pojęcia „umowa”. Czym ona dla Ciebie jest? Świstkiem papieru z odręcznymi podpisami stron? Najlepiej potwierdzonym przez notariusza, prawda? A dla mnie to znaczenie jest znacznie szersze.

Co kryje się pod pojęciem „umowy”?

Nawet ustna deklaracja stanowi umowę. Oczywiście mówimy nadal o świadczeniu usług, chociaż to się tyczy też innych rzeczy – np. pożyczania pieniędzy. Tak, dobrze rozumiesz. Obietnica, kilka słów, może być podstawą do założenia sprawy w sądzie. Tego typu umowy są niestety najtrudniejsze do udokumentowania. Ale mają wiążącą moc prawną. A im więcej mamy dowodów, tym lepiej dla nas. Każdy prawnik w takiej sytuacji zaczyna od gromadzenia tego, co potwierdzi zawarcie i warunki danej umowy. To nie znaczy, że nie możesz sam tego zrobić – nawet jest to wskazane, bo usprawniasz tym samym ewentualne postępowanie sądowe.

Jeśli porozumienie między stronami jest gdzieś zachowane – masz w zasadzie wygraną pozycję. Im więcej takich poszlak, tym lepiej dla Ciebie w sytuacji, kiedy kontrahent nie dotrzymuje ustalonych zobowiazań. Wystarczy, że gdziekolwiek masz to zapisane i możesz potwierdzić, że Ty oraz zleceniodawca się dogadaliście. Chyba rozumiesz już, co mam na myśli? Zwykłe z pozoru maile, w których Twój klient wyraźnie opisuje proponowane warunki/zgadza się na Twoje to już są umowy! Nie mniej wartościowe niż te spisane w formie sticte „umowy” z podpisami i tak dalej. Co zatem stanowi dowody zawarcia i określenia szczegółów współpracy, na które możesz się śmiało powołać?

Mogą to być na przykład:
  • Wspomniane już maile. Co powinno w nich być? Wszelkie szczegóły współpracy: przedmiot umowy (w tym wypadku zlecenie i jego opis), termin wykonania i doręczenia, kwota, jaką zobowiązuje się zapłacić klient. Ewentualne zaliczki także – za co, ile i tak dalej. Bardzo istotne jest też potwierdzenie przesłania efektu pracy, najlepiej w umówionym czasie (chyba, że gdzieś masz udokumentowane to, że poinformowałeś o opóźnieniu i druga strona się na to zgodziła). To wszystko już z miejsca stawia Cię na bardzo dobrej pozycji, jeśli będziesz zmuszony walczyć o swoje drogą sądową.
  • Esemesy – tutaj podobnie, jak wyżej, czyli wszelkie potwierdzenia, zapytania, potwierdzenia co do współpracy.
  • Nagrania rozmów telefonicznych czy też na skype (drugie trudniejsze do uzyskania, ale trochę sprytu starczy). Nie jest prawdą, że własne nagrania nie stanowią dowodu w sprawie! Tak owszem, było, ale zmieniło się to jakiś czas temu. Musi spełnić jednak ważny warunek – nie może być nijak sprofanowane, a zatem nie wchodzi w grę żadna ingerencja (nawet drobna, np. poprawa jakości dźwięku), bo inaczej będzie ono odrzucone. Sąd sprawdzi wiarygodność oraz autentyczność dowodu i jeśli nie będzie miał żadnych uwag, to go dopuści. Nagranie jest szczególnie istotne w chwili, kiedy już wiesz, że Cię oszukano. Tak chyba najłatwiej zdobyć wartościowy argument na Twoją korzyść. Istnieje opcja, że klient będzie unikał odbierania połączeń, ale nie zawsze tak jest. Nie musisz go informować o nagrywaniu rozmowy – po pierwsze masz do tego prawo, jako jej bezpośredni uczestnik, po drugie w chwili, kiedy ma to stanowić dowód sądowy na naruszenie warunków umowy i ujawniać naruszenia masz pełne prawo to zrobić. Więcej o tym tutaj – podaję źródło, bo to częsta wątpliwość wielu osób. A takie nagranie ma ważną zaletę – jest autentyczne, a druga strona może się nieźle wsypać (skoro klient nie wie, że jest nagrywany, to nie będzie się hamował). Dlatego możesz w ten sposób zyskać silną kartę przetargową!
Zatem, czy naprawdę nie spisuję umowy?

Chyba dość dobitnie i łopatologicznie odpowiedziałam powyżej. Spisuję zawsze. Nawet jeśli nie w dosłownej formie. Oczywiście nie zniechęcam do sporządzania umowy! Wręcz przeciwnie. Jest to po pierwsze najbardziej wiążące, a po drugie daje komfort psychiczny. W końcu jest to wiarygodne zapewnienie o uczciwych zamiarach obu stron i świadczy o profesjonalnym podejściu. Chciałam po prostu pokazać, że to nie jest tak, że współpracując przez maila nie mamy żadnego zabezpieczenia. Dlatego ważne jest, żeby wyraźnie w wiadomościach określać warunki współpracy i dopilnować jednoznacznych deklaracji, potwierdzeń drugiej osoby. Was też do tego zachęcam. Tak samo jak do zapoznawania się z obowiązującymi przepisami. Z tego punktu i rady powinien skorzystać nie tylko początkujący freelancer. Warto być świadomym swoich praw!

 

początkujący freelancer

 

Na to nauczyłam się uważać:

1. Młody wiek klienta.

Sama jestem jeszcze dzieciakiem, zwłaszcza dla większości potencjalnych pracodawców. Dlatego na początku nie miałam żadnych obaw związanych z wiekiem klientów. Doświadczenie niestety pokazało mi, że sporo osób w moim wieku nie potrafi zachować się odpowiednio poważnie. O ile jeszcze do własnej pracy podchodzi profesjonalnie, o tyle do zlecania czegoś już mniej. Nie powiem, że skreślam kogoś za to, ile ma lat, bo to by była z mojej strony hipokryzja. Ale młody wiek wzbudza moją czujność, co do podejścia zleceniodawcy odnośnie współpracy.

