22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces! Na pewno…?

Trochę odetchnijmy od freelancingu, bo co za dużo, to niezdrowo. Ten post będzie trochę bardziej lajtowy. Potraktujcie go zatem z lekkim przymrużeniem oka. Będą lifehacki? Zobaczcie sami!

 

lifehacki

 

Skąd pomysł na wpis?

Ostatnio wpadła mi w ręce gazetka JOY.  Nie jestem wierną fanką tego typu prasy… No dobra, już nie jestem, bo jak byłam młodsza, to i owszem, czytywałam regularnie. Było to jednak dekadę temu, a od tamtej pory poziom tych magazynów poleciał na łeb na szyję. Może gdyby było inaczej, to nadal kupiłabym od czasu do czasu Joya, Twista czy innego Cosmopolitana. Nie zamierzam z siebie tutaj robić koneserki kultury wysokiej, bo do takiej mi daleko. Każdy z nas lubi sięgnąć nieraz po coś lekkiego, nawet odmóżdżającego, nie ma co zaprzeczać. Po prostu nieudolne podążanie za trendami internetowymi i próba przeniesienia go na papier to przepis na porażkę, co oficjalnie stwierdzam po przeczytaniu tej gazety po dłuższej przerwie. Tego typu modne, cool wstawki spowodowały we mnie raczej zażenowanie. Zastanawiam się, kto jest odbiorcą tekstów – na pewno dorosłe kobiety czy może raczej rozchichotane trzynastolatki?

 

Ale do rzeczy.

Wśród tony infantylnych artykułów i miliona zdjęć zajmujących co najmniej pół strony znalazłam coś, co przykuło moją uwagę. Mianowicie listę zatytułowaną tak, jak tytuł wpisu – 22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces.

Stań się kobietą pewną siebie! Tak krzyczy wytłuszczony nagłówek. Zainteresowało mnie to, bo sama intensywnie pracuję ostatnio nad samooceną, więc taki zbiór porad wydawał się być napisany specjalnie dla mnie. Przeczytałam… i pomimo tego, że nie oczekiwałam wybitnej, naukowej analizy psychologicznej, to i tak się rozczarowałam. Połowa była tak banalna, że nie spodziewałam się, że trzeba o takich rzeczach mówić na specjalnej liście. Druga połowa to były albo bzdury, albo punkty zaprzeczające poprzednim. Nie jestem wybitnym psychologiem i nie chcę się wymądrzać, ale nawet średnio rozgarnięta w tym temacie osoba powinna to zauważyć. Dlatego postamowiłam sama omówić to zestawienie i zobaczyć, co naprawdę jest tam w miarę wartościową poradą dla osób pracujących nad pewnością siebie.

Nie będę bawić się w przepisywanie całego artykułu – napiszę nazwę punktu i jeśli nie będzie wystarczająco wymowna, to dodam „co autor miał na myśli”. Postanowiłam też wyróżnić tytuły kolorami, żeby mój stosunek do danej porady był jasny od początku:

  • WARTOŚCIOWA RADA – kolor zielony
  • BANALNE STWIERDZENIE – kolor żółty
  • BZDURA I/LUB ZAPRZECZENIE INNEGO PUNKTU – kolor czerwony

No to… nie ma co przedłużać, zobaczmy co JOY nam proponuje, abyśmy wszystkie STAŁY SIĘ KOBIETAMI PEWNYMI SIEBIE!
freelancer

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces!

 

1. Sama dla siebie.

Punkt mówi o tym, że „jeśli nie masz ochoty na imprezę, włącz status „niedostępna”, zostań w domu, w szlafroku, z Netflixem”… Serio? Takie coś już na pierwszej pozycji? Ogólnie uważałam zawsze za oczywiste to, że nie należy się zmuszać do robienia czegoś, na co nie ma się chęci. Poważnie jest ktoś, komu trzeba to tłumaczyć?

2. Patrz prosto w oczy.

Kontakt wzrokowy z rozmówcą to ważna sprawa, przyznaję. Ale powinien być naturalny. Kontrolowanie tego sprawia, że nie jest to już odruch instynktowny. A takie sztuczne świdrowanie kogoś wzrokiem może przynieść zmieszanie, a nawet dyskomfort drugiej osoby, zamiast obiecanego „zainteresowania, bo pokażesz, że jesteś szczera i skupiasz swoją uwagę na rozmówcy”. Zresztą, czy „szczere” i „kontrolowane” się nie wykluczają?

