Jak kupić prezent świąteczny? Krótki poradnik.

Czujecie już tę świąteczną atmosferę? Ja też nie. Ale, jakby nie było, w przyszłym tygodniu Wigilia. Z tej okazji wygrzebałam swój stary poradnik „Jak kupić prezent świąteczny?”, który napisałam 3 lata temu. Notkę przytoczę w całości, ze wstępem itd. No, z drobnymi poprawkami i uzupełnieniami, jednak całość nadal jest tak samo aktualna, jak wtedy. Zapraszam!

Jak kupić prezent świąteczny?

Atmosfera robi się typowo świąteczna (szczególnie pogoda, ach te klimatyczne mżawki przy +kilku stopniach!), a co większości z nas kojarzy się z Bożym Narodzeniem jako pierwsze? Kolacja wigilijna? Zjazd rodziny, która sili się na sztuczne uprzejmości „bo wypada”, a każdy tak naprawdę marzy, żeby być gdzie indziej. Kolędy? Błagam, co to, przedszkole? Jezus? Kto by tam o nim myślał, już nowe lampki LED są wyżej w hierarchii świątecznej.

Mikołaj? Nooo… już bliżej. Bo z racji, że ten pan niestety od kilku(nastu) wieków jest na urlopie zdrowotnym w krainie wiecznego szczęścia, jego obowiązki musimy przejąć my. Więc co w końcu jest najważniejsze w tej szopce? A no tak. PREZENTY.

Fajnie jest je dostawać, ale trzeba też jakieś dać…

Wielu z was usilnie zastanawia się, co kupić/wypożyczyć (czyt. kradzież)/zrobić/skleić/wyprodukować/zmaterializować w jakikolwiek inny sposób (czyt. czary). Najlepiej niedużym nakładem czasu, siły oraz pieniędzy. Ale ja wam tego wprost nie powiem, licząc na waszą kreatywność i choć odrobinę inicjatywy.

Jednak mogę was na pewien trop naprowadzić, mówiąc jak wybrać ten idealny prezent! Sposobów jest tyle, ilu nas jest na świecie (a nawet więcej!). Przedstawię wam najskuteczniejsze, najpopularniejsze, najbardziej fajniejszowsze. No takie NAJ+ albo jeszcze lepsze!

1. NA CHYBIŁ-TRAFIŁ (EKONOMICZNA) 

W tej metodzie najważniejsze jest przemyślenie miejsca zakupu. Jeśli prezent ma być dla dziewczyny, polecam drogerię. Jeśli dla chłopaka jakiś supermarket bądź empik lub elektromarket (w wersji na bogato). W każdym wypadku sprawdzi się świetnie również miejsce typu WSZYSTKO ZA 1/2/5/10 ZŁOTYCH.

Wchodzisz do wybranego przez siebie sklepu i bierzesz po jednej/kilka rzeczy, jakie wpadną Ci w oczy (fajnie wygląda? Bierz! Co z tego, że kupujesz żel do włosów łysemu wujkowi! Ważne, że ma bajeranckie opakowanie i jest w promocji). Pamiętaj też złote przykazanie, że liczy się ilość. Lepiej wziąć 10 rzeczy po 3 złote, niż 3 po 10 złotych – w końcu im więcej prezentów dasz, tym bardziej zależy Ci na danej osobie, nie?

Ważne jest też łowienie okazji. Wszystko co bierzesz musi być oznaczone: PROMOCJA/WYPRZEDAŻ/OBNIŻKA/ODDAM TE ŚMIECI PÓŁDARMO. Nie zapomnij o opakowaniu, cena do 2 złotych. Nieraz uda się złowić za 99 groszy, a po co przepłacać na kawałku papieru z rączką?

Po wylosowaniu – w ramach dysponowanego budżetu – jak największej ilości promocyjnych gadżetów udaj się do kasy z uśmiechem. Masz wszystko z głowy. Ciotka i tak się ucieszy z płynu po goleniu czy chińskiej latarki kieszonkowej. Bo musi.

2. NA MAMINSYNKA (OSZCZĘDNOŚĆ CZASU I NERWÓW)

Tutaj ważna jest osoba dobrej woli, zwykle warto zwrócić się o pomoc do kobiety. Szukasz mamy, bądź innej ciotki/siostry/babci/sąsiadki/koleżanki. Najczęściej jest to jednak Twoja rodzicielka. Podchodzisz do niej i mówisz ten uniwersalny, sprawdzony przez pokolenia tekst:

„MAMOOO… BO MUSZĘ KUPIĆ PREZENT <wstaw osobę>, A JA NIE WIEM JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ. MOŻE TY KUPISZ COŚ, MASZ TAKIE ŚWIETNE POMYSŁY MAMUSIU!

W tym momencie dalsza konwersacja zależy od Twojej siły perswazji oraz poziomu altruizmu mamy. Być może tyle wystarczy, a być może będzie potrzebna większa dawka komplementów. Coś wymyślisz, no chyba, że wolisz sam iść po prezenty! Nie chcesz? No właśnie, więc kombinuj. Ale jak już Ci się uda, to masz wszystko z głowy. Mama może weźmie od Ciebie parę groszy, częściej jednak zasponsoruje podarunki sama.

Czy prezent się spodoba? To zależy od tego, ile masz lat (nie wyrwiesz dziewczyny na lalkę barbie) i komu kupujesz prezent (Twój kolega z klasy niekoniecznie ucieszy się z pluszowego misia albo kremu do pięt). Ale przynajmniej nie musisz się martwić i angażować w proces zakupów.

Musisz kupić prezent osobie nominowanej do zaszczytnej misji pójścia za Ciebie do sklepu? To jeszcze lepiej! Powiedz, że to będzie dla innego znajomego czy członka rodziny tej samej płci i w podobnym wieku. Rozwiązanie idealne – pójdzie i wybierze coś, co jemu/jej się podoba. Potem po prostu to dasz. I tyle. Satysfakcja gwarantowana. I święty spokój.

3. NA MAJSTERKLEPKĘ (DLA AMBITNYCH I NIEŚMIERDZĄCYCH GROSZEM)

Chcesz dać coś oryginalnego i od serca? Taak, jasne. Przyznaj się, na co poszły w tym roku wszystkie Twoje pieniądze na prezenty? No ale coś dać trzeba. Tutaj metoda DO IT YOURSELF jest najlepszym rozwiązaniem.

Zaopatrz się w wybrany przez siebie materiał. Może to być papier, modelina, papier, klej, glina, papier, drewno, brystol, plastelina, no i oczywiście papier. Zawsze sprawdzi się też papier. Z odrobiną papieru.

Kiedy już masz to, co Ci potrzebne zwyczajnie puść wodze fantazji! Origami! Rzeźba! Wyklejanka! Malunek! Co z tego, że nie masz ani krzty zdolności manualnych. Co z tego, że efekt nie pokryje się nijak z Twoimi wyobrażeniami. Co z tego, że dzieło będzie najwyżej dziełem samym w sobie, bo do niczego toto nie podobne.Przecież obdarowany i tak się ucieszy z wymiętoszonego świstka, który miał być choinką. Bo zrobiłeś ją sam. Czy to nie genialne?

4. NA RECYKLING (DLA NAJBARDZIEJ WYRACHOWANYCH)

Dostałeś rok temu trzy takie same książki? Nie używasz tego zestawu do stylizacji wąsika? Krosno tkackie od babci nie było najlepszym prezentem, jaki dostałeś w życiu? Przekaż je dalej!

Masz w domu kopalnię skarbów i gotowych prezentów! Musisz tylko to wykorzystać! Nawet napoczęte rzeczy można wymuskać tak, że będą niczym prosto z fabryki. Do perfum dolej trochę spirytusu, wytrzyj szczoteczkę tuszu do rzęs, urwane ucho kubka przyklej na kropelkę. Jak precyzyjnie to zrobisz, to nikt się nie pokapuje.

A to, że osoba, której to dasz mogła to widzieć w Twoim posiadaniu? Bądź nie spodoba jej się, tak jak zresztą Tobie? Co z tego. Dałeś? Dałeś! Zaoszczędziłeś? Bardzo! I wszyscy są zadowoleni.

No dobra. Tylko Ty. Ale chyba o to chodziło, nie?

5. NA WSPOMNIENIA (DLA ZAKOCHANYCH LUB PRZYJACIÓŁ)

Co jest najlepszym źródłem prawie gotowych prezentów? Wspomnienia!

Wywołaj/sam wydrukuj zdjęcie ze swoją drugą połówką/najlepszym przyjacielem i napisz LOVE/BEST FRIENDS FOREVER. Jeśli jesteś bardziej ambitny (lub gryzą Cię jakieś wyrzuty) zrób cały album bądź kolaż takich zdjęć. To znaczy ponaklejaj kilka na kartce/paru kartkach spiętych jakoś ze sobą. Et voila!

Sposób mało kosztowny, stosunkowo mało czasochłonny. A i tak wywoła lawinę ochów, achów czy innych okrzyków. Po kilku takich świętach osoba będzie mogła już sobie zastąpić tapetę na ścianie Twoimi zdjęciami, ale co z tego. Nadal będzie słodko.

6. NA INTERNETOWEGO MANIAKA (DLA NOOBÓW)

Przeraża Cię konieczność odejścia od komputera i, co gorsza, wyjścia do ludzi? Zamów coś online.

Pewnie na to sam wpadłeś, ha. Ale czy wiesz, co zamówić? Więc ja Ci powiem, że COKOLWIEK. Byleby tanio. Zakładam, że nie chcesz tracić ani sekundy więcej na wyszukanie i wybór prezentu, niż to konieczne. W końcu trwa świąteczny event, a level sam się nie wbije. Jest na to rada.

Wejdź na losową stronę z losową rzeczą i zamów ją. Jeśli zamówisz zestaw biustonoszy ciążowych dla bezdzietnego, starego wuja zawsze możesz powiedzieć, że pomylili wysyłki. Nikt nie będzie tego podważał, bo przecież się zdarza, zwłaszcza w okolicy świąt. Wymówka idealna, ciężka do zdemaskowania.

Bardziej wytrawni spryciarze mogą wykorzystać to, żeby nie zamówić nic i powiedzieć, że nie dotarło na czas/pomylili adresy. Ja jednak zachęcam do posiadania czegoś fizycznego do ofiarowania. Żeby ducha świąt podtrzymać. Nie kombinuj aż tak! Nie wystarczy Ci, że masz dobrą okazję do podarowania czegokolwiek komukolwiek bez dużego ryzyka?

Istnieje spora szansa, że obdarowani zaakceptują prezent takim, jaki jest – w końcu to nie Twoja wina. A Ty dalej będziesz mógł expić.

To były najbardziej uniwersalne sposoby i porady „jak kupić prezent świąteczny”.

Metody te oczywiście można mieszać. Można też wypróbować własne, więc jeśli macie jakieś swoje, to chętnie poznam!

Sprawę podarunków pewnie macie już z głowy, wybierając któryś z tych sprawdzonych schematów. Możecie odetchnąć z ulgą. A także spokojnie czekać na swoją lawinę nietrafionych prezentów, prawdopodobnie zakupionych również za pomocą tych sposobów. No co, nie tylko Ty przeczytałeś ten poradnik.

A może spróbujesz dopasować poszczególne prezenty, jakie dostałeś do którejś metody? Lub wymyślisz nowe – dla wyjątkowo oryginalnych i trudnych do sklasyfikowania darów? Hej, to może być fajna zabawa na nudnej kolacji, a kiedyś może tradycja świąteczna… Jakby co, to był mój pomysł!

 

Wesołych Świąt!

Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu.

Jeśli trafiłeś tutaj po wyszukaniu frazy „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” to od razu mówię Ci, że ja tego nie zmienię.

Zatem jeżeli liczysz na zwięzły, fajny post, który wskaże Ci cel życiowy, to muszę Cię rozczarować. Chociaż jeśli ktoś naprawdę myśli, że jakaś obca laska w internecie mu powie jak ma żyć, to albo jest bardzo naiwny, albo głupi. Sami musicie znaleźć odpowiedź na pytanie „Kim jestem, czego chcę?”. Ale ja chcę wam w tym pomóc – albo przynajmniej spróbować trochę to poszukiwanie ułatwić.

Inspiracją do tego wpisu były osoby z mojego środowiska.

Często słyszę właśnie zdania w rodzaju „Mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, „Nie wiem, jakie studia wybrać, a zaraz matura” albo „Źle wybrałem szkołę, co teraz”… No właśnie, co teraz?

Ja sama mam 18 lat, za pół roku egzamin dojrzałości i też nie do końca zdefiniowałam siebie, swoje plany. Udało mi się jednak wyrwać z pustki, w jakiej byłam jeszcze 10-12 miesięcy temu. Wtedy wydawało mi się, że nic nie ma sensu, że nic nie osiągnę i nie ma dla mnie dobrej drogi życiowej.

Nie chcę zatem robić z siebie wielkiego, doświadczonego autorytetu, bo wiem, że daleko mi do niego. Myślę jednak, że mogę trochę pomóc rówieśnikom właśnie dzięki temu, że sama jeszcze ten proces poszukiwań przechodzę.

Dlatego wszystkim wątpiącym dedykuję tą notkę.

Jest ona dla Ciebie, jeśli jesteś u progu dorosłości i czujesz się zagubiony. Jeśli masz jakieś pomysły na siebie, ale nadal się wahasz, brakuje Ci wsparcia, kogoś, kto powie „uda Ci się!”. Jeśli coś poszło nie po Twojej myśli i nie wiesz, co dalej robić, jak się z tego pozbierać. Nawet jeśli masz więcej niż te 18 lat, a znów powróciło do Ciebie to pytanie.

Jak wspomniałam, ja nie odpowiem za was. Ale mam kilka porad, które, być może, pomogą wam w odnajdywaniu siebie.

Co prawda często będę posługiwać się maturą i studiami dla zobrazowania ich treści – bo są to terminy mi najbliższe – ale wszystko możecie dopasowywać do swojej aktualnej sytuacji. Ja przykładem muszę się nieraz wesprzeć, a jakbym miała opisywać każdy możliwy przypadek zagubienia życiowego, to bym książkę wydała, a i tak pewnie tematu nie wyczerpała.

Rada 1: Nigdzie się nie spiesz.

Pośpiech jest złym doradcą, to wiadomo od wieków. Wiem, że ciężko jest zdystansować się chociaż trochę i pomyśleć na spokojnie. Zwłaszcza, jeśli dookoła pełno nacisków ze strony rodziny czy otoczenia. Niekoniecznie tych skierowanych bezpośrednio do was, w stylu „To co, zastanowiłeś się już?” albo „Co Ty, dalej nie wiesz, co chcesz robić po maturze?” Presja często nasila się, jeśli znajomi w kółko opowiadają o swoich ambitnych planach. Lub gdy nauczyciele dzień w dzień straszą zbliżającą się datą egzaminów.

Postaraj się nie dać wciągnąć w tę spiralę nagonki. Nie musisz mieć decyzji na już, a najlepiej na wczoraj. To nic złego, że wciąż się zastanawiasz, co robić dalej i analizujesz możliwe opcje. Przynajmniej są większe szanse, że dokonasz świadomego, przemyślanego wyboru.

Daj sobie tyle czasu, ile uznasz za słuszne. Nie postrzegaj tego jako bezczynnego siedzenia (ale też nie dopuść, żeby tak było, uczciwie!). Więcej czasu zmarnują ci, którzy wybiorą coś pochopnie albo na chybił-trafił, a potem będą zaczynać od zera.

Rada 2: Pomyśl o „gap year”.

Wbrew pozorom rada nie tylko dla maturzystów! W końcu termin „gap year” jest dość obszerny. Chodzi o przerwę pomiędzy etapami w życiu, trwającą niekoniecznie rok. Kojarzy się to z absolwentami liceum, którzy opóźniają sobie studia, ale tak naprawdę może to zrobić każdy, kto właśnie przechodzi zmiany w swoim życiu. A przecież zawsze wtedy pojawia się mnóstwo pytań „co dalej”.

Zatem jeśli naprawdę nie wiesz, jak pokierować swoim życiem, to zrób sobie pauzę. Krótszą lub dłuższą, w miarę swoich możliwości. Spójrz na wszystko bez emocji, chłodnym okiem. Spędź ten czas na bliższym poznaniu samego siebie.

Weźmy jednak tego naszego opisowego maturzystę. Zamiast iść na losowy kierunek studiów, zrób sobie ten gap year i poznaj trochę świat oraz Twoje możliwości w nim. Boisz się, że będzie to zmarnowany rok? To zależy od Ciebie, czy wykorzystasz go mądrze, czy zaprzepaścisz ten czas. Poza tym – nie martwisz się, że nieprzemyślana decyzja może Cię kosztować więcej niż te 12 miesięcy?

Co możesz robić w tym czasie?

Podróżować. Chyba najpopularniejsza możliwość na gap year. Nawet jeśli nie masz oszczędności na wyjazd, to zawsze zostają różne opcje „work and travel”, jak na przykład au pair. Zyskasz nie tylko wspomnienia na całe życie, ale też szerszy punkt widzenia – w końcu zobaczysz jak to robią gdzieś tam – i poznasz trochę świata. Kto wie, może odnajdziesz swoje miejsce na ziemi?

Pracować. Sporo osób ten czas wykorzystuje po prostu na pójście do pracy. Często jest to pierwsze zetknięcie z zarobkowaniem. Na pewno daje to inne spojrzenie na pewne sprawy, szczególnie na podejście do pieniądza. Jest też to jakieś doświadczenie zawodowe. Istnieje też szansa, że wykonywana praca spodoba Ci się na tyle, że zechcesz związać z nią przyszłość. Albo przynajmniej będziesz wiedział, czego na pewno NIE chcesz w życiu robić.

Podjąć kursy. To też ciekawy sposób na poznawanie rynku pracy czy poszerzanie swoich kwalifikacji. Kurs językowy może pomóc w dostaniu się na zagraniczną uczelnię, ułatwić wyjazd do danego kraju lub po prostu być dodatkowym atutem w CV. Kursy zawodowe – np. barista czy copywriter – to dobra opcja nie tylko dla samego certyfikatu. Można spróbować swoich sił w danej dziedzinie, odkryć nowe możliwości. Wybór jest naprawdę szeroki!

Nic nie robić. Po prostu. Wyłączyć się na jakiś czas. Ale tak twórczo wyłączyć, żeby z tego coś było. Pobyć samemu ze sobą, posłuchać swoich potrzeb. Dopasować do tego opcje i rozważyć „za i przeciw” każdej z nich. Czasem wystarczy tylko zatrzymać się i dopuścić swoje wnętrze do głosu.

Rada 3: Nie układaj życia dla innych.

O presji otoczenia już coś napomknęłam, ale teraz rozwinę. Być może wahasz się nad swoją przyszłością, bo chciałbyś robić w życiu coś, co niekoniecznie spotyka się z powszechną aprobatą. Każdy dookoła lepiej wie, co dla Ciebie dobre. W każdym razie, tak im się wydaje.

