Recenzja nr 1 – Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie próżnowałam po publikacji tego wpisu – zaraz zabrałam się do roboty! Skoro już się zadeklarowałam, że przeczytam, no to nie ma co zwlekać. Zaczęłam od najważniejszej pozycji z listy – „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”. No udało się – jestem zaskoczona! Chociaż dość umiarkowanie. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię. Uwaga, bo będą spojlery. Zapraszam!

 
recenzja

 

Najpierw dość szczegółowe przemyślenia, a potem podsumowania plusów i minusów – kogo zatem nie interesują moje wywody, tylko chce od razu znać opinię, to zachęcam do zjechania niżej.

Może zacznijmy od ogólnych wrażeń.

Jak wspomniałam wcześniej, nie miałam zbyt wielkich oczekiwań, co do tej książki. Nie traktowałam jej jako biletu na nostalgiczną podróż w czasie. Nie zapalałam się do lektury – w końcu zabrałam się za to pół roku po zakupie. I chyba dobrze, bo całkiem miło się zaskoczyłam! Dałam się wciągnąć w akcję, nawet pojawiły się pewne emocje i uczucia względem niektórych bohaterów. Czasem się uśmiechnęłam, w paru miejscach zaskoczyłam, momentami też wzruszyłam. Z umiarem co prawda, ale było!

Co do postaci, to najbardziej poruszyły mnie te „nowe” – których wcześniej nie miałam okazji poznać.

Scorpius Malfoy:

Jako pierwszy w historii przedstawiciel rodu, zyskał moją stuprocentową sympatię i chyba był dla mnie niekwestionowaną gwiazdą całej fabuły.

Albus Potter:

Z drugiej strony, jako pierwszy w historii Potter, zniechęcił mnie do siebie swoją osobowością i postawą wiecznie niezrozumianego, rozkapryszonego dzieciaka. Egoisty, skupionego na własnym, wyolbrzymionym cierpieniu.

Rose Weasley:

Z nieznanych przyczyn, ktoś postanowił ją tutaj nazywać Granger-Weasley. Trochę mnie to rozbawiło, bo jedyne uzasadnienie tego podwójnego nazwiska to pycha jej rodziców, chęć podkreślenia, że ich córka to nie jakaś tam Weasley z kolei, tylko dziecko dwójki znanych czarodziejów. Może się mylę, ale w powieści była to po prostu Weasleyówna.

Ale co do charakteru – w sumie tak właśnie wyobrażałam sobie córkę Hermiony. Utożsamia jej wady – przerost ambicji i zamknięty umysł. Od matki różni ją zamiłowanie do Quidditcha, chociaż w sumie nie jest to zaskoczenie, tak samo, jak Albus w Slytherinie. Taki dość przewidywalny chwyt na pokazanie wielkiej różnicy między matką i córką, z gruntu podobnych.

Delphia:

Była dość przeciętnym zaskoczeniem jako osoba. Ot taka. Nijaka, jak na tak ważną personę. Przewidywalna. I w sumie utożsamiła całą opowieść, która była raczej tendencyjna – nie uświadczyłam niesamowitych zwrotów akcji. Może parę chwil wywowłało lekkie zdumienie, ale bez fajerwerków. Wszystko zmierzało do oczywistego happy endu.

Starzy znajomi z kolei…

Hmm…może nie rozczarowali, bo nie zakładałam, że będą wiernym odwzorowaniem powieściowych wersji. Ale zaskoczyli. Tym, jak bardzo się od pierwowzorów różnili.

Harry:

Był tam kimś zupełnie innym. Jakby zapomniał totalnie o swoim bezinteresownym alturizmie, który był jego znakiem firmowym. Dla niektórych głupota, dla innych szlachetność. Prawdopodobnie połączenie jednego i drugiego.

Tutaj mamy bezdusznego karierowicza, który dla pracy poświęcił rodzinę – o której tak przecież marzył! Mało tego. Mamy go zestawionego z egocentrycznym bohaterem przekonanym o własnej wyjątkowości. Zaprzeczenie całej osobowości, jaką poznaliśmy u J.K. Może sława uderzyła mu do głowy albo ma kryzys wieku średniego? No ale bez przesady.

Hermiona:

Hermiona jako minister magii… parsknęłam śmiechem, kiedy to przeczytałam. Ta dziewczyna w powieściowym życiu nigdy nie aspirowała do tego miana. Była daleka od polityki, bo zwyczajnie była na to zbyt rozsądna. Jej żałosne próby pozyskania autorytetu podwładnych mnie smuciły, zastanawiałam się, co ją skierowało na tę ścieżkę? Na drogę, do której nijak nie pasowała.