3. Mowa ciała.

Bądź wyprostowana, pierś do przodu, głowa do góry. I wyglądaj jak manekin na wystawie albo zadufana w sobie lala. Może trochę przesadzam, ale tutaj mamy do czynienia z podobną sytuacją, jak w poprzedniej radzie. Mowa ciała i wszelkie sygnały niewerbalne to nie jest coś, w czym warto grzebać. Trochę o tym wiem, bo robiłam artykuł naukowy na ten temat. Mamy tu do czynienia z popularnym mitem – pracuj nad mową ciała, to staniesz się pewny siebie. Tymczasem ten ciąg przyczynowo-skutkowy wygląda odwrotnie, to nasze gesty i postawa się zmieniają wraz z wzrostem samooceny. Zaobserwowałam to też po sobie. I mogę wam zagwarantować, że sztuczne, kontrolowane odruchy działają raczej na niekorzyść, bo są do wychwycenia. A nie da się w pełni zapanować nad mową niewerbalną, więc pod warstewką pozorowanych sygnałów kryją się te, które ukazują faktyczną niepewność.

4. Wiadomo!

Tutaj jest mowa o przyjmowaniu komplementów. Zamiast zaprzeczać, peszyć się lub – co chyba najgorsze – udawać fałszywą skromność, powinniśmy uśmiechnąć się i podziękować. To jest pierwsza rada, z którą się zgadzam, bo jako naród mamy zakorzenioną skłonność do odrzucania miłych słów na nasz temat i równie oszczędnie je dawkujemy. Nie chcę tutaj powielać stereotypów ani w żadnym razie ksenofobii, ale tak po prostu jest, kiedy się patrzy na ogół Polaków. W jednym z filmów Krzysztof Gonciarz, którego bardzo cenię, porównał Polaków i Amerykanów podczas śpiewania im „Sto lat”. Polak uciekał wzrokiem i błądził nim gdzieś dookoła, uśmiechając się wstydliwie. Amerykanin dumnie prężył się i pokazywał na siebie, zdając się mówić „tak, to na moją cześć śpiewają!” I to wydaje się być podsumowaniem tego punktu.

5. Sama natura.

„Jakkolwiek banalnie to brzmi – bądź sobą!” Zgadzam się. To brzmi strasznie banalnie. Jak można wymagać, żeby ktoś nas polubił, skoro pokazujemy mu kogoś, kim nie jesteśmy? Jak mamy czuć się dobrze sami ze sobą, kiedy siebie nie akceptujemy i uważamy, że jako ktoś inny zyskamy więcej? Wydaje mi się to oczywiste i znów, jak w przypadku pierwszego punktu, dziwię się, że takie rzeczy trzeba wyszczególnić. To jest pierwszy krok do zyskania pewności siebie, do osiągnięcia sukcesu. A że nie jest to takie proste… to już inna sprawa.

6. Wyróżniaj się!

Kolejna oczywistość. W tym punkcie autor(ka) radzi, żeby zrobić zwariowany manicure w poziomki (no faktycznie, szaleństwo…) lub zafarbować włosy na różowo (no tutaj już to jest pewien akt odwagi). Generalnie wiąże się to z punktem wyżej, jeśli będziemy mieć opory przed byciem sobą i wyglądaniem tak, jak chcemy oraz panicznie będziemy bać się opinii innych, to jak mamy siebie polubić? Po pierwsze banał, po drugie w zasadzie lekkie rozwinięcie poprzedniej rady.

freelancer

7. Broń kobieca.

Tutaj każą nam emanować kobiecością. Świetna rzecz, dla kogoś, kto lubi tak się czuć i wyglądać. Dla wielu osób może być to zapędzeniem się w pułapkę udawania kogoś, kim się nie jest. W ogóle nie rozumiem, dlaczego taki punkt jest na liście. Tłumaczy go jedynie fakt, że jest w typowo kobiecym magazynie. Mam nadzieję, że nie ma kogoś, kto ślepo uwierzy w tę listę. Inaczej ta kobieta dałaby sobie wmówić, że dopóki nie nosi kwiecistych sukienek i obcasów, nie ma loków do pasa i wytuszowanych rzęs, to nie osiągnie sukcesu. Widzicie tę hipokryzję?