Najczęściej to rodzice wyrażają sprzeciw dla Twoich planów i pomysłów na siebie, chcą pokierować Twoim życiem po swojemu. Robią to, oczywiście, z troski, ale czasem przynosi to więcej szkody, aniżeli pożytku. Reszta rodziny, partner, przyjaciele także być negatywnie nastawieni, krytykować Twoje zamiary. Przez to masz wątpliwości, czy warto kroczyć swoją ścieżką, czy może lepiej zastosować się do tego, co mówią inni.

Jeśli czujesz się naprawdę mocno przekonany, to nie pozwól im tego zniszczyć. Chcesz pójść na inny kierunek studiów niż planowałeś dotychczas (lub ktoś Ci planował)? Zamiast uniwersytetu wolisz szkołę policealną albo jakieś studium? A może w ogóle nie chcesz kontynuować nauki, przynajmniej na razie – bo masz inny pomysł (albo brak pomysłu i potrzebujesz czasu)? Skoro ma to prowadzić do osiągnięcia Twojego życiowego celu i satysfakcji, to śmiało!

Rozumiem, że nieraz może być ciężko otwarcie sprzeciwić się oczekiwaniom bliskich. Sama przez to przeszłam. Ale warto zagryźć zęby, znieść kilka kłótni i cichych dni, żeby ostatecznie dążyć do osiągnięcia własnych celów. Jeśli komuś naprawdę zależy na Tobie i Twoim szczęściu, to prędzej czy później zaakceptuje Twój wybór, zacznie Cię wspierać w Twoich postanowieniach. A ci, którzy dalej będą Cię unikać lub potępiać, nigdy tak naprawdę nie chcieli dla Ciebie dobrze.

Boisz się, to oczywiste i zrozumiałe. Jednak to Twoje życie, to Ty masz je układać. Spełniając marzenia czy oczekiwania innych, nigdy nie będziesz żył w zgodzie ze sobą.

Rada 4: Zastanów się nad swoimi priorytetami.

Twoja niepewność może wynikać z braku porozumienia z samym sobą. Odpowiadając na pytanie „co chcę robić w życiu?” trzeba koniecznie ustalić, jakimi wartościami chcesz się kierować i co jest dla Ciebie istotne.

Nawet jeśli wydaje Ci się, że wszystko masz poukładane, to warto zweryfikować swoje poglądy na życie. Może się okazać, że gdzieś po drodze zmieniło Ci się postrzeganie świata, a Ty jeszcze tego po prostu nie odkryłeś. Tak, tak, jest to możliwe. Ja sama tak miałam. Dopiero jak zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać, to zrozumiałam, że to, czym się kierowałam dotychczas straciło na aktualności.

Odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań, szczerze, sam przed sobą. Pamiętaj też, że nie ma dobrych i złych wyborów. Każdy jest Twój, więc jest jak najbardziej zasadny. Bez uczciwej analizy własnych potrzeb nie wypracujesz odpowiedniego planu na życie, który Cię usatysfakcjonuje.

Nawet teraz, z marszu:

• Wolisz dużo zarabiać czy spełniać się w jakiejś zawodowej misji?

• Planujesz założyć rodzinę czy najpierw skupić się na sobie?

• Marzysz o tym, by zwiedzać świat czy lepiej Ci siedzieć w miejscu?

• Dobrze Ci się żyje w Polsce czy raczej chcesz wyjechać na stałe za granicę?

• Liczą się dla Ciebie tytuły, dyplomy, wykształcenie czy fach w ręku?

• Chcesz najpierw poświęcić parę lat na edukację czy jak najszybciej zacząć pracować?

• Chętnie pracujesz w grupie czy jesteś indywidualistą?

• Widzisz się w pracy z ludźmi czy raczej nie?

• Jesteś lepszy w pracy fizycznej czy umysłowej?

To taki początek do głębszej analizy. Nie sugeruj się tutaj tym co „wypada” odpowiedzieć. To ma być Twój wybór, podyktowany szczerymi uczuciami i potrzebami. Gdy już nakreślisz sobie jakiś wstępny obraz, to po pierwsze: łatwiej będzie Ci zagłębić się w swoje wnętrze, wsłuchać się w swój głos, po drugie: zaczną wyłaniać się pierwsze możliwości. Spróbuj pogadać ze sobą, jak zaczniesz, to samo pójdzie. A dzięki temu możesz dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na swój temat i zmienić spojrzenie na świat.

Rada 5: Nie przejmuj się.

Największy banał na mojej liście banałów. Ale, bądź co bądź, to pomaga.

Możesz myśleć, że to Twoja wina, że nie wiesz, co chcesz robić w życiu, bo do niczego się nie nadajesz. Albo zastanawiać się, w czym jesteś gorszy od innych, którzy już pomysł na siebie mają. Albo narzucać sobie jakieś limity czasowe, do upływu których musisz coś wymyślić. Albo zastanawiać się, co Ci wypada zrobić ze sobą, a co nie. Albo wybierać takie ścieżki-gotowce, które gdzieś tam Cię doprowadzą, byle tylko ruszyć.

Jeśli tak myślisz – natychmiast przestań.

To naturalne, że szukasz siebie. Każdy z nas szuka. A jak znajduje jakiś pomysł na życie, to nie raz na zawsze. Nie da się zaplanować wszystkiego od A do Z. Dlatego jeszcze nie raz będziesz musiał się zastanawiać nad swoimi wyborami, celami, priorytetami.

Okej, jak dobrze przemyślisz sprawę i obierzesz satysfakcjonującą drogę, to masz mniejsze szanse na to, by musieć ją zmieniać. Ale nie wszystko zależy od Ciebie. Czasem coś nie wypali, coś okaże się inne, niż zakładałeś. Ty sam jeszcze wielokrotnie się zmienisz pod wpływem różnych czynników i wydarzeń. Dlatego może się okazać, że znów będziesz zmieniać kierunek.

Staraj się nie skupiać na tym, co nie jest zależne od Ciebie. Nie obwiniaj się o to, że się wahasz. W tym nie ma nic złego ani nienaturalnego. Planuj i rób wszystko w zgodzie ze sobą, w momencie, który Ty uznasz za stosowny. Przestań zadręczać się negatywnymi myślami, które nie wniosą nic konstruktywnego, a tylko Cię dobiją. Łap wiatr w żagle i płyń!

Dobra, to tyle moich złotych myśli dla poszukiwaczy.

Mam nadzieję, że osiągnęłam kilka celów. Przede wszystkim przekonałam Cię, że w „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu” nie ma niczego złego. Ba, nawet w „mam 25, 30, 40, 50 lat i nie wiem…” nie ma nic złego. Po prostu jesteś w punkcie zwrotnym swojego życia i szukasz dla siebie odpowiedniej drogi.

Poza tym, może zauważyłeś, ale wszystkie rady sprowadzają się do jednego – słuchaj siebie. Brzmi banalnie, ale często o tym zapominamy. Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Każdy indywidualnie musi znaleźć unikatową, niepowtarzalną. To może być trudne, dlatego napisałam ten post. W nadziei, że Ci trochę pomogę lub przynajmniej jakoś nakieruję.

Zatem jeśli jesteś tu, bo wpisywałeś „mam 18 lat i nie wiem, co chcę robić w życiu”, to liczę na to, że już będzie Ci łatwiej się dowiedzieć.

A jeśli trafiłeś tu inaczej, to może też zastanowiłeś się nad tym, czy Twoje życie jest naprawdę „Twoje”. Warto się nad tym chwilę zatrzymać, sprawdzić, czy jesteś tam, gdzie chcesz być.

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 3.

Poprzednie dwa wpisy z serii „egzaminy eksternistyczne”:

Część 1. – egzaminy eksternistyczne od strony formalnej, najważniejsze pytania i mity.

Część 2. – opisy arkuszy z każdego przedmiotu z moją osobistą oceną, radą.

A ostatni mój post na temat „egzaminy eksternistyczne” będzie zawierał podsumowanie i moje przemyślenia.

Odebrałam już wyniki, dostałam świadectwo, zdałam wszystko! Nie mam nawet żadnej trójki, same czwórki, piątki i dwie szóstki, także jestem z siebie dumna.

Teraz już mogę z czystym sumieniem wypowiadać się w tej kwestii, już nie mówię o tytułowaniu siebie „abiturientka” czy też „absolwentka liceum ogólnokształcącego”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że jeszcze kilka miesięcy temu wiele osób pluło mi w twarz słowami „nie skończyłaś nawet szkoły”. Ale wróćmy do sedna sprawy – egzaminy eksternistyczne.

Najpierw chciałabym spróbować odpowiedzieć na pytanie, które może nasuwać się części z was:

Jak mają się oceny z egzaminów do tych szkolnych?

Wiadomo, że w szkole ma się tak naprawdę trzy lata, żeby zapracować na świadectwo absolwenta. W porównaniu z moimi trzema tygodniami – jest różnica. Trzeba było się mocno spiąć.

Nie ma „dziś mam jedynkę, ale jutro poprawię na piątkę”, nie ma „proszę pani, co mogę zrobić na dodatkową ocenę?”, nie ma „kartkówka mi nie poszła, ale referat dobry napisałam”. Jest jeden dzień, jeden arkusz, jeden sprawdzian, który ma poświadczyć o wiedzy z zakresu całego liceum.

Tak, oczywiście, że można niezdany egzamin poprawiać. Ale zawsze jest to ryzyko, że nawet przedmiot, który lubimy czy tam ogarniamy, może nam nie pójść – bo zły dzień, bo nie te pytania, bo coś się pomiesza. Poza tym jest dość sztywny klucz, w który trzeba się wstrzelić. Egzaminator nas nie zna, więc nie ma co liczyć na jego łaskawsze oko. Jesteśmy tylko my i kilka kartek papieru.

To wszystko mogą być wady dla osób, które:

  • • były z natury „kombinatorami”, zawsze pod koniec roku udało im się jakoś przesmyknąć
  • • lubią wykorzystywać swój urok osobisty i smutne oczka, żeby nauczyciel podniósł im ocenę/zaliczył sprawdzian/różne takie
  • • trudno zmotywować do nauki dużej partii materiału naraz

Dla mnie było to mega zaletą, jak się okazało. Dlaczego?

Zawsze – no dopóki nie poszłam do liceum – byłam świadoma swojej wiedzy i tego, że wykracza „ponad przeciętną”. Nauczycieli różnych spotykałam na swojej drodze, jednak większość była pełna uznania dla mnie, moich możliwości. Jednak nie wszyscy. Sporo moich ocen nie pokrywało się z tym, na co zasługiwałam, co zaraz zresztą pokażę.

Cieszyłam się bardzo, że tym razem głównie to ja zadecyduję o tym, jakie będę miała wyniki z poszczególnych przedmiotów. Wiadomo, był jakiś wpływ też egzaminatora i jego dobrej woli – mógł coś pod klucz pociągnąć albo nie. Ale tak naprawdę to ode mnie zależało, żeby nie musiał się niczego doszukiwać, tylko spokojnie przyznał punkt.

Przyjrzyjmy się moim ocenom – tym z pierwszej klasy liceum (jedynej jaką skończyłam) i tym z egzaminów.

Pierwsze oznaczę na czerwono, drugie na zielono. Przy okazji też pokrótce omówię dodatkowe wrażenia – wiem, były już w części drugiej, ale teraz po otrzymaniu wyników mogę co nieco dopowiedzieć.

Język polski – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Okej, tutaj różnicy nie ma. Wiem jednak, że w drugiej klasie na piątkę z polskiego nie miałabym już szans, nie mówiąc już o końcu szkoły. Dlatego bierzmy też na to poprawkę.

Co do egzaminu – cieszę się, że udało mi się tę piątkę zdobyć, bo miałam mieszane uczucia po wyjściu z sali. Jak wspomniałam, temat nie bardzo mi pasował, obawiałam się trochę wyżej opisanej sytuacji: jestem dobra z jakiegoś przedmiotu, ale nie trafiłam w zadania. Okazało się, że muszę trochę bardziej ufać sobie i swojej intuicji.

Język angielski – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Pierwszy z przedmiotów, gdzie różnica jest dość znaczna. Gwoli ścisłości dodam, że egzamin z angielskiego jako jedyny napisałam na 100%. Tak, spikam dość nieźle, a w szkole nie miałabym co liczyć na szóstkę bez wygranej w konkursie, co najmniej, wojewódzkim. W dodatku denerwowały mnie kartkówki ze słówek, gdzie synonimy nie wchodziły w grę. Mogłam wypisać 5 słówek o podobnym znaczeniu, a nie trafić w to jedno i dziękujemy, do widzenia. Przyznaję, że z tych i innych przyczyn olałam sobie angielski po całości.

Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, bałam się, że zrobię pełno jakichś drobnych, banalnych błędów. Wiecie, literówki, zły szyk zdania itp. Jak widać, tutaj też muszę uwierzyć znowu w swoje możliwości.

Historia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Jednego punktu zabrakło mi do szóstki! Mimo to i tak jestem z siebie dumna. W liceum byłam naprawdę dobra z tego przedmiotu – niektórzy nawet mówili, że najlepsza w klasie – ale pod koniec roku trochę mi się podwinęła noga, gdzieś złapałam tróję, nie do końca uczciwą, dlatego wyszło jak wyszło.

Na koniec szkoły mogłabym spróbować wypracować sobie piątkę, ponieważ w drugiej klasie zmienił mi się nauczyciel przedmiotu. Była to zmiana o 180 stopni na lepsze. Mimo to cieszę się, że moja wiedza tutaj się sama obroniła.

Mam lekki niesmak, bo tak niewiele brakło mi do oceny wyżej. Zdaję sobie sprawę jednak, że to nadal jest ładny wynik. Z historii pamiętam, że wyszłam raczej zadowolona, nawet chyba wiem, gdzie zrobiłam te drobne błędy. Wiem, większość z was pewnie teraz uzna mnie za wariatkę – ma piątkę i jeszcze jej mało. No co poradzę, przerost ambicji chyba.

Wiedza o społeczeństwie – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Sytuacja analogiczna, jak w przypadku historii. Dostałam w liceum czwórkę, ponieważ źle się czułam w dniu ostatniej kartkówki czy odpowiedzi na ocenę, a na drugi dzień nauczycielka (notabene ta sama, co od historii) powiedziała, że jest za późno (do wystawienia ocen były co najmniej dwa dni).

Nie liczyła się moja całoroczna praca, to, że robiłam dodatkowe rzeczy (pisałam chociażby wnioski do sądu w imieniu całej klasy) i to, że miałam wiedzę wykraczającą ponad program. Nie wracajmy już do tego.

Tutaj jest dokładnie tak, jak zakładałam. Na piątkę czułam się wychodząc z sali, piątkę dostałam. Jest w porządku.

Podstawy przedsiębiorczości – liceum: dobry, egzaminy: dobry

To jest koronny przykład na to, że nie powinnam lekceważyć tego przedmiotu. W poprzednim wpisie, gdzie opisywałam egzaminy trochę kpiłam z tego, po napisaniu go także byłam przekonana, że niżej niż bardzo dobry nie zejdę. Co prawda była to sprawa punktu czy dwóch, ale jednak. Widocznie ta czwórka była mi pisana.

Chociaż nadal wolę tę czwórkę, uczciwą, wynikającą z mojej ignorancji, aniżeli tę, którą dostałam w liceum. Nauczycielka (ta sama, co dwóch poprzednich przedmiotów) obiecywała mi szóstkę. Tak, dobrze widzicie. Reprezentowałam wtedy szkołę w konkursie wojewódzkim, generalnie miałam same dobre oceny z prac pisemnych, na lekcji cały czas siedziałam z ręką w górze – dostałam nawet ksywę Hermiona.

A co zadecydowało o mojej ocenie z tego przedmiotu? Logo. Logo firmy, które brzydko narysowałam i dostałam trójkę. Cóż, możecie mnie uznać za przewrażliwioną, ale z perspektywy czasu już jestem pewna, że owa pani po prostu bardzo nie chciała mi dać ocen, na jakie zasługuję. Bez łaski – zdobyłam sobie sama.

Geografia – liceum: dobry, egzaminy: bardzo dobry

Nie bardzo wiem, jak to się wydarzyło, że w liceum miałam czwórkę. Przez znaczną część roku słyszałam same komplementy na swój temat, pytania, czemu nie rozszerzam tego przedmiotu. Odpowiadałam nawet na pytania spoza zakresu materiału, po prostu jestem fascynatką geografii. Szczerze, nie pamiętam, co dokładnie zaważyło na mojej ocenie. Pewnie podobnie – jakaś jedna czy dwie gorsze oceny, których nie dano mi już poprawić.

Z egzaminu z tego przedmiotu wyszłam podobnie jak z wosu. I podobnie napisałam. I jest w porządku.

Biologia – liceum: dobry, egzaminy: celujący

Największe zaskoczenie dla mnie samej i wszystkich dookoła. Ale dla mnie chyba najbardziej.

Owszem, z biologii byłam niekiepska. Z tego zakresu spokojnie zasługiwałam na piątkę, nawet miałam ją mieć, ale… No właśnie, znowu jej nie dostałam.

Tym razem nauczycielka nie chciała się przyznać, że zgubiła mój sprawdzian. W dodatku oznajmiła mi to w chwili wystawienia oceny końcowej (sprawdzian pisałam gdzieś w styczniu albo lutym), zatem nie mogłam nawet go uzupełnić.

Rozumiem, było to też w mojej gestii się upominać o tę ocenę. Raz czy dwa pytałam i zawsze słyszałam „na następnej lekcji”, później gdzieś już to mi wypadło z głowy. I dałam się zrobić na szaro – bo kłóć się w takiej sytuacji, powodzenia.

Natomiast tego, że właśnie z biologii dostanę szóstkę się nie spodziewałam. Przygotowałam się, jasne, wspomniałam też o tym ostatnio. Ale no po prostu… inne przedmioty typowałam do potencjalnych szóstek.

Chemia – liceum: dobry, egzaminy: dobry

Bez zmian – teoretycznie. Praktycznie, znowu, z tej drugiej czwórki jestem bardziej dumna. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że pierwszą zdobyłam bez większego wysiłku.

Na sporą część moich szkolnych ocen złożyły się oceny za sałatkę warzywną (!) czy też referat grupowy o paleniu (swoją drogą mówiłam o korzyściach wynikających z rzucenia palenia, a cała klasa się śmiała… czyżbym nie była autorytetem w tej kwestii?).

Nie wspomnę już o jednym ze sprawdzianów, który pisaliśmy podczas którejś z licznych nieobecności nauczycielki pod opieką wychowawczyni. Nie wiem, na ile celowo, a na ile przypadkiem, ale zostawiła sprawdzian na biurku i wyszła na przerwę… Cała klasa dostała piątki. Także ta czwórka była po prostu nieuczciwa.

