Zdrajcy Polski – 10 powodów, dla których możesz być jednym z nich

Ostatnio bardzo modne jest tytułowanie innych mianem „Zdrajcy Polski”.

Można się z tym zetknąć wszędzie. Najczęściej oczywiście w internecie, jednak to nie jest jedyne miejsce, gdzie ludzie obrzucają się nawzajem tym stwierdzeniem. Nawet politycy nie patyczkują się w swoich wypowiedziach i wprost określają, kim według nich są zdrajcy Polski. Dlatego postanowiłam zebrać to w całość i wymienić główne zarzuty, które się takim ludziom stawia.

Paradoksalnie, zdrajcy Polski to dość szeroka i zróżnicowana grupa osób. Łatwo też się do niej dostać. Wystarczy mieć inne zdanie.

Zastanawiasz się, czy Ty też kwalifikujesz się do tego miana?

Jeśli przynajmniej jedno z poniższych stwierdzeń do Ciebie pasuje, to jak najbardziej.

1. Nie jesteś katolikiem.

Zaczynamy od razu z grubej rury. To jest chyba najpoważniejsze przewinienie, jakie może nadać Ci tytuł zdrajcy Polski. Wyznając inną religię lub będąc ateistą plujesz w twarz przodkom, depczesz dorobek Polski od 966 roku. Podważając istnienie jedynego prawdziwego Boga, podważasz fundament naszej tożsamości narodowej. Wstydź się.

Oczywiście tutaj też istnieją mniej i bardziej zdradzieccy. Pół biedy, jeśli jesteś chrześcijaninem odmiennego obrzędu. Najlepiej prawosławnego. Te bardziej „wymyślne” mogą spotkać się z mniej przychylnym spojrzeniem, ale większość jakoś to przełknie – o ile nie kwestionujesz przy nich boskości Maryi. W końcu przynajmniej wierzysz w słusznego Boga, nawet jeśli towarzyszą temu inne rytuały.

Spróbuj jednak być Żydem (tfu!), buddystą (tfu!), ateistą (tfu, tfu!), a nie daj Boże muzułmaninem (tfu, tfu, tfu!). Możesz od razu wyjawiać swoje niecne zamiary walki z katolicyzmem, czyli z polskością. Chociaż nie musisz, bo to jasne jak słońce. Żaden prawdziwy Polak nie kwestionuje tego, że królem Polski jest Jezus Chrystus. Tylko zdrajcy Polski mogą temu próbować zaprzeczyć.

2. Uważasz, że Unia Europejska jest całkiem spoko.

Nie musisz być wielkim fanem UE. Wystarczy, że nie jesteś wrogiem. To już kwalifikuje Cię do miana zdrajcy Polski. Cieszysz się z otwartych granic? Podoba Ci się możliwość współpracy międzynarodowej w ramach UE? Twierdzisz, że dzięki funduszom unijnym udało się zrobić kilka nawet fajnych rzeczy? TFU!

Przecież każdy prawdziwy Polak wie, że ta organizacja to niemieckie kondominium, mające na celu zniszczenie naszej cudownej ojczyzny. To zwykła sieć inwigilacji, która chce kontrolować wszystkie aspekty życia w Polsce, a docelowo przekazać ją pod władanie zachodniego wroga. Głównym celem UE jest unicestwienie naszej mlekiem i miodem płynącej krainy, stąd wszystkie sankcje, wymogi, ograniczenia.

Tylko zdrajcy Polski bronią tej zbrodniczej organizacji. Zapamiętaj to sobie. Jak tak Ci się podoba, to won do Merkel!

3. Nie masz nic do uchodźców, uważasz, że trzeba im pomagać.

A może Ty sobie od razu burkę na łeb założysz, kałacha pod pachę i do meczetu? Zgniły zachód wmawia Ci, że te osoby są ofiarami wojny, które potrzebują naszego wsparcia. Wierzysz w to? Naiwniaku, oby Ci bombę podłożyli pod dom, to zrozumiesz, kto miał rację. Przecież to nie są poszkodowani – to oni tę wojnę zaczęli i teraz próbują wykorzystać to, żeby opanować Europę. Głupku.