8. Jedna na milion.

„Porównywanie jest ok, dopóki nie budzi w Tobie frustracji”. Jak dotąd drugi sensowny punkt w całym zestawieniu. Dalej jest napisane o tym, że powinno to budzić motywację i z tym się zgadzam w 100%. Zamiast patrzeć na czyjeś sukcesy z zawiścią, lepiej pomyśleć „hej, skoro ona może, to ja też!” i brać się do roboty!

9. Skacz na głęboką wodę!

„Przezwycięż strach i zaryzykuj!” Raczej się z tym zgadzam, ale uznaję to za kolejny banał, powtarzany i oklepany od lat. Ale faktycznie, warto się odważyć na coś, o czym od dawna marzymy. Szkoda, że rada niby ogólna, ale odnosi się raczej do pojedyńczego zdarzenia, np. skoku ze spadochronem. Autor(ka) zachęca nas do porzucenia kalkulacji i analiz. O ile w przypadku takich jednorazowych akcji ma to swój sens, o tyle dla osób, które planują większe przemeblowanie w życiu jednak nie jest aż tak wskazane.

Warto zaryzykować, ale trzeba przy tym mierzyć zamiary na siły. Nie będziesz graczem NBA, jeśli masz metr sześćdziesiąt, dlatego nie rzucaj pracy i nie wyjeżdżaj za ostatnie pieniądze do LA, bo chcesz spróbować to spełnić. Może przykład głupi, ale obrazuje to, o co mi chodziło – nie zniechęcam do radykalnych zmian, sama jestem wręcz ich zwolenniczką, zwłaszcza jeśli ktoś nie jest zadowolony z dotychczasowego życia. Ale nawet pogoń za marzeniami musi mieć ręce i nogi. Albo przynajmniej ręce.

10. Mamy to w nosie.

Przewrotny tytuł kryje nieco rozczarowujące wnętrze. Rada zaczyna się dość fajnie – mówi o tym, że nasz obraz jest odbierany wszystkimi zmysłami, dlatego zapach jest ważny. Na tym powinna się skończyć. Ale niestety, jest ciąg dalszy. Autor(ka) radzi, żeby dobrać mocne i intrygujące perfumy, jeśli chce być się kojarzonym z osobą silną blablabla. Hipokryzja w najczystszej postaci. Po pierwsze, nasz zapach to element mowy ciała i owszem, prawdą jest, że wpływa na to, jak inni nas postrzegają, ale wspomniałam wyżej, że lepiej z tym nie majstrować. Nasza podświadomość sama działa w kwestii zapachu. Intuicyjnie dobieramy taki, żeby nas reprezentował. Po drugie, samo narzucanie komuś, jak ma pachnieć, jest zaprzeczeniem dla całego artykułu. Przecież w tylu punktach wyżej podkreślone zostało, że należy być sobą, żeby się zaakceptować, a tu nagle taki klops. Spokojnie. Nie musisz dusić się wdychając własne, ale na siłę dobrane perfumy – robiąc tak dusiłbyś się samym sobą.

11. Zachwyć sama siebie.

Fajnie brzmi, co nie? A tutaj autor(ka) radzi, żeby unikać niedobranego stroju do okazji… wybierając małą czarną. Nawet nie wiem, jak to skomentować. Może po prostu wymienię punkty, którym to zaprzecza: 5, 6, 8, 9. Poza tym, asekurując się w ten sposób, wracamy do myślenia „a co inni powiedzą?” I po co cały ten artykuł?

freelancer

12. W blasku fleszy.

Punkt zachęca do sesji zdjęciowej z przyjaciółkami. Moim zdaniem, słaby pomysł. Ja osobiście wtedy pewnie złamałabym punkt 8, bo porównywanie się do koleżanek przyniosłoby mi wtedy frustrację, zazdrość i łzy. Sądzę, że nie tylko ja bym to tak odebrała. To nie jest opcja na poprawienie pewności siebie. Jeśli już jakieś zdjęcia, to tylko Twoje. Wtedy unikniesz myślenia, kto wyszedł na nich lepiej, kto się ładniej ustawił, przy kim wyglądasz źle… Ale to również nie jest pomysł dla osób, które bardzo nie lubią swojego wyglądu. W końcu skoro się sobie nie podobają, to oglądanie zdjęć raczej będzie nieprzyjemne i denerwujące. W każdym razie, ja tak się czułam, kiedy dawałam się namówić na tego typu sesje, czy ze znajomymi, czy solo. Może komuś to pomoże, ale nie wszystkim, niektórym może zaszkodzić. Dlatego zdecydowanie nie jest to uniwersalna porada, a zatem w tej formie nie powinno jej być na liście.