Po drugie dlatego, że spodziewałam się dużo gorszej oceny.

O tym też już pisałam – wyszłam z egzaminu zlana potem, chciało mi się płakać i pierwszy raz nie wiedziałam, czy w ogóle zdałam. Podliczyłam gdzieś tam sobie takie „pewne” punkty, nazbierało się ich jakimś cudem 12 i odetchnęłam z ulgą. Otwierając kopertę nieśmiało myślałam o trójce z chemii – w końcu miałam też trochę „prawie pewnych” punktów. A tutaj czwórka. Byłam z siebie niesamowicie zadowolona – nawet nie wiem, czy nie bardziej niż z angielskiego.

Fizyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: dobry

Paradoksalnie też wolę moją czwórkę od tej licealnej piątki. Jest według mnie po prostu sprawiedliwa, ale przede wszystkim dostałam ją naprawdę z fizyki, a nie z… no właśnie, jak to nazwać?

Moja nauczycielka tego przedmiotu w liceum już na pierwszej lekcji oznajmiła nam, że „ona z humanistów nie będzie robić ścisłowców” oraz, że „dobrze wie, że nas ten przedmiot nie interesuje”. Dlatego uznała, że w naszym przypadku sama znajomość teorii wystarczy do zaliczenia. Przez cały rok nie rozwiązaliśmy nawet pół zadania obliczeniowego.

Ktoś powie, że w sumie dobrze zrobiła, bo faktycznie, humaniści i fizyka zwykle się nie bardzo lubią. Sama na początku myślałam podobnie – chce dla nas być miła, nie chce nam dowalać. Dzisiaj myślę, że po prostu uznała nas za debili.

Fakty były takie, że w istocie, teorię znałam bardzo dobrze. Szczególnie astronomię, która była dla mnie fascynująca już odkąd byłam małą dziewczynką. Dlatego jeśli bierzemy pod uwagę tę „fizykę dla humanistów”, czyli czysto teoretyczną, to zasługiwałam na piątkę.

Ale na egzaminie już zetknęłam się z prawdziwą fizyką. Dopiero podczas przygotowywania się zrozumiałam, że po prostu nauczycielka poszła po linii najmniejszego oporu. Bałam się go niesamowicie, bo uwierzyłam, że jestem za tępa, żeby ogarnąć zawiłości obliczeń i wzorów fizycznych.

Na szczęście miałam nieco… bardziej kompetentną nauczycielkę tegoż przedmiotu w gimnazjum i jej lekcje gdzieś tam mi zostały. To mi serio pomogło, były przynajmniej trzy czy cztery zadania, w tym obliczeniowe, gdzie dziękowałam jej w myślach.

Dlatego jeśli bierzemy już pod uwagę fizykę w całej jej okazałości, to czwórka jest jak najbardziej zasłużoną oceną dla mnie. I cieszę się nią bardziej, bo wiem, że sobie na nią zapracowałam.

Matematyka – liceum: dostateczny, egzaminy: dobry

Ha, ha, ha. Szach mat! Przypominam, że egzaminy były z zakresu trzech lat liceum, a pierwsza ocena dotyczy tylko jednej klasy. Teraz ta czwórka wygląda jeszcze lepiej, nie?

Powiem wam szczerze i od serca – matma jest moim głównym nemezis jeśli chodzi o dyscypliny naukowe. Nie dlatego, że jej nie ogarniam. Jak się zmobilizuję, to bez problemów rozwiązuję większość zadań. Matma mnie najzwyczajniej w świecie… drażni. Żeby nie nazwać tego gorzej. Po prostu nie lubię tego robić, nie lubię liczyć, stresuje mnie to. Z tą awersją stara się walczyć moja mama. Jak widać, nawet jej to wyszło.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo naprawdę sporo czasu poświęciła przed moimi egzaminami na zaprzyjaźnianie mnie z matematyką. Było to tym istotniejsze, że – jak wspomniałam – arkusz sprawdzał wiedzę z całego liceum, a ja się zatrzymałam w połowie drugiej klasy.

Jak wyszłam z sali, to wiedziałam tylko tyle, że zdałam. Nie śmiałam jednak prosić o czwórkę, byłam zadowolona po prostu, że zdałam. Tymczasem jest lepiej, niż bym sobie życzyła. Napisałam na 73% i pozostaje mi jedynie modlić się, żeby majowa matura też mi tak poszła.

Informatyka – liceum: bardzo dobry, egzaminy: bardzo dobry

Trudno coś o tym przedmiocie mówić. Większość z was pewnie wie, jak wygląda on w szkole. Tymczasem sam egzamin też jest specyficzny – pisałam o nim w drugiej części. No po prostu, jeśli kojarzysz mniej-więcej pakiet microsoft office, to zdasz. A jak znasz go dość dobrze, to poniżej czwórki ciężko będzie zejść.

Macie już porównanie tego, jak poszły mi egzaminy eksternistyczne, a jak oceniała mnie szkoła.

Według mnie, różnica jest ogromna i to na moją korzyść. Również w przypadku ocen, które są takie same, a nawet gorsze. Zacznijmy jednak od tych lepszych.

Ze zdecydowanej większości przedmiotów mam wyższe wyniki, niż miałam w liceum. Jestem z tego zadowolona tym bardziej, że wiele osób nie rozumiało, dlaczego zrezygnowałam z nauki w tej szkole. Nie wierzyli, że jednym z powodów jest niesprawiedliwe traktowanie mnie. Myśleli sobie:

  • • Ha, dobrze jej tak, kujonka była przekonana, że już wszystko wie, a tu jej utarli nosa.
  • • Przewrażliwiona jakaś, kto by jej tam zaniżał oceny, widocznie uczyć się nie chciało.
  • • Raz dostała dwóję i już płacze. Wariatka, przecież to normalne.

Czy coś w ten deseń, czasem wszystko naraz, czasem jeszcze coś innego. Teraz już mam „na papierze” oceny, na jakie faktycznie zasługuję. Wiem, że zawsze znajdą się tacy, co to ich nie przekona, bo „to nie to samo”, „na farcie”, „w szkole nie ma tak hop siup” bla, bla, bla…

Ale dla mnie najważniejsze jest, że sama przed sobą czuję się dobrze, że ja mam świadomość bycia ocenioną za wiedzę, a nie za ładny uśmiech, mniej bądź bardziej znane nazwisko, duży dekolt lub, co najgorsze, osobiste sympatie i uprzedzenia.

I właśnie dlatego cieszą mnie też oceny takie same lub gorsze.

Po pierwsze – przynajmniej sama na nie zapracowałam, wykazałam się znajomością informacji, a nie ładną sałatką warzywną. Musiałam wszystko sama wyliczyć, rozwiązać, wypisać. Nikt mi nie wstawiał ocen za darmo, nikt mi nie zaniżał wymagań (patrz: fizyka).

Po drugie, byłabym nieziemską hipokrytką, gdybym domagała się najpierw uczciwego ocenienia wiedzy, a potem narzekała, że źle mnie potraktowano. To, co wiedziałam, to napisałam, za to dostałam ocenę. Pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Nie mam ich jednak, bo mam dokładnie to, czego chciałam. Uczciwe, zasłużone oceny. Widocznie nie zapracowałam na piątkę z przedsiębiorczości czy fizyki, ale wolę moją czwórkę niż naciągane piątki.

Dlatego polecam egzaminy eksternistyczne osobom, które myślą podobnie.

Jeśli masz wrażenie, że w szkole ktoś oceniał Cię niesprawiedliwie, tutaj możesz być spokojny – dostaniesz to, na co zasługujesz. Nikt nie patrzy na Ciebie personalnie, liczy się to, co wiesz. Pamiętaj jednak, że to działa w dwie strony. Jeżeli nie zasługiwałeś na swoją czwórkę czy piątkę, to wszystko tutaj „wyjdzie” i nie możesz o to mieć pretensji.

Prawda, czasem zdarzy się gorszy dzień, nie do końca trafiony arkusz.

Jednak na swoim przykładzie zaobserwowałam, że nawet wtedy wiedza po prostu broni się sama. Nieraz byłam niezadowolona z pytań, niepewna odpowiedzi. Obawiałam się, że znacznie obniży to moją ocenę z przedmiotu, szczególnie z tych, które lubiłam. I, jasne, trochę punktów straciłam nie tyle z niewiedzy, ile przy wsparciu zwyczajnego pecha co do zadań.

Na przykład wiem, że na polskim sam fakt, że nie znałam książki „Inny Świat” pozbawił mnie spokojnie minimum 3 punktów. Cały egzamin był dla mnie mocno nietrafiony, rzucałam w autora gromami. Mimo to, przebrnęłam przez niego i poszedł mi bardzo dobrze, nie mogę narzekać na ocenę. Zatem jeśli odpowiednio się przygotujecie – uczciwie! – to spokojnie wyniki będą zasłużone.

To jest właśnie to – nie ma kombinowania, nie ma zrzucania na zły dzień, na katar, na nietrafione pytania. Jeśli porządnie się przyłożycie, pokonacie lenistwo i niechęć, to efekt będzie widać.

Okej, starczy o tych ocenach. Miałam napisać jeszcze kilka innych wniosków.

Odpowiedzmy jeszcze ostatecznie na pytanie – kto może pisać egzaminy eksternistyczne?

Wydaje mi się, że tego jeszcze nie uściślałam. To znaczy napisałam w pierwszej części, że może to być każda osoba dorosła, która dysponuje świadectwem ukończenia gimnazjum bądź ośmioklasowego liceum. Ale jak to się ma w praktyce?

Sformułujmy to pytanie nieco inaczej i rozbijmy na dwie części.

Kto pisze egzaminy eksternistyczne?

Ja sama myślałam, że będą to głównie osoby między gdzieś tak 25 a 30 rokiem życia. Takie, którym coś się wcześniej nie powiodło, które wybrały inną szkołę albo coś im przeszkodziło w kończeniu liceum, a teraz się jednak zdecydowały uzupełnić wykształcenie. Jednocześnie też są na tyle młode, że spokojnie mogą startować od zera. Tak sobie wyobrażałam przeciętnego współtowarzysza zanim podeszłam do egzaminów. Co zastałam na sali?

Istny misz-masz. Naprawdę. Co prawda z niewieloma osobami udało mi się pogadać na tyle, żeby poznać ich sytuację życiową, więc przyczyn, dla których zdają egzaminy eksternistyczne nie poznałam. Dlatego to, co tu wymienię to w większości moje obserwacje i przypuszczenia. Pobawiłam się trochę w socjologa, posłuchałam co nieco na korytarzu, poobserwowałam stałych bywalców, ich stroje, zachowania. Myślę, że można pewne wnioski wyciągnąć z tego.

Przede wszystkim coś, co jest niepodważalnym faktem – faktyczny przekrój wiekowy piszących.

Pełen. Były osoby w moim wieku, jedną koleżankę-rówieśniczkę poznałam bliżej, innych wytropiłam po peselach (spokojnie, patrzyłam tylko na dwie pierwsze cyfry, z czystej ciekawości i w celach badawczych, nie jestem żadnym stalkerem). To mnie trochę zaskoczyło, bo nie myślałam, że aż tylu moich rówieśników tuż po przerwaniu nauki podejdzie do egzaminów. Zakładałam, że raczej odczekają rok lub dwa. Niestety, nie byłam tam żadnym rodzynkiem, bynajmniej!

Widziałam też wiele osób zaledwie rok starszych. Jednego chłopaka trochę posłuchałam i wywnioskowałam, że zmarnował kilka miesięcy w „szkole” przygotowującej do egzaminów (o nich pisałam więcej tutaj), także on też na dobrą sprawę mógł zdawać jeszcze jako osiemnastolatek, na gorąco.

Dalej, roczniki coraz wyższe…

Kilka osób, na oko świeżo po dwudziestce, siedziało i rozmawiało o swoich małych pociechach. Przedział 20-30 lat dominował, ale nie jakoś znacznie. Sporo było osób z roczników ’80 albo ’70. Jedna kobieta, wyraźnie po czterdziestce, serwowała mi za każdym razem lodowate spojrzenie. Szczególnie, kiedy śmiałam się podczas rozmowy z kimś. Albo przeklęłam pod nosem.

Udało mi się trochę porozmawiać z panią, która zbliżała się już do pięćdziesiątki (nie pytałam o wiek, ale wiem z peselu). Była bardzo miła i na każdym egzaminie się uśmiechała do mnie, w przerwach czasem komentowałyśmy arkusze. Trochę zabawnie było omawiać zadania z – bądź co bądź –  sprawdzianu z kobietą starszą od mojej mamy. Nie była ona jednak najstarsza.

Rekord stanowił pewien emeryt, który podchodził mniej-więcej do połowy egzaminów. Chyba część zdawał już wcześniej, bo dzielił się z innymi osobami wrażeniami z niektórych przedmiotów.

Jak widzicie, nie ma limitów wiekowych. Nie tylko na papierze.

Trochę się zdziwiłam, że nie ma jednak jakiejś wyraźnie dominującej grupy wiekowej. Byli dosłownie „reprezentanci” wszystkich – nastolatków, młodych dorosłych, tych w średnim wieku oraz starszych. Ja się nieco obawiałam, że będę widocznie młodsza od reszty, ale tak nie było. Zastanawiałam się też, czy faktycznie ktoś dojrzały zdecyduje się jeszcze uzupełniać wykształcenie, a takich osób było sporo. Cieszy mnie takie zainteresowanie, może za kilka lat egzaminy eksternistyczne nie będą już czymś z kosmosu, tylko normalną, znaną formą kończenia szkoły.

Kwestia strojów – jak na egzaminy eksternistyczne się ubierają zdający?

Dla mnie było dość jasnym, że powinnam wyglądać schludnie i w miarę elegancko. Wiadomo, że nie wskoczyłam w mundurek szkolny, ale starałam się zawsze ubrać dość profesjonalnie. Marynarka czy sweterek, jednolita bluzka pod spód, spodnie dżinsowe lub w stonowanym kolorze, bez dziur. A jak do tematu podeszli pozostali?

Byli tacy, co przychodzili w garniturach lub garsonkach. Byli też ludzie w dresach i koszulkach „PROSTO” czy inne „PLNY”. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny.

Płeć piękna na ogół ubierała się całkiem elegancko.

Sukienka, spódnica, jakieś spodnie + koszula. Było kilka takich, które wyglądały, jakby im się pomyliła droga na wiejską dyskotekę. Wiecie, nerki i płuca na wierzchu. Były też takie, co wracały chyba z Karkonoszy, bo polarek miały idealny na wyprawę po górach. Po niektórych w życiu bym nie powiedziała, że przyszły na egzamin.

Mężczyźni natomiast stawiali głównie na koszulę i spodnie.

Były wyjątki, a i owszem. Od wspomnianych już reprezentantów osiedli w dresach, poprzez satanistów z ubraniami tak podartymi, że ledwo się ciała trzymały, aż po swojskich, przaśnych chłopów w polarkach lub swetrach i sztruksach dziurawych, ale już ze starości.

Jak widać, nie każdy podszedł do tematu tak, jak ja.

Nie chcę tu nikogo oceniać po ubiorze, po prostu dla mnie takie wydarzenie jest poważne, a kwestią szacunku jest dostosowanie swojego wyglądu. Jeśli ktoś ma inne zdanie, proszę bardzo, nic mi do tego. Osobiście nie umiałabym przyjść na egzamin w dresach albo sukience długości tuniki. Mimo to, byli tacy ludzie i nikt im uwagi nie zwracał – przynajmniej nie na głos.

Podzielę się teraz innymi przypuszczeniami oraz obserwacjami odnośnie współtowarzyszy.

Zaznaczam – to są tylko moje wnioski, które wyciągałam na podstawie tego, co widziałam i słyszałam pod salą. Mogę oczywiście się pomylić, coś błędnie odebrać. Chciałam jednak napisać kilka spostrzeżeń, jeśli kogoś zainteresują inne aspekty życia zdających niż wiek.

Żeby uniknąć możliwie jak najbardziej błędów w moim rozumieniu, postanowiłam nie opisywać nikogo personalnie (nie przypisywać zaobserwowanych cech, usłyszanych wypowiedzi konkretnej osobie), a wyszczególnić kilka charakterystycznych grup spośród widzianych przeze mnie ludzi. Bierzcie to jednak z dystansem, ok?

To z kim ja się zetknęłam, zdając te egzaminy eksternistyczne?

• Młodzi, najczęściej jeszcze-nastoletni lub ledwo-nie-nastoletni buntownicy.

W trampkach, kraciastych koszulach i podartych spodniach. W uszach obowiązkowo słuchawki, czasem wystukują rytm, trzęsąc przy tym całą ławką i ludźmi dookoła. Nierzadkie są też dodatki – naszyjniki czy bransoletki, zwykle z jakimś kontrowersyjnym symbolem. Patrzą na świat z góry i to tylko wtedy, kiedy zarzucą włosami na tyle, żeby coś zobaczyć. Szkoła to dla nich przeżytek, szkoda na nią czasu. Chcą zdać te egzaminy dla świętego spokoju, bo każdy się ich czepia o brak wykształcenia. Dla nich samych nie ma to większego znaczenia – jebać system.

• Bananowe dzieci. Too cool for school.

Grupa osób w większości ściśle około dwudziestki, nawet przed. Siedzą pod salą znudzeni, przeglądając internet na najnowszym ajfonie. Ubrani oczywiście zgodnie z nakazami obecnej mody: dziurawe spodnie, adidasy, bluza lub sweter oversize. Każdy chyba ma wodę w piwnicy, patrząc na ich nogawki. Przyszli tutaj tylko dlatego, że tatuś im nie da pieniędzy/zabierze samochód/nie kupi nowego ajfona/każe iść do pracy, jeśli nie skończą liceum. No to przyszli, jak już stary sobie wymyślił jakieś egzaminy eksternistyczne, matury, studia… przynajmniej truł nie będzie i dwie stówki rzuci.

• Bananowe żony.

Podkategoria podobna do tej wyżej, z tym, że tutaj w rolę tatusia wciela się mąż. Reszta mniej-więcej bez zmian. Nawet w kwestii stroju, bo niezależnie od wieku, ubrane są jak nastolatki.

• Romeo i Julia.

Chociaż egzaminy eksternistyczne częściej pisała Julia. W skrócie chodzi o panienki, które dla swoich wielkich miłości rzuciły szkołę i wyjechały w siną dal. Romeo często im towarzyszy, wtedy siedzą przyklejone do niego. Z ogromnym bólem odrywają się na czas egzaminu. Jeśli akurat go przy nich nie ma, to siedzą z telefonem w ręku, piszą/mówią mu jak bardzo tęsknią. Generalnie trudno podjąć z nimi rozmowę, która nie sprowadzi się do jednego tematu – tak, domyślacie się jakiego. Mnie pozostaje tylko mieć nadzieję, że albo Romeo okaże się tym jedynym, albo przynajmniej zdadzą te egzaminy.