Tylko zdrajcy Polski współczują brudasom, terrorystom i innym robakom, którzy nadciągają z Bliskiego Wschodu. A prawdziwy Polak wie, że oni chcą zabrać mu jego ziemię, zmusić do przejścia na islam i żarcia kebaba (ok, to ostatnie nie jest taką złą opcją). Chcesz przyjmować uchodźców? To do siebie ich weź, swoim cycem karm. A oni i tak odpłacą Ci kulką w łeb.

Poza tym – chcą nam wcisnąć terrorystów jako rzekome ofiary wojny. A kto nas, biednych Polaków przyjmował, jak nas Niemiec bił? (TYLKO nas) No właśnie, każdy miał to gdzieś, a my se sami poradziliśmy, o! To teraz niech spadają na drzewo.

4. Jesteś nieheteroseksualny lub popierasz takie osoby.

Pod tym pojęciem zamieszczam wszelkie odstępstwa od NORMY, które maja jakiś związek z seksualnością. Jeśli nie jesteś 100% samcem alfa albo kurą rozpłodową, to się lecz. Bo to choroba. Mało tego, choroba, która przyszła ze zgniłego zachodu i cierpią na nią tylko zdrajcy Polski. Prawdziwi Polacy w życiu by się nie splamili jakimiś wynaturzeniami. Tfu!

Nie musisz nawet sam być odmieńcem, starczy, że akceptujesz te odchyły. Jesteś już prawie tak samo winny. Niektórzy wykażą dozę zrozumienia, w końcu dałeś się omamić lewackiej propagandzie. Jednak licz się z tym, że możesz być sądzony z taką samą surowością.

Oczywiście tutaj też są mniejsi i więksi zdrajcy Polski. Jak przebierasz się w damskie ciuszki to okej, abyś robił to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Ale możesz liczyć na łaskawe oko, w końcu to tylko jakieś dziwne zainteresowanie. Gorzej, jak zmienisz płeć. Albo lubisz dziewczynki, sama będąc jedną. Albo nie lubisz nikogo. Albo coś tam. W sumie to chyba wszystkie możliwe opcje nie? Statystyczny Polak i tak więcej nie zapamięta.

Jednak najcięższe przewinienie popełniasz, jeśli…jeśli… nie przejdzie mi przez gardło… jesteś… gejem. Ble, tfu! W końcu jak laska z laską, to jeszcze rozumiemy, nawet fajnie popatrzeć. Ale upodobanie do seksu analnego powinno być karane. Eee… to znaczy tylko, jeśli dotyczy dwóch mężczyzn.

5. Nie uważasz Donalda za złodzieja, agenta i zdrajcę.

Nawet nie musisz go lubić ani popierać. Wystarczy, że jest dla Ciebie po prostu chujowym politykiem (a nie złodziejem, agentem, zdrajcą, komuchem…) albo nie masz o nim zdania. Każdy Polak w sercu powinien mieć nienawiść do Donalda, kryptoniemca i naczelnego zdrajcy.

To on doprowadził nasz piękny kraj do ruiny, a potem uciekł współpracować z Unią, która, jak wiemy, ma na celu unicestwienie Polski. Jak sądzisz inaczej, to powinieneś dołączyć do tego zdrajcy Polski i polskości. Ale już! Inaczej będziecie niedługo grypsować pod celą, jak już uda się prawdziwym patriotom dorwać go i rozliczyć z popełnionych zbrodni.

6. Jesteś feministą lub feministką.

Emancypantki pieprzone się znalazły. W dupach się poprzewracało od dobrobytu. Prawdziwa kobieta to matka Polka. Strażniczka domowego ogniska, piastunka dzieci. Zawsze wierna i posłuszna swemu mężczyźnie, bez którego jest jedynie puchem marnym.

Może Ci się wydawać, że feministą nie jesteś, ale tak naprawdę popierasz ten buńczuczny ruch! Jeśli uważasz, że kobieta powinna mieć prawo do wykształcenia, równego traktowania w pracy oraz wynagradzania lub sprzeciwiania się decyzji ojca i męża, to dałeś się wciągnąć w pułapkę.