13. Bądź jak gwiazda.

Przytoczenie diastemy Georgii Jagger czy krzywych nóg Kate Moss. Faktycznie, dość dobra rada. Przyjrzenie się znanym osobom, które zrobiły swój znak firmowy z niedoskonałości może być budujące. Tylko nie należy zapominać, że one są na tyle pewne siebie, że nie muszą ich ukrywać, ale osoby z niską samooceną lepiej niech nie zaczynają od ekspozycji swoich niedociągnięć. Chorobliwe maskowanie kompleksów nie jest niczym dobrym i często wręcz zwraca na nie uwagę innych, ale ich wystawienie na widok publiczny może zaszkodzić choćby własnemu samopoczuciu. Zaakceptowanie niedoskonałości jest ważne, ale to wystarczy, żeby móc siebie samego polubić. Lepiej eksponować zalety wyglądu, które same w sobie zakryją mniej udane jego aspekty.

14. OMMMMM…

Co…? Już tłumaczę. Kiedy jesteś stremowany, weź głęboki wdech. Pewnie pierwszy raz o tym słyszysz i w życiu byś na to nie wpadł, prawda…?

15. Zachoruj na uśmiech.

Tutaj chodzi o to, żeby śmiać się. Po prostu. Zażartować i „nie bać się porażki”. Zakwalifkowałam do banału, bo wiadomo, że stres najlepiej rozładować uśmiechem, a dobry dowcip może rozluźnić najbardziej napiętą atmosferę i według mnie to raczej nie jest żadna tajemna wiedza. Ale trochę też kusiła mnie „bzdura”. Dlaczego?

Wracamy tutaj do mowy ciała. Radość powinna być naturalną reakcją i kontrolowanie jej w nadmiarze nie jest niczym dobrym. Wybuchanie sztucznym śmiechem i sypanie sucharami co chwilę, jeśli tak naprawdę żaden z nas mistrz dowcipu, może bardziej działać na szkodę zarówno naszego wizerunku, jak i samopoczucia. To wszystko musi przychodzić odruchowo, samoistnie. Ale być może chodziło o to, że często powstrzymujemy się od śmiechu w towarzystwie, żeby nie wyjść na idiotów, bo co ktoś tam pomyśli itd. I dlatego ostatecznie wybrałam „banał”. Bo to po prostu oczywiste i było już zawarte w poprzednich punktach – należy być sobą, nie ma co tego tak rozdrabniać.

freelancer

16. Ćwicz.

No, teoretycznie dobra rada. Ćwiczenia poprawiają samopoczucie i wygląd, a także zdrowie w ogóle. To jest jednak dość delikatna kwestia, ponieważ wiele osób się najzwyczajniej w świecie wstydzi lub nie potrafi dobrać sobie dyscypliny adekwatnej do możliwości. Dlatego brakuje mi rozwinięcia trochę tej rady, bo ważne jest zaznaczenie tego, że każdy powinien znaleźć sport i miejsce do uprawiania go zgodnie z własnymi potrzebami. Takie ogólne rzucenie „zacznij ćwiczyć” jest trochę niejasne dla kogoś, kto nie bardzo miał z tym styczność. I przez to wybierze opcję nieodpowiednią dla siebie – np. pójdzie na siłownię, chociaż krępują go ćwiczenia przy innych albo zacznie biegać, czego nienawidzi. A przecież można robić tyle fajnych rzeczy, w domu, poza domem, na dworze, na siłowni, samemu, z przyjaciółką lub z obcymi ludźmi… Możliwości jest wiele i ważne, żeby znaleźć tę najlepszą dla siebie. Tego mi zabrakło, ale w sumie rada dobra.