• Świeżo upieczeni rodzice.

Ludzie po dwudziestce, którym niedawno przyszło na świat potomstwo. Zwykle jest to mniej niż rok. Najczęściej to jest właśnie powód, dla którego piszą egzaminy eksternistyczne, a nie chodzą do szkoły. O dziwo, grupę reprezentują zarówno mamusie, jak i tatusiowe – co mnie cieszy. Jeśli akurat nie dzwonią się zapytać, jak tam ich pociecha się miewa, to opowiadają o niej ludziom naokoło. W pewien niejasny dla mnie sposób przedstawiciele potrafią wyczuć siebie nawzajem. Wtedy dopiero bawią się świetnie – rozmawiają o ząbkach, kaszkach, pieluszkach, pokazują sobie zdjęcia swoich skarbów. Egzaminy są dla nich drugorzędne – ale w sumie reszta świata też jest przesłonięta ich małym słoneczkiem.

• Dresiarze.

Obu płci. Znakami charakterystycznymi są, jak sama nazwa podpowiada, dresowe spodnie. Oprócz tego często występuje za duży T-shirt i bluza, fajnie jak mają dobry brand czy tam label. Zdarzy się też jakaś czapka, wtedy zdejmują ją dopiero po upomnieniu ze strony komisji. Najczęściej to oni spóźniają się na egzaminy lub wchodzą na nie ostatni. Można ich rozpoznać również po pozie: rozwaleni luzacko na ławce lub krześle, patrzą przed siebie z cwaniackim uśmieszkiem, rączki obowiązkowo w kieszeni. Nierzadko ich szczęki pracują na pełnych obrotach – mieląc gumę – ale nie przeszkadza to zazwyczaj w szczerzeniu się do otoczenia.

Co robią na egzaminach? Trudno powiedzieć. Raczej nie chodzi im o dokształcanie samo w sobie. Jedną z moich teorii są, podobnie jak u bananów, rodzice, którzy w taki czy inny sposób namawiają swoje dziecko do ukończenia liceum. Podejrzewam też, chociaż to mniej prawdopodobne, pracodawcę, który postawił im warunek uzupełnienia wykształcenia. Ciężko to rozgryźć w tym przypadku.

• Szlachta.

Ludzie przeciętnie w okolicach czterdziestki, chociaż zdarzają się i nieco młodsi. Z różnych przyczyn nie ukończyli szkoły w swoim czasie, ale teraz chcą to nadrobić. Może chodzić o lepszą pracę, wyjazd za granicę lub zwykłe ambicje. Równie prawdopodobne jest to, że mają dość dzieci, które, na wzmiankę o tym, że mają się uczyć, odpowiadają „ale Ty też nie masz wykształcenia!”. Od reszty osób w ich przedziale wiekowym odróżnia ich jednak wyraźny kompleks odnośnie nieskończonego liceum, niepełnego/gorszego wykształcenia. Starają się nadrobić to ubiorem, zawsze się odwalą jak mysz na dożynki albo szczur na otwarcie kanału. Dumnie trzymają głowę w okolicach sufitu i wodzą wzrokiem po reszcie.

Spróbuj zachować się „nieodpowiednio”, w ich mniemaniu. Takiego zimna, jakim Cię zmierzą, nie poczujesz na Antarktydzie. Rzadko z kimś rozmawiają, a jeśli już, to są to wypowiedzi do przesady sztuczne i pompatyczne. Zdarzy się również komentarz, o który nikt ich nie prosi. Wygłoszony jest obowiązkowo z dumą, wyższością i pogardą. Szczególnie wyczuleni na młodszych od nich, uważają się za bardziej doświadczonych życiowo. Oni nie zawalili szkoły z lenistwa, a mieli poważne powody. Nie to co Ty, szczylu!

• Ciotki i wujkowie.

Osobniki w wieku średnim, które jednak – w przeciwieństwie do reszty – nie przyszły na egzaminy eksternistyczne w celu leczenia kompleksu niższości. Dużo rozmawiają, w zasadzie zagadują kogo tylko się da. Często znajdują wspólny język z kimś ze swojej grupy, ale też zdarza się, że dobrze im się gada z młodszymi. Pomimo to, nie są moralizatorami, nikogo nie oceniają, nie uważają się za lepszych tylko z racji wieku. Podtrzymają na duchu, nie szczędzą ciepłego słowa. Tacy opiekunowie czy strażnicy zgromadzonej gawiedzi.

• Nie-wiem-co-tu-robię.

Tutaj nie ma nawet przybliżonej kategorii wiekowej. Charakterystyczne cechy łączące wszystkich przedstawicieli to: wygląd świeżo z łóżka, wbieganie tuż przed czasem, łażenie w tę i z powrotem bez wyraźnego celu, rozglądanie się z przerażeniem, nerwowo, jakby szukając pomocy. Która jest godzina? Za ile się zaczyna? Naprawdę trzeba pisać czarnym długopisem? Muszę pokazywać dowód na każdym egzaminie? Gdzie mogę zostawić kurtkę? Dlaczego nie mogę wnieść wody? Trzeba oddać telefon? Po co?…

To są takie najpopularniejsze typy osób zdających egzaminy eksternistyczne.

Jasne, że jest to przerysowanie, trochę podśmiechujki. Ale po trzech tygodniach obserwacji wydzieliłam sobie takie grupy spośród otaczających mnie osób. Niektóre dałoby się dopasować do kilku z nich. Inne oczywiście do żadnej. Chciałam tym zestawieniem z przymrużeniem oka zwrócić wam jednak uwagę na to, że naprawdę różny przekrój społeczny można spotkać pod salą egzaminacyjną.

A teraz inaczej – komu ja polecam egzaminy eksternistyczne?

Wiadomo, są dla każdego. Ale komu polecam tak bardziej?

• Osobom, które w swoim czasie nie skończyły liceum.

Czyli edukację zakończyły na podstawówce/gimnazjum albo wybrały inny typ szkoły ponadgimnazjalnej. Dość oczywiste, ale chciałam wymienić dokładnie wszystkich. Poza tym jest tu coś wartego uściślenia. Nieważne, czy masz lat 19, czy też 40 – nigdy nie jest za późno na to, żeby uzupełnić wykształcenie. Co innego jest jednak istotne – chęci. Szczere chęci.

I nie mam na myśli tylko zapału do nauki, chociaż oczywiście to też. Zanim zdecydujesz się przystąpić do egzaminów, proszę, zastanów się, dlaczego chcesz to zrobić. Żeby zaimponować rodzinie, znajomym? Żeby zarabiać więcej pieniędzy? Żeby wyleczyć kompleksy? Czy dlatego, że naprawdę chcesz skończyć liceum?

Nie zrozumcie mnie teraz źle – inne czynniki, takie jak lepsza praca czy szacunek otoczenia też są istotne.

Ale nie mogą one być jedynymi powodami, dla których chcecie zdawać egzaminy eksternistyczne. Jeśli nie zrobicie tego po prostu dla siebie, z potrzeby wewnętrznej, to nic z tego nie będzie.

Okej, nawet jeśli je zdacie, to może się zdarzyć tak, że nie rozwiąże to waszego problemu. Znajomi dalej patrzą z góry, bo „jakieś lewe świadectwo”. Oferty pracy nadal beznadziejne, okazuje się, że bez doświadczenia czy matury wciąż zarobicie grosze. Dalej czujecie się gorsi od innych, a przecież macie już to świadectwo. Frustracja murowana i na co to wszystko?

A jeśli naprawdę chcecie, sami dla siebie, tego wykształcenia, to będziecie się cieszyć niezależnie od reakcji otoczenia i czynników zewnętrznych. Wasza samoocena podskoczy, w końcu macie nowy powód do dumy – daliście radę, zdaliście egzaminy eksternistyczne, skończyliście szkołę. Dalej samo pójdzie.

Także w skrócie:

Polecam to osobom, które nie skończyły liceum „w terminie”, ale tylko jeśli bardzo zależy im na posiadaniu tego „średniego”. Nie róbcie tego dla innych, tylko dla siebie.

• Osobom, które przerwały naukę w stacjonarnej szkole lub planują to zrobić.

Mam na myśli swoich rówieśników, którzy z różnych przyczyn chcą zrezygnować ze szkoły. Powody mogą być różne, najróżniejsze, ale postaram się trochę to uogólnić i wyodrębnić dwie podgrupy:

→ Ludzie, którzy rzucili szkołę, bo uważają, że nie jest im ona potrzebna/nie chce im się po prostu tam chodzić.

Od razu mówię, ja was nie chcę tu umoralniać. Kim ja jestem, żeby się do tego zabierać? Brzmi to dziwnie, że polecam egzaminy eksternistyczne osobom, którym na wykształceniu nie zależy. Szczególnie, że przed chwilą sama pisałam o szczerych chęciach. Zaprzeczam sama sobie? Nie do końca.

Na pewno będąc w takiej sytuacji słyszycie – głównie od starszych, ale zdarza się też od rówieśników – coś w stylu: marnujesz sobie życie, jeszcze będziesz żałować, że nie masz wykształcenia bla, bla, bla… Wiem, to męczące, zwłaszcza, że przecież sam wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. I masz rację, nikt nie może za Ciebie decydować, ale… Może jednak się nad tymi egzaminami zastanów?

Nie tylko jako były licealista – jeśli nie interesuje Cię wykształcenie ogólne, to są też zawodowe, o których tylko wspomniałam w pierwszym wpisie, bo o nich wiedzy nie mam na tyle, żeby mówić. Ale są też takie, możesz poszukać więcej informacji.

Zanim przewrócisz oczami albo uznasz, że się Ciebie czepiam, to proszę, pomyśl chwilę.

Zastanów się nad kilkoma rzeczami.

Po pierwsze, co zamierzasz robić po przerwaniu nauki? Pewnie odpowiesz, że iść do pracy. Może nawet wyjechać za granicę. Fajnie, ja wiem, że my, młodzi, często myślimy tu i teraz, ale pójdźmy kilka, kilkanaście lat do przodu, okej? Tak hipotetycznie.

Bez wykształcenia prawdopodobnie czeka Cię praca fizyczna. Zdarza się inaczej, jakiś fart, własny biznes i tak dalej. Ale niestety, dojmująca większość zostaje tak zwanymi fizolami. Póki jesteś młody i sprawny, to wszystko gra. A teraz zastanów się, jak długo będziesz w podobnej formie? Zwłaszcza po wieloletnim tyraniu od świtu do nocy. Po paru, parunastu latach zostaniesz stopniowo wymieniony na nowszy model, a o inną robotę będzie trudniej z każdym kolejnym rokiem. Okej, ktoś może docenić doświadczenie, ale niestety znacznie częściej w typowych pracach fizycznych bardziej liczy się siła, zręczność i wiek.

Dobra, teraz załóżmy, że jednak uda Ci się utrzymać tę samą pracę przez wiele lat, może nawet do emerytury. Wyobraź sobie, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. Wstajesz. Idziesz do pracy. Wykonujesz te same czynności, już mechanicznie. Wracasz do domu. Jesz obiad. Oglądasz serial. Jesz kolację. Idziesz spać. I tak w kółko. Od zawsze na zawsze to samo stanowisko, obowiązki. Ten sam zakład. Wakacje z rodziną w Rewalu czy innym Władysławowie jako odskocznia od codzienności. Tak chcesz żyć?

Jasne, trochę przejaskrawiam.

Ale prawda jest taka, że większość tego typu prac nie ma perspektyw. A jak już się gdzieś tam utknie, to ciężko się wygrzebać. Nie mówię tutaj, że wykształcenie gwarantuje pracę pełną rozwoju, podobnie nie neguję, że i bez niego uda się trafić na ciekawe zajęcia. Patrząc czysto statystycznie niestety częściej to fizyczne zajęcia są mniej perspektywiczne.

Pewnie, powiesz mi, że „Ty nie jesteś wszyscy” i „Tobie na pewno się uda wstrzelić w ten mniejszy procent”. Przykro mi, ale każdy tak myśli. A jednak tę większość ktoś musi stanowić. I życzę Ci jak najlepiej, ale naprawdę szanse masz nieduże.

Istnieje szansa, że jesteś młodym biznesmenem.

Masz super pomysł, czujesz się urodzonym handlowcem, a przecież do tego nie potrzeba wykształcenia. Ważniejszy jest łeb na karku. Tu się zgadzam. Jednak znowu mam swoje „ale…”

Problemem, który nasuwa się jako pierwszy jest kapitał początkowy. Czy masz? Czy na pewno wystarczający? Jeśli nie masz, to pewnie chcesz zarobić – oblicz uczciwie, ile zajmie Ci zebranie go. Nie, nie chcę Cię zniechęcić. Chcę trochę ostudzić Twój zapał, żebyś podejmował swoje decyzje rozsądnie.

Dobra, masz już pieniądze. Ale czy naprawdę masz talent do biznesu? Czy Twój biznesplan jest realny, oryginalny i dopracowany? Możesz się boleśnie przekonać, że przeceniłeś swoje możliwości. I zostać z niczym, dosłownie. Poza tym nawet najlepsza firma z najlepszym zarządcą może zostać wręcz zdmuchnięta na skutek niesprzyjających okoliczności. Pojawienie się konkurencji, zmniejszenie zainteresowania usługą, nietrafiony wybór lokalizacji, brak solidnych pracowników, awaria sprzętu i konieczność jego wymiany, splajtowanie hurtowni… to tylko niektóre z możliwych przeszkód. Przeanalizowałeś dokładnie ewentualne zagrożenia i rozwiązania potencjalnych problemów?

Starczy o tej pracy. Przejdźmy do „po drugie”.

Po drugie, pomyśl o… bliskich. Tak, sama pisałam wyżej, żeby nie zdawać tych egzaminów dla kogoś, a jedynie dla siebie. Ale… tak znowu, mam „ale”.

Najpierw polećmy klasycznie – rodzice, dziadkowie, którzy niepokoją się o Twoją przyszłość. Myślisz, że im chodzi tylko o wtrącanie się w Twoje życie i układanie go po swojemu. Tymczasem oni po prostu boją się, że będziesz mieć całe życie pod górkę, że kiedyś zostaniesz z niczym – a na dodatek bez wykształcenia.

Taka jest prawda, nawet skończone tylko liceum już wiele ułatwia. Na przykład w Niemczech – do niektórych ofert, jakie przeglądam, wymagają po prostu wykształcenia, matury, szkoły. Nawet nie skończenia studiów albo specjalistycznych, profilowanych placówek. I samo liceum już sporo zmienia, w proponowanych stanowiskach i, oczywiście, w wynagrodzeniach.

Zastanów się, jaką wartość ma dla Ciebie rodzina.

Nie znam Twojej sytuacji, więc nie mogę z całą pewnością tego stwierdzić, ale założę, że masz mamę lub tatę, którzy się o Ciebie troszczą. Albo babcię, dziadka, ciocię, wujka. Kogoś bliskiego, komu na Tobie zależy. Jakąś osobę na pewno masz – nawet jeśli twierdzisz inaczej!

Pomyśl o nich. Wiesz, ile może im przykrości i zmartwień przysporzyć Twoja rezygnacja z nauki? Powiesz, że to Twoja sprawa i nie będziesz dawał im grać sobie na uczuciach. Masz rację. Ale kochasz mamę (tatę, babcię…), prawda? Chciałbyś, żeby była szczęśliwa, spokojna o Ciebie, dumna z Ciebie. Możesz to bardzo łatwo zrobić. Tak naprawdę, co Ci szkodzi spróbować? Na pewno to docenią.

Teraz znów skoczmy do przodu…

Twoja rodzina, założona przez Ciebie. Może już powstaje – jeśli masz chłopaka lub dziewczynę, to już można podciągnąć pod zalążek. Zakładam, że jesteś osobą odpowiedzialną, która jest gdzieś tam psychicznie gotowa na ewentualną nieplanowaną ciążę. O ile zdecydujesz się na urodzenie dziecka – lub Twoja dziewczyna się na to zdecyduje – to musisz być w stanie zabezpieczyć je finansowo.

Wiadomo, że w takich chwilach często właśnie rzuca się szkołę i idzie do pracy, ja jednak zachęcam do bardziej perspektywicznego myślenia. To powinno być rozwiązanie doraźne. Już nawet pomijając kwestie finansowe. Chyba chcesz, żeby Twoje dziecko mogło brać z Ciebie przykład. Chcesz być dla niego autorytetem, wzorcem. Okej, możesz nim być niezależnie od wykształcenia. Ale nie zdziw się, jak któregoś dnia usłyszysz „Ty nie skończyłeś głupiego liceum, nie mów mi jak mam żyć” albo „Dlaczego ja mam chodzić do szkoły, skoro Ty nie chodziłeś?”.

Tak, nie namawiam Cię do zdawania tego dla innych.

Nadal musisz to zrobić w zgodzie ze sobą. Tylko pomyśl, co Ci szkodzi podejść do tych egzaminów i mieć święty spokój. Z pracą zarobkową to nie koliduje. Możesz zdawać po kilka egzaminów w sesji. Nawet jak masz mieć same dwójki albo podejść do któregoś dwa razy, to co? Uwierz mi, że jesteś w stanie spokojnie zaliczyć wszystkie przedmioty chociaż na te 30%.

A tak po pierwsze Ty będziesz mieć już spokój, skończy się słuchanie tego biadolenia. Po drugie, rodzina będzie spokojniejsza. Po trzecie, jeśli Twój pomysł na życie kiedykolwiek nie wypali lub się coś popsuje, to zawsze masz już chociaż liceum skończone. Może nigdy Ci się to nie przyda, ale co jeśli jednak? Może warto mieć taką furtkę awaryjną?

I tak gwoli ścisłości – sama reprezentowałam raczej drugą grupę, o której zaraz.

Ale szczerze mówiąc, pisałam te egzaminy też po części dla świętego spokoju. Ja sama jakoś bym się bez tego papierka obyła, nie był mi on niezbędny i tak naprawdę gdyby nie dwie rzeczy, to bym olała sprawę. Pierwszą z nich było to, że już zaczęłam liceum i szkoda było mi zaprzepaścić całkiem te półtora roku męczarni.

Drugą było otoczenie, zwłaszcza najbliższe. Chciałam, żeby nikt nigdy już się ani do mnie nie przyczepiał o brak wykształcenia, ani nie martwił się, że zostałam niewyedukowanym cieciem. Także widzicie, zrobiłam to na pozór dla nich, a tak naprawdę dla siebie – bo chciałam, podkreślam, chciałam, żeby nikt mi nie mógł nic zarzucić.

Wolałam już zdać te egzaminy eksternistyczne i mieć świadectwo, potem maturę.