Głupim babom się zachciało karier, aborcji i cholera wie, czego jeszcze. Zapomniały, że ich rolą jest rodzenie dzieci oraz zajmowanie się domem. Tak przecież nakazał Bóg! Tylko zdrajcy Polski popierają te idiotyczne żądania feministek.

7. Jesteś lewakiem.

Konserwatywne poglądy polityczne do Ciebie nie przemawiają? Utożsamiasz się z założeniami lewicowymi? Ty się dziwisz, że ktoś nazywa Cię zdrajcą?

Tradycja, wiara, uniwersalne wartości – to uznaje prawdziwy Polak! A nie jakieś wymysły lewaków, ich dżendery, postępy czy tolerancję. Tylko zdrajcy Polski będą temu przyklaskiwać. Przyklaskiwać deptaniu dorobku narodowego i skażeniu go zgnilizną zachodu.

Żaden prawdziwy patriota, żaden wielki wódz narodu, żaden geniusz strategii nie był lewakiem! A już na pewno żaden marszałek!

8. Nie masz rodziny, małżonka, dzieci.

Nie zasługujesz nawet na miano zdrajcy Polski. Jesteś po prostu pasożytem i wrzodem na zdrowym organizmie narodu. Po co Bóg obdarzył Cię płodnością? Jakie dał Ci przykazanie, rolę do spełnienia? Jak śmiesz tego nie dopełniać?

Bezpłodność to nie wymówka. To kara boska. Za mało w Twoim życiu obecności Boga i Chrystusa. Zmień to, odmów ze dwie koronki do bożego miłosierdzia, ze trzy litanie do najświętszej Bogurodzicy. Poproś księdza o błogosławieństwo. A nie, siedzi i rozpacza.

A jeśli nie masz innego usprawiedliwienia, to przyznajemy Ci tytuł zdrajcy Polski. Nie interesuje nas, że nie czujesz się gotowy, że chcesz najpierw poznać świat i coś osiągnąć, a już tym bardziej, że Ci się nie chce rodziny zakładać.

Jak jesteś mężczyzną to jeszcze okej, może przejdzie. Wolny duch, te sprawy. Ale kobieta… co Ty chcesz jeszcze w życiu zdobyć? Twoją jedyną wartością jest mąż i dzieci. Przejrzyj na oczy, a nie wmawiasz sobie, że jesteś kimś więcej niż samicą rozpłodową.

Potem się dziwicie, że niski przyrost naturalny. Zobacz, jak państwo ładnie wynagradza ludzi, którzy przestrzegają fundamentalnych wartości i zakładają rodziny. Bo to są prawdziwi Polacy, a nie zdrajcy Polski, jak Ty.

9. Wybaczyłeś Niemcom.

Brak słów. Po prostu. Niemcy to naczelny wróg od zarania dziejów i tylko zdrajcy Polski twierdzą inaczej. Lub zwyczajnie nie twierdzą tak.

Pod tym pojęciem mieszczą się nie tylko jakieś bliskie związki z tym krajem. Wystarczy, że nie krzyczysz na prawo i lewo o germanizacji, nazistach, którzy próbują do dziś zniszczyć Polskę (patrz: UE) czy też narodowej nienawiści do Niemca już od czasów naszej kochanej Wandy. Albo nie rozpamiętujesz II wojny światowej.

Jeśli nie domagasz się reparacji wojennych od Niemców, nawet tylko dla świętego spokoju, wychodząc z założenia, że lepiej pójść dalej, to tak jakbyś wybaczył im przelaną polską krew. Bezcześcisz tym samym ofiarę milionów dzielnych patriotów, naszych przodków. Pozwalasz na to, żeby świat przymknął oko na te zbrodnie, żeby o nich zapomniał (bo przecież zapomni, jak nie będziesz o tym trąbić). Tak robią tylko zdrajcy Polski. Przykro mi.