17. Ostatnie słowo.

Dziwny tytuł. Ale chodzi o to, żeby mieć własne zdanie. Wpadlibyście na to po samej nazwie punktu? Ja niekoniecznie. „Jeśli wiesz, że masz rację, stawiaj na swoim…” fantastycznie to brzmi. Chociaż zgadzam się z tym, że warto mieć swoje opinie, poglądy i się ich nie wstydzić, to mimo wszystko punkt oznaczam jako „bzdura”. A dlaczego? Ponieważ jest strasznie nieprecyzyjny i bardzo mnie to ukłuło. Nienawidzę osób, które robią z siebie ekspertów w każdej dziedzinie, tymczasem takie sformułowanie rady do tego zachęca. I zacytowany fragment, gwóźdź do trumny, nakazuje stawiać na swoim, ale tylko na podstawie przekonania, co do słuszności głoszonej teorii.

Po pierwsze, opinię można sobie wyrobić o wszystkim, ale jej głoszenie już powinno być poparte jakąś wiedzą w danym zakresie. Na przykład ja, wbrew pozorom, nie dementuję sobie tych punktów ot tak, bo ja mam inne zdanie. Każde stwierdzenie staram się uzasadnić.

Po drugie i najważniejsze – nie ma jednej uniwersalnej racji. Dlatego, jeśli ktoś zarzuci mi, że się mylę i będzie w stanie to sensownie uargumentować, to nie zamierzam się upierać przy swoim, tylko wziąć pod uwagę, że ten ktoś też ma swoją rację. Ta rada właśnie podkreśla hipokryzję wielu osób – z jednej strony miej swoje zdanie, z drugiej strony zabraniaj tego innym. Bo tylko Ty masz słuszność w tym, co mówisz. Moja racja jest dobra, bo jest moja. Koniec. Kropka.

18. Jesteś sexy.

Wbrew pozorom, punkt nie mówi o tym, żeby poczuć się dobrze we własnym ciele. Jest o… bieliźnie. Autor(ka) gwarantuje, że seksowna bielizna doda Ci pewności siebie. Pewnie, na pewno będę czuła się komfortowo z majtkami wrzynającymi się w różne miejsca ciała. Może komuś faktycznie to pomoże, chociaż trochę to bez większego sensu, bo tylko ta osoba będzie mieć świadomość, że zamiast bawełnianych fig z Tesco ma na sobie koronkowe stringi z Victoria’s Secret. No ale okej, psychologiczny chwyt. Natomiast ja wolę mieć na sobie ubrania wygodne, aniżeli seksowne.

Po pierwsze – bo skoro mam niską samoocenę, to średnio chciałabym eksponować wdzięki w kuszących ciuszkach.

Po drugie – bo komu miałabym je pokazywać na przykład w autobusie?

A po trzecie – uwierające majtki raczej nie poprawią mi samopoczucia w otoczeniu innych, a zatem średnio wpłyną na pewność siebie. Trochę to zaprzecza radom typu „bądź sobą”, „ubieraj się tak, jak chcesz”. No ale to tylko moje zdanie.

19. Hello sunshine!

Rada, żeby nie narzekać. Bo pozytywni ludzie przyciągną innych. Z jednej strony banał jak się patrzy, poza tym rozwinięcie poprzednich porad np. tej o uśmiechu. Z drugiej strony nadmierny, a przede wszystkim kontrolowany i sztuczny entuzjazm, jaki autor(ka) sugeruje to… ech, pisałam już tyle o tej mowie ciała, podczepcie to sobie do poprzednich moich stwierdzeń w tym temacie.

20. Czym się zajmujesz?

No i tutaj mamy radę, żeby znaleźć sobie hobby. Banał, bez rozwijania. Poza tym autor(ka) mówi, że to przyciąga innych. Może i racja, ale przede wszystkim trzeba to robić dla siebie, autentycznie i z pasji. Dopiero wtedy możemy po pierwsze czuć się sobą, a po drugie stanowić inspirację. Szukanie sobie zajęcia na siłę lub robienie czegoś „bo modne”, „bo zwrócę tym na siebie uwagę” przyniesie raczej frustrację i zmarnuje sporo czasu.

21. Jak na talerzu.

„Bądź szczera i mów otwarcie, co czujesz!”

Po pierwsze, banał.

Po drugie, było już w kilku wcześniejszych punktach.

Po trzecie, trzeba pamiętać o pewnym wyczuciu, bo klepanie co ślina na język przyniesie raczej nie pomoże w znalezieniu przyjaciół, a do tego odnosi się ten punkt.

Po czwarte, zawarty jest tam przykład, zacytuję: „Podoba Ci się chłopak ze służbowej stołówki? Daj mu znać jakimś małym gestem (patrz zdjęcie – na zdjęciu talerz z kanapką w kształcie serca, filiżanką kawy i uśmiechem z keczupu), że jesteś nim zainteresowana.”

Pomijając sformułowanie tego jak dla nastolatki podrywającej kolegę ze szkoły, to mimo wszystko należałoby zachować pewien rozsądek w tej kwestii. Spontaniczność jest fajna, a zaryzykowanie może się opłacić – o tym w sumie już było. Gorzej, jeżeli ten „chłopak” ma narzeczoną i planuje ślub, a Ty zamiast się wcześniej „wywiedzieć”, walniesz prosto z mostu deklaracją miłosną. Osoba pewna siebie jakoś to przełknie i pójdzie dalej. No ale to jest artykuł skierowany do tych, którzy dopiero nad tym pracują. I takim aktem… no w sumie głupoty można się jeszcze bardziej zamknąć w sobie, a najchętniej zapaść pod ziemię, a poza tym społeczny ostracyzm i wyśmiewanie także słabo wpływają na samoocenę. Dlatego miej własne zdanie i je wyrażaj – hej, taki punkt już był! – odważ się mówić o uczuciach, ale nie zapominaj o ociupince rozsądku. Na takie stuprocentowe ryzyko mogą sobie pozwolić tylko ludzie z niezachwianą pewnością siebie.

22. Kurs językowy.

Wbrew pozorom, nie chodzi o lekcje angielskiego. Autor(ka) zachęca do naśladowania Krystyny Czubówny. Ten ostatni punkt mnie załamał. Lektorski głos jest atutem… jeśli jesteś akurat lektorem. Ewentualnie przy czytaniu bajek na dobranoc. Nawet pani Czubówna w życiu prywatnym nie mówi w ten hipnotyzujący sposób. Zresztą spróbujmy sobie wyobrazić rozmówcę, który tak z nami rozmawia. Pomijając już wspomniane przeze mnie aspekty związane z eksperymentami nad mową ciała – tak, oczywiście głos i jego modulacja też się do tego zalicza – to zwyczajnie można wprawić innych w dyskomfort mówiąc do niego powoli, z nienaganną dykcją i takim właśnie uspokajającym tonem. Od biedy można by uznać, że taki kurs poprawi pewność siebie. Ale rada odnosi się do relacji międzyludzkich. Tutaj raczej nie zda to egzaminu.

freelancer

 

No to podsumujmy…

Na 22 porady raptem 4 były warte wspomnienia ich na takiej liście. Reszta to, według mnie przynajmniej, oczywiste oczywistości lub wierutne brednie. Takich zestawień tworzy się dość sporo, ale ja się pytam – dlaczego? Skoro połowa informacji jest powszechnie znana, a znaczna część z tych punktów mogłaby się zamknąć w jednym ogólnym. Najgorsze jest to, że część z nich zaprzecza sobie nawzajem, a nawet samemu pojęciu „pewności siebie”. Bardzo wiele  z nich jest też źle sformułowanych lub nie do końca rozwiniętych. I takie informacje przekazuje się ludziom, a jeśli ktoś ufa danemu źródłu, to się do nich zastosuje. I zrobi sobie niedźwiedzią przysługę.

Po co napisałam ten wpis? Cóż, nawet jeśli nie przeczytaliście tej listy w magazynie JOY, to większość z tych punktów to dość popularne mity krążące w internecie pod hasłem „zyskaj pewność siebie!”. Dużo z nich tyczy się mowy ciała, która akurat jest mi dość bliska, a o której przekazuje się powszechnie bardzo wiele nieprawdziwych informacji. Można powiedzieć, że również stworzyłam własną listę porad, które autentycznie pomogą wam w pracy nad samooceną. Nie zabrałam się za to całkowicie od czapy. Sporą część wiedzy mam z doświadczenia, bo jak wspomniałam, sama borykam się z problemami odnośnie samoakceptacji. Zachęcam was do spojrzenia chłodnym okiem na te punkty, wtedy zrozumiecie, dlaczego tak wiele oznaczyłam jako banał.

No i jeśli macie jakieś uwagi lub własne, sprawdzone rady w tej dziedzinie, to zapraszam do dyskusji w komentarzach!