Chociaż nie mam nawet zamiaru iść na studia. Ale uznałam, że może kiedyś mi się zachce dalej kształcić, poza tym lepiej teraz zrobić niż później żałować, że zaniedbałam. Przyda się, nie przyda się – ale w razie czego jest. Zastanówcie się, czy nie warto w waszym przypadku postąpić podobnie.

→ Ludzie, którzy chcieliby się wykształcić, ale z jakichś przyczyn nie mogą się uczyć w dotychczasowej szkole.

To jest ta grupa, do której ja należę – przynajmniej w większości. W chwili pójścia do liceum, bardzo chciałam mieć dobre oceny, zdać maturę i pójść na studia. Niestety bądź stety, szybko mnie zniechęcono do wszystkiego – do szkoły, do życia i do siebie. Mówię „stety”, bo przynajmniej dzięki temu przewartościowałam sobie świat i znalazłam nowe priorytety, cele do realizowania. A „niestety”, ponieważ bardzo odbiło się to na mojej psychice i postrzeganiu swojej osoby. Nie będę teraz się już nad tym rozwodzić – jeśli kogoś zastanawia, dlaczego tak źle się tam czułam, to zapraszam tutaj.

Zdaję sobie sprawę, że takich osób jest więcej.

Wszystkim, którzy nie chcą lub nie mogą kontynuować standardowej edukacji szkolnej polecam bardzo egzaminy eksternistyczne. Wiem, jak bardzo można nienawidzić tego miejsca. Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie, ja sama długo szukałam. Dla mnie akurat to były egzaminy eksternistyczne. Ty oceń sam lub sama, być może te informacje jakoś Ci w tym pomogą.

Szczególnie egzaminy eksternistyczne polecam tym, którzy czują się niesprawiedliwie oceniani. Powody wymieniłam wyżej.

Szkoda zdrowia na toksyczne miejsca, jeśli można ich uniknąć. Ale też jest to wyjście dla osób, które z innych przyczyn nie mogą lub nie chcą dalej chodzić do swojej szkoły, a chciałyby mieć wykształcenie średnie. Warto spróbować! To naprawdę dogodny sposób na ukończenie szkoły, a daje takie same efekty, jak chodzenie przez trzy lata do liceum.

Na koniec chciałabym jeszcze omówić kwestię, którą chyba pominęłam w poprzednich częściach, a spotkałam się kilkukrotnie z pytaniami odnośnie niej. Mianowicie:

Czy matura osoby, która zdała egzaminy eksternistyczne różni się czymś od „normalnej”?

Nie. Absolutnie niczym. No, co najwyżej tym, że wypełniamy trochę inną deklarację. Poza tym podchodzimy do tego samego egzaminu, ba, nawet w towarzystwie „rocznikowych” maturzystów – OKE przydziela nas do szkoły w naszej okolicy (jeszcze nie wiem dokładnie jak – na jakiej podstawie itp. – ale będę uzupełniać te informacje) i zdajemy razem z jej absolwentami.

Oprócz tego warto zaznaczyć, że dużo częściej będziemy posługiwać się świadectwem dojrzałości, niż ukończenia liceum. Także to wyniki matury są istotniejsze, a najczęściej same egzaminy eksternistyczne są jedynie furtką, która umożliwia przystąpienie do niej.

Jest to szczególnie ważne dla tych z was, którzy boją się komentarzy w stylu:

„Jakieś dziwne to świadectwo, nie wiadomo, co on tam pokończył, to nie to samo, co normalna szkoła”… Okej, świadectwo „inne” (oczywiście tak samo wartościowe, ale wiadomo, że znajdą się sceptycy), ale matura już taka sama, jak wszystkie. To powinno zakończyć dyskusję. Jeśli nie, to już znaczy, że mamy do czynienia z kimś, kto zawsze będzie wszystko kwestionował, wykpiwał i umniejszał. Tak po prostu. I szkoda czasu na dalszą rozmowę.

Dobra, kolejny post-tasiemiec, ale chyba wyczerpałam temat „egzaminy eksternistyczne”.

Jeśli jednak coś będzie dla was niejasne albo o czymś nie wspomniałam, to zapraszam do pisania w komentarzach, na wszystkie odpowiem! A jeśli nie chcecie pytać publicznie, to napiszcie na maila: feedyoustrawberries@gmail.com

Mam nadzieję, że ta seria pomoże komuś w podjęciu decyzji, czy pisać egzaminy eksternistyczne albo przynajmniej wyjaśni, czym te egzaminy eksternistyczne są. Z mojej strony na ten moment to wszystko.

Małym uzupełnieniem będzie wpis o deklaracji maturalnej, jaką złożyłam i co nieco o procesie jej przetwarzania, jednak to za jakiś czas. Niedawno ją dopiero wysłałam, także niewiele teraz mogę powiedzieć, a chciałabym stworzyć o tym jeden, ale za to konkretny post.

Tymczasem znikam! Do następnego!

 

 

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 2.

W poprzedniej części wpisu opisałam egzaminy eksternistyczne od strony formalnej. Odpowiedziałam, wydaje mi się, na wszystkie podstawowe pytania odnośnie nich. Link do części 1 jest tutaj.

Teraz opowiem co nieco o samych egzaminach z poszczególnych przedmiotów.

Podpierać się będę informatorami ze strony, które zawierają przykładowy arkusz oraz tym, który ja otrzymałam na egzaminie.

Aha – jeszcze wtrącę. Rozwiązujcie sobie przykładowe testy z informatorów! Po pierwsze dlatego, że możecie sprawdzić co już wiecie, a co trzeba powtórzyć. Po drugie – często zawierają komentarze, które też mogą się przydać do nauki. Po trzecie – bo zadania się powielają! Naprawdę!

Aby utrzymać porządek, opiszę egzaminy w kolejności ich zdawania.

Nazwy przedmiotów będą zawierały link do informatora, gdzie jest podstawa programowa czy próbny egzamin.

6.10.2017, godz. 15:00 – język angielski

Mój pierwszy egzamin, dlatego bardzo ucieszyłam się, że jest on z języków (moja „grupa” była podzielona na zdających angielski i niemiecki), bo, nie chwaląc się, nieźle spikam. Formuła sama w sobie podobna do matury podstawowej, z tym, że bez zadań słuchowych.

I także zawiera pewien określony schemat:
  1. Tekst do przeczytania, zadanie Prawda/Fałsz
  2. Dopasowanie nagłówków do tekstów (jeden nagłówek nie pasuje do żadnego)
  3. Dobieranie właściwego zdania do trzech tekstów (jeden tekst pasuje do dwóch zdań)
  4. Przeczytaj tekst, wybierz zgodną z treścią odpowiedź A, B lub C
  5. Uzupełnij luki wyrazami w odpowiedniej formie (trzy wyrazy podane dodatkowo i nie pasują)
  6. Wybierz poprawne uzupełnienie tekstu A, B lub C
  7. Wybierz właściwą reakcję (polecenie po polsku, co powiesz w danej sytuacji po angielsku)
  8. Przyjrzyj się ilustracji i odpowiedz na dwa pytania
  9. Napisz list

Naprawdę, nawet kolejność jest ta sama (w każdym razie była na próbnym i na moim). To, moim zdaniem, trochę ułatwia naukę, bo przynajmniej wiecie, co musicie zrobić w zadaniach.

Próbny egzamin możecie sobie zobaczyć w linku. Ja na swoim miałam w zadaniu 8 zdjęcie pani pod Big Benem, która pyta o coś policjanta, a on jej wskazuje kierunek. Pierwsze pytanie było (mniej-więcej) „O co ta pani pyta policjanta?” Drugie: „Czy uważasz, że w dzisiejszych czasach zwiedzanie jest popularne? Dlaczego tak/nie?”. W liście natomiast musiałam napisać o wizycie w restauracji ze znajomymi, opowiedzieć wrażenia, opisać jakieś zdarzenie podczas kolacji i zaprosić adresata z jakiejś okazji też do restauracji.

Reszty zadań nie będę wypisywać, bo to trochę bez sensu – tam już jest całkiem loteria. Te dwa opisałam, żebyście, po porównaniu z próbnym testem, mogli oszacować, czego będą od was wymagać pisemnie.

Jeśli chodzi o inne języki, to nie pomogę za bardzo, ale informatory są też na stronie, a z tego, co sprawdziłam, to układ zadań na egzaminy eksternistyczne jest taki sam dla każdego.

7.10.2017, godz. 9:00 – informatyka

Egzaminy eksternistyczne z informatyki mogą się wydać trochę żartem – przynajmniej niektórym. No ale przedmiot taki trzeba zaliczyć. Obstawiam, że raczej nie będziecie zakuwać do tego konkretnego przedmiotu, ale warto się chociaż zainteresować tym, co może zawierać.

Egzamin ten przeprowadzany jest, naturalnie, głównie na komputerze. Dostałam płytę z danymi (obrazki, teksty), polecenia były w arkuszu. Ostatnie zadanie miało jednak formę pisemną, konkretniej pytań zamkniętych – ABCD. Na nie odpowiedź trzeba było zaznaczyć w teście. Zadania zapisywałam w utworzonym na pulpicie folderze, nazwany moim peselem. Później był on zgrany na pendrive i komputer komisji, a stamtąd na płytę.

Tutaj też jest pewien schemat, który się powiela. Kolejność zadań się różni, tak samo jak tematyka, ale umiejętności do wykorzystania te same. Spodziewajcie się arkusza kalkulacyjnego, prezentacji czy korespondencji masowej.

Ja na swoim egzaminie miałam:
  1. Prezentację o pieniądzach
  2. Zadanie do policzenia w arkuszu kalkulacyjnym (odpowiedzi podać musiałam w wordzie)
  3. Utworzyć korespondencję masową banku
  4. Opracować wizualnie ulotkę (w wordzie)
  5. Pytania zamknięte

Niby nic takiego, ale jakby ktoś jednak chciał sobie poćwiczyć, to polecam porównać to i zadania z informatora, wtedy ciężko was będzie zaskoczyć.

8.10.2017, godz. 9:00 – język polski

Ten egzamin mnie osobiście rozczarował, ponieważ diametralnie różnił się od przykładowego – tego z linku. Dodatkowo tematyka mi nie podpasowała totalnie. No ale to już są moje prywatne odczucia. Pokrótce opiszę, na ile pamiętam, co było, żebyście mogli sobie porównać z próbnym.

Tematem przewodnim było cierpienie i sens życia.

Ja po wyjściu cierpiałam bardzo, a sensu życia nie widziałam. Był to jednak po prostu mój przerost ambicji. No ale do rzeczy.

Najpierw był tekst, jakiś artykuł popularno-naukowy.

Odnosił się do motywu przewodniego. Temat brzmiał mniej-więcej „Czy można odnaleźć sens życia, pomimo cierpienia?” Później do tekstu były pytania, otwarte i zamknięte. Zapamiętałam: sformułuj pytanie do podanego zdania (fragmentu tekstu). Było też coś odnośnie określenia stylu tekstu, jego formy i celu.

Dalej był wiersz Aleksandra Wata „W czterech ścianach mego bólu”.

No i zadania interpretacyjne. Było na pewno: wyjaśnij, dlaczego cierpienie przedstawione w wierszu nie miało wymiaru sakralnego (odnosząc się do przypisu, którym było wytłumaczenie nawiązania do Biblii) oraz znajdź wersy, które świadczą o tym, że podmiot liryczny zatracił poczucie czasu (czy jakoś tak).

Następny tekst to był fragment utworu „Inny Świat”.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby jedno z zadań nie kazało odnosić się do dalszej części rozdziału. Niezawartej w arkuszu. A ja, wstyd przyznać, słyszałam o tej książce po raz pierwszy. No spodziewałam się bardziej „klasycznych” lektur. Jakiegoś „Wesela” czy innej „Lalki”. Dlatego tu was uprzedzam, że warto się z wymaganiami z informatora zapoznać. Może by mnie to uratowało.

Na koniec, klasycznie, wypracowanie.

Konkretniej rozprawka. „Oceń postawę bohaterów literackich wobec cierpienia oraz jak wpływa ono na ich życie” – coś w ten deseń. Trzeba było odnieść się do przynajmniej dwóch utworów, jeden mógł być z arkusza. Rozgoryczona, napisałam o destrukcyjnym wpływie cierpienia. No i oczywiście – Werter. Wsparłam się wierszem z testu i jakoś to poszło.

O ile niektóre egzaminy eksternistyczne są do siebie podobne, tak ten znacznie odbiegał od próbnego arkusza.  Przynajmniej w moim odczuciu. Dlatego tutaj nie ma co kombinować, trzeba się przygotować na wszystko.

8.10.2017, godz. 12:30 – biologia

Ten z kolei przedmiot mnie zaskoczył. Przygotowując się, opracowałam notatki, opierając się na wymienionych w informatorze wymaganiach egzaminacyjnych. Po prostu opisałam każdy punkt. I sam egzamin wydawał mi się dość łatwy. Polecam zatem taką metodę, ogólnie do wszystkich testów, ale do tego szczególnie.

Mój arkusz był dość podobny do tego przykładowego.

Jedno zadanie nawet się powieliło – z nieco inną treścią, ale sens był ten sam. Było to zadanie numer 7. Wśród reszty natomiast można było też odnaleźć sporo nawiązań. Było np. tak, że polecenie było zbliżone, tylko chodziło o inne zagadnienie z danej dziedziny (przykładowo wymyślam: na próbnym był opis fermentacji alkoholowej, na moim mlekowej – tego typu podobieństw było całkiem sporo). Dlatego warto sobie rozwiązać przykładowy arkusz.

Aha, no i też dużo zadań zawierało tekst źródłowy, który czasem wymagał dodatkowej wiedzy własnej, ale zwykle wszystkie odpowiedzi (głównie w zadaniach prawda/fałsz) można było wywnioskować z samego tekstu. Nie zachęcam oczywiście do zaniechania przygotowań i pójścia na hurra. Po prostu pocieszam, że kilka punktów da się jakoś uzbierać, nawet bez dobrej znajomości zagadnień lub jeśli trafi się na „to, co akurat nie wiem”.

13.10.2017, godz. 15:00 – chemia

Co prawda nie znam jeszcze wyników, ale już czuję, że ten egzamin poszedł mi najgorzej. Wyszłam – po raz pierwszy – z myślą, że mogłam nie zdać. Później sprawdziłam kilka odpowiedzi i gdzieś tam nazbierałam sobie te 12 punktów, więc trochę odetchnęłam z ulgą. Być może to kwestia tego, że relatywnie słabo się przygotowałam. Polecam jednak nie popełniać mojego błędu i przysiąść nad chemią.

Na podstawie arkusza próbnego i własnego egzaminu proponuję wam nauczyć się:
  • ♥ Wzorów chemicznych (nawet na pamięć – mnie się udało) do takich reakcji, jak: prażenie węglanów, gaszenie wapna palonego, otrzymywanie zaprawy murarskiej, wykrywanie skał wapiennych, otrzymywanie kwarcu i otrzymywanie zaprawy gipsowej. Większość z nich, w takiej czy innej formie (uzupełnij, napisz, rozpoznaj) pojawiła się zarówno w przykładowym, jak i na moim egzaminie.
  • ♥ Zagadnień związanych z pH i odczynami, także wskaźniki np. fenoloftaleina
  • ♥ Określanie liczby protonów, neutronów, powłok elektronowych i elektronów walencyjnych – było na obu arkuszach takie samo zadanie (tabelka, na próbnym bodajże zad. 1), tylko o różnych pierwiastkach.
  • ♥ Mydła, a zwłaszcza część hydrofilowa i hydrofobowa – znowu powtarza się na obu egzaminach (zad. 11), były inne substancje, ale zaznaczona ta sama część, więc liczę na punkt.
  • ♥ Produkty otrzymywane z destylacji ropy naftowej – tak, powieliło się

Generalnie zachęcam do opracowania sobie notatek na podstawie wymagań egzaminacyjnych – tak, jak na biologii. Można też liczyć na jakieś zadanie z tekstem źródłowym (również zazwyczaj jest to prawda/fałsz), ale tutaj już jest ich stosunkowo mniej. Bez wiedzy własnej może być wam ciężko.

14.10.2017, godz. 9:00 – geografia

Bardzo miły i przyjazny egzamin. Ja osobiście lubię geografię, ale myślę, że nawet średni fanatyk tego przedmiotu zgodziłby się ze mną, że jest to jeden z łatwiejszych testów.

Większość zadań tam ma formę, nazwę to, „inwencji własnej”.

To znaczy, że należy podać przyczynę, skutek, przykład itd. Ma to wadę – trzeba liczyć, że egzaminator uzna nam odpowiedź, podciągnie ją pod klucz. Jednak, moim zdaniem, jest to całkiem fajna forma zadań. Zwłaszcza, że wiele zjawisk znamy z życia codziennego, więc da się jakoś wymyślić odpowiedź.

Co zauważyłam na obu egzaminach i radzę sobie przypomnieć – piramidy wieku. Ja miałam dwie i do każdej musiałam dobrać fazę rozwoju gospodarczego oraz przykładowy kraj. Wydaje mi się, że zrobiłam to dobrze, więc podzielę się odpowiedzią. Pierwsza była wyraźnie wąska u góry i szeroka na dole – społeczeństwo starzejące się. Dobrałam fazę V i Niemcy. Druga była w miarę równomierna na końcach i wybrzuszona w środku. Zaznaczyłam fazę III i Polskę. Jeśli zrobiłam błąd to przepraszam, ale jestem prawie pewna tych odpowiedzi.

Ponadto miałam między innymi: fotografie przedstawiające uchodźców, musiałam nazwać zjawisko i podać dwa skutki polityczno-ekonomiczne. Było też zadanie ze zdjęciami kilku charakterystycznych budowli: Koloseum, Statua Wolności, Taj Mahal i Sydney Opera, do każdego musiałam dopasować kontynent. Jedno z zadań było o aglomeracjach, musiałam wyjaśnić, dlaczego przedstawiona na obrazku B to policentryczna (Katowice i okolice) oraz czym się różni to od megalopolis.

No takie przykładowe zadania wam podałam, jako dodatek do arkusza z informatora.

Ogólnie sam egzamin jest raczej przyjazny, ale jeśli nie czujecie się mocni z geografii, to rozwiążcie próbny test i zajrzyjcie do wymagań.

14.10.2017, godz. 12:30 – wiedza o społeczeństwie 

Po tym egzaminie wyszłam najbardziej zadowolona. Bardzo miło mi się go pisało. Tutaj pewnie też odznacza się to, że wos po prostu lubię. Obiektywnie jednak też był to jeden z łatwiejszych do zdania egzaminów – bardzo podobny do geografii (oczywiście formą, nie treścią).

Tutaj też jest sporo odpowiedzi z „twórczej inwencji”.

Ale są też teksty lub obrazki źródłowe, do których trzeba się odnieść, znajdzie się prawda/fałsz. Trochę ciężej jakoś dokładnie określić, jakiego typu polecenia będą, co do zrobienia.