A w zasadzie nawet nie, pakuj się i wyjazd, podły folksdojczu.

10. Uważasz, że Smoleńsk to był wypadek.

Powiedz mi jeszcze, że miesięcznic nie obchodzisz. Ty potworze, pomiocie szatana.

Każdy wie, że to zorganizowany przez Putina zamach na życie naszej patriotycznej elity. Ślady są nieustannie zacierane, ale dzielni Polacy ciągle walczą o ujawnienie prawdy – tak samo, jak ze zbrodnią katyńską było.

Spróbuj tylko bąknąć coś o błędach pilotów albo ich zbytniej brawurze. Spróbuj nadmienić o tym, że prezydent długo nie wydał decyzji, ale ostatecznie zgodził się na lądowanie w złych warunkach. Spróbuj chociaż pisnąć, że brakuje jednoznacznych dowodów. NO DALEJ.

Prawdziwi Polacy pamiętają. Prawdziwi Polacy dążą do oskarżenia winnych. Prawdziwi Polacy będą o tym mówić dziesięcioleciami, stuleciami, z pokolenia na pokolenie. I nigdy nie wybaczą, nie przejdą dalej. Jakby to zrobili, to przecież zdeptaliby pamięć o poległych. Poległych, którzy na pewno chcieliby być odgrzebywani i zagrzebywani co parę lat, zamiast spocząć w pokoju.

A o Smoleńsku zapomnieli tylko zdrajcy Polski. Tak, jeśli nie domagasz się wyjaśnienia sprawy, to jakbyś zapomniał o największej tragedii narodowej XXI wieku. Nie zasługujesz na nic innego, jak tytuł zdrajcy Polski.

To co, są wśród nas zdrajcy Polski?

Te 10 powodów najbardziej rzuciły mi się w oczy. Może wy macie jakieś inne? Nie wykluczam, że coś istotnego pominęłam lub nie rozwinęłam należycie, ale oberwać mianem zdrajcy Polski jest tak łatwo dzisiaj, że spisanie wszystkiego mogłoby już być wydane w formie książki.

Ja, niestety, popełniam wszystkie dziesięć zbrodni przeciw narodowi. A Ty?

 

Gimnazja, chrzest, feminizm – omówmy porzucone wątki!

Przejrzałam sobie mojego bloga w całości, przede wszystkim w celu upewnienia się, że idzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Okazało się, że z każdego wpisu z ostatnich kilku miesięcy jestem zadowolona. Zrobiłam kilka drobnych edycji, przede wszystkim stylistycznych. Ale uświadomiłam sobie przy okazji coś bardzo ważnego.

Mianowicie to, jak wiele wątków porzuciłam lub w ogóle ich nie rozwinęłam!

Często pisałam coś w stylu „ale to nie temat na dzisiaj” lub „wspomnę o tym innym razem”… No i na tych słowach się skończyło. Dlatego dzisiaj tak zbiorczo chciałabym te zagadnienia omówić, chociaż pobieżnie. Jeśli ktoś, gdzieś, kiedyś będzie zainteresowany dokładniejszym rozwinięciem któregoś, to niech da znać.

Ja postanowiłam przynajmniej o nich wspomnieć – źle się czuję ze świadomością własnej niesłowności, w dodatku na taką skalę. Jak to świadczy o moim stosunku do czytelników?! Wielu ich może nie mam, ale jacyś, jak się dowiedziałam, są. A ja chciałabym, żeby nawet ten jeden, jedyny obserwator był dobrze przeze mnie ugoszczony. Nie zasługuje zatem na obietnice bez pokrycia!

No, przesadziłam trochę, ale uznałam, że nie chcę tutaj rzucać pustymi deklaracjami. Jak mówię, że coś będzie, to ma być, choćby tylko wzmianka.

Aha, trzecia część wpisów o egzaminach eksternistycznych, spokojnie, będzie! Po prostu doszłam do wniosku, że ten ostatni wpis dodam już po zapoznaniu się z wynikami. Czyli po 24. listopada. Czyli po piątku.

Tyle, jeśli chodzi o wstęp. Teraz konkrety.