2. Nie do końca profesjonalny kontakt.

Jeśli ktoś od razu wyskakuje do mnie per „Ty”, wstawia co chwilę emotkę i generalnie pisze jak do koleżanki na fejsie, to daje mi to dość uzasadnione wątpliwości, czy aby na pewno jest to poważna osoba. Nie mówię, że rozmowa ma być sztywna i ograniczać się jedynie do pracy. Sama nie lubię takiej wyniosłej atmosfery i chętnie pogadam też (w miarę rozsądku) na mniej oficjalne tematy. Ale po pierwsze, to musi być obustronna inicjatywa, a jeśli ktoś tak zaczyna rozmowę, to jestem pozbawiona wyboru. Po drugie, początek współpracy zwykle ukazuje podejście klienta co do niej. Taki mało profesjonalny wstęp raczej nie zwiastuje poważnego traktowania mnie, jako pracownika.

3. Pewne kraje pochodzenia zleceniodawcy.

I znów zaznaczę – ksenofobia jest mi naprawdę daleka. Ale oferty z niektórych państw zwykle wpisują się w utarty schemat. Bangladesz i Pakistan oznacza zwykle dużo pracy i śmieszne pieniądze – adekwatnie do podejścia freelancerów z tych krajów, o którym wspomniałam w części 1.  Przed zleceniami z Indii wystrzegam się najbardziej – stawki w ogłoszeniu są z kolei absurdalnie wysokie i najczęściej nieprawdziwe. Mają jedynie przyciągnąć naiwnych, a w trakcie negocjacji okazuje się, że faktyczna zapłata niewiele różni się od tej z dwóch poprzednich państw. Poza tym często oferta napisana jest łamanym angielskim, mało szczegółowa, podobnie trudny jest już sam kontakt z klientem. Może na moje postrzeganie Hindusów wpłynęła osobista uraza opisana w części 2. Ale i tak, nauczona doświadczeniem, unikam zleceń z tych krajów.

 

początkujący freelancer

 

Na ten moment to wszystko, czym, jako wciąż początkujący freelancer, mogę się podzielić.

Nie opisuję typowych zagrożeń w stylu „nowo założone konto, brak danych”, bo to miał być post o tym, co postrzegałam inaczej, a doświadczenie zmieniło mój pogląd. Póki co jest tyle takich lekcji, które wyciągnęłam z dotychczasowej pracy jako freelancer.

Pamiętajcie, że nawet jeśli opisałam coś, jako nie do końca niebezpieczne, nie oznacza to, że zagrożeń tam nie ma. Po prostu nie jest to aż tak straszne, jak ktoś może myśleć. Zachowajcie czujność zawsze, ale też nie bójcie się niepotrzebnie, bo możecie na tym sporo stracić.

Podobnie w drugą stronę. To, co wymieniłam jako sygnał ostrzegawczy nadal ma być jedynie potencjalnym ostrzeżeniem. Nie oznacza to, że jest to jakaś reguła, że tak musi być i koniec. Ja sama nie zamykam się całkowicie na współpracę, jeśli któryś z tych warunków jest spełniony. Inaczej sama wpędziłabym się w pułapkę, którą opisałam. Te czynniki zwyczajnie skłaniają mnie do dokładnego obserwowania klienta. Jeśli poza tym nie mam podejrzeń, to nie odrzucam oferty z marszu.

Nie zachęcam do bezgranicznego zaufania ani do przesadnego kierowania się jakimś uprzedzeniem. Jestem od tego daleka i do tego was nakłaniam – szukajcie złotego środka.

Podzielacie moje spostrzeżenia? A może macie własne doświadczenia, którymi chcecie się podzielić z innymi? Piszcie!

 

Ciekawe książki – 3 pozycje, które mam zamiar przeczytać w najbliższym czasie.

Ciekawe książki? Temat rzeka…

No ale jakie to są te „ciekawe książki”? Sprawdźmy, czy te się nadają do tego miana…

Znów tak trochę luźniej. Porozmawiajmy o książkach, a konkretniej o pozycjach, które mnie ostatnio zainteresowały i mam zamiar je pochłonąć w najbliższym czasie.
ciekawe książki

Przyznam się bez bicia, że od kilku lat strasznie krucho u mnie z czytaniem.

Pewnie głównym winowajcą jest internet, ale do niedawna miałam dość wymagający tryb życia i ciężko było mi znaleźć czas, a jak już go znalazłam, to łatwiej było otworzyć laptopa i włączyć coś na youtube, niż wytężać mózg i wzrok nad literkami. Nie oznacza to, że nie czytałam w ogóle, co to, to nie. Po prostu kiedyś, jako mała dziewczynka i młoda nastolatka byłam istnym molem książkowym i w porównaniu do tamtych czasów, to się opuściłam zdecydowanie i mam zapewne sporo zaległości.

Ale od jakiegoś czasu moje tempo życia wyraźnie zwolniło, więc zamierzam wreszcie sięgnąć po książki, które domagają się mojej uwagi od mniej lub bardziej dawna.

A jakie to są książki? Dzisiaj tylko je wymienię, powiem dlaczego i kiedy mnie zainteresowały, no i jakie są moje oczekiwania. Jak się będę z nimi po kolei rozprawiać, to oczywiście też będę zdawać relacje na bieżąco!

 

1. „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” – Jack Thorne i John Tiffany na podstawie serii J.K. Rowling

ciekawe książki

 

Chyba najważniejsza pozycja na tej liście.

Kiedy miałam 5 lat i przypadkowo mama kupiła mi drugą część przygód czarodzieja, nie podejrzewałam nawet, że na najbliższe lata zniknę z otaczającej mnie rzeczywistości. Tymczasem książkę dosłownie połknęłam i w ciągu kilku miesięcy znałam na pamięć całą serię aż do 6 części, a czas oczekiwania na 7… w sumie skłamię, jak powiem, że mi się dłużył. Bo tak się wczułam, że czytałam każdą poprzednią po kilka razy, od nowa, nie miałam dość. Byłam totalnie w innym świecie, odrealniona. A już szczególnie odstawałam od rówieśników, którzy ledwo składali literki w słowa, kiedy ja przed chwilą skończyłam kilka dość opasłych tomów opowieści o Harrym Potterze.

Niejedna łza skapnęła na papier podczas naszej wspólnej przygody. Ale jeszcze więcej było salw śmiechu, kiedy autentycznie nie mogłam się od tego powstrzymać. Rozstanie z nim, z moim przyjacielem, którego pokochałam jak brata, było dla mnie trudne. Stanowiło też koniec bardzo ważnego rozdziału w moim życiu. Czytając ostatnie zdanie czułam się, jakbym właśnie żegnała bliską mi osobę. Liczyłam się jednak z tym, że ten moment musi nadejść i pogodziłam się z tym. Panta rhei. Nie mogłam go przy sobie zatrzymywać, kiedy on musiał dorosnąć, pójść dalej. Ja też musiałam, chociaż wizyta w studiu Warner Bros pod Londynem trochę przeniosła mnie do dzieciństwa, które Harry Potter ukształtował, zmienił i niesamowicie na nie wpłynął. Tam znów go pożegnałam i ostatecznie dałam mu odejść.

Co myślę, przed przeczytaniem?

Informacja o 8. części w naturalny sposób mnie poruszyła, jak całą rzeszę pozostałych fanów, którzy tak jak ja szli z nim przez życie. I równie naturalne było to, że wszystkich ona podzieliła. Moją pierwszą myślą było „No tak, nie zabiją tak łatwo kury znoszącej złote jaja.” Potraktowałam to jako chwyt marketingowy, żeby wyciągnąć jak najwięcej kasy wykorzystując  mojego przyjaciela. Przyjaciela, który zgodnie z naturalną koleją rzeczy odszedł i każdy powinien mu na to pozwolić.  Utwierdziłam się w tym, kiedy poznałam więcej szczegółów:

  • Po pierwsze, autorką nie jest już stricte pani Rowling, a więc nie ma bata, żeby to miało ten sam klimat. No tego się nie da podrobić.
  • Po drugie, jest to jedynie zapis scenariusza sztuki. Zmiana formy z epiki na dramat zmienia w tym przypadku wszystko, dosłownie, o 180 stopni.
  • Po trzecie, nie skupia się ona na Harrym, a na jego synu. Prawidłowy tytuł powinien brzmieć „Albus Potter – Przeklęte dziecko Harrego”. No ale to już tak ładnie się nie prezentuje na półce, prawda?

Dlatego nie rzuciłam się na książkę od razu po premierze, mało tego, pozwoliłam jej przeleżeć pół roku na półce.  Nie  zrobiłabym tego pewnie, gdyby faktycznie były to przygody Harrego, napisane przez J.K w dawnym stylu. Chociaż, czy miałoby to sens? Skoro Harry poszedł dalej, na co wszyscy powinniśmy mu pozwolić? Skoro to już nie byłyby przygody młodego czarodzieja, a stateczne życie dorosłego faceta?

Mimo to, nie odpuściłabym sobie, gdybym nie zapoznała się z tą pozycją. Kieruje mną nostalgia. Gdzieś tam po cichu liczę, że znów uda mi się chociaż trochę porwać w magiczny świat. Nie mam zbyt dużych oczekiwań na to, że powróci dawny klimat. Chętnie dam się miło zaskoczyć.

2. „Szukając Alaski” – John Green

ciekawe książki

 

Ominęła mnie faza na „- Okay – powiedział, gdy minęła cała wieczność. – Może „okay” będzie naszym „zawsze”.
– Okay – zgodziłam się.” Nigdy mnie to nie zainteresowało. Może to przez tę całą otoczkę i nastolatki, które po obejrzeniu filmu dopiero dowiedziały się, że jest on na podstawie książki. I dumnie lansowały się, że heloł, czytają, więc są inteligentne i wrażliwe. Nie siedzą ciągle w necie, nie to co reszta. Oczywiście lansowały się w internecie. Poza tym, w większości przypadków była to pierwsza lektura dłuższa i bardziej wymagająca od notki ulubionej fashionistki, artykułu na portalu plotkarskim, opisu na tumblerze czy najnowszego tweeta Riri. Ośmielę się jeszcze stwierdzić, że interakcja dość pokaźnej części tych czytelniczek z książką ograniczyła się do wstawienia paru snapów, obowiązkowej fotki na insta oraz ustawienia gdzieś w opisie „Okay? Okay.”

Pozwoliło mi to niestety na automatyczne zaszufladkowanie autora jako pisarza mało ambitnych powieści dla rozchwianych emocjonalnie podlotków. Ostatnio postanowiłam to zmienić, bo nie lubię – bądź co bądź – bezpodstawnie kategoryzować.

Co myślę przed przeczytaniem?

Jako kandydata do zmiany mojej opinii o panu Greenie wybrałam tę pozycję z jego dorobku. Z kilku względów, a mianowicie:

  • Po pierwsze, wydaje mi się, że nie jest aż tak „mainstreamowa” i przewałkowana przez wspomniany przeze mnie wyżej typ osób. Jest to samo w sobie dość obiecujące, sugeruje trochę bardziej skłaniającą do głębokich przemyśleń treść.
  • Po drugie, jest to debiut, a zatem można stwierdzić, że czysta, niekształtowana pod rynek esencja tego, co autor miał na myśli.
  • Po trzecie, słabo byłoby wybrać do wyrabiania sobie opinii popularniejsze jego dzieła. Przede wszystkim dlatego, że to, co wchodzi do kultury masowej często nie jest najwybitniejszym, co twórca ma do zaoferowania. Te bardziej warte uwagi pozycje często są trochę przemilczane. Ta teoria sprawdziła mi się m.in. w przypadku zespołu Arctic Monkeys, którego kilka znanych piosenek lubiłam, ale nie zachęciły mnie do stania się fanką. Wcześniejsze, mniej przewałkowane utwory natomiast, kiedy ktoś mi parę pokazał, totalnie mnie podbiły i uważam je za dużo bardziej wartościowe.