Zadania trochę się różniły od przykładowego arkusza, chociaż – znów! – było parę zadań jawnie pokrewnych. Na przykład, na próbnym jest zadanie 3, a na moim było takie samo, tylko poszerzone o drugi dokument, prawo jazdy. Ja miałam dość sporo o sądownictwie, ale to akurat mi się podobało.

Wypiszę jeszcze kilka zagadnień z mojego egzaminu, jako uzupełnienie (treści oczywiście takie mniej-więcej):
  • ♥ Na podstawie tekstu źródłowego (wyrok sądu) określ, dlaczego oskarżony odpowiadał jak dorosły, pomimo tego, że był nieletni. – zadanie fajne, bo wszystko jest w tekście, trzeba było tylko to wywnioskować.
  • ♥ Były obrazki ilustrujące prawa człowieka i trzeba było określić nazwę konstytucyjnego organu, który stoi na straży ich przestrzegania. Wśród nich było np. prawo do czasu wolnego i zabawy albo prawo do niebycia wyzyskiwanym, także był to Rzecznik Praw Dziecka.
  • ♥ Na podstawie tekstu źródłowego zaznacz, w których wyborach może uczestniczyć Pani X – też wszystko w tekście, chodziło o Polkę mieszkającą w Paryżu, zamężną z Francuzem.
  • ♥ Prawda/fałsz na podstawie wykresu – na wykresach były takie pojęcia, jak liberalność ekonomiczna czy konserwatyzm społeczny, a kropki oznaczały wyborców kilku partii. Pytania były w stylu: najbardziej liberalna społecznie jest grupa wyborców Nowoczesnej. Było też: wszystkie te partie zasiadają obecnie w sejmie, to chyba jedyne, które odwoływało się do wiedzy spoza obrazka.
  • ♥ Uzupełnij nazwy stron w postępowaniu – opis postępowania i puste miejsca na określenia.
  • ♥ Pojawiło się zadanie pisemne, w moim przypadku było to zadanie za 6 pkt. Było kilka tekstów i wykresów do podparcia. Temat brzmiał: Podaj trzy korzyści dla młodych Polaków wynikające z przynależności do UE i strefy Schengen.

No, także myślę, że egzamin całkiem fajny. Jeśli ktoś nieźle orientuje się w świecie, to raczej problemów mieć nie powinien, nawet bez większych przygotowań. Na parę punktów też można liczyć za dobre odczytanie tekstów czy wykresów. To nie jest egzamin, którym powinniście najbardziej się stresować.

15.10.2017, godz. 9:00 – matematyka

Przedmiot, który spędza sen z oczu wielu. Ja też nie jestem z nim w zbyt zażyłej relacji. Najwięcej czasu podczas nauki poświęciłam właśnie na matmę. Poczytałam na stronie statystyki i bardzo dużo osób nie zdawało właśnie tego egzaminu. Było to widać, aż się zdziwiłam, że do takiego stopnia. O ile na innych egzaminach było zwykle koło 20 osób, najwięcej do tej pory widziałam 30, tak na matematyce było ponad 50 osób. To naprawdę dało się odczuć, uwierzcie.

A czy jest naprawdę aż tak źle, że nie da się 12 punktów uzbierać?

To już kwestia indywidualna, ale podzielę się swoim zdaniem. Tragicznie nie jest, serio. Owszem, dość sporo się przygotowywałam i byłam nawet mile zaskoczona momentami, że coś zdaje mi się łatwe (ja, humanista zatwardziały, a matmę umiałam całkiem!).

Tutaj chyba najmniej się zdadzą porównywania zadań, bo wiadomo, że każdy arkusz będzie zgoła inny. Patrząc na próbny i swój egzamin to na pewno radzę wam ogarniać: logarytmy, ciągi, równania i nierówności, funkcję kwadratową (delta!), kombinatorykę, trygonometrię (wiecie, sinus i cosinus) oraz planimetrię (Pitagoras). Ale zanim złapiecie się za głowę, spokojnie, oddech. Macie ze sobą bardzo potężny oręż. Arkusz wzorów. No i kalkulator, ale skupmy się na pierwszym elemencie wyposażenia.

Ta niepozorna książeczka naprawdę może uratować wam tyłki.

Brzmi banalnie, wiem, ale wiele zadań – zwłaszcza zamkniętych – wymaga tylko znajomości odpowiedniego wzoru. I już, podstawiacie, da się rozwiązać, jest fajnie. W zadaniach otwartych z kolei wypisanie odpowiedniego wzoru z automatu gwarantuje wam cenny punkt! Za sam wzór!

Ja tak na serio, było wiele zadań „jednopunktowych”, gdzie wystarczyło podstawić pod wzór lub zwyczajnie na niego spojrzeć i znaleźć szukany element. Dlatego jeśli wam, tak jak mnie przed egzaminem, właśnie matma spędza sen z powiek, to oprócz liczenia i rozwiązywania zadań serdecznie polecam wydrukować sobie wzory. Poprzeglądać je sobie. Zapoznać się. Wiedzieć, jakie wzory macie i gdzie się znajdują. Później na egzaminie będzie wam łatwiej, bo zamiast gorączkowo szukać i zastanawiać się, czy dany wzór jest w arkuszu, to na luzaku otworzycie sobie na odpowiedniej stronie i jakoś to pójdzie.

Odnosząc się jeszcze do mojego egzaminu, to miałam niesamowity traf – zadanie prawda/fałsz za pięć punktów (!), które w dodatku odnosiło się do procentów i to dość prostych. Wiecie, 4200 – 100%, 2100 – 50%, 1050 – 25%. I tyle, 5 pkt w kieszeni. Wydaje mi się jednak, że twórcy zadań litościwie się z nami obchodzą i zawsze dają jakieś względnie łatwe, a wysoko punktowane zadanie.

Także matmę zdać można!

Na te 30% czy 30 kilka, ale jest to realne. Pamiętajcie tylko o moich radach, bo jestem prawie pewna, że ułatwi wam to misję „zdobyć 12 punktów”. No ale tutaj bez zakuwania się jednak raczej nie obejdzie.

15.10.2017, godz. 12:30 – historia 

Kolejny z moich ulubionych przedmiotów, w zasadzie „specjalizacja” taka moja, także moje podejście było lajtowe. Ale postaram się wam w miarę obiektywnie opisać, czego możecie się spodziewać.

Znowu, możecie trafić na wszystko, jeśli chodzi o treść. Patrząc na te dwa arkusze wypracowałam jednak kilka luźnych wniosków, co do przedziału czasowego. Oczywiście nie jest to żadna reguła i radzę wam mimo wszystko przygotować się z całego zakresu.

Z moich obserwacji wynika, że:
  • ♥ Jedno lub dwa zadania na początku zwykle dotyczą Polski Pierwszych Piastów.
  • ♥ Dalej wskakujemy już na okres rozbiorów i czasu tuż po rozbiorach.
  • ♥ Docieramy w okolice I wojny światowej.
  • ♥ Najwięcej zadań dotyczy dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej.
  • ♥ Jest też całkiem dużo o okresie tuż po wojnie oraz dalej o PRL.

Jeśli chodzi o formę zadań, to możecie się spodziewać kilku zadań z tekstem lub mapą źródłową, na które czasem da się odpowiedzieć jedynie na podstawie tego, co podane. Jest prawda/fałsz, jest ABCD. Czasem trzeba odpowiedzieć pisemnie, ale znów trafi się coś, co można wypisać na podstawie źródeł. Spore szanse macie na jakiś plakat lub pocztówkę kojarzoną z konkretnym wydarzeniem.

No i wisienką na torcie jest oczywiście wypracowanie.

Nie przejmujcie się nim jednak tak bardzo, bo zawsze macie jakieś teksty, obrazki, wykresy, mapki do podparcia się. Coś tam da się na ich podstawie wykombinować. Mój temat brzmiał: „Podaj trzy wydarzenia, które wpłynęły na kształtowanie się granic Polski po I wojnie światowej, uzasadnij każdy wybór.”

Zdaję sobie sprawę, że wielu może historia przerażać – co najmniej tak, jak mnie matma – ale obiektywnie rzecz ujmując, to da się zawsze coś wymyślić, odczytać, odnaleźć w tekście. Przynajmniej na tyle, żeby zdać. Wiedza w pewnym zakresie też jest ważna i sprawdzana, ale zdarza się tak, że przygotujecie się „akurat nie z tego, co jest”. I to jest właśnie na takie chwile pociecha – można jakoś pozbierać punkty na tak zwane oko.

20.10.2017, godz. 15:00 – fizyka 

Po doświadczeniach z chemią, starałam się nie popełniać tych samych błędów i do fizyki się sporo przygotowywałam. Wydrukowałam punkty z wymaganiami, robiłam notatki. Próbny egzamin z tego przedmiotu wydał mi się na pierwszy rzut oka czarną magią. Okej, pouczyłam się, coś tam wiedziałam. Zaglądam znów do przykładowego arkusza, próbuję rozwiązać… rozpacz. Totalna. No trudny. Może bym jakoś zdała, może nie.

Tym bardziej stresowałam się pod salą egzaminacyjną. Weszłam, drżącym sercem otwieram i… nie było aż tak tragicznie. Pewnie godziny nauki jednak coś dały, mam jednak silne przekonanie, że ten mój był zwyczajnie łatwiejszy.

No i tutaj też macie wspomagacz – tablicę wzorów, której użyłam, więc bywa przydatna!

Mianowniki wspólne między obydwoma egzaminami (przykładowym oraz moim) udałoby się znaleźć, ale nie aż tak wyraźne, jak przy niektórych z poprzednich egzaminów. Dlatego po prostu powiem wam kilka rzeczy, które miałam i zapamiętałam, skonfrontujcie sobie z próbnym:

  • ♥ Dwa zadania obliczeniowe, których bardzo się bałam, a okazały się łatwe. Były ze sobą powiązane. Pierwsze: Przedmiot zrzucono z pewnej wysokości, spadał 0,6 sek. Przyjmij przyspieszenie ziemskie a=10 m/s2 i oblicz prędkość. Na początku zonk, bo jedyny wzór na prędkość, jaki znałam, to v=s/t, no ale wspomogłam się tablicami, znalazłam inny i wyszedł fajny wynik. Druga część zadania to oblicz wysokość, z jakiej zrzucono przedmiot. No tu już łatwo, bo mamy prędkość, zatem s=v*t.
  • ♥ Okres i częstotliwość obrotu jakiejś tarczy. Zadanie z odpowiedziami do wyboru, wystarczyło wyliczyć i zaznaczyć.
  • ♥ Tekst źródłowy o satelitach geostacjonarnych i prawda/fałsz do tego.
  • ♥ Zaznacz prawidłowe uzupełnienia zdań – o dwóch satelitach krążących wokół Ziemi, jeden bliżej, drugi dalej. Jaka siła spełnia funkcję siły dośrodkowej, coś tam jeszcze. A pod spodem zadanie wyboru, o odległościach i związanych z tym oddziaływaniami Ziemi na każdy z nich.
  • ♥ Maciek czy inny Jacek jechał windą. Waga wskazywała 45kg. Zadanie też z wariantami do wyboru: Ile Newtonów wynosi jego ciężar, jak będzie jechał ruchem jednostajnym, to ile wskaże waga, coś o stanach nieważkości i przeciążenia w zależności od ruchu windy.
  • ♥ Gdzie na obrazku zaznaczono Drogę Mleczną?
No takie przykładowe zadania, jakie zapamiętałam.

Ale ogólnie jak skonfrontujecie to z przykładowym egzaminem, to chyba zauważycie różnicę. Przy tym egzaminie chyba miałam po prostu farta. Mimo to pamiętajcie, że zawsze poratuje was jakiś tekst źródłowy czy inny obrazek, czasem za całkiem przyzwoitą liczbę punktów.

21.10.2017, godz. 9:30 – podstawy przedsiębiorczości

Upragniony, ostatni – w moim przypadku – egzamin. I to z jednego z bardziej lajtowych przedmiotów, czyli pp.

Formą przypomina trochę egzaminy z wosu czy geografii – też jest sporo pytań do „inwencji własnej”. Poza tym są nasze ulubione obrazki czy teksty, z których, że tak ujmę, „odpowiedź nasuwa się sama”.

Przy przedsiębiorczości nie ma co za dużo gadać – to taki trochę wos, tylko o pieniądzach.

Dlatego ograniczę się do podania przykładowych pytań i zadań z mojego egzaminu:
  • ♥ Trzy wypowiedzi i do dopasowania postawy: asertywna, agresywna i uległa. Zadanie rodem z podstawówki. Zdania brzmiały, w skrócie: „Nie pomogę Ci, bo mam własne sprawy”, „Dobrze, pomogę Ci, bo się obrazisz”, „Jesteś beznadziejny, spadaj i tak nie dasz rady”. Tak, to było zadanie za 3pkt.
  • ♥ Jak możesz reagować na mobbing w miejscu pracy? – odpowiedź pisemna.
  • ♥ Tabela pokazuje, ile pączków chcą kupić trzy osoby w zależności od ceny. Podlicz sumę sprzedanych pączków dla każdej z cen i nazwij zjawisko.
  • ♥ Podaj dwa prawa konsumenta.

Także, jak widać, trzeba się mocno postarać, żeby ten konkretny egzamin zawalić.

Ten post wyszedł mi dwa razy dłuższy od poprzedniego, także znów podzielę go na kolejną część.

Część 3 – podsumowanie i moja opinia – będzie tutaj.

Do zobaczenia zatem w następnej, raczej ostatniej części wpisów z serii „egzaminy eksternistyczne”!

Egzaminy eksternistyczne – liceum w trzy tygodnie? Część 1.

Egzaminy eksternistyczne? O czym Ty mówisz?

W tym wpisie poruszę temat, który w internecie tak naprawdę nie został właściwie opisany. Przynajmniej ja nie natrafiłam na żadne godne zaufania źródła, kiedy poszukiwałam informacji.

Jedyne, co znalazłam to:

  1. Wpisy na forach internetowych, głównie od osób, które same chciały się czegoś dowiedzieć. Pozbawione w większości rzetelnych informacji, na których można się oprzeć. Ilość: znikoma. Przydatność: minimalna
  2. Strona CKE, która opisywała egzaminy eksternistyczne od strony czysto „teoretycznej”, to znaczy kiedy są przeprowadzane, co trzeba zdać, jak się zgłosić i tak dalej. No pod tym względem nie ma się do czego przyczepić, bo dane były bardzo dokładne, klarowne. Mi jednak brakowało „ludzkiego czynnika”, doświadczeń prawdziwej osoby, która przez nie przeszła. Ilość: kilka stron (CKE i poszczególnych OKE). Przydatność: spora, jeśli chodzi o procedury same w sobie, ale żadna, jeśli chodzi o przebrnięcie przez nie.
  3. Reklamy szkół oferujących przygotowanie do egzaminów w rok, pół roku, a nawet w miesiąc! Przez internet, stacjonarnie w większych miastach, a wszystko to za drobną opłatą. Ilość: od cholery. Przydatność: żadna.

Słabo co?

Też tak myślałam, kiedy pierwszy raz researchowałam frazę „egzaminy eksternistyczne” i zaczęłam rozważać przystąpienie do nich. Już wtedy postanowiłam sobie, że jeśli się na nie zdecyduję, to później opiszę ten temat z perspektywy kogoś, kto do nich podszedł. Wtedy trochę jeszcze mnie zastanawiało, dlaczego tak mało jest informacji na ten temat.

Niedługo później zrozumiałam, kiedy któraś z kolei osoba robiła wielkie oczy, jak mówiłam, że chciałabym zdać egzaminy eksternistyczne zamiast dalej chodzić do LO. Nawet ludzie „z branży”, czyli nauczyciele, dyrektorzy szkół, nie mieli pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje, a co dopiero „jak to działa”.

Brakowało mi odpowiedzi drugiego człowieka – co to są te egzaminy eksternistyczne?

Dlatego dzisiaj, będąc już po wszystkim – mam nadzieję – chciałabym w miarę możliwości dogłębnie opisać czym te egzaminy eksternistyczne właściwie są. Postaram się wyczerpać temat, przywołując własne pytania i wątpliwości, to, na co zwróciłam uwagę podczas całego procesu i tak dalej. Pewnie ten post będzie kosmicznie długi, no ale sporo mam do opowiedzenia.

Jeśli jednak nadal coś będzie dla Ciebie niejasne, to śmiało pisz w komentarzu, odpowiem na ile będę mogła. A jeżeli z jakichś przyczyn nie chcesz pytać tutaj, możesz napisać na mój email: feedyoustrawberries@gmail.com. Bardzo mi zależy, żeby moi „następcy” mieli chociaż trochę łatwiej niż ja. Zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest podjąć taką decyzję, szczególnie, gdy nikt dookoła nie wie, co zamierzacie zrobić, czy tak się w ogóle da… Brak sensownych i wiarygodnych informacji na pewno nie pomaga. Ze swojej strony zrobię co w mojej mocy, żeby jakoś pomóc.

 

Najpierw odpowiem na takie podstawowe pytania:

Czym są egzaminy eksternistyczne?

Jest to forma ukończenia edukacji na poziomie podstawówki, gimnazjum lub liceum. Zdanie ich gwarantuje świadectwo i wykształcenie, zależne od typu szkoły. Z tego, co wiem, podobnie można skończyć zawodówkę, ale tam kwestie się trochę różnią. Ja skupię się na tych, które pisałam, czyli z zakresu liceum.

Kto może przystąpić do egzaminów eksternistycznych z zakresu liceum ogólnokształcącego?

Każdy, kto ukończył 18 lat i posiada świadectwo gimnazjalne/ośmioletniej szkoły podstawowej. Niezależnie od tego, czy uczęszczał do liceum, czy do innej szkoły ponadgimnazjalnej. Zaliczone klasy liceum też nie są istotne – zdaje się „całe” liceum naraz, bez podziału na 1, 2 i 3 klasę.

Do jakich egzaminów trzeba podejść?

Aby uzyskać świadectwo ukończenia liceum ogólnokształcącego trzeba zdać 11 egzaminów, każdy z nich później trochę opiszę. Wszystkie przedmioty są na poziomie podstawowym, czyli nie ma rozszerzeń. Zaliczyć trzeba:

  • język polski
  • język obcy (angielski, niemiecki, francuski, rosyjski – ja wybrałam angielski)
  • matematykę
  • historię
  • wiedzę o społeczeństwie
  • podstawy przedsiębiorczości
  • chemię
  • fizykę
  • biologię
  • geografię
  • informatykę

Jak podzielone są egzaminy eksternistyczne?

Są one podzielone na dwie sesje w roku: sesję jesienną i sesję zimową. Pierwsza z nich odbywa się w październiku, druga w lutym. Każda sesja obejmuje wszystkie egzaminy, ale nie trzeba podchodzić do każdego z przedmiotów jednocześnie. Można sobie rozłożyć je na kilka sesji. Ja osobiście zdecydowałam się zdawać je za jednym razem, w minionej sesji jesiennej, jednak jeśli ktoś nie czuje się na siłach, to może dowolnie dobierać egzaminy.