Przy każdym wątku wypiszę i podlinkuję wpis, w którym się on pojawił. I postaram się zachować chronologię, także polecimy od najstarszych, ale zacznę dopiero w momencie pewnych zmian w funkcjonowaniu strony – czyli wtedy.

Uznałam, że nie ma sensu odnosić się do tematów, które w międzyczasie przestały być mi bliskie. A takie są właśnie pierwsze poruszane tu wątki. Nie usuwam ich, bo wychodzę z założenia, że w końcu one też całość witryny jakoś stworzyły, były wyrazem tego, co wówczas dla mnie było ważne. Poza tym, dla mnie straciły na aktualności (podobnie jak adres strony, który przydałoby się zmienić…),  jednak dla potencjalnych osób szukających zawartych tam informacji nadal mają one taką samą wartość merytoryczną. Także wpisy zostają, ale dzisiejsza ja się z nimi już nie utożsamiam (no, z pewnymi wyjątkami, ale tam albo nie ma takich napomknięć, albo są na tyle duże, że zasługują na osobny wpis – np. recenzje książek).

Okej, w drogę.

1 . Świadectwo mojej wartości – Moja opinia o likwidacji gimnazjów.

W poście wspomniałam już, że chodziłam do zespołu szkół, a zatem 9 lat spędziłam w tych samych murach.

Moja klasa też nie zmieniła się znacząco przez ten czas. Tak naprawdę tylko w momencie przejścia z klas 1-3 do 4-6 nastąpiła „wymiana”, ok. 7 osób (z 20 czy 22) poszło na inne profile, a na ich miejsce przyszło tyle samo osób z klasy szachowej.

Nie odczuliśmy tego znacznie, bo dobrze się z nimi znaliśmy – zawsze jeździliśmy razem na wycieczki, dobierano nasze klasy „w pary” przy każdym przedsięwzięciu („przedstawienie zrobi klasa B i D” i takie tam), także szybko się przyzwyczailiśmy do tej niewielkiej roszady. Po roku już nie pamiętaliśmy wręcz, że było inaczej.

Od tamtej pory wszelkie „zmiany kadrowe” były pojedyncze – jedna tylko koleżanka odeszła i to jeszcze w 4 klasie, reszta została do końca gimnazjum. Ktoś od czasu do czasu do nas doszedł, ale z tych wszystkich osób tylko trzy dłużej u nas zabawiły (na przestrzeni 6 lat). Jedna z dołączyła w 4 klasie i dwie w 1 gimnazjum. Większość równie szybko jak się zjawiła, tak też znikała z takich czy innych powodów.

Tak dokładny opis tej sytuacji może w was wzbudzić pytanie rodem z piosenki Toples – „I po co nam to było?”. Po prostu chciałam wyraźnie zaakcentować fakt, że spędziłam 9 lat w dość zamkniętym gronie. Można to zatem śmiało porównać to do obecnej sytuacji – ośmioletniej podstawówki.

Dlaczego jestem na nie?

Uznałam, że zestawienie niektórych aspektów żywotu ucznia w obydwóch systemach pokaże to w miarę plastycznie, także zrobię to, a potem podsumuję swoje stanowisko. Gwoli ścisłości, w roli ucznia ośmioletniej podstawówki zamieszczam siebie, bo opieram się na swoich odczuciach. Dlatego napiszę „inni gimnazjaliści kontra ja”, ale na myśli mam „z gimnazjum kontra bez gimnazjum”. Ok, chyba wszystko jasne.

Inni gimnazjaliści:

Przynajmniej dwukrotnie (wchodząc do podstawówki, później idąc do gimnazjum) zmieniali klasę niemal całkowicie (w większości nawet trzykrotnie – przejście z klas 1-3 do 4-6). Może znalazło się parę osób, które też wybrały to samo gimnazjum i profil, ale większość stanowiły nadal nowe twarze. Z innych klas, nawet z innych szkół. Przez to poszerzyło się między innymi ich grono znajomych czy umiejętności adaptacyjne.