No i ten chłód w uczuciach, aż nienaturalny. Hermiona była z natury wręcz wylewna, to ona ściskała chłopaków przy każdej okazji, to ona się entuzjazmowała, nigdy nie kryła swojej radości na ich widok. Czerwieniła się z zapału, czytając wciągającą lekturę lub ze złości, kiedy Malfoy obrażał jej przyjaciół. A tam? Wyniosła i opanowana dama. Może dorosła, ale znów – bez przesady.

Ron:

Najbardziej z towarzystwa przypomina starego dobrego Rona. Tutaj w sumie nie mam zbyt wielu zarzutów, bo taki powinien być czterdziestoletni Ronald Weasley. Dalej trzyma się jego dość proste poczucie humoru, dalej żyje beztrosko i zdarza mu się powiedzieć zanim pomyśli. Ale coraz lepiej wychodzi mu zachowanie powagi w naprawdę wymagających tego sytuacjach.

On też się dość widocznie zmienił w stosunku do powieści – na plus. Łatwiej przychodzi mu mówienie o uczuciach. Niesamowicie wzruszył mnie, kiedy wyznał Hermionie miłość i zaproponował odnowienie przysięgi. Nawet lodowate opanowanie wspomnianej zainteresowanej w tym jednym, jedynym momencie stopniało.

Ginny:

Niby wszystko gra, ale coś mi zgrzyta. Może zbyt przyzwyczaiłam się do jej postawy wobec Harrego „sprzed małżeństwa” i trochę nie pasuje mi tutaj czasami jej stosunek do niego. Do ukochanego, na którego przecież tyle lat czekała. Teraz to on zabiega o nią, co jest przegięciem w drugą stronę. Trochę tłumaczy ją zachowanie Harrego w wersji karierowicza, zaniedbującego rodzinę. Ale generalnie to już nie była ta sama Ginny. Ta wesoła, dowcipna, charyzmatyczna. Tutaj jest taka bez wyrazu. Też dorosła? Po raz trzeci – bez przesady.

Draco:

Raczej poprawnie, nie był rażąco odmienny od tego, jak go sobie wyobrażałam. Chociaż trochę ta jego wylewność w uczuciach czasami mnie zakłuła. Nie dlatego, że nie podejrzewałam go o zdolność posiadania uczuć. Wiedziałam, że je ma, zresztą wcześniej też to okazywał. Ale robił to jak Malfoy. Przez czyny, nie słowa. Niezauważalnie prawie. Po cichu. I był w tym raczej oszczędny.

Mocno naiwna wydała mi się scena, gdzie zwierza się Harremu ze swoich problemów. Po pierwsze dlatego, że komu jak komu, ale Harremu? Po drugie, nie potrafiłby tak bez skrępowania wylać z siebie tylu emocji. On był skryty i taki miał być. Zrozumiałabym dowody sympatii czy gesty miłości względem syna, ale takie no… z wyczuciem i umiarem.

Dumbledore:

Pojawia się co prawda tylko w kilku urywkach, jako gadający portet, ale i tak mnie zirytował. Stał się potulnym barankiem, który płacze bez ustanku, kaja się za błędy całego życia i próbuje udobruchać Harrego za wszelką cenę.

Okej, mogła go trochę przytłoczyć świadomość, że chłopak poznał jego kłamstwa i sekrety. Ale nawet w książkowej scenie konfrontacji z Harrym, który już wiedział o jego mrocznych stronach, zachowywał trochę więcej fasonu.

Trudno mi zatem wierzyć, że skoro tamten moment zniósł ze zrozumiałym wzruszeniem i poczuciem winy, ale nadal jako opanowany mędrzec, to potem nagle tak mu odbiło. Opanowany mędrzec pośmiertnie stał się rozchwianym emocjonalnie, niemyślącym logicznie starcem. Czy wspominałam już o tym, że… no bez przesady?

Snape:

Podobało mi się to, że odegrał tak istotną rolę w fabule. I pokazał swoje dobre oblicze. Ale to też było podkoloryzowane względem pierwowzoru. Aż tak miłosiernym altruistą to on nie był. Zdawał się nawet wstydzić wielkich i szlachetnych czynów. A tutaj poznajemy go dodatkowo w mrocznych czasach, więc tym bardziej powinien zgorzknieć. Otwiera swoje serce praktycznie od razu podczas rozmowy ze Scorpiusem, bez żenady mówi o emocjach, czego przecież nigdy nie umiał. Nawet w stosunku do Lily, kobiety jego życia.