W ilu sesjach należy zdać egzaminy?

Po dopuszczeniu do egzaminów przysługuje 5 sesji (w moim przypadku: jesienna 2017 – zimowa 2020), w których należy zaliczyć wszystkie przedmioty. Dotyczy to także tych niezdanych za pierwszym podejściem. W tym czasie można podchodzić do każdego z egzaminów (czyli w każdej z sesji zdawać dowolny przedmiot, niezależnie od tego, czy już się go oblało). Jeśli wyznaczone sesje dobiegają końca, a są jakieś niezaliczone egzaminy, można ubiegać się o przedłużenie okresu zdawania.

Ile punktów trzeba mieć, aby zdać?

Punkty przeliczane są na procenty, a te z kolei na oceny. Aby zdać należy mieć 30%, czyli 12 punktów z każdego egzaminu (zawsze maksimum to 40 punktów). Tabelkę z dokładną skalą znajdziecie na stronie.

Czy egzaminy eksternistyczne są płatne?

Tak. Opłata wynosi 173,20 zł za jeden egzamin. Wychodzi dość sporo w sumie, ale jeśli rozłoży się egzaminy w czasie, to także koszty się rozłożą. Ponadto można ubiegać się o zniżkę 50%, a nawet całkowite zwolnienie z opłaty po spełnieniu odpowiednich warunków. Nie należy zatem się obawiać, że brak pieniędzy całkowicie przekreśla szanse na podejście do egzaminów.

Chyba z takich podstaw to wszystko, resztę informacji o procedurach (wnioski, terminy, warunki) znajdziecie na stronie CKE – www.cke.edu.pl – w zakładce „egzamin eksternistyczny”. Pomocne będą także strony waszych OKE.

Teraz trochę o mitach, z jakimi zetknęłam się odnośnie egzaminów eksternistycznych:

1. Świadectwo uzyskane eksternistycznie ma mniejszą wartość, niż świadectwo „normalnego” liceum.

To nie jest prawda! One niczym się nie różnią, prócz małego szczegółu – w miejscu „nazwa szkoły” jest wpisane „zdane eksternistycznie”. Każda instytucja jest zobowiązana je uznać i to na takiej samej zasadzie. Jedyne osoby, które mogą się przyczepić, to będą ludzie, którzy z zasady gardzą innymi od nich. Ale takim to nie dogodzisz nigdy, nawet dyplomem z Harvardu – bo słabe oceny, bo to w sumie żadna sztuka, bo pewnie kupione.

2. Nie można podejść do matury po egzaminach eksternistycznych.

To chyba największa bzdura, jaką słyszałam. Większość osób właśnie po to zdaje egzaminy eksternistyczne – żeby podejść do matury. Mało tego! Można do niej podejść jeszcze w tym samym roku szkolnym, co do egzaminów, pod warunkiem zaliczenia wszystkiego najpóźniej w sesji zimowej (czyli luty 2018 dla matury w maju 2018).

Deklaracji maturalnej dla zdających liceum eksternistycznie poświęcę jednak osobny post za jakiś czas, bo zwyczajnie jej jeszcze nie składałam, a też chciałabym rzetelnie opisać cały proces.

3. Aby podejść do egzaminów, trzeba ukończyć specjalną szkołę przygotowującą do nich.

NIE! To absolutnie bujda. Te egzaminy eksternistyczne w istocie są przecież „furtką” dającą wykształcenie średnie (niepełne – pełne z maturą dopiero) bez obowiązku uczęszczania do jakiejkolwiek szkoły. Tego typu instytucje, rzecz jasna, będą się starały wam wmówić, że to konieczne, bo dla nich to zysk.

Wydawało mi się to oczywiste, ale pod salą egzaminacyjną słyszałam wiele rozmów na ten temat. Wynikało z nich, że spora część osób dała się na to nabrać i zapisała się na kursy. Nie byli jednak zadowoleni – skarżyli się na nieustannie odwołane zajęcia, brak zainteresowania ze strony nauczycieli (róbta co chceta) czy nieumiejętne nauczanie/powtarzanie materiału.

Osobiście nie byłam zaskoczona słysząc to, bo tego właśnie się spodziewałam po wszelakich placówkach „liceum w 5 minut!”…

Nie dziwię się jednak, że wiele osób się na ten marketing nabrało, skoro nawet w google po wpisaniu „egzaminy eksternistyczne” wyskakują głównie reklamy takich, pożal się Boże, szkół. Jeśli wy uznacie, że warto jednak skorzystać, to już wasza sprawa. Ja do egzaminów przygotowywałam się głównie sama, ale zdaję sobie sprawę, że większość może czuć się pewniej z jakąś pomocą.

Moim zdaniem, są lepsze sposoby.

Zachęcałabym raczej do korepetycji z wybranych przedmiotów. Nie musi to być przecież płatny korepetytor – może to być ktoś z rodziny, znajomy, który raz w tygodniu zgodzi się posiedzieć z wami chwilę. Gwarantuję, że znajdziecie taką osobę – w moim przypadku to była mama, która poświęciła bardzo dużo swojego czasu na uczenie mnie matematyki, za co bardzo jej dziękuję!

Jeśli naprawdę nie ma nikogo, kto może wam pomóc, to pamiętajcie, że przecież mamy internet. A co za tym idzie strony z mniej lub bardziej przydatną wiedzą. Są filmiki z poradnikami – np. do matematyki polecam matemaks.pl, gdzie oprócz teorii czy wzorów są zadania z rozwiązaniami video, gdzie wyjaśnione jest wszystko krok po kroku, aż do wyniku. Można też tradycyjnie zakupić książki z zadaniami, repetytoria…

Naprawdę nie potrzebujecie takich „szkół”, żeby zdać egzaminy eksternistyczne. Jeśli już chcecie inwestować w przygotowanie do egzaminów, to można dużo lepiej ulokować te pieniądze. Ale przede wszystkim uwierzcie w siebie, dacie radę!

Natomiast odpowiadając jeszcze raz na pytanie – trochę się rozgadałam – nie, nie musicie chodzić do żadnej szkoły ani nic kończyć (prócz gimnazjum/ośmioletniej podstawówki), aby podejść do egzaminów.

Może przybliżmy teraz sam przebieg egzaminów – od złożenia wniosku aż po oczekiwanie na wyniki.

Dla ułatwienia ja posłużę się swoimi datami, żeby darować sobie te urzędnicze gadki „na dwa miesiące przed rozpoczęciem bla, bla, bla…”. Przypominam, że zdawałam egzaminy w sesji jesiennej. Zatem jeśli ktoś będzie chciał podejść do nich również w sesji jesiennej, to daty będą się mniej-więcej pokrywać (wiadomo, oprócz roku). Jeśli ktoś będzie podchodził do nich w sesji zimowej to wystarczy zamienić „październik” na „luty” i też będzie się pi razy drzwi zgadzać. Dokładne daty dla waszych sesji i tak musicie sprawdzić na stronie, bo część z nich jest „ruchoma”.

Pierwszy etap – do 31 lipca 2017

Do tego dnia musiałam dostarczyć do OKE (okręgowej komisji, która odpowiada za egzaminy w waszym regionie, w moim przypadku Wrocław) następujące dokumenty: wniosek o dopuszczenie do egzaminów (dostępny na stronie), świadectwo ukończenia gimnazjum, skan dowodu osobistego. Można to zrobić zarówno osobiście, jak i przesłać listem poleconym. Wówczas decyduje data stempla pocztowego.

Chwilę zatrzymam się przy świadectwie gimnazjalnym, bo w moim przypadku jest z nim związana pewna historia.

Na żadnej ze stron, nawet po przewertowaniu ich od deski do deski, nie znalazłam dokładnej informacji, czy to ma być kopia, czy też oryginał. Po namyśle wysłałam duplikat, uznałam, że oryginał zawsze mogę później dostarczyć, jak mnie już przyjmą. Sugerowałam się również aplikacją do szkoły, gdzie także najpierw dostarcza się kopię, a po przyjęciu dopiero oryginał.

Bez większego stresu, wysłałam.

31 lipca otrzymałam odpowiedź, że owszem, dostanę się, pod warunkiem, że do 31 lipca wpłynie do OKE Wrocław oryginał świadectwa. Zrobiłam się cała czerwona. Tak, dobrze widzicie. Nawet choćbym nie wiem jak bardzo chciała, to nie byłam fizycznie w stanie tego zrobić. Była 18.00, OKE już nieczynne, a do Wrocławia jakieś 2oo km. O trzeciej w nocy wyruszyłyśmy z mamą z zamiarem czekania pod siedzibą i błagania pierwszej napotkanej pracowniczki o litość.

Punkt siódma stałyśmy pod OKE, czynne od ósmej.

Około 7.30 pojawiła się jakaś pani, która po wysłuchaniu naszych gorzkich żali wpuściła nas i powiedziała, że zawoła koleżankę, która za to odpowiada. Po chwili okazało się, że koleżanki nie ma, bo jest na zwolnieniu, także przesympatyczna pani wzięła moje świadectwo, bez żadnych tłumaczeń czy próśb. Powiedziała, że też mieszka na wsi, także wie, jak to z pocztą bywa. A na pytanie, czy na pewno mnie przyjmą odpowiedziała, że „jak ona mówi, że przyjmą, to przyjmą”.

Dodała też, że w sumie to można zabrać już ten oryginał, bo wystarczyło, aby pracownik OKE je zobaczył i zatwierdził. Ja jednak nieszczególnie chciałam mieć to świadectwo, więc je zostawiłam – drugi raz to może nie przejść, niech tam leży.

Dzięki tej pani i jej wyrozumiałości, dopuszczono mnie do egzaminów.

A wam radzę załączyć oryginał od razu, ewentualnie duplikat i oryginał. I tak wam go zaraz odeślą, a przynajmniej unikniecie moich przeżyć.

Drugi etap – 18 sierpnia 2017

Dostałam odpowiedź w sprawie dopuszczenia do egzaminów. Może doszła wcześniej, ale wtedy ją odebrałam. Jako, że była pozytywna, to otrzymałam informacje o: formularzu do wypełnienia, czasie zdawania (od sesji jesiennej 2017 do sesji zimowej 2020) oraz numerze konta, na który należy dokonać wpłaty.

Trzeci etap – do 31 sierpnia 2017

Musiałam do tego dnia dosłać formularz, w którym deklaruję, do jakich egzaminów podchodzę w danej sesji. Ja wybrałam sesję jesienną i wszystkie przedmioty. W związku z tym również do 31 sierpnia musiałam dokonać wpłaty na podane konto za wszystkie egzaminy.

Czwarty etap – 12 września 2017

Odebrałam list z harmonogramem egzaminów w sesji jesiennej oraz miejscem ich zdawania. Dla OKE Wrocław są to już od lat (sprawdzałam stare harmonogramy) Elektroniczne Zakłady Naukowe we Wrocławiu.

Piąty etap – od 6 do 21 października 2017

Zdawałam egzaminy, o których opowiem za chwilę po kolei.

Szósty etap – 24 listopada 2017

Tego dnia mam otrzymać wyniki egzaminów i będę już wiedziała co dalej robić – od razu matura, czy może sesja zimowa? (wydaje mi się, że zdałam, ale ten dzień to zweryfikuje) 

I już. Zapętlić to ewentualnie od etapu trzeciego, jeśli zdajecie w kilku sesjach. Wydaje się tego dużo, zwłaszcza, jak się czyta te procedury na stronie, ale tak naprawdę to nie jest tak źle przez to przebrnąć. Egzaminy eksternistyczne nie są takie straszne, w każdym razie od strony formalnej.

Nie przypuszczałam, że ten wpis będzie aż taki długi, dlatego postanowiłam jednak go podzielić.

W drugiej części, do której link podam wam tutaj, zrobię dokładny opis poszczególnych egzaminów z każdego przedmiotu i podzielę się prywatnymi odczuciami.

Edit: Druga część wyszła mi jeszcze dłuższa, także podzieliłam to na kolejny wpis, część trzecia będzie tutaj.

Tymczasem mam nadzieję, że już ten wpis wam pomógł chociaż trochę, jeśli zastanawiacie się, czy egzaminy eksternistyczne są dla was.

Jeśli o czymś zapomniałam, to pewnie zrobię edycję lub dopiszę w następnym poście.

Do przeczytania w drugiej części!

 

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces! Na pewno…?

Trochę odetchnijmy od freelancingu, bo co za dużo, to niezdrowo. Ten post będzie trochę bardziej lajtowy. Potraktujcie go zatem z lekkim przymrużeniem oka. Będą lifehacki? Zobaczcie sami!

 

lifehacki

 

Skąd pomysł na wpis?

Ostatnio wpadła mi w ręce gazetka JOY.  Nie jestem wierną fanką tego typu prasy… No dobra, już nie jestem, bo jak byłam młodsza, to i owszem, czytywałam regularnie. Było to jednak dekadę temu, a od tamtej pory poziom tych magazynów poleciał na łeb na szyję. Może gdyby było inaczej, to nadal kupiłabym od czasu do czasu Joya, Twista czy innego Cosmopolitana. Nie zamierzam z siebie tutaj robić koneserki kultury wysokiej, bo do takiej mi daleko. Każdy z nas lubi sięgnąć nieraz po coś lekkiego, nawet odmóżdżającego, nie ma co zaprzeczać. Po prostu nieudolne podążanie za trendami internetowymi i próba przeniesienia go na papier to przepis na porażkę, co oficjalnie stwierdzam po przeczytaniu tej gazety po dłuższej przerwie. Tego typu modne, cool wstawki spowodowały we mnie raczej zażenowanie. Zastanawiam się, kto jest odbiorcą tekstów – na pewno dorosłe kobiety czy może raczej rozchichotane trzynastolatki?

 

Ale do rzeczy.

Wśród tony infantylnych artykułów i miliona zdjęć zajmujących co najmniej pół strony znalazłam coś, co przykuło moją uwagę. Mianowicie listę zatytułowaną tak, jak tytuł wpisu – 22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces.

Stań się kobietą pewną siebie! Tak krzyczy wytłuszczony nagłówek. Zainteresowało mnie to, bo sama intensywnie pracuję ostatnio nad samooceną, więc taki zbiór porad wydawał się być napisany specjalnie dla mnie. Przeczytałam… i pomimo tego, że nie oczekiwałam wybitnej, naukowej analizy psychologicznej, to i tak się rozczarowałam. Połowa była tak banalna, że nie spodziewałam się, że trzeba o takich rzeczach mówić na specjalnej liście. Druga połowa to były albo bzdury, albo punkty zaprzeczające poprzednim. Nie jestem wybitnym psychologiem i nie chcę się wymądrzać, ale nawet średnio rozgarnięta w tym temacie osoba powinna to zauważyć. Dlatego postamowiłam sama omówić to zestawienie i zobaczyć, co naprawdę jest tam w miarę wartościową poradą dla osób pracujących nad pewnością siebie.

Nie będę bawić się w przepisywanie całego artykułu – napiszę nazwę punktu i jeśli nie będzie wystarczająco wymowna, to dodam „co autor miał na myśli”. Postanowiłam też wyróżnić tytuły kolorami, żeby mój stosunek do danej porady był jasny od początku:

  • WARTOŚCIOWA RADA – kolor zielony
  • BANALNE STWIERDZENIE – kolor żółty
  • BZDURA I/LUB ZAPRZECZENIE INNEGO PUNKTU – kolor czerwony

No to… nie ma co przedłużać, zobaczmy co JOY nam proponuje, abyśmy wszystkie STAŁY SIĘ KOBIETAMI PEWNYMI SIEBIE!
freelancer

22 lifehacki, które zaprogramują Cię na sukces!

 

1. Sama dla siebie.

Punkt mówi o tym, że „jeśli nie masz ochoty na imprezę, włącz status „niedostępna”, zostań w domu, w szlafroku, z Netflixem”… Serio? Takie coś już na pierwszej pozycji? Ogólnie uważałam zawsze za oczywiste to, że nie należy się zmuszać do robienia czegoś, na co nie ma się chęci. Poważnie jest ktoś, komu trzeba to tłumaczyć?

2. Patrz prosto w oczy.

Kontakt wzrokowy z rozmówcą to ważna sprawa, przyznaję. Ale powinien być naturalny. Kontrolowanie tego sprawia, że nie jest to już odruch instynktowny. A takie sztuczne świdrowanie kogoś wzrokiem może przynieść zmieszanie, a nawet dyskomfort drugiej osoby, zamiast obiecanego „zainteresowania, bo pokażesz, że jesteś szczera i skupiasz swoją uwagę na rozmówcy”. Zresztą, czy „szczere” i „kontrolowane” się nie wykluczają?

3. Mowa ciała.

Bądź wyprostowana, pierś do przodu, głowa do góry. I wyglądaj jak manekin na wystawie albo zadufana w sobie lala. Może trochę przesadzam, ale tutaj mamy do czynienia z podobną sytuacją, jak w poprzedniej radzie. Mowa ciała i wszelkie sygnały niewerbalne to nie jest coś, w czym warto grzebać. Trochę o tym wiem, bo robiłam artykuł naukowy na ten temat. Mamy tu do czynienia z popularnym mitem – pracuj nad mową ciała, to staniesz się pewny siebie. Tymczasem ten ciąg przyczynowo-skutkowy wygląda odwrotnie, to nasze gesty i postawa się zmieniają wraz z wzrostem samooceny. Zaobserwowałam to też po sobie. I mogę wam zagwarantować, że sztuczne, kontrolowane odruchy działają raczej na niekorzyść, bo są do wychwycenia. A nie da się w pełni zapanować nad mową niewerbalną, więc pod warstewką pozorowanych sygnałów kryją się te, które ukazują faktyczną niepewność.

4. Wiadomo!

Tutaj jest mowa o przyjmowaniu komplementów. Zamiast zaprzeczać, peszyć się lub – co chyba najgorsze – udawać fałszywą skromność, powinniśmy uśmiechnąć się i podziękować. To jest pierwsza rada, z którą się zgadzam, bo jako naród mamy zakorzenioną skłonność do odrzucania miłych słów na nasz temat i równie oszczędnie je dawkujemy. Nie chcę tutaj powielać stereotypów ani w żadnym razie ksenofobii, ale tak po prostu jest, kiedy się patrzy na ogół Polaków. W jednym z filmów Krzysztof Gonciarz, którego bardzo cenię, porównał Polaków i Amerykanów podczas śpiewania im „Sto lat”. Polak uciekał wzrokiem i błądził nim gdzieś dookoła, uśmiechając się wstydliwie. Amerykanin dumnie prężył się i pokazywał na siebie, zdając się mówić „tak, to na moją cześć śpiewają!” I to wydaje się być podsumowaniem tego punktu.