Ja:

Od pierwszej klasy do samego końca gimnazjum byłam w klasie o składzie praktycznie niezmienionym. Jedyna większa roszada, która notabene nastąpiła wcześnie – po 3 z 9 lat – polegała na wymianie jednych znajomych… na innych znajomych. Reszta to pojedyncze przypadki. Nie miałam więc okazji do adaptacji w nowym gronie, do nawiązywania kolejnych znajomości. Mając lat 16 siedziałam w ławce z tymi samymi osobami, co mając lat 7.

Inni gimnazjaliści:

W wieku 12-13 lat pojawiła się u nich potrzeba poznawania, szukania siebie. Częściowo zaspokoiło ją pójście do nowej szkoły, zawieranie znajomości, zmiana otoczenia. Jeśli mieli już dość swoich „podstawówkowych” znajomości, wyrośli z pewnych przyjaźni, to mieli całkiem fajną szansę zacząć od zera, w innym środowisku. Większość kolegów na korytarzu nie znała ich przeszłości, a przynajmniej nie tak dokładnie. Może ktoś twarz skojarzył, może ktoś imię znał, ale nie wiedzieli, że w 4 klasie podstawówki puścił pawia przed wuefem. No, przynajmniej były na to niewielkie szanse. Jest trochę anonimowości, nie wszyscy znają ich przeszłość z ostatnich 6 lat.

Ja:

Te same korytarze. Ta sama niebieska farba na ścianach. Te same znajome gęby codziennie. Ten sam chłopak z klasy wyżej, który się śmiał w 2 klasie podstawówki robi to w 2 klasie gimnazjum. Mając 11 lat, w 4 klasie, śpiewałam piosenkę Hannah Montany na dniu talentu. Po jakimś roku z niej wyrosłam i chciałam iść dalej. Ale kiedy miałam lat 15 czy 16 nadal znalazł się ktoś, kto zawołał za mną na korytarzu”ej, Hannah!”… Widzę tych ludzi codziennie od tylu lat, ja też doskonale pamiętam, co robili kiedyś. Chciałabym wreszcie zmienić otoczenie, znajomych. Chciałabym, żeby nikt (lub prawie nikt) nie patrzył na mnie przez pryzmat tego, jaka byłam w wieku 8 lat. Mam przecież dwa razy więcej.

Inni gimnazjaliści:

Zmiana szkoły to też zmiana nauczycieli. Każdy nowy nauczyciel to z kolei nowe metody nauczania, może nawet lepsze. To także nowe podejście do przedmiotu, do ucznia. Nie wszyscy będą w porządku, zdarzą się pod takim czy innym względem gorsi. Ale to z jednej strony ich hartuje, uczy tego, że później przez całe życie będą mieli styczność z różnymi nauczycielami, wykładowcami, pracodawcami, urzędnikami, niekoniecznie „w porządku”. Z drugiej zaś takie same są szanse na fantastycznego nauczyciela w miejsce złego. Ponadto nie będą mijać już na co dzień znienawidzonego belfra.

Ja:

Co prawda nauczyciele mi się zmieniali od czasu do czasu, ale byli to ciągle ludzie z tej samej „puli”. Nauczycielka, która uczyła mnie w 4 klasie podstawówki przez rok znów dostała moją klasę w 1 gimnazjum. Jeśli kogoś wyjątkowo nie znosiłam, to nawet jak przestał mnie uczyć, widywałam go dzień w dzień, miewałam z nim zastępstwa. Jedna nauczycielka, skądinąd dobra, uczyła mnie przez 9 lat. Tak, od 1 klasy podstawówki do 3 gimnazjum, najpierw informatyki przez 3 lata, później matematyki. Okej, była bardzo w porządku, ale tym boleśniej odczułam zetknięcie z mniej kompetentną nauczycielką tegoż przedmiotu w liceum.

Rozumiecie już to, co chcę przekazać?

Oczywiście są to moje prywatne odczucia – w końcu wyrażam własną opinię, zbudowaną tak a nie inaczej. Jednak uważam, że likwidacja gimnazjów była błędem.