Dziwi mnie też, że wzmianka o niej nie spowodowała u niego grymasu, z którym powinien odfrunąć, zbawić świat i wrócić z jeszcze bardziej wykrzywioną twarzą. Tymczasem on mięknie jak plastelina i staje się aniołem stróżem uciśnionych. I ta eskalacja miłości do Harrego, z którym pewnie się zżył, ale chyba padłby trupem, jakby miał to przyznać. A tutaj bez wahania to robi.

Niektóre jego teksty były mocno naiwne i mało autentyczne. Mimo to, ogólnie pozytywnie go oceniam w tej wersji.

recenzja

No, to chyba wszyscy, którzy bardziej zwrócili moją uwagę. Wróćmy do samej opowieści.

Już napisałam, że była dość przewidywalna. Wiadomo było od początku, że skończy się dobrze. Od połowy już nawet można było się domyślić jak. Poza tym, główne motywy historii nijak miały się do realiów znanych z powieści i były wręcz nieprawdopodobne w tamtym świecie. Oprócz tego nie były specjalnie wyszukane i zaskakujące, raczej tendencyjne.

Córka Voldemorta? Błagam.

Czy przez 7 części nie próbowano nam udowodnić, że to nierealne? Tym bardziej czyni to taki zwrot akcji banalnym. I totalnie nieautentycznym. Pomijając to, że Voldemort nie potrafi kochać – w końcu mógł to zrobić z innych przyczyn niż miłość. Ale… jakich? Po co było mu dziecko?

Przecież sam miał żyć wiecznie… Odpada zatem zdecydowanie popularny argument, że chciał godnego następcy.

Przedłużenie rodu? Po pierwsze, to domena osób czystej krwi, a on nigdy nie przejawił podobnych poglądów. Po drugie, nienawidził swojego pochodzenia i rodziny, więc tym bardziej nie chciał tego utrwalać, tworzyć kolejne pokolenia. Robił wszystko, żeby jak najbardziej się odciąć od przodków, zniszczyć ród, a posiadanie dziecka temu przeczy.  Sam najpierw pozabijał Riddle’ów, doprowadził do śmierci ostatniego Gaunta i nagle miałoby mu zależeć na więzach krwi?

To może chciał kolejnego dziedzica Slytherina? Chyba przestało go to interesować, gdy opuścił szkołę. Nie było to już dla niego takie istotne, w swoim własnym kontekście tego nie wspominał. Jako nastolatek, który nie znał przodków, podniecił się tym, że jest potomkiem tak wielkiego czarodzieja. Ale w momencie wizyty u wuja już go nie obchodził Slytherin – inaczej pozostawiłby ostatniego, poza sobą, przedstawiciela rodu na łaskę losu. Chciał się odciąć od pochodzenia, a zatem także od Slytherina i nie zależało mu na dziedzicach.

A sama Delphia też rozczarowuje…

No ale okej, przyjmijmy już, że z jakichś tam powodów zdecydował się na potomka.

Córka Voldemorta i Bellatriks, dwójki najstraszniejszych postaci z powieści, powinna mieć zło w kościach, we krwi, skórze i włosach. Bezwzględność, brutalność, nieugiętość, duma, przekonanie o własnej wielkości – nawet bez wychowania przez rodziców to wydaje się jej obowiązkiem. Ma być samowystarczalna i gardzić innymi, wykorzystywać do własnych celów. Tak widzę dziecko tych dwojga.

A od twórców dostajemy… zagubioną, rozchwianą emocjonalnie i przerażajaco samotną, poszukującą akceptacji dziewczynę. Jedyne przejawy zła wynikają tylko z chęci naśladowania ojca (pomija zupełnie matkę, a ona również zasługiwałaby w tej kwestii na bycie wzorcem) i próby zmienienia przeszłości, swojego życia, odzyskania rodziny. Biedaczka, nawet nie wie, że mamusia i tatuś w żadnym razie nie daliby jej domowego ciepła. To znaczy, wydaje jej się, że wie, ale tak naprawdę to tego jej brakuje, na to liczy.

Bardzo mnie zirytowało to, że ona chciała powrotu Czarnego PANA. Zwracała się do niego PANIE. Przejawiała gotowość bycia jego sługą, nawet nie pomocnikiem. Z jednej strony wiem, że tego by Voldemort od niej oczekiwał, tak jak od jej matki, a ona chciała najbardziej na świecie jego akceptacji. Z drugiej strony… no nie. No tak nie powinna zachowywać się Delphia Voldemort. Ona powinna sama zapragnąć potęgi. Zostać Władczynią Ciemności. Być następcą ojca, nowym zagrożeniem dla czarodziejów, nowym złem. A nie usiłować przywrócić dawne zło.