Chcę przeczytać tę książkę ze świadomością, że będzie to bardziej lekka powieść. Takie też lubię, jeśli niosą za sobą emocje i refleksje. Być może pozostałe utwory Johna Greena także takie są, ale zraziły mnie wyżej wspomniane czynniki. Jeśli pozytywnie odbiorę tę pozycję, nie wykluczam, że chętnie sięgnę po resztę, już z nieco innym nastawieniem.

 

3. „Ostatnia Piosenka” – Nicholas Sparks

ciekawe książki
Zalega u mnie na półce od 2012 roku. Poważnie. Dostałam ją i odłożyłam automatycznie na półkę. Może wpłynął na to film, który wcześniej, piąte przez dziesiąte, bo gdzieś od połowy i nie do końca uważnie, ale obejrzałam. I chociaż nawet mi się podobał, to nie wywołał efektu WOW. Łezka może i się zakręciła w oku gdzieś pod koniec, ale nie był to seans, który jakoś mnie zmienił, wpłynął, skłonił do przemyśleń i przede wszystkim został gdzieś w głowie na jakiś czas. A takie wymagania musi spełniać dla mnie dobra pozycja filmowa czy literacka.

Drugim zniechęcającym mnie zjawiskiem było to samo, co w przypadku autora wyżej. Młoda, jeszcze niezbuntowana Miley oraz uroczy Liam z urodą Kena i nienagannym, śnieżnobiałym uśmiechem to była dość dobra reklama, która przyciągnęła do kin tłumy młodych widzów. Po obejrzeniu filmu nagle wzruszone i poruszone nastolatki tłumnie rzuciły się na książki pana Sparksa. Był to taki trochę wcześniejszy John Green. Wydaje mi się jednak, że serca tym razem topniały bardziej na widok szczerzącego się Liama niż pod wpływem przekazu literackiego. A może było mniej miejsc w necie, gdzie można było wstawić fotkę okładki tej lub innej powieści? Lub zabrakło chwytliwego cytatu na opis czy zdjęcie w tle. W każdym razie ta faza przeminęła znacznie szybciej niż „Okay?”

Co myślę przed przeczytaniem?

Być może warto było odczekać parę lat, żeby sięgnąć po tę powieść. Dlaczego postanowiłam to zrobić i dlaczego akurat teraz?

  • Po pierwsze, szum wokół książki i filmu dawno przeminął, popularność opadła, moje osobiste emocje też. Teraz mogę na chłodno ocenić treść, przekaz.
  • Po drugie, zawsze byłam zdania, że wersje książkowe były lepsze niż filmowe. Możliwe, że film mnie nie poruszył, bo aktorzy średnio się spisali, zabrakło ważnych wątków lub po prostu nie odpowiadała mi wizja reżysera? To jest właśnie wadą ekranizacji – jest już narzucony pewien obraz i mniej pola do własnej interpretacji.
  • Po trzecie, między Bogiem a prawdą, to średnio się wczułam w seans, chociaż próbowałam parę razy. Wspomniałam zresztą o tym. Może zabrakło odpowiedniego skupienia nad przekazem?
  • Po czwarte, chcę mieć własną opinię, którą mam czymś popartą. O ile jest już lepiej niż w przypadku pana Greena, którego w ogóle nie znam, o tyle obejrzany po łebkach film też nie daje mi stuprocentowego prawa do wyrażania swojego poglądu odnośnie pana Sparksa.

Nie będę ukrywać, że nie jest to coś, do czego się strasznie zapaliłam. Ale planuję przeczytać. Jest to ostatnia pozycja zarówno na tej liście, jak i w kolejce. Ostatnia pod względem „ważne, żeby znać”. Mimo to, pewną chęć na tę lekturę mam. Chociaż póki co,  nastawiam się na raczej dość prostą, bazującą na emocjach fabułę. Czy jest to jednak wada tej książki? Chyba z założenia taka ma być, lekka, trafiająca do przeciętnego odbiorcy. Nie wykluczam, że się pomylę i bardzo chciałabym, bo najbardziej lubię dać się zaskoczyć.
ciekawe książki

To już wszystko, co miałam dzisiaj do pokazania. Te właśnie książki prawdopodobnie zajmą najbliższe wolne chwile.

Czytaliście je? Zgadzacie się z moimi opiniami? A może jakoś was zaskoczyły? Piszcie!

No i jeśli chcecie mi polecić jakąś pozycję – niekoniecznie podobną do tych, bo jak wspomniałam lub nie, jestem otwarta na wiele różnych gatunków. W zasadzie to się nie ograniczam, podobnie jak z muzyką. Oceniam daną książkę po treści i przekazie, a nie autorze czy kategorii. Dlatego jeśli ostatnio coś was zachwyciło lub zaszokowało i chcecie się tym podzielić – także zapraszam do komentarzy!

Recenzje będą, także śledźcie bloga, tutaj także będę na bieżąco dodawać linki do poszczególnych wpisów odnośnie każdej z książek.

 

 

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces! Na pewno…?

Trochę odetchnijmy od freelancingu, bo co za dużo, to niezdrowo. Ten post będzie trochę bardziej lajtowy. Potraktujcie go zatem z lekkim przymrużeniem oka. Będą lifehacki? Zobaczcie sami!

 

lifehacki

 

Skąd pomysł na wpis?

Ostatnio wpadła mi w ręce gazetka JOY.  Nie jestem wierną fanką tego typu prasy… No dobra, już nie jestem, bo jak byłam młodsza, to i owszem, czytywałam regularnie. Było to jednak dekadę temu, a od tamtej pory poziom tych magazynów poleciał na łeb na szyję. Może gdyby było inaczej, to nadal kupiłabym od czasu do czasu Joya, Twista czy innego Cosmopolitana. Nie zamierzam z siebie tutaj robić koneserki kultury wysokiej, bo do takiej mi daleko. Każdy z nas lubi sięgnąć nieraz po coś lekkiego, nawet odmóżdżającego, nie ma co zaprzeczać. Po prostu nieudolne podążanie za trendami internetowymi i próba przeniesienia go na papier to przepis na porażkę, co oficjalnie stwierdzam po przeczytaniu tej gazety po dłuższej przerwie. Tego typu modne, cool wstawki spowodowały we mnie raczej zażenowanie. Zastanawiam się, kto jest odbiorcą tekstów – na pewno dorosłe kobiety czy może raczej rozchichotane trzynastolatki?

 

Ale do rzeczy.

Wśród tony infantylnych artykułów i miliona zdjęć zajmujących co najmniej pół strony znalazłam coś, co przykuło moją uwagę. Mianowicie listę zatytułowaną tak, jak tytuł wpisu – 22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces.

Stań się kobietą pewną siebie! Tak krzyczy wytłuszczony nagłówek. Zainteresowało mnie to, bo sama intensywnie pracuję ostatnio nad samooceną, więc taki zbiór porad wydawał się być napisany specjalnie dla mnie. Przeczytałam… i pomimo tego, że nie oczekiwałam wybitnej, naukowej analizy psychologicznej, to i tak się rozczarowałam. Połowa była tak banalna, że nie spodziewałam się, że trzeba o takich rzeczach mówić na specjalnej liście. Druga połowa to były albo bzdury, albo punkty zaprzeczające poprzednim. Nie jestem wybitnym psychologiem i nie chcę się wymądrzać, ale nawet średnio rozgarnięta w tym temacie osoba powinna to zauważyć. Dlatego postamowiłam sama omówić to zestawienie i zobaczyć, co naprawdę jest tam w miarę wartościową poradą dla osób pracujących nad pewnością siebie.

Nie będę bawić się w przepisywanie całego artykułu – napiszę nazwę punktu i jeśli nie będzie wystarczająco wymowna, to dodam „co autor miał na myśli”. Postanowiłam też wyróżnić tytuły kolorami, żeby mój stosunek do danej porady był jasny od początku:

  • WARTOŚCIOWA RADA – kolor zielony
  • BANALNE STWIERDZENIE – kolor żółty
  • BZDURA I/LUB ZAPRZECZENIE INNEGO PUNKTU – kolor czerwony

No to… nie ma co przedłużać, zobaczmy co JOY nam proponuje, abyśmy wszystkie STAŁY SIĘ KOBIETAMI PEWNYMI SIEBIE!
freelancer

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces!

 

1. Sama dla siebie.

Punkt mówi o tym, że „jeśli nie masz ochoty na imprezę, włącz status „niedostępna”, zostań w domu, w szlafroku, z Netflixem”… Serio? Takie coś już na pierwszej pozycji? Ogólnie uważałam zawsze za oczywiste to, że nie należy się zmuszać do robienia czegoś, na co nie ma się chęci. Poważnie jest ktoś, komu trzeba to tłumaczyć?

2. Patrz prosto w oczy.

Kontakt wzrokowy z rozmówcą to ważna sprawa, przyznaję. Ale powinien być naturalny. Kontrolowanie tego sprawia, że nie jest to już odruch instynktowny. A takie sztuczne świdrowanie kogoś wzrokiem może przynieść zmieszanie, a nawet dyskomfort drugiej osoby, zamiast obiecanego „zainteresowania, bo pokażesz, że jesteś szczera i skupiasz swoją uwagę na rozmówcy”. Zresztą, czy „szczere” i „kontrolowane” się nie wykluczają?

3. Mowa ciała.

Bądź wyprostowana, pierś do przodu, głowa do góry. I wyglądaj jak manekin na wystawie albo zadufana w sobie lala. Może trochę przesadzam, ale tutaj mamy do czynienia z podobną sytuacją, jak w poprzedniej radzie. Mowa ciała i wszelkie sygnały niewerbalne to nie jest coś, w czym warto grzebać. Trochę o tym wiem, bo robiłam artykuł naukowy na ten temat. Mamy tu do czynienia z popularnym mitem – pracuj nad mową ciała, to staniesz się pewny siebie. Tymczasem ten ciąg przyczynowo-skutkowy wygląda odwrotnie, to nasze gesty i postawa się zmieniają wraz z wzrostem samooceny. Zaobserwowałam to też po sobie. I mogę wam zagwarantować, że sztuczne, kontrolowane odruchy działają raczej na niekorzyść, bo są do wychwycenia. A nie da się w pełni zapanować nad mową niewerbalną, więc pod warstewką pozorowanych sygnałów kryją się te, które ukazują faktyczną niepewność.

4. Wiadomo!

Tutaj jest mowa o przyjmowaniu komplementów. Zamiast zaprzeczać, peszyć się lub – co chyba najgorsze – udawać fałszywą skromność, powinniśmy uśmiechnąć się i podziękować. To jest pierwsza rada, z którą się zgadzam, bo jako naród mamy zakorzenioną skłonność do odrzucania miłych słów na nasz temat i równie oszczędnie je dawkujemy. Nie chcę tutaj powielać stereotypów ani w żadnym razie ksenofobii, ale tak po prostu jest, kiedy się patrzy na ogół Polaków. W jednym z filmów Krzysztof Gonciarz, którego bardzo cenię, porównał Polaków i Amerykanów podczas śpiewania im „Sto lat”. Polak uciekał wzrokiem i błądził nim gdzieś dookoła, uśmiechając się wstydliwie. Amerykanin dumnie prężył się i pokazywał na siebie, zdając się mówić „tak, to na moją cześć śpiewają!” I to wydaje się być podsumowaniem tego punktu.

5. Sama natura.

„Jakkolwiek banalnie to brzmi – bądź sobą!” Zgadzam się. To brzmi strasznie banalnie. Jak można wymagać, żeby ktoś nas polubił, skoro pokazujemy mu kogoś, kim nie jesteśmy? Jak mamy czuć się dobrze sami ze sobą, kiedy siebie nie akceptujemy i uważamy, że jako ktoś inny zyskamy więcej? Wydaje mi się to oczywiste i znów, jak w przypadku pierwszego punktu, dziwię się, że takie rzeczy trzeba wyszczególnić. To jest pierwszy krok do zyskania pewności siebie, do osiągnięcia sukcesu. A że nie jest to takie proste… to już inna sprawa.

6. Wyróżniaj się!

Kolejna oczywistość. W tym punkcie autor(ka) radzi, żeby zrobić zwariowany manicure w poziomki (no faktycznie, szaleństwo…) lub zafarbować włosy na różowo (no tutaj już to jest pewien akt odwagi). Generalnie wiąże się to z punktem wyżej, jeśli będziemy mieć opory przed byciem sobą i wyglądaniem tak, jak chcemy oraz panicznie będziemy bać się opinii innych, to jak mamy siebie polubić? Po pierwsze banał, po drugie w zasadzie lekkie rozwinięcie poprzedniej rady.

freelancer

7. Broń kobieca.

Tutaj każą nam emanować kobiecością. Świetna rzecz, dla kogoś, kto lubi tak się czuć i wyglądać. Dla wielu osób może być to zapędzeniem się w pułapkę udawania kogoś, kim się nie jest. W ogóle nie rozumiem, dlaczego taki punkt jest na liście. Tłumaczy go jedynie fakt, że jest w typowo kobiecym magazynie. Mam nadzieję, że nie ma kogoś, kto ślepo uwierzy w tę listę. Inaczej ta kobieta dałaby sobie wmówić, że dopóki nie nosi kwiecistych sukienek i obcasów, nie ma loków do pasa i wytuszowanych rzęs, to nie osiągnie sukcesu. Widzicie tę hipokryzję?

8. Jedna na milion.

„Porównywanie jest ok, dopóki nie budzi w Tobie frustracji”. Jak dotąd drugi sensowny punkt w całym zestawieniu. Dalej jest napisane o tym, że powinno to budzić motywację i z tym się zgadzam w 100%. Zamiast patrzeć na czyjeś sukcesy z zawiścią, lepiej pomyśleć „hej, skoro ona może, to ja też!” i brać się do roboty!

9. Skacz na głęboką wodę!

„Przezwycięż strach i zaryzykuj!” Raczej się z tym zgadzam, ale uznaję to za kolejny banał, powtarzany i oklepany od lat. Ale faktycznie, warto się odważyć na coś, o czym od dawna marzymy. Szkoda, że rada niby ogólna, ale odnosi się raczej do pojedyńczego zdarzenia, np. skoku ze spadochronem. Autor(ka) zachęca nas do porzucenia kalkulacji i analiz. O ile w przypadku takich jednorazowych akcji ma to swój sens, o tyle dla osób, które planują większe przemeblowanie w życiu jednak nie jest aż tak wskazane.

Warto zaryzykować, ale trzeba przy tym mierzyć zamiary na siły. Nie będziesz graczem NBA, jeśli masz metr sześćdziesiąt, dlatego nie rzucaj pracy i nie wyjeżdżaj za ostatnie pieniądze do LA, bo chcesz spróbować to spełnić. Może przykład głupi, ale obrazuje to, o co mi chodziło – nie zniechęcam do radykalnych zmian, sama jestem wręcz ich zwolenniczką, zwłaszcza jeśli ktoś nie jest zadowolony z dotychczasowego życia. Ale nawet pogoń za marzeniami musi mieć ręce i nogi. Albo przynajmniej ręce.

10. Mamy to w nosie.

Przewrotny tytuł kryje nieco rozczarowujące wnętrze. Rada zaczyna się dość fajnie – mówi o tym, że nasz obraz jest odbierany wszystkimi zmysłami, dlatego zapach jest ważny. Na tym powinna się skończyć. Ale niestety, jest ciąg dalszy. Autor(ka) radzi, żeby dobrać mocne i intrygujące perfumy, jeśli chce być się kojarzonym z osobą silną blablabla. Hipokryzja w najczystszej postaci. Po pierwsze, nasz zapach to element mowy ciała i owszem, prawdą jest, że wpływa na to, jak inni nas postrzegają, ale wspomniałam wyżej, że lepiej z tym nie majstrować. Nasza podświadomość sama działa w kwestii zapachu. Intuicyjnie dobieramy taki, żeby nas reprezentował. Po drugie, samo narzucanie komuś, jak ma pachnieć, jest zaprzeczeniem dla całego artykułu. Przecież w tylu punktach wyżej podkreślone zostało, że należy być sobą, żeby się zaakceptować, a tu nagle taki klops. Spokojnie. Nie musisz dusić się wdychając własne, ale na siłę dobrane perfumy – robiąc tak dusiłbyś się samym sobą.

11. Zachwyć sama siebie.

Fajnie brzmi, co nie? A tutaj autor(ka) radzi, żeby unikać niedobranego stroju do okazji… wybierając małą czarną. Nawet nie wiem, jak to skomentować. Może po prostu wymienię punkty, którym to zaprzecza: 5, 6, 8, 9. Poza tym, asekurując się w ten sposób, wracamy do myślenia „a co inni powiedzą?” I po co cały ten artykuł?

freelancer

12. W blasku fleszy.

Punkt zachęca do sesji zdjęciowej z przyjaciółkami. Moim zdaniem, słaby pomysł. Ja osobiście wtedy pewnie złamałabym punkt 8, bo porównywanie się do koleżanek przyniosłoby mi wtedy frustrację, zazdrość i łzy. Sądzę, że nie tylko ja bym to tak odebrała. To nie jest opcja na poprawienie pewności siebie. Jeśli już jakieś zdjęcia, to tylko Twoje. Wtedy unikniesz myślenia, kto wyszedł na nich lepiej, kto się ładniej ustawił, przy kim wyglądasz źle… Ale to również nie jest pomysł dla osób, które bardzo nie lubią swojego wyglądu. W końcu skoro się sobie nie podobają, to oglądanie zdjęć raczej będzie nieprzyjemne i denerwujące. W każdym razie, ja tak się czułam, kiedy dawałam się namówić na tego typu sesje, czy ze znajomymi, czy solo. Może komuś to pomoże, ale nie wszystkim, niektórym może zaszkodzić. Dlatego zdecydowanie nie jest to uniwersalna porada, a zatem w tej formie nie powinno jej być na liście.

13. Bądź jak gwiazda.

Przytoczenie diastemy Georgii Jagger czy krzywych nóg Kate Moss. Faktycznie, dość dobra rada. Przyjrzenie się znanym osobom, które zrobiły swój znak firmowy z niedoskonałości może być budujące. Tylko nie należy zapominać, że one są na tyle pewne siebie, że nie muszą ich ukrywać, ale osoby z niską samooceną lepiej niech nie zaczynają od ekspozycji swoich niedociągnięć. Chorobliwe maskowanie kompleksów nie jest niczym dobrym i często wręcz zwraca na nie uwagę innych, ale ich wystawienie na widok publiczny może zaszkodzić choćby własnemu samopoczuciu. Zaakceptowanie niedoskonałości jest ważne, ale to wystarczy, żeby móc siebie samego polubić. Lepiej eksponować zalety wyglądu, które same w sobie zakryją mniej udane jego aspekty.

14. OMMMMM…

Co…? Już tłumaczę. Kiedy jesteś stremowany, weź głęboki wdech. Pewnie pierwszy raz o tym słyszysz i w życiu byś na to nie wpadł, prawda…?

15. Zachoruj na uśmiech.

Tutaj chodzi o to, żeby śmiać się. Po prostu. Zażartować i „nie bać się porażki”. Zakwalifkowałam do banału, bo wiadomo, że stres najlepiej rozładować uśmiechem, a dobry dowcip może rozluźnić najbardziej napiętą atmosferę i według mnie to raczej nie jest żadna tajemna wiedza. Ale trochę też kusiła mnie „bzdura”. Dlaczego?

Wracamy tutaj do mowy ciała. Radość powinna być naturalną reakcją i kontrolowanie jej w nadmiarze nie jest niczym dobrym. Wybuchanie sztucznym śmiechem i sypanie sucharami co chwilę, jeśli tak naprawdę żaden z nas mistrz dowcipu, może bardziej działać na szkodę zarówno naszego wizerunku, jak i samopoczucia. To wszystko musi przychodzić odruchowo, samoistnie. Ale być może chodziło o to, że często powstrzymujemy się od śmiechu w towarzystwie, żeby nie wyjść na idiotów, bo co ktoś tam pomyśli itd. I dlatego ostatecznie wybrałam „banał”. Bo to po prostu oczywiste i było już zawarte w poprzednich punktach – należy być sobą, nie ma co tego tak rozdrabniać.

freelancer

16. Ćwicz.

No, teoretycznie dobra rada. Ćwiczenia poprawiają samopoczucie i wygląd, a także zdrowie w ogóle. To jest jednak dość delikatna kwestia, ponieważ wiele osób się najzwyczajniej w świecie wstydzi lub nie potrafi dobrać sobie dyscypliny adekwatnej do możliwości. Dlatego brakuje mi rozwinięcia trochę tej rady, bo ważne jest zaznaczenie tego, że każdy powinien znaleźć sport i miejsce do uprawiania go zgodnie z własnymi potrzebami. Takie ogólne rzucenie „zacznij ćwiczyć” jest trochę niejasne dla kogoś, kto nie bardzo miał z tym styczność. I przez to wybierze opcję nieodpowiednią dla siebie – np. pójdzie na siłownię, chociaż krępują go ćwiczenia przy innych albo zacznie biegać, czego nienawidzi. A przecież można robić tyle fajnych rzeczy, w domu, poza domem, na dworze, na siłowni, samemu, z przyjaciółką lub z obcymi ludźmi… Możliwości jest wiele i ważne, żeby znaleźć tę najlepszą dla siebie. Tego mi zabrakło, ale w sumie rada dobra.

17. Ostatnie słowo.

Dziwny tytuł. Ale chodzi o to, żeby mieć własne zdanie. Wpadlibyście na to po samej nazwie punktu? Ja niekoniecznie. „Jeśli wiesz, że masz rację, stawiaj na swoim…” fantastycznie to brzmi. Chociaż zgadzam się z tym, że warto mieć swoje opinie, poglądy i się ich nie wstydzić, to mimo wszystko punkt oznaczam jako „bzdura”. A dlaczego? Ponieważ jest strasznie nieprecyzyjny i bardzo mnie to ukłuło. Nienawidzę osób, które robią z siebie ekspertów w każdej dziedzinie, tymczasem takie sformułowanie rady do tego zachęca. I zacytowany fragment, gwóźdź do trumny, nakazuje stawiać na swoim, ale tylko na podstawie przekonania, co do słuszności głoszonej teorii.

Po pierwsze, opinię można sobie wyrobić o wszystkim, ale jej głoszenie już powinno być poparte jakąś wiedzą w danym zakresie. Na przykład ja, wbrew pozorom, nie dementuję sobie tych punktów ot tak, bo ja mam inne zdanie. Każde stwierdzenie staram się uzasadnić.

Po drugie i najważniejsze – nie ma jednej uniwersalnej racji. Dlatego, jeśli ktoś zarzuci mi, że się mylę i będzie w stanie to sensownie uargumentować, to nie zamierzam się upierać przy swoim, tylko wziąć pod uwagę, że ten ktoś też ma swoją rację. Ta rada właśnie podkreśla hipokryzję wielu osób – z jednej strony miej swoje zdanie, z drugiej strony zabraniaj tego innym. Bo tylko Ty masz słuszność w tym, co mówisz. Moja racja jest dobra, bo jest moja. Koniec. Kropka.

18. Jesteś sexy.

Wbrew pozorom, punkt nie mówi o tym, żeby poczuć się dobrze we własnym ciele. Jest o… bieliźnie. Autor(ka) gwarantuje, że seksowna bielizna doda Ci pewności siebie. Pewnie, na pewno będę czuła się komfortowo z majtkami wrzynającymi się w różne miejsca ciała. Może komuś faktycznie to pomoże, chociaż trochę to bez większego sensu, bo tylko ta osoba będzie mieć świadomość, że zamiast bawełnianych fig z Tesco ma na sobie koronkowe stringi z Victoria’s Secret. No ale okej, psychologiczny chwyt. Natomiast ja wolę mieć na sobie ubrania wygodne, aniżeli seksowne.

Po pierwsze – bo skoro mam niską samoocenę, to średnio chciałabym eksponować wdzięki w kuszących ciuszkach.

Po drugie – bo komu miałabym je pokazywać na przykład w autobusie?

A po trzecie – uwierające majtki raczej nie poprawią mi samopoczucia w otoczeniu innych, a zatem średnio wpłyną na pewność siebie. Trochę to zaprzecza radom typu „bądź sobą”, „ubieraj się tak, jak chcesz”. No ale to tylko moje zdanie.

19. Hello sunshine!

Rada, żeby nie narzekać. Bo pozytywni ludzie przyciągną innych. Z jednej strony banał jak się patrzy, poza tym rozwinięcie poprzednich porad np. tej o uśmiechu. Z drugiej strony nadmierny, a przede wszystkim kontrolowany i sztuczny entuzjazm, jaki autor(ka) sugeruje to… ech, pisałam już tyle o tej mowie ciała, podczepcie to sobie do poprzednich moich stwierdzeń w tym temacie.

20. Czym się zajmujesz?

No i tutaj mamy radę, żeby znaleźć sobie hobby. Banał, bez rozwijania. Poza tym autor(ka) mówi, że to przyciąga innych. Może i racja, ale przede wszystkim trzeba to robić dla siebie, autentycznie i z pasji. Dopiero wtedy możemy po pierwsze czuć się sobą, a po drugie stanowić inspirację. Szukanie sobie zajęcia na siłę lub robienie czegoś „bo modne”, „bo zwrócę tym na siebie uwagę” przyniesie raczej frustrację i zmarnuje sporo czasu.

21. Jak na talerzu.

„Bądź szczera i mów otwarcie, co czujesz!”

Po pierwsze, banał.

Po drugie, było już w kilku wcześniejszych punktach.

Po trzecie, trzeba pamiętać o pewnym wyczuciu, bo klepanie co ślina na język przyniesie raczej nie pomoże w znalezieniu przyjaciół, a do tego odnosi się ten punkt.

Po czwarte, zawarty jest tam przykład, zacytuję: „Podoba Ci się chłopak ze służbowej stołówki? Daj mu znać jakimś małym gestem (patrz zdjęcie – na zdjęciu talerz z kanapką w kształcie serca, filiżanką kawy i uśmiechem z keczupu), że jesteś nim zainteresowana.”

Pomijając sformułowanie tego jak dla nastolatki podrywającej kolegę ze szkoły, to mimo wszystko należałoby zachować pewien rozsądek w tej kwestii. Spontaniczność jest fajna, a zaryzykowanie może się opłacić – o tym w sumie już było. Gorzej, jeżeli ten „chłopak” ma narzeczoną i planuje ślub, a Ty zamiast się wcześniej „wywiedzieć”, walniesz prosto z mostu deklaracją miłosną. Osoba pewna siebie jakoś to przełknie i pójdzie dalej. No ale to jest artykuł skierowany do tych, którzy dopiero nad tym pracują. I takim aktem… no w sumie głupoty można się jeszcze bardziej zamknąć w sobie, a najchętniej zapaść pod ziemię, a poza tym społeczny ostracyzm i wyśmiewanie także słabo wpływają na samoocenę. Dlatego miej własne zdanie i je wyrażaj – hej, taki punkt już był! – odważ się mówić o uczuciach, ale nie zapominaj o ociupince rozsądku. Na takie stuprocentowe ryzyko mogą sobie pozwolić tylko ludzie z niezachwianą pewnością siebie.

22. Kurs językowy.

Wbrew pozorom, nie chodzi o lekcje angielskiego. Autor(ka) zachęca do naśladowania Krystyny Czubówny. Ten ostatni punkt mnie załamał. Lektorski głos jest atutem… jeśli jesteś akurat lektorem. Ewentualnie przy czytaniu bajek na dobranoc. Nawet pani Czubówna w życiu prywatnym nie mówi w ten hipnotyzujący sposób. Zresztą spróbujmy sobie wyobrazić rozmówcę, który tak z nami rozmawia. Pomijając już wspomniane przeze mnie aspekty związane z eksperymentami nad mową ciała – tak, oczywiście głos i jego modulacja też się do tego zalicza – to zwyczajnie można wprawić innych w dyskomfort mówiąc do niego powoli, z nienaganną dykcją i takim właśnie uspokajającym tonem. Od biedy można by uznać, że taki kurs poprawi pewność siebie. Ale rada odnosi się do relacji międzyludzkich. Tutaj raczej nie zda to egzaminu.

freelancer

 

No to podsumujmy…

Na 22 porady raptem 4 były warte wspomnienia ich na takiej liście. Reszta to, według mnie przynajmniej, oczywiste oczywistości lub wierutne brednie. Takich zestawień tworzy się dość sporo, ale ja się pytam – dlaczego? Skoro połowa informacji jest powszechnie znana, a znaczna część z tych punktów mogłaby się zamknąć w jednym ogólnym. Najgorsze jest to, że część z nich zaprzecza sobie nawzajem, a nawet samemu pojęciu „pewności siebie”. Bardzo wiele  z nich jest też źle sformułowanych lub nie do końca rozwiniętych. I takie informacje przekazuje się ludziom, a jeśli ktoś ufa danemu źródłu, to się do nich zastosuje. I zrobi sobie niedźwiedzią przysługę.

Po co napisałam ten wpis? Cóż, nawet jeśli nie przeczytaliście tej listy w magazynie JOY, to większość z tych punktów to dość popularne mity krążące w internecie pod hasłem „zyskaj pewność siebie!”. Dużo z nich tyczy się mowy ciała, która akurat jest mi dość bliska, a o której przekazuje się powszechnie bardzo wiele nieprawdziwych informacji. Można powiedzieć, że również stworzyłam własną listę porad, które autentycznie pomogą wam w pracy nad samooceną. Nie zabrałam się za to całkowicie od czapy. Sporą część wiedzy mam z doświadczenia, bo jak wspomniałam, sama borykam się z problemami odnośnie samoakceptacji. Zachęcam was do spojrzenia chłodnym okiem na te punkty, wtedy zrozumiecie, dlaczego tak wiele oznaczyłam jako banał.

No i jeśli macie jakieś uwagi lub własne, sprawdzone rady w tej dziedzinie, to zapraszam do dyskusji w komentarzach!