Albania – Świat moim okiem #1

Postanowiłam rozpocząć kolejną serię postów na mojej stronie. Tym razem dotyczyć ona będzie mojej największej pasji – podróży i poznawania świata. Dzisiaj Albania, jeden z krajów, które udało mi się zwiedzić. Wybrałam właśnie ją na pierwszy wpis, ponieważ to tam odbyłam ostatnią większą podróż. Mogę zatem dzielić się przemyśleniami jeszcze, bądź co bądź, świeżymi.

„Szablon” do opisów tworzę teraz, na bieżąco, więc być może będzie on udoskonalony.

1 . Informacje ogólne
Albania

Nazwa: Republika e Shqipërise (pol. Republika Albanii)

Stolica: Tirana

Język: albański

Powierzchnia: 28 748 km² (dla porównania: Polska – 312 679 km²)

Liczba mieszkańców: 3 039 594 (dla porównania: Polska – 38 437 239)

Waluta: 1 lek = 100 qindarek, w obiegu głównie monety powyżej 5 leków (100 ALL = ok. 3,16 PLN)  

Strefa czasowa: zima: UTC +1, lato: UTC +2 (tak samo, jak w Polsce) 

Ustrój: republika

Głowa państwa: prezydent, obecnie Ilir Meta 

Głowa rządu: premier, obecnie Edi Rama

Religia dominująca: islam

Główne narodowości: Albańczycy 89,4%, Macedończycy 4,8%

Hymn: Hymni i Flamurit (Hymn o Fladze)

2. Moja znajomość z krajem

Ilość wizyt: 1

Kiedy i jak długo tam byłam: 20. czerwca – 4. lipca 2017 (równe 14 dni)

Jak się tam dostałam: samolotem

Miejsca, jakie zobaczyłam: Mali Robit, Berat, przejazdem Durres i Tirana

3. Najważniejsze informacje dla turystów

Jaki dokument zabrać?

Wystarczy dowód osobisty, ale warto mieć też paszport. Należy pamiętać, że granice funkcjonują (łatwo zapomnieć w dzisiejszych czasach). Kontrola odbędzie się zatem po obu stronach, w Polsce i w Albanii. Ze swojego doświadczenia dodam, że na lotnisku w Tiranie czeka się godzinami w kolejce do odprawy paszportowej.

Jaką walutę zabrać, kiedy i gdzie wymienić?

Polecam zabrać euro. Polskie złotówki będą tam raczej bezużyteczne.

W Albanii nie ma zbyt wielu kantorów jako takich, zwłaszcza na „osiedlach hotelowych”. Gdzie zatem dokonać wymiany?

Można szukać kantoru (ja żadnego nie widziałam, ale podobno są), większość hoteli także oferuje możliwość sprzedaży euro. Tylko czy to konieczne?

Chyba nie, bo ani razu nie skorzystałam z tych opcji. Dlaczego?

Dosłownie każdy sklep, restauracja, nawet stoisko na bazarku przyjmie od was euro. Resztę otrzymacie najczęściej w lekach, zatem przez jakiś czas problem z głowy. Można też zapytać o wydanie w euro, czasem sprzedawca sam o to pyta, ale nie zawsze, więc jeśli wam na tym zależy, to warto samemu poprosić.

Uważajcie tylko na przelicznik. Obecnie 1 euro to około 134 leki, wahania są nieduże, ale zawsze sprawdźcie aktualny kurs. W większych sklepach czy restauracjach najczęściej kasjer liczy na naszych oczach, potem pokazuje wynik na kalkulatorze i pyta „OK?”. Jednak naciąć się można szczególnie na tych bazarkach. Tam sprzedawcy bardzo lubią zaokrąglać 1 euro do 100 leków. A to już jakieś 25 centów różnicy, czyli 1/4 wartości!

Dlatego nie musicie wymieniać euro w ogóle, ale pilnujcie zawsze przelicznika.

Inne rzeczy, które warto mieć na uwadze.

Autobusy, przystanki, komunikacja publiczna.

W Albanii jest to dość dziwna kwestia. Nie ma rozkładów jazdy, autobusy jeżdżą tak, jak mają akurat ochotę. Przystanki istnieją w teorii, w praktyce przystanek to narysowany na ulicy prostokąt z napisem „BUS”. No okej, w większych miastach (np. Durres) jest też zatoczka, ale nigdzie nie widziałam takiej typowej wiaty, jaką my kojarzymy z przystankiem.

Ja się długo nachodziłam, zanim w końcu zauważyłam ten śmieszny „przystanek”. Ludzie raczej z tego nie korzystają, bo autobus zatrzyma się tam, gdzie o to poprosicie kierowcę lub tam, gdzie człowiek przy ulicy machnie ręką. Da się tak podróżować, tylko trzeba być czujnym i mieć to na uwadze.

Aha, no i też warto wspomnieć o samych „autobusach”. Wielkością przypominają raczej nasze busy i zazwyczaj są wypchane po samą szybę. Mimo to, kierowca nigdy – no może w ekstremalnych przypadkach – nie odmówi wam przejazdu. Nastawcie się zatem na bliskie kontakty z współpasażerami.

Plusem jest za to cena biletu. Są to sprawy groszowe. Na przykład za bilet z Mali Robit do Durres zapłacimy coś koło 60-70 leków, zatem mniej niż 3 zł. No i jak ładnie poprosicie kierowcę, to może was wysadzić nawet pod hotelem – a na pewno bliżej niego, niż mielibyście z któregoś „przystanku”.

Islam.

Jak napisałam w charakterystyce, Albania to kraj z dominującym islamem. Mimo to raczej nie trzeba się tego obawiać.

Po pierwsze, chrześcijan też jest tam sporo, a obie religie zgodnie współistnieją. Trochę więcej o tym napiszę niżej, w przemyśleniach o kraju.

Po drugie, sami muzułmańscy Albańczycy nie należą do ortodoksyjnych wyznawców.

Jeśli kogoś interesuje ta kwestia, to niżej o niej opowiem. Tutaj chciałam tylko zapewnić, że nie ma się czego bać. To znaczy wiadomo, zawsze i wszędzie można trafić na pomyleńców – niezależnie od kraju i wyznania – ale ja nie miałam niemiłych sytuacji na tym tle. Chodziłam dużo sama i nikt mnie nie zaczepiał. Na plaży i dookoła hoteli kobiety swobodnie chodzą w kostiumach kąpielowych. Osobiście nie odczułam nijak tego dominującego islamu.

4. Wrażenia turystyczne

Jaki typ wizyty złożyłam?

W Albanii byłam na wakacjach.

Podróż.

Wylecieliśmy samolotem z lotniska we Wrocławiu około 2 w nocy. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny, na miejscu byliśmy mniej-więcej o 5 rano. Z Tirany wystartowaliśmy o 11 lub chwilę po, a w Polsce wylądowaliśmy plus-minus 13.30.

Zakwaterowanie.

Mieszkałam w hotelu Fafa Premium i muszę przyznać, że naprawdę był on premium. Umiejscowiony jest na „osiedlu hotelowym” Mali Robit, jakieś 15 kilometrów od centrum Durres, 35 kilometrów od lotniska w Tiranie. Próbowałam jakoś znaleźć cenę za jedną noc w hotelu, ale udało mi się.

Cena za pokoje dwuosobowe w tej okolicy to około 125-200 zł. Pokoje trzyosobowe to koszt mniej-więcej 120-230 zł.

Atrakcje, jakie widziałam.

Berat

O wizycie w tym mieście pisałam już na blogu.  Ale pokrótce też opiszę tutaj najważniejsze punkty wycieczki, dla spójności notki.

Twierdza w Berat

Bizantyjska twierdza górująca nad miastem. Na jej terenie znajduje się Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przejścia między nimi, obchodzimy cały obiekt dookoła. Warto się tam udać, nawet jeśli nieszczególnie lubicie spacer po ruinach, właśnie dla zapierającego dech w piersiach krajobrazu.

Muzeum Onufri

Znajdujące się w starym monasterze muzeum ikonografii. Zabytkowe wnętrze kryje ogromny zbiór dzieł z różnych epok w dziejach.

Mangalem i Gorica

Dwie zabytkowe dzielnice Berat, rozdzielone rzeką Osumi. Historycznie jedna z nich była prawosławna, druga islamska, ale obecnie ten podział się zatarł. To właśnie dzięki nim Berat dostało przydomek „miasto tysiąca okien”. Architektura małych domków jest unikatowa na skalę światową.

To były najważniejsze punkty mojej wycieczki po Berat. Dokładniejszą relację zainteresowani znajdą tutaj.

Mali Robit

Nie wiem, czy osiedle hotelowe zalicza się do „atrakcji”, ale plaże jak najbardziej. Jak wyglądają tam plaże? Raczej piaszczyste, chociaż są też duże skupiska głazów wcinające się w morze. Część z nich jest na tyle zbita i długa, że stanowi naturalne molo, po którym można się przejść. Wzdłuż plaży są też zbudowane, „prawdziwe” promenady do morza.

Woda w albańskich morzach jest ciepła i przejrzysta. Udało mi się wypłynąć rowerkiem spory kawałek od brzegu, obserwowałam meduzy (inne niż nasze!), białe kraby i inne morskie żyjątka. Fajna przygoda, jak ktoś będzie w Albanii to polecam taką wyprawę!

Sama okolica to skupisko hoteli, knajp i straganów położonych między drzewami. Można wybierać się na dłuższe i krótsze spacery, ale raczej bez celu, bo nie ma zbyt wielu atrakcji. Jeśli szukacie typowo „miejskich” rozrywek, to trzeba będzie pójść na prostokąt BUS i wybrać się do centrum Durres.

Sklepów jako takich też nie ma zbyt wielu, znalazłam jeden market z prawdziwego zdarzenia po drodze na „przystanek”, czyli w miarę zbliżania się do drogi szybkiego ruchu. Nazywa się Conad i przypomina wielkością nasze Dino. Warto jednak wybrać się ten kawałek od hoteli i wszechobecnych stoisk bazarowych, bo tam jest po pierwsze: większy wybór, po drugie: niższe ceny i małe prawdopodobieństwo kantów przy przeliczaniu z euro.

 

4. Prywatne przemyślenia o kraju

Albania a religia

Już napomknęłam, a teraz rozwinę. Albania teoretycznie jest krajem w większości muzułmańskim. Mniejszość chrześcijańska jednak wcale nie stanowi aż takiej mniejszości. 60% osób wyznaje islam, a około 30% stanowią tam chrześcijanie, głównie odłam prawosławny, ale sporo jest też katolików.

Bardzo podoba mi się to, jak te religie zgodnie współistnieją.

Z opowieści rezydenta wiem, że na Boże Narodzenie muzułmanki chodzą do kościoła świętować, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z islamskimi przyjaciółmi święconką, a ci odwdzięczają się, zapraszając ich na uczty w czasie ramadanu.

Wynika to głównie z historii tego dość młodego kraju.

Większość mieszkańców pamięta jeszcze czasy Jugosławii, która walczyła z każdą religią po równo. Burzono i niszczono wszystkie świątynie, niezależnie od ich przynależności. Dlatego chrześcijanie wraz z muzułmanami ramię w ramię bronili zarówno cerkwi czy kościoła, jak i meczetu.

Poza tym sami Albańczycy też nie należą do fanatyków religijnych.

Rezydent opowiedział też o swoim trzydziestoletnim koledze, muzułmaninie, który nigdy nie był w meczecie. Nie uświadczyłam też opatulonej od stóp do głów w burkę osoby. Owszem, widywałam kobiety w chustach, ale to już w miastach, nie w wioskach turystycznych. Jedna z nielicznych, które zapadły mi w pamięć, na oko dwudziestoparoletnia, szła z dwiema „normalnie” ubranymi dziewczynami w swoim wieku.

Akurat w tej kwestii, moim zdaniem, wiele krajów – w tym Polska – mogłaby się sporo od Albanii nauczyć.

Poziom życia

Z tego, co zaobserwowałam, w Albanii jesteś albo bardzo bogaty, albo skrajnie biedny. Nie ma nic pomiędzy.

Jest to charakterystyczne dla gospodarek, które dopiero się budują. Zwłaszcza w krajach postkomunistycznych.

Jednak problem jest wyraźnie widoczny. Albania bardzo stara się, żeby okolice turystyczne (hotelowe, bo przy atrakcjach ciężko z tym walczyć) były jak najmniej narażone na widok ubóstwa, ale gdzieś tam się to przedziera. Nie wspominając już o dużych miastach.

Jeśli chodzi o większe miejscowości, to widok bosej, zniedołężniałej babinki grzebiącej w śmietniku jest czymś powszednim. Każde miejsce skupiające turystów jest okraszone przynajmniej jednym żebrakiem, często kalekim. Na przykład pod monasterem w Artemidze widziałam człowieka bez obu nóg – poruszał się odbijając się rękoma od ziemi. Był też drugi, który siedział pod murkiem i grał na flecie bliżej niezidentyfikowane melodie. Wyjeżdżając poza strefy „reprezentacyjne” miast, na przykład w trakcie przejazdu między dwoma zabytkami, wkracza się na blokowiska, które aż zieją pustką i biedą. Nie odważyłabym się tam zagłębić sama.

Osady hotelowe są nieco od tego izolowane, ale nie uniknęłam całkiem widoku nędzy.

Kilkukrotnie spotkałam chłopca, około dziesięcioletniego, jak krążył z pustym kubkiem między straganami i hotelami. Właściciele zwykle go przeganiali, żeby nie straszył turystów. Do mnie nigdy nie podszedł. Parę razy uśmiechnął się, gdy się mijaliśmy, ale nie zagadał.

Któregoś razu szłam do sklepu i spotkałam go po drodze. Jakiś litościwy restaurator dał mu bułkę od kebaba (musiał to być ktoś z obsługi lokalu, bo była sucha). Chłopak szedł szybko, ale jej nie jadł. Trochę się zdziwiłam, myślałam, że jest głodny. Tak się złożyło, że szliśmy w tę samą stronę. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę z trójką małych dzieci, siedzącą pod drzewem. Dwoje miało po kilka lat, najmłodsze karmiła piersią.

Tak, on niósł tę bułkę dla nich. Sam jej nie tknął. Ciężko jest żebrakom poruszyć moje serce, bo w życiu spotkałam więcej oszustów niż uczciwych ludzi. Ale ten chłopak wyjątkowo mnie ujął.

W drodze powrotnej spotkałam już całą rodzinę. Dzieci piły wodę z fontanny, matka siedziała na niej i patrzyła tępo w przestrzeń.

Dysproporcja między niewielką grupą zamożnych osób, a ogromem ubogich jest naprawdę duża.

Przeciętne wynagrodzenie w Albanii to 380 euro. Ale pamiętajmy, że jest to „przeciętne”. Czyli zawyżane przez tych zarabiających całkiem przyzwoicie. Tendencja jest dobra – Albania otworzyła się na turystykę, co stanowi mocnego kopa dla jej mizernej gospodarki. Jednak obawiam się, że jeszcze sporo czasu minie, zanim powstanie tam tak zwana „klasa średnia”.

Takie rzeczy tylko w Albanii…

Dobra, było ponuro, teraz może coś weselszego. Albania jest dziwna. Strasznie dziwna. Po tygodniu spędzonym tam, już niewiele was zaskoczy.

Słupy elektryczne w środku jeziora? Trust me, I’m engineer.

Ferma drobiu w samochodzie? Byle stał w cieniu.

Wózek „złomiarski” ciągnięty przez konia? Prawie jak dorożka.

Jest też wersja „riksza”, bardzo popularna. Składa się również z wózka „złomiarskiego” oraz… połowy motoru na przedzie. Przy czym na miejscu kierowcy mieści się przeciętnie około trzech osób, a w wózkach nawet osiem i więcej.

Publiczna toaleta czy rezerwat ornitologiczny? Czasem trudno się połapać. Szczególnie, gdy po wyjściu z kabiny widzisz kilkanaście osób robiących zdjęcia ptaków i gniazd na ścianach.

Takie smaczki najbardziej zapadły mi w pamięć, ale prawda jest taka, że tam na każdym kroku trafiacie na paradoksalne – z naszej perspektywy – rozwiązania. Każdy orze jak może.

5. Podsumowanie

Jak oceniam walory turystyczne: 9/10

Jak oceniam inne aspekty życia: 6/10

Czy chciałabym tam wrócić: Myślę, że tak, bo żałuję, że nie zwiedziłam dokładnie centrum Durres i Tirany.

Co polecam zobaczyć: Berat, Durres, góry w pobliżu granicy z Macedonią

Ulubione miejsce: Osiedle tysiąca okien

Miejsce, które mnie zawiodło: monaster w Artemidze – głównie dlatego, że odmówiono nam wejścia, pomimo rezerwacji

Co chciałabym jeszcze odwiedzić: Durres i Tirana

 

Ocena ogólna: 7/10

 

Ps. Dołączyłam do portalu bloglovin, także jeśli ktoś chce mnie zaobserwować, to zapraszam 🙂
Moja strona na Bloglovin

 

Berat

Berat – Miasto Tysiąca Okien (relacja + vlog)

Jednym z kilku miejsc, jakie udało mi się zwiedzić podczas pobytu w Albanii było miasto Berat. Jest ono na liście UNESCO – z powodu charakterystycznego usytuowania osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych dzielnic na wzgórzach zwane „Miastem Tysiąca Okien”. Miejscowość liczy sobie około 2400 lat! Zapraszam Was na wspólny spacer po tym niesamowitym miejscu!

Berat

Twierdza w Berat – tam zaczęłam wędrówkę.

Pierwszym zwiedzanym przeze mnie miejscem była bizantyjska twierdza. Co mogę o tym miejscu powiedzieć?

Cóż, zdecydowanie zacznę od kwestii bardziej praktycznych. Jeśli kiedykolwiek będziecie odwiedzać to miejsce, nie zapomnijcie o sportowych butach! Ja, przygotowana na spacer po ruinach, założyłam sandałki – owszem, dość wygodne, ale na przechadzkę po mieście. Tymczasem czekała nas wyprawa pod całkiem stromą górę, wyłożoną kamieniami, na których (biorąc pod uwagę dodatkowo 40 stopni upału) nogi ślizgały się niczym na lodowisku.

Ogólnie pod tę górę prawie w całości podjechaliśmy autokarem, co uważam za dobre rozwiązanie – chociaż wspinaczka mnie nie ominęła, to pozostało jej stosunkowo niewiele, patrząc na całokształt.

Na terenie samej twierdzy znajdowały się 3 kluczowe miejsca do zobaczenia. Było to Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przechodzenia między nimi, obeszliśmy cały obiekt dookoła.

Wzdłuż całej trasy znajdowało się mnóstwo stoisk z ręcznie robionymi… no właśnie, jak to określić… tkaninami? Były tam ubrania, serwety, obrusy, zasłonki, haftowane obrazki… Wszystko.

Berat

Czym jest Muzeum Onufri?

Jest to muzeum ikonografii. Mieści się w starym monasterze. Z pewnością jest to miejsce klimatyczne, z dużą historią.

Obecnie trwa renowacja zabytkowych fresków na ścianach, które w komunistycznej – a zatem walczącej z religiami – Jugosławii uległy zniszczeniu. Konkretnie zamalowane zostały wapnem, aby trwale znikły. Odnowa idzie całkiem nieźle, ja już mogłam dopatrzyć się nawet szczegółów na malunkach.

Oprócz tego, a także zabytkowego wnętrza, główną atrakcją są ikony pochodzące z różnych okresów w dziejach. Wszystkie są zachowane wręcz w nienagannym stanie. Z tego też względu nie powinno się we wnętrzach robić zdjęć ani nagrywać – oficjalnie nie można w ogóle, praktycznie dozwolone jest to, dopóki nie używa się lamp błyskowych.

Berat

Co widać z punktów widokowych?

P I Ę K N O.

Po prostu. Ja nie potrafię tego ubrać w inne słowa.

Widać góry, doliny, domki, rzekę, mosty. Widać najzwyczajniej piękno otaczającego świata. Żadne zdjęcia, nagrania, a tym bardziej słowa tego nie oddadzą. To trzeba zwyczajnie zobaczyć na własne oczy.

W momencie, kiedy zobaczyłam krajobraz, wszystko straciło na znaczeniu. Temperatura dookoła, palące słońce, trudy wspinaczki. To była zdecydowanie chwila, która przeniosła mnie, a wręcz zabrała w inny świat. Czas na chwilę się zatrzymał. Byłam tylko ja i potęga natury, która namalowała widok zapierający dech w piersiach. No, z małym wkładem człowieka, który tym razem nie popsuł, a wzbogacił ten obraz urokliwymi domkami.

Berat

A po zejściu z góry…

Gdy opuściliśmy już szczęśliwie (to nie jest przesada – naprawdę trzeba było sporo szczęścia, żeby w jednym kawałku dostać się na dół po stromym i śliskim zboczu) teren twierdzy, zjechaliśmy do Berat właściwego.

Tam czekały na nas dwie zabytkowe dzielnice – Mangalem i Gorica, rozdzielone rzeką Osum. Pierwsza z nich historycznie była prawosławna, naprzeciw niej powstała jej bliźniacza, muzułmańska wersja. Dzisiaj ten podział już zanikł, ale urok białych domków z brązowymi oknami pozostał.

Stojąc tam, rozglądając się wokół, można faktycznie odnieść wrażenie, że otacza nas co najmniej tysiąc okien. Jest to widok zaiste niespotykany nigdzie indziej, wyjątkowy.

Nad nami górowała twierdza, a powiewająca flaga pokazywała nam położenie jednego z punktów widokowych. Z dołu wyglądało to imponująco – byłam dumna z siebie, że weszłam aż tam. Dużą część wjechałam? Cichutko, to przemilczmy.

Berat

Dalej, spacerkiem po Berat…

Po obejrzeniu dzielnic, którym miasto zawdzięcza swój przydomek, udaliśmy się, ehh… w górę. Zdecydowanie jest to górzysty teren. Po drodze zatrzymaliśmy się obok jednego z licznych minaretów, a niedaleko za nim była też ładna cerkiew. Podobało mi się to, że te dwie religie, dwie kultury, które kształtowały Berat tak subtelnie się przenikają i zgodnie współistnieją.

Dotarliśmy wreszcie do promenady spacerowej, niestety, ale wyeksponowanej na pełne słońce. Byłam zbyt zmęczona upałem, więc rywalizację o moje względy wygrał położony obok park. Tam cień drzew dawał małą, ale odczuwalną ulgę i wytchnienie od temperatury wokół.

W parku znalazłam elegancki budynek, który okazał się biblioteką. Weszłam do środka, ale nie było tam niczego interesującego, postanowiłam więc obejść ją dookoła. A chwilę później oniemiałam. Za biblioteką skrywał się gmach uniwersytetu. Mieścił się w eleganckim… nie wiem, jak to określić. Pałacyku? Chyba najwłaściwsze słowo. Tak czy siak, bardzo piękna budowla.

Berat

A już po wyjeździe z Berat…

Tak, pożegnaliśmy się z Berat i w drodze powrotnej mieliśmy jeszcze zajrzeć do monasteru w Artemidze. Kolejna wspinaczka, kolejna góra, kolejne kamienie i… rozczarowanie.

Z powodu remontu było ograniczenie wizyt i każdą należało zgłosić. Okej, tylko my byliśmy tam… 3 dni po planowanym zakończeniu, także teoretycznie nas to nie obowiązywało. Praktycznie prace renowacyjne nadal trwały, a pan gospodarz nie chciał nas wpuścić. Po długich negocjacjach, kiedy już przygotowałam się na to, żeby odpuścić i zejść na dół, udało nam się jednak wyprosić wejście – ale tylko na dziedziniec.

Było na nim duszno, nic nie można było tak naprawdę zobaczyć, więc poddałam się ostatecznie i wyszłam. W ten sposób Artemida zapisuje się negatywnie w mojej pamięci.

Berat

Na koniec – relacja video!

Zapraszam do obejrzenia relacji w formie vloga!

Długo to trwało, trochę powalczyłam, ale wreszcie udało mi się go zmontować. Jest to mój debiut, także proszę o wyrozumiałość dla mnie i moich niedociągnięć.

Polecam jednak zajrzeć – widoki w pewnych momentach są niesamowite. Poza tym, jest to dobre uzupełnienie mojej opowieści o Berat.

Link do filmu

To tyle na dziś! Ale to dopiero początek moich podróżniczych wpisów…

 

Wakacje – jak je spędziłam? Powrót z dwutygodniowego urlopu w Albanii.

Jak było w Albanii? Czy warto tam spędzić wakacje?

wakacje

Jestem wypoczęta, zrelaksowana i pełna pozytywnej energii! Było świetnie! Albania jest dobrym miejscem na wakacje – zdecydowanie zachwyca, ale też zaskakuje…

wakacje

Niestety, wszystko, co dobre, to się szybko kończy. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w okolicach Durres, udało mi się także wpaść na jeden dzień do Macedonii. Moja podróżnicza pasja sprawia, że każda wyprawa, szczególnie w nowe miejsce, jest dla mnie fascynująca, ale te konkretne zachwyciły mnie naprawdę bardzo! Czym? O tym będą następne notki, ale mam dla Was coś jeszcze… a, zostawię na koniec.
No i nareszcie mogę dodawać własne zdjęcia wyjątkowych miejsc!

wakacje

Co prawda wróciłam już prawie tydzień temu, ale jeszcze nawet nie rozpakowałam walizki i nadal trochę żyję „tam”. No ale postanowiłam się ogarnąć i spróbować spożytkować naładowane akumulatory na tworzenie czegoś – mam nadzieję – wartościowego dla Was!

Co planuję Wam opowiedzieć, pokazać w najbliższym czasie?

wakacje

Trochę o tym, jak minęły mi te wakacje…

Na pewno będzie relacja z Berat i Ochrydy, dwóch pięknych, wyjątkowych miast, które widziałam.

Podzielę się też moimi spostrzeżeniami i ciekawostkami na temat Albanii. A uwierzcie mi, że jest o czym pisać. To naprawdę dość specyficzny kraj.

Kupiłam tam też trochę smakołyków, które przywiozłam do Polski i sukcesywnie zmniejszam ich ilość. Kiedy już się z nimi uporam, to zrobię „recenzję” – co można znaleźć w albańskim supermarkecie (Conadzie konkretniej) i na co warto się skusić.

Będzie też kolejna recenzja – udało mi się w trakcie urlopu przeczytać jedną z zaplanowanych w tym wpisie pozycji.

wakacje

Na razie to tyle pomysłów, jakie wpadły mi do głowy, ale przypuszczalnie jeszcze coś wycisnę z tego wyjazdu na wakacje. Także bądźcie na bieżąco, bo w najbliższym czasie będzie tu się sporo działo!

No dobra, czas na smaczek…

wakacje

A nawet dwa!

Pierwszym jest pierwsze zdjęcie mojej twarzy. Od tej pory nie będzie to już bezosobowa stronka. Trochę minęło, zanim przełamałam się, żeby utożsamić siebie z tym, co tworzę. Jednak okoliczności, o których zaraz, sprawiły, że i tak już nie mogłam z tym zwlekać.

Zatem oficjalnie wita Was tutaj już nie „freelancerka”, a ja, Paulina.
wakacje

Drugim smaczkiem będą vlogi z wyjazdu, które już się tworzą i na pewno podzielę się tutaj!

Wiem, że nie będą one perfekcyjne, daleko im nawet do ideału, ale dopiero zaczynam się w to bawić i to są takie moje w zasadzie przymiarki do bardziej jakościowego kontentu, jaki od kilku ładnych lat planowałam zacząć tworzyć.

Poza tym nadal trochę się wstydzę i boję kamery, ale coraz lepiej idzie mi panowanie nad tym – wydaje mi się, że nawet już między tymi dwoma filmikami będzie różnica i widać jakiś progres.

Liczę zatem na troszkę wyrozumiałości, obiecuję, że z każdym kolejnym vlogiem będzie z moimi umiejętnościami coraz lepiej!

Ale i tak polecam zajrzeć – widoki, jakie udało mi się uwiecznić były wspaniałe.

wakacje

 

To tyle, jeśli chodzi o wstęp do mojej pierwszej relacji podróżniczej. Zapraszam niedługo po więcej!