5. Sama natura.

„Jakkolwiek banalnie to brzmi – bądź sobą!” Zgadzam się. To brzmi strasznie banalnie. Jak można wymagać, żeby ktoś nas polubił, skoro pokazujemy mu kogoś, kim nie jesteśmy? Jak mamy czuć się dobrze sami ze sobą, kiedy siebie nie akceptujemy i uważamy, że jako ktoś inny zyskamy więcej? Wydaje mi się to oczywiste i znów, jak w przypadku pierwszego punktu, dziwię się, że takie rzeczy trzeba wyszczególnić. To jest pierwszy krok do zyskania pewności siebie, do osiągnięcia sukcesu. A że nie jest to takie proste… to już inna sprawa.

6. Wyróżniaj się!

Kolejna oczywistość. W tym punkcie autor(ka) radzi, żeby zrobić zwariowany manicure w poziomki (no faktycznie, szaleństwo…) lub zafarbować włosy na różowo (no tutaj już to jest pewien akt odwagi). Generalnie wiąże się to z punktem wyżej, jeśli będziemy mieć opory przed byciem sobą i wyglądaniem tak, jak chcemy oraz panicznie będziemy bać się opinii innych, to jak mamy siebie polubić? Po pierwsze banał, po drugie w zasadzie lekkie rozwinięcie poprzedniej rady.

freelancer

7. Broń kobieca.

Tutaj każą nam emanować kobiecością. Świetna rzecz, dla kogoś, kto lubi tak się czuć i wyglądać. Dla wielu osób może być to zapędzeniem się w pułapkę udawania kogoś, kim się nie jest. W ogóle nie rozumiem, dlaczego taki punkt jest na liście. Tłumaczy go jedynie fakt, że jest w typowo kobiecym magazynie. Mam nadzieję, że nie ma kogoś, kto ślepo uwierzy w tę listę. Inaczej ta kobieta dałaby sobie wmówić, że dopóki nie nosi kwiecistych sukienek i obcasów, nie ma loków do pasa i wytuszowanych rzęs, to nie osiągnie sukcesu. Widzicie tę hipokryzję?

8. Jedna na milion.

„Porównywanie jest ok, dopóki nie budzi w Tobie frustracji”. Jak dotąd drugi sensowny punkt w całym zestawieniu. Dalej jest napisane o tym, że powinno to budzić motywację i z tym się zgadzam w 100%. Zamiast patrzeć na czyjeś sukcesy z zawiścią, lepiej pomyśleć „hej, skoro ona może, to ja też!” i brać się do roboty!

9. Skacz na głęboką wodę!

„Przezwycięż strach i zaryzykuj!” Raczej się z tym zgadzam, ale uznaję to za kolejny banał, powtarzany i oklepany od lat. Ale faktycznie, warto się odważyć na coś, o czym od dawna marzymy. Szkoda, że rada niby ogólna, ale odnosi się raczej do pojedyńczego zdarzenia, np. skoku ze spadochronem. Autor(ka) zachęca nas do porzucenia kalkulacji i analiz. O ile w przypadku takich jednorazowych akcji ma to swój sens, o tyle dla osób, które planują większe przemeblowanie w życiu jednak nie jest aż tak wskazane.

Warto zaryzykować, ale trzeba przy tym mierzyć zamiary na siły. Nie będziesz graczem NBA, jeśli masz metr sześćdziesiąt, dlatego nie rzucaj pracy i nie wyjeżdżaj za ostatnie pieniądze do LA, bo chcesz spróbować to spełnić. Może przykład głupi, ale obrazuje to, o co mi chodziło – nie zniechęcam do radykalnych zmian, sama jestem wręcz ich zwolenniczką, zwłaszcza jeśli ktoś nie jest zadowolony z dotychczasowego życia. Ale nawet pogoń za marzeniami musi mieć ręce i nogi. Albo przynajmniej ręce.

10. Mamy to w nosie.

Przewrotny tytuł kryje nieco rozczarowujące wnętrze. Rada zaczyna się dość fajnie – mówi o tym, że nasz obraz jest odbierany wszystkimi zmysłami, dlatego zapach jest ważny. Na tym powinna się skończyć. Ale niestety, jest ciąg dalszy. Autor(ka) radzi, żeby dobrać mocne i intrygujące perfumy, jeśli chce być się kojarzonym z osobą silną blablabla. Hipokryzja w najczystszej postaci. Po pierwsze, nasz zapach to element mowy ciała i owszem, prawdą jest, że wpływa na to, jak inni nas postrzegają, ale wspomniałam wyżej, że lepiej z tym nie majstrować. Nasza podświadomość sama działa w kwestii zapachu. Intuicyjnie dobieramy taki, żeby nas reprezentował. Po drugie, samo narzucanie komuś, jak ma pachnieć, jest zaprzeczeniem dla całego artykułu. Przecież w tylu punktach wyżej podkreślone zostało, że należy być sobą, żeby się zaakceptować, a tu nagle taki klops. Spokojnie. Nie musisz dusić się wdychając własne, ale na siłę dobrane perfumy – robiąc tak dusiłbyś się samym sobą.

11. Zachwyć sama siebie.

Fajnie brzmi, co nie? A tutaj autor(ka) radzi, żeby unikać niedobranego stroju do okazji… wybierając małą czarną. Nawet nie wiem, jak to skomentować. Może po prostu wymienię punkty, którym to zaprzecza: 5, 6, 8, 9. Poza tym, asekurując się w ten sposób, wracamy do myślenia „a co inni powiedzą?” I po co cały ten artykuł?

freelancer

12. W blasku fleszy.

Punkt zachęca do sesji zdjęciowej z przyjaciółkami. Moim zdaniem, słaby pomysł. Ja osobiście wtedy pewnie złamałabym punkt 8, bo porównywanie się do koleżanek przyniosłoby mi wtedy frustrację, zazdrość i łzy. Sądzę, że nie tylko ja bym to tak odebrała. To nie jest opcja na poprawienie pewności siebie. Jeśli już jakieś zdjęcia, to tylko Twoje. Wtedy unikniesz myślenia, kto wyszedł na nich lepiej, kto się ładniej ustawił, przy kim wyglądasz źle… Ale to również nie jest pomysł dla osób, które bardzo nie lubią swojego wyglądu. W końcu skoro się sobie nie podobają, to oglądanie zdjęć raczej będzie nieprzyjemne i denerwujące. W każdym razie, ja tak się czułam, kiedy dawałam się namówić na tego typu sesje, czy ze znajomymi, czy solo. Może komuś to pomoże, ale nie wszystkim, niektórym może zaszkodzić. Dlatego zdecydowanie nie jest to uniwersalna porada, a zatem w tej formie nie powinno jej być na liście.

13. Bądź jak gwiazda.

Przytoczenie diastemy Georgii Jagger czy krzywych nóg Kate Moss. Faktycznie, dość dobra rada. Przyjrzenie się znanym osobom, które zrobiły swój znak firmowy z niedoskonałości może być budujące. Tylko nie należy zapominać, że one są na tyle pewne siebie, że nie muszą ich ukrywać, ale osoby z niską samooceną lepiej niech nie zaczynają od ekspozycji swoich niedociągnięć. Chorobliwe maskowanie kompleksów nie jest niczym dobrym i często wręcz zwraca na nie uwagę innych, ale ich wystawienie na widok publiczny może zaszkodzić choćby własnemu samopoczuciu. Zaakceptowanie niedoskonałości jest ważne, ale to wystarczy, żeby móc siebie samego polubić. Lepiej eksponować zalety wyglądu, które same w sobie zakryją mniej udane jego aspekty.

14. OMMMMM…

Co…? Już tłumaczę. Kiedy jesteś stremowany, weź głęboki wdech. Pewnie pierwszy raz o tym słyszysz i w życiu byś na to nie wpadł, prawda…?

15. Zachoruj na uśmiech.

Tutaj chodzi o to, żeby śmiać się. Po prostu. Zażartować i „nie bać się porażki”. Zakwalifkowałam do banału, bo wiadomo, że stres najlepiej rozładować uśmiechem, a dobry dowcip może rozluźnić najbardziej napiętą atmosferę i według mnie to raczej nie jest żadna tajemna wiedza. Ale trochę też kusiła mnie „bzdura”. Dlaczego?

Wracamy tutaj do mowy ciała. Radość powinna być naturalną reakcją i kontrolowanie jej w nadmiarze nie jest niczym dobrym. Wybuchanie sztucznym śmiechem i sypanie sucharami co chwilę, jeśli tak naprawdę żaden z nas mistrz dowcipu, może bardziej działać na szkodę zarówno naszego wizerunku, jak i samopoczucia. To wszystko musi przychodzić odruchowo, samoistnie. Ale być może chodziło o to, że często powstrzymujemy się od śmiechu w towarzystwie, żeby nie wyjść na idiotów, bo co ktoś tam pomyśli itd. I dlatego ostatecznie wybrałam „banał”. Bo to po prostu oczywiste i było już zawarte w poprzednich punktach – należy być sobą, nie ma co tego tak rozdrabniać.

freelancer

16. Ćwicz.

No, teoretycznie dobra rada. Ćwiczenia poprawiają samopoczucie i wygląd, a także zdrowie w ogóle. To jest jednak dość delikatna kwestia, ponieważ wiele osób się najzwyczajniej w świecie wstydzi lub nie potrafi dobrać sobie dyscypliny adekwatnej do możliwości. Dlatego brakuje mi rozwinięcia trochę tej rady, bo ważne jest zaznaczenie tego, że każdy powinien znaleźć sport i miejsce do uprawiania go zgodnie z własnymi potrzebami. Takie ogólne rzucenie „zacznij ćwiczyć” jest trochę niejasne dla kogoś, kto nie bardzo miał z tym styczność. I przez to wybierze opcję nieodpowiednią dla siebie – np. pójdzie na siłownię, chociaż krępują go ćwiczenia przy innych albo zacznie biegać, czego nienawidzi. A przecież można robić tyle fajnych rzeczy, w domu, poza domem, na dworze, na siłowni, samemu, z przyjaciółką lub z obcymi ludźmi… Możliwości jest wiele i ważne, żeby znaleźć tę najlepszą dla siebie. Tego mi zabrakło, ale w sumie rada dobra.

17. Ostatnie słowo.

Dziwny tytuł. Ale chodzi o to, żeby mieć własne zdanie. Wpadlibyście na to po samej nazwie punktu? Ja niekoniecznie. „Jeśli wiesz, że masz rację, stawiaj na swoim…” fantastycznie to brzmi. Chociaż zgadzam się z tym, że warto mieć swoje opinie, poglądy i się ich nie wstydzić, to mimo wszystko punkt oznaczam jako „bzdura”. A dlaczego? Ponieważ jest strasznie nieprecyzyjny i bardzo mnie to ukłuło. Nienawidzę osób, które robią z siebie ekspertów w każdej dziedzinie, tymczasem takie sformułowanie rady do tego zachęca. I zacytowany fragment, gwóźdź do trumny, nakazuje stawiać na swoim, ale tylko na podstawie przekonania, co do słuszności głoszonej teorii.

Po pierwsze, opinię można sobie wyrobić o wszystkim, ale jej głoszenie już powinno być poparte jakąś wiedzą w danym zakresie. Na przykład ja, wbrew pozorom, nie dementuję sobie tych punktów ot tak, bo ja mam inne zdanie. Każde stwierdzenie staram się uzasadnić.

Po drugie i najważniejsze – nie ma jednej uniwersalnej racji. Dlatego, jeśli ktoś zarzuci mi, że się mylę i będzie w stanie to sensownie uargumentować, to nie zamierzam się upierać przy swoim, tylko wziąć pod uwagę, że ten ktoś też ma swoją rację. Ta rada właśnie podkreśla hipokryzję wielu osób – z jednej strony miej swoje zdanie, z drugiej strony zabraniaj tego innym. Bo tylko Ty masz słuszność w tym, co mówisz. Moja racja jest dobra, bo jest moja. Koniec. Kropka.

18. Jesteś sexy.

Wbrew pozorom, punkt nie mówi o tym, żeby poczuć się dobrze we własnym ciele. Jest o… bieliźnie. Autor(ka) gwarantuje, że seksowna bielizna doda Ci pewności siebie. Pewnie, na pewno będę czuła się komfortowo z majtkami wrzynającymi się w różne miejsca ciała. Może komuś faktycznie to pomoże, chociaż trochę to bez większego sensu, bo tylko ta osoba będzie mieć świadomość, że zamiast bawełnianych fig z Tesco ma na sobie koronkowe stringi z Victoria’s Secret. No ale okej, psychologiczny chwyt. Natomiast ja wolę mieć na sobie ubrania wygodne, aniżeli seksowne.

Po pierwsze – bo skoro mam niską samoocenę, to średnio chciałabym eksponować wdzięki w kuszących ciuszkach.

Po drugie – bo komu miałabym je pokazywać na przykład w autobusie?

A po trzecie – uwierające majtki raczej nie poprawią mi samopoczucia w otoczeniu innych, a zatem średnio wpłyną na pewność siebie. Trochę to zaprzecza radom typu „bądź sobą”, „ubieraj się tak, jak chcesz”. No ale to tylko moje zdanie.

19. Hello sunshine!

Rada, żeby nie narzekać. Bo pozytywni ludzie przyciągną innych. Z jednej strony banał jak się patrzy, poza tym rozwinięcie poprzednich porad np. tej o uśmiechu. Z drugiej strony nadmierny, a przede wszystkim kontrolowany i sztuczny entuzjazm, jaki autor(ka) sugeruje to… ech, pisałam już tyle o tej mowie ciała, podczepcie to sobie do poprzednich moich stwierdzeń w tym temacie.

20. Czym się zajmujesz?

No i tutaj mamy radę, żeby znaleźć sobie hobby. Banał, bez rozwijania. Poza tym autor(ka) mówi, że to przyciąga innych. Może i racja, ale przede wszystkim trzeba to robić dla siebie, autentycznie i z pasji. Dopiero wtedy możemy po pierwsze czuć się sobą, a po drugie stanowić inspirację. Szukanie sobie zajęcia na siłę lub robienie czegoś „bo modne”, „bo zwrócę tym na siebie uwagę” przyniesie raczej frustrację i zmarnuje sporo czasu.

21. Jak na talerzu.

„Bądź szczera i mów otwarcie, co czujesz!”

Po pierwsze, banał.

Po drugie, było już w kilku wcześniejszych punktach.

Po trzecie, trzeba pamiętać o pewnym wyczuciu, bo klepanie co ślina na język przyniesie raczej nie pomoże w znalezieniu przyjaciół, a do tego odnosi się ten punkt.

Po czwarte, zawarty jest tam przykład, zacytuję: „Podoba Ci się chłopak ze służbowej stołówki? Daj mu znać jakimś małym gestem (patrz zdjęcie – na zdjęciu talerz z kanapką w kształcie serca, filiżanką kawy i uśmiechem z keczupu), że jesteś nim zainteresowana.”

Pomijając sformułowanie tego jak dla nastolatki podrywającej kolegę ze szkoły, to mimo wszystko należałoby zachować pewien rozsądek w tej kwestii. Spontaniczność jest fajna, a zaryzykowanie może się opłacić – o tym w sumie już było. Gorzej, jeżeli ten „chłopak” ma narzeczoną i planuje ślub, a Ty zamiast się wcześniej „wywiedzieć”, walniesz prosto z mostu deklaracją miłosną. Osoba pewna siebie jakoś to przełknie i pójdzie dalej. No ale to jest artykuł skierowany do tych, którzy dopiero nad tym pracują. I takim aktem… no w sumie głupoty można się jeszcze bardziej zamknąć w sobie, a najchętniej zapaść pod ziemię, a poza tym społeczny ostracyzm i wyśmiewanie także słabo wpływają na samoocenę. Dlatego miej własne zdanie i je wyrażaj – hej, taki punkt już był! – odważ się mówić o uczuciach, ale nie zapominaj o ociupince rozsądku. Na takie stuprocentowe ryzyko mogą sobie pozwolić tylko ludzie z niezachwianą pewnością siebie.

22. Kurs językowy.

Wbrew pozorom, nie chodzi o lekcje angielskiego. Autor(ka) zachęca do naśladowania Krystyny Czubówny. Ten ostatni punkt mnie załamał. Lektorski głos jest atutem… jeśli jesteś akurat lektorem. Ewentualnie przy czytaniu bajek na dobranoc. Nawet pani Czubówna w życiu prywatnym nie mówi w ten hipnotyzujący sposób. Zresztą spróbujmy sobie wyobrazić rozmówcę, który tak z nami rozmawia. Pomijając już wspomniane przeze mnie aspekty związane z eksperymentami nad mową ciała – tak, oczywiście głos i jego modulacja też się do tego zalicza – to zwyczajnie można wprawić innych w dyskomfort mówiąc do niego powoli, z nienaganną dykcją i takim właśnie uspokajającym tonem. Od biedy można by uznać, że taki kurs poprawi pewność siebie. Ale rada odnosi się do relacji międzyludzkich. Tutaj raczej nie zda to egzaminu.

freelancer

 

No to podsumujmy…

Na 22 porady raptem 4 były warte wspomnienia ich na takiej liście. Reszta to, według mnie przynajmniej, oczywiste oczywistości lub wierutne brednie. Takich zestawień tworzy się dość sporo, ale ja się pytam – dlaczego? Skoro połowa informacji jest powszechnie znana, a znaczna część z tych punktów mogłaby się zamknąć w jednym ogólnym. Najgorsze jest to, że część z nich zaprzecza sobie nawzajem, a nawet samemu pojęciu „pewności siebie”. Bardzo wiele  z nich jest też źle sformułowanych lub nie do końca rozwiniętych. I takie informacje przekazuje się ludziom, a jeśli ktoś ufa danemu źródłu, to się do nich zastosuje. I zrobi sobie niedźwiedzią przysługę.

Po co napisałam ten wpis? Cóż, nawet jeśli nie przeczytaliście tej listy w magazynie JOY, to większość z tych punktów to dość popularne mity krążące w internecie pod hasłem „zyskaj pewność siebie!”. Dużo z nich tyczy się mowy ciała, która akurat jest mi dość bliska, a o której przekazuje się powszechnie bardzo wiele nieprawdziwych informacji. Można powiedzieć, że również stworzyłam własną listę porad, które autentycznie pomogą wam w pracy nad samooceną. Nie zabrałam się za to całkowicie od czapy. Sporą część wiedzy mam z doświadczenia, bo jak wspomniałam, sama borykam się z problemami odnośnie samoakceptacji. Zachęcam was do spojrzenia chłodnym okiem na te punkty, wtedy zrozumiecie, dlaczego tak wiele oznaczyłam jako banał.

No i jeśli macie jakieś uwagi lub własne, sprawdzone rady w tej dziedzinie, to zapraszam do dyskusji w komentarzach!