Dlaczego ona miała tyle uczuć? Dlaczego nie była zimna i bezwzględna? Może w przeciwieństwie do Voldemorta nie była poczęta pod wpływem eliksiru, także teoretycznie mogła kochać. Ale córka samego Czarnego Pana i dodatkowo równie wyzutej z uczuć Bellatriks… To nie powinna być taka postać. Być może dlatego jest – bo to miało być mega zaskoczenie, dziecko Voldemorta kocha i chce być kochane. Dla mnie słabe.

Inne zgrzyty z powieściami? Był taki jeden…

Harrego boli blizna i rozumie język węży… Ja się pytam, jakim cudem? Zostało to wyjaśnione mniej więcej tak, że miało wrócić zagrożenie, że Voldemort się czaił… A guzik prawda! Mętne wytłumaczenie. Jak on mógł się przygotowywać do powrotu skoro de facto… nie istniał? Nie mógł zatem być świadomy tego, że jego córka planuje go przywrócić do życia i potęgi. A Harry niezaprzeczalnie utracił połączenie z umysłem Czarnego Pana i wszystkie zdolności w momencie, w którym przestał być horkruksem. Koniec. Kropka. Żadne wciskanie kitu o krążącym nad nimi Voldemorcie nie zmieni tego, że jest to jawna niezgodność z książką. Nawet jeśli by udało im się coś palnąć, że połączenie między nimi było głębsze, nie dotyczyło tylko cząstki duszy, to jest jeden haczyk nadal. Jak Harry mógł słyszeć myśli osoby, której… nie ma?

recenzja

A jak spodobała mi się budowa dzieła?

No, przesiadka z epiki na dramat mogła być wstrząsem. Była umiarkowanym. Wiadomo, że nie do podrobienia byłby styl J.K, także nie było co próbować tego ubierać w powieść. A tak było to całkiem ciekawe doświadczenie. Chociaż nadal widać, że nie pisała tego ręka autorki. Niektóre dialogi znacznie odbiegają jakością, poza tym trącają ogromną naiwnością. Można jednak przymknąć na to oko, jak pamięta się, że pisali to inni ludzie.

Zabrakło mi najbardziej wglądu w myśli bohaterów, charakterystycznego dla epiki wszechwiedzącego narratora – lub przynajmniej takiego trochę wiedzącego. Odrobinę osłodziły mi to didaskalia (wprowadzenia do scen, wtrącenia myśli), czasem trochę oczywiste, ale no dla scenariusza teatralnego niezbędne. Niektóre mnie szczerze rozbawiły, na przykład te z Ludo Bagmanem.

Nie spodobało mi się jeszcze to, że czas tak szybko biegł do przodu. Trochę smutno mi było, że nagle z ceremonii przydziału Albusa przebiegliśmy na początek czwartego roku, pozostawiło to sporo ciekawych wątków bez rozwinięcia.

Mimo to, jest to zrozumiałe i jest konsekwencją tego, że tak naprawdę to zapis sztuki, także musiał być odpowiedno okrojony i sceny musiały mieć stosowną długość. Poza tym narzekanie na to, że dramat nie ma cech powieści epickiej to jak narzekanie na psa, że nie miauczy. To są dwa różne gatunki i należało się liczyć z tą rozbieżnością, nie ma co mieć o to pretensji.

 

Wydaje się, że dość mocno skrytykowałam tę książkę…

… a przecież na początku napisałam, że byłam pozytywnie zaskoczona. Bo mimo wszystko – byłam! Opisałam swoje główne zażalenia, bo bardziej chciałam uzasadnić krytykę niż pochwały. Coś miłego będzie w podsumowaniu. Najpierw obiecane plusy i minusy – czyli co mi się spodobało, a co nie.

 

recenzja

Krótka opinia czy tam recenzja – co na plus, co na minus:

To mi się spodobało:

  • Dwie  alternatywne wersje wydarzeń obok głównej. Jedna z nich była raczej jasna, ale druga była ciekawą wizją świata „pomiędzy” – nadal pozbawionego czarnej magii, ale mimo wszystko smutnego.
  • Postać Snape, w serii trochę niedocenionego bohatera, jako kluczowego do naprawienia świata.
  • Ron nauczył się mówić o uczuciach i zyskał tym na mojej sympatii.
  • Scorpius Malfoy za całokształt.
  • Niektóre momenty potrafiły zaskoczyć, chociaż raczej nie miały wielkiego znaczenia dla całości.
  • Były bardzo śmieszne dialogi, głównie za sprawą Scorpiusa i Rona.
  • Didaskalia całkiem nieźle rekompensowały brak narratora.
  • Ostatecznie każdy bohater chyba się trochę opamiętał.
  • Kilka rozbudowanych wątków z przeszłości było trafnych i interesujących.
  • Draco Malfoy pouczający Harrego Pottera – słusznie skądinąd.
  • Chociaż dość przewidywalna opowieść to i tak pochłonęłam książkę „na raz”, w jedno popołudnie.

To mi się nie spodobało:

  • Sposób przedstawienia większości starych postaci. Być może to tylko moje wrażenie, ale wydawali się wyraźnie odbiegać od książkowych pierwowzorów. Można to zrzucać na to, że się przez te lata zmienili.
  • Świat jest taki piękny i wolny – na początku przecież nie ma zagrożenia – a i tak każdy jest jakiś smutny, sfrustrowany, niespełniony.
  • Albus Potter jako postać tragicznego wręcz bohatera. Egoista, co zostało mu wypomniane. Nie miał trudnego życia, a i tak znalazł sobie pełno problemów.
  • Sporo oczywistych lub naciąganych „zwrotów akcji” w stosunku do serii.
  • Delphia jako z gruntu dobra i spragniona miłości dziewczyna.
  • Naiwne kwestie wielu postaci.
  • Generalnie naiwne sceny, które w powieści nie miałyby miejsca, a na pewno nie w takiej formie.
Pomijam kwestie związane z budową książki – napisałam wyżej, dlaczego.

recenzja

Wreszcie podsumujmy…

Gdybym podeszła do tego, jako do 8. części przygód Harrego Pottera, pewnie srodze bym się zawiodła. Z całą pewnością nie jest to kontynuacja jego przygód. Specjaliści od marketingu próbowali nam to zasugerować, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.

Nie było fizycznej możliwości, żeby tak to określać.

Po pierwsze, wystarczy sam fakt, że autorką nie jest J.K, także mamy do czynienia z inną wizją, chociaż momentami mniej lub bardziej trafnie stylizowaną na oryginalne powieści.

Po drugie, książka dotyczy bardziej syna Harrego. W sumie ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem, bo Albus nie wpłynął na przebieg zdarzeń jednoznacznie. Równie dużo dołożył choćby Scorpius. W każdym razie – Harry jest tu dodatkiem.

Po trzecie, jest to zapis scenariusza. Jak wymagać od dramatu, żeby był kolejną powieścią?

Ja zabrałam się za to, jako za uzupełnienie sagi.

I wydaje mi się, że ta postawa pozwoliła mi się miło zaskoczyć. Pomimo sporej ilości scen banalnych czy naiwnych oraz tendencyjnej fabuły (operuję cały czas tym słowem i innymi pojęciami charakterystycznymi dla epiki, bo trudno mi znaleźć zastępcze, no a przecież to nie jest epika, także teoretycznie robię spory błąd… ale o tym wiem) momentami można było dać się porwać, czymś zadziwić.

Myślę, że jeśli ktoś liczył na kolejną część przygód Harrego to był skazany na gorzki zawód. Mnie to ominęło. Oddzieliłam w miarę możliwości jedno od drugiego. I chociaż różnice widziałam, chociaż mnie nieraz kłuły po oczach, to byłam na to przygotowana, więc jakoś to przełknęłam.

Całość potraktowałam jako historię alternatywną. Jedną z możliwych opcji rozwoju wydarzeń. I to pozwoliło mi ją docenić, bo nie była w gruncie rzeczy taka najgorsza. Ale to samo zapewniłby mi dobry jakościowo fanfik.

Fajnie, że powstał zapis tego scenariusza, że został wydany. Obejrzenie sztuki byłoby dla mnie wątpliwą przyjemnością, bo za mocno zżyłam się zarówno z własną wizją tego świata, jak i z wizerunkiem stworzonym przez filmy, które też bardzo lubiłam. Ale już na filmach nie raz ubolewałam nad rozbieżnościami, a co dopiero byłoby na przedstawieniu, gdzie nikt już nijak nie nawiązuje do moich bohaterów – chyba tylko imieniem. A tak, pomimo wszystko, zostało pewne pole do własnej interpretacji. Mogłam zatem znów zobaczyć Hermionę z burzą brązowych loków. Nie, nie mam uprzedzeń. Tak dla mnie prostu wygląda Hermiona.

Jeśli oceniałabym to jako kontynuację serii o Harrym Potterze, pewnie oceniłabym to na maksymalnie 2/10.

Pewnie tylko za to, że jest jakakolwiek treść. I papier. I okładka, nawet fajna.

Ale skoro podeszłam do tego tak, to ocenię również jako uzupełnienie.

Alternatywną historię tych panów oceniam na, uwaga, uwaga…

8/10

recenzja

 

No muszę to przyznać. Dałam się trochę zaczarować. Nie do końca, ale jednak. Jak usiadłam do książki, to oderwałam się dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania.

Na jedno krótkie popołudnie powróciłam do Hogwartu… nie w poszukiwaniu wspomnień, a po to, żeby zobaczyć, co tam teraz słychać.

I wrzuciłam powyżej pierwszą autorską fotkę na tej stronie. Nic szczególnego, następne będą lepsze. Ale w moim odczuciu ta recenzja jest teraz bardziej… moja.

Wiem, że moja recenzja nie jest najkrótsza, ale chciałam szczegółowo opisać wszystkie spostrzeżenia i odczucia. Była to w końcu ważna dla mnie książka.

A wy? Też przeczytaliście ten scenariusz? Jakie były wasze odczucia?

Ciekawe książki – 3 pozycje, które mam zamiar przeczytać w najbliższym czasie.

Ciekawe książki? Temat rzeka…

No ale jakie to są te „ciekawe książki”? Sprawdźmy, czy te się nadają do tego miana…

Znów tak trochę luźniej. Porozmawiajmy o książkach, a konkretniej o pozycjach, które mnie ostatnio zainteresowały i mam zamiar je pochłonąć w najbliższym czasie.
ciekawe książki

Przyznam się bez bicia, że od kilku lat strasznie krucho u mnie z czytaniem.

Pewnie głównym winowajcą jest internet, ale do niedawna miałam dość wymagający tryb życia i ciężko było mi znaleźć czas, a jak już go znalazłam, to łatwiej było otworzyć laptopa i włączyć coś na youtube, niż wytężać mózg i wzrok nad literkami. Nie oznacza to, że nie czytałam w ogóle, co to, to nie. Po prostu kiedyś, jako mała dziewczynka i młoda nastolatka byłam istnym molem książkowym i w porównaniu do tamtych czasów, to się opuściłam zdecydowanie i mam zapewne sporo zaległości.

Ale od jakiegoś czasu moje tempo życia wyraźnie zwolniło, więc zamierzam wreszcie sięgnąć po książki, które domagają się mojej uwagi od mniej lub bardziej dawna.

A jakie to są książki? Dzisiaj tylko je wymienię, powiem dlaczego i kiedy mnie zainteresowały, no i jakie są moje oczekiwania. Jak się będę z nimi po kolei rozprawiać, to oczywiście też będę zdawać relacje na bieżąco!

 

1. „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” – Jack Thorne i John Tiffany na podstawie serii J.K. Rowling

ciekawe książki

 

Chyba najważniejsza pozycja na tej liście.

Kiedy miałam 5 lat i przypadkowo mama kupiła mi drugą część przygód czarodzieja, nie podejrzewałam nawet, że na najbliższe lata zniknę z otaczającej mnie rzeczywistości. Tymczasem książkę dosłownie połknęłam i w ciągu kilku miesięcy znałam na pamięć całą serię aż do 6 części, a czas oczekiwania na 7… w sumie skłamię, jak powiem, że mi się dłużył. Bo tak się wczułam, że czytałam każdą poprzednią po kilka razy, od nowa, nie miałam dość. Byłam totalnie w innym świecie, odrealniona. A już szczególnie odstawałam od rówieśników, którzy ledwo składali literki w słowa, kiedy ja przed chwilą skończyłam kilka dość opasłych tomów opowieści o Harrym Potterze.

Niejedna łza skapnęła na papier podczas naszej wspólnej przygody. Ale jeszcze więcej było salw śmiechu, kiedy autentycznie nie mogłam się od tego powstrzymać. Rozstanie z nim, z moim przyjacielem, którego pokochałam jak brata, było dla mnie trudne. Stanowiło też koniec bardzo ważnego rozdziału w moim życiu. Czytając ostatnie zdanie czułam się, jakbym właśnie żegnała bliską mi osobę. Liczyłam się jednak z tym, że ten moment musi nadejść i pogodziłam się z tym. Panta rhei. Nie mogłam go przy sobie zatrzymywać, kiedy on musiał dorosnąć, pójść dalej. Ja też musiałam, chociaż wizyta w studiu Warner Bros pod Londynem trochę przeniosła mnie do dzieciństwa, które Harry Potter ukształtował, zmienił i niesamowicie na nie wpłynął. Tam znów go pożegnałam i ostatecznie dałam mu odejść.

Co myślę, przed przeczytaniem?

Informacja o 8. części w naturalny sposób mnie poruszyła, jak całą rzeszę pozostałych fanów, którzy tak jak ja szli z nim przez życie. I równie naturalne było to, że wszystkich ona podzieliła. Moją pierwszą myślą było „No tak, nie zabiją tak łatwo kury znoszącej złote jaja.” Potraktowałam to jako chwyt marketingowy, żeby wyciągnąć jak najwięcej kasy wykorzystując  mojego przyjaciela. Przyjaciela, który zgodnie z naturalną koleją rzeczy odszedł i każdy powinien mu na to pozwolić.  Utwierdziłam się w tym, kiedy poznałam więcej szczegółów:

  • Po pierwsze, autorką nie jest już stricte pani Rowling, a więc nie ma bata, żeby to miało ten sam klimat. No tego się nie da podrobić.
  • Po drugie, jest to jedynie zapis scenariusza sztuki. Zmiana formy z epiki na dramat zmienia w tym przypadku wszystko, dosłownie, o 180 stopni.
  • Po trzecie, nie skupia się ona na Harrym, a na jego synu. Prawidłowy tytuł powinien brzmieć „Albus Potter – Przeklęte dziecko Harrego”. No ale to już tak ładnie się nie prezentuje na półce, prawda?

Dlatego nie rzuciłam się na książkę od razu po premierze, mało tego, pozwoliłam jej przeleżeć pół roku na półce.  Nie  zrobiłabym tego pewnie, gdyby faktycznie były to przygody Harrego, napisane przez J.K w dawnym stylu. Chociaż, czy miałoby to sens? Skoro Harry poszedł dalej, na co wszyscy powinniśmy mu pozwolić? Skoro to już nie byłyby przygody młodego czarodzieja, a stateczne życie dorosłego faceta?

Mimo to, nie odpuściłabym sobie, gdybym nie zapoznała się z tą pozycją. Kieruje mną nostalgia. Gdzieś tam po cichu liczę, że znów uda mi się chociaż trochę porwać w magiczny świat. Nie mam zbyt dużych oczekiwań na to, że powróci dawny klimat. Chętnie dam się miło zaskoczyć.

2. „Szukając Alaski” – John Green

ciekawe książki

 

Ominęła mnie faza na „- Okay – powiedział, gdy minęła cała wieczność. – Może „okay” będzie naszym „zawsze”.
– Okay – zgodziłam się.” Nigdy mnie to nie zainteresowało. Może to przez tę całą otoczkę i nastolatki, które po obejrzeniu filmu dopiero dowiedziały się, że jest on na podstawie książki. I dumnie lansowały się, że heloł, czytają, więc są inteligentne i wrażliwe. Nie siedzą ciągle w necie, nie to co reszta. Oczywiście lansowały się w internecie. Poza tym, w większości przypadków była to pierwsza lektura dłuższa i bardziej wymagająca od notki ulubionej fashionistki, artykułu na portalu plotkarskim, opisu na tumblerze czy najnowszego tweeta Riri. Ośmielę się jeszcze stwierdzić, że interakcja dość pokaźnej części tych czytelniczek z książką ograniczyła się do wstawienia paru snapów, obowiązkowej fotki na insta oraz ustawienia gdzieś w opisie „Okay? Okay.”

Pozwoliło mi to niestety na automatyczne zaszufladkowanie autora jako pisarza mało ambitnych powieści dla rozchwianych emocjonalnie podlotków. Ostatnio postanowiłam to zmienić, bo nie lubię – bądź co bądź – bezpodstawnie kategoryzować.

Co myślę przed przeczytaniem?

Jako kandydata do zmiany mojej opinii o panu Greenie wybrałam tę pozycję z jego dorobku. Z kilku względów, a mianowicie:

  • Po pierwsze, wydaje mi się, że nie jest aż tak „mainstreamowa” i przewałkowana przez wspomniany przeze mnie wyżej typ osób. Jest to samo w sobie dość obiecujące, sugeruje trochę bardziej skłaniającą do głębokich przemyśleń treść.
  • Po drugie, jest to debiut, a zatem można stwierdzić, że czysta, niekształtowana pod rynek esencja tego, co autor miał na myśli.
  • Po trzecie, słabo byłoby wybrać do wyrabiania sobie opinii popularniejsze jego dzieła. Przede wszystkim dlatego, że to, co wchodzi do kultury masowej często nie jest najwybitniejszym, co twórca ma do zaoferowania. Te bardziej warte uwagi pozycje często są trochę przemilczane. Ta teoria sprawdziła mi się m.in. w przypadku zespołu Arctic Monkeys, którego kilka znanych piosenek lubiłam, ale nie zachęciły mnie do stania się fanką. Wcześniejsze, mniej przewałkowane utwory natomiast, kiedy ktoś mi parę pokazał, totalnie mnie podbiły i uważam je za dużo bardziej wartościowe.

Chcę przeczytać tę książkę ze świadomością, że będzie to bardziej lekka powieść. Takie też lubię, jeśli niosą za sobą emocje i refleksje. Być może pozostałe utwory Johna Greena także takie są, ale zraziły mnie wyżej wspomniane czynniki. Jeśli pozytywnie odbiorę tę pozycję, nie wykluczam, że chętnie sięgnę po resztę, już z nieco innym nastawieniem.

 

3. „Ostatnia Piosenka” – Nicholas Sparks

ciekawe książki
Zalega u mnie na półce od 2012 roku. Poważnie. Dostałam ją i odłożyłam automatycznie na półkę. Może wpłynął na to film, który wcześniej, piąte przez dziesiąte, bo gdzieś od połowy i nie do końca uważnie, ale obejrzałam. I chociaż nawet mi się podobał, to nie wywołał efektu WOW. Łezka może i się zakręciła w oku gdzieś pod koniec, ale nie był to seans, który jakoś mnie zmienił, wpłynął, skłonił do przemyśleń i przede wszystkim został gdzieś w głowie na jakiś czas. A takie wymagania musi spełniać dla mnie dobra pozycja filmowa czy literacka.

Drugim zniechęcającym mnie zjawiskiem było to samo, co w przypadku autora wyżej. Młoda, jeszcze niezbuntowana Miley oraz uroczy Liam z urodą Kena i nienagannym, śnieżnobiałym uśmiechem to była dość dobra reklama, która przyciągnęła do kin tłumy młodych widzów. Po obejrzeniu filmu nagle wzruszone i poruszone nastolatki tłumnie rzuciły się na książki pana Sparksa. Był to taki trochę wcześniejszy John Green. Wydaje mi się jednak, że serca tym razem topniały bardziej na widok szczerzącego się Liama niż pod wpływem przekazu literackiego. A może było mniej miejsc w necie, gdzie można było wstawić fotkę okładki tej lub innej powieści? Lub zabrakło chwytliwego cytatu na opis czy zdjęcie w tle. W każdym razie ta faza przeminęła znacznie szybciej niż „Okay?”

Co myślę przed przeczytaniem?

Być może warto było odczekać parę lat, żeby sięgnąć po tę powieść. Dlaczego postanowiłam to zrobić i dlaczego akurat teraz?

  • Po pierwsze, szum wokół książki i filmu dawno przeminął, popularność opadła, moje osobiste emocje też. Teraz mogę na chłodno ocenić treść, przekaz.
  • Po drugie, zawsze byłam zdania, że wersje książkowe były lepsze niż filmowe. Możliwe, że film mnie nie poruszył, bo aktorzy średnio się spisali, zabrakło ważnych wątków lub po prostu nie odpowiadała mi wizja reżysera? To jest właśnie wadą ekranizacji – jest już narzucony pewien obraz i mniej pola do własnej interpretacji.
  • Po trzecie, między Bogiem a prawdą, to średnio się wczułam w seans, chociaż próbowałam parę razy. Wspomniałam zresztą o tym. Może zabrakło odpowiedniego skupienia nad przekazem?
  • Po czwarte, chcę mieć własną opinię, którą mam czymś popartą. O ile jest już lepiej niż w przypadku pana Greena, którego w ogóle nie znam, o tyle obejrzany po łebkach film też nie daje mi stuprocentowego prawa do wyrażania swojego poglądu odnośnie pana Sparksa.

Nie będę ukrywać, że nie jest to coś, do czego się strasznie zapaliłam. Ale planuję przeczytać. Jest to ostatnia pozycja zarówno na tej liście, jak i w kolejce. Ostatnia pod względem „ważne, żeby znać”. Mimo to, pewną chęć na tę lekturę mam. Chociaż póki co,  nastawiam się na raczej dość prostą, bazującą na emocjach fabułę. Czy jest to jednak wada tej książki? Chyba z założenia taka ma być, lekka, trafiająca do przeciętnego odbiorcy. Nie wykluczam, że się pomylę i bardzo chciałabym, bo najbardziej lubię dać się zaskoczyć.
ciekawe książki

To już wszystko, co miałam dzisiaj do pokazania. Te właśnie książki prawdopodobnie zajmą najbliższe wolne chwile.

Czytaliście je? Zgadzacie się z moimi opiniami? A może jakoś was zaskoczyły? Piszcie!

No i jeśli chcecie mi polecić jakąś pozycję – niekoniecznie podobną do tych, bo jak wspomniałam lub nie, jestem otwarta na wiele różnych gatunków. W zasadzie to się nie ograniczam, podobnie jak z muzyką. Oceniam daną książkę po treści i przekazie, a nie autorze czy kategorii. Dlatego jeśli ostatnio coś was zachwyciło lub zaszokowało i chcecie się tym podzielić – także zapraszam do komentarzy!

Recenzje będą, także śledźcie bloga, tutaj także będę na bieżąco dodawać linki do poszczególnych wpisów odnośnie każdej z książek.