Przede wszystkim dlatego, że osoby przebywające przez większość życia w jednym środowisku będą mniej skłonni do odnajdowania się w nowych niż ci, którzy co jakiś czas zmieniali otoczenie i znajomych. Ponadto przez 9 lat zżyłam się, chcąc nie chcąc, z klasą i ciężej było mi się z nimi rozstać, przyzwyczaić do nowych ludzi, zaakceptować zmiany w życiu. Wydaje mi się, że jeśli dziecko, nastolatek wstępuje w inne grono osób kilkukrotnie to za każdym razem radzi sobie lepiej, co rzutuje potem na umiejętności adaptacyjne w całym życiu.

Poza tym dużo trudniej jest w ten sposób zachować swoistą anonimowość, „zbudować się” jako inną osobę, gdy dookoła cały czas są ludzie, którzy patrzą na Ciebie przez pryzmat przeszłości. A nie oszukujmy się, wchodząc w wiek dojrzewania większość młodych nastolatków chce zmieniać swój wizerunek, zainteresowania, często znajomych. Wstydzą się niektórych swoich dawnych upodobań, wyglądu, uważają to za dziecinne. To naturalne. Ciężko jednak to zrobić, jeśli nieustannie ktoś wypomina im to, kim byli kilka lat wstecz, nabija się z tego.

Są jeszcze inne kwestie, których wyżej jeszcze nie poruszyłam.

Zwolennicy zmian systemowych często przytaczają takie argumenty:

Dzieciaki w wieku 13-15 lat zaczynają się czuć dorośli. Jeśli do tego skończą już, oficjalnie, jakąś szkołę, to całkiem odbije im palma. Lepiej nie dawać im w ten sposób do zrozumienia, że są już „kimś” – poprzez zostawienie ich jeszcze w podstawówce. 

Owszem, tak jest, każdy z nas to przeszedł i jest to normalne, wspomniałam o tym wyżej. Tylko, że trzymanie ich w tej samej szkole tego poczucia nie zniweluje, prawdopodobnie nawet nie zmniejszy. Zmieni się jedynie forma. Z „skończyłem podstawówkę, jestem lepszy od tych dzieciaków, w zasadzie jestem już dorosły” na „jestem już w 7 klasie, nie to co te szczeniaki z 5 klasy, w zasadzie jestem już dorosły”.

W gimnazjach jest bardzo dużo przemocy i patologii. Młodzi tam, głównie przez to, że czują się dorośli, zaczynają się znęcać nad innymi, pić alkohol, palić papierosy, uprawiać seks i cholera wie co jeszcze.

Znowu, wsadzenie ich do podstawówki tego nie załatwi. To nie jest kwestia gimnazjum, tylko właśnie tego postrzegania siebie jako dorosłego. Pojawi się gdzieś w tym wieku, niezależnie czy dookoła samych rówieśników, czy wśród młodszych dzieciaków. Tutaj ważne jest dobre podejście rodziców, nauczycieli. Eksperymenty się zaczną, w szkole, na podwórku, w internecie. Zakazywanie i krzyk nic nie da, lepsza będzie rozmowa, zbudowanie dobrej, szczerej relacji.

Dłuższa podstawówka może wręcz narobić dodatkowych problemów. Na przykład jeśli, dajmy na to, taki 15 latek pobije 13 latka łatwiej będzie mu się bronić, niż 10 latkowi. Z kolei 15 latkowi, który szuka ofiary lepiej podpasuje ten 10 latek, prawdopodobnie to jego zacznie dręczyć, będzie mniejszym rywalem. Inny przykład – jeśli jakiś 14 latek pali w kiblu, to zarówno jego rówieśnik, jak i młodszy kolega widząc to może poczuć chęć zapalenia z nim. Zaimponowania mu. Temu 14 latkowi będzie wręcz łatwiej namówić na papierosa, dajmy na to, 11 latka, którego szybciej zastraszy, który szybciej ulegnie namowom.

Wyolbrzymiam, oczywiście. Chodzi mi o to, aby pokazać, że na takie zjawiska nie ma wpływu to, czy ktoś jest w gimnazjum, czy w podstawówce. One istnieją niezależnie od tego.

Ta zmiana w systemie nie miała też sensu pod względem czysto technicznym.

Wielu nauczycieli, którzy i tak mają już kiepską sytuację przez niż demograficzny, straciło lub straci pracę. Ułożenie nowej podstawy programowej, podręczników i tak dalej też pochłonęło spore sumy. Nie wspomnę już o dostosowywaniu wyposażenia, wnętrz podstawówek do większej ilości uczniów oraz konieczności zaadaptowania pustych budynków po dawnych gimnazjach. To są wszystko ogromne koszta i straty, obiektywnie zbędne. Nawet jeśli jakieś korzyści tego rozwiązania są, to niewymierne wobec nakładu, jaki trzeba było włożyć.

Dlatego, podsumowując, ja byłam zwolenniczką dawnego porządku.

Nie spinam się bardzo z powodu wprowadzenia ośmioletnich podstawówek, bo ten temat mnie nie dotyczy – ja już edukację na tym poziomie skończyłam parę lat temu, dzieci w tym wieku też nie mam, co się raczej nie zmieni. Jeśli jednak chodzi stricte o moje stanowisko, to, najprościej mówiąc, niepotrzebnie tyle kombinowania.

2. Uchodźcy – jacy są naprawdę – Miałam wspomnieć o sztuce teatralnej, którą widziałam kilka dni wcześniej.

Z tego co pamiętam nie chodziło mi ściśle o fabułę, tylko o samą oprawę i doznanie artystyczne. Zarys przedstawionej historii i tak dla większości byłby niezrozumiały, bo zawiera sporo odniesień do historii lokalnej – notabene nawet wśród mieszkańców okolicy niekoniecznie znanej. Dlatego, żeby tego sztucznie nie przeciągać powiem krótko i na temat.

Spektakl miał miejsce na scenie leśnej, czyli w plenerze.

Byłam pod wrażeniem organizacji i warunków technicznych. Nagłośnienie spełniało świetnie swoją funkcję, dźwięk był wyraźny, czysty, odpowiednio głośny. Przedstawienie pod gołym niebem umożliwiało też zawarcie pewnych fajnych „wstawek” i efektów specjalnych. Na przykład aktorzy jeździli na prawdziwych koniach, ogień podczas pożaru też był prawdziwy.

Abstrahując od sztuki samej w sobie, byłam z siebie bardzo dumna, bo po raz pierwszy oglądałam widowisko w całości po niemiecku i wszystko zrozumiałam, nawet się czasem śmiałam z żartów. Także takie moje takie osobiste powody do zadowolenia i dumy.

Mogłabym to rozwinąć, ale nie widzę potrzeby. Mniej-więcej to chciałam przekazać.

3. Patriotyzm współcześnie – a Ty jesteś patriotą? – Dlaczego uważam, że chrzest niemowląt jest niewłaściwy.

Chyba łatwo się domyślić, zwłaszcza po lekturze powyższego wpisu. Jednak uważam, że powinnam to jasno określić, bo tam ten wątek pominęłam.

Chrzest to sakrament, który wprowadza człowieka do wspólnoty kościoła. Dość spore zobowiązanie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak ciężko jest później z członkostwa w tej organizacji zrezygnować. Powinna być to zatem decyzja świadoma, przemyślana. Jak można tego wymagać od… niemowlęcia?

Zapytałabym dlaczego rodzice w tej kwestii decydują za swoje dziecko, ale tak naprawdę to nie jest ich wina. To jest wyłącznie odpowiedzialność nauk głoszonych przez kościół, któremu na rękę jest taki układ.

Rodzice zazwyczaj reprezentują jedną z tych postaw:

  • Sami są wierzący, więc stosują się do obowiązujących doktryn. Wierzą w grzech pierworodny, chcą zdjąć ze swojego dziecka to brzemię jak najszybciej, żeby było „czyste”.
  • Nie są zagorzałymi katolikami, ale wolą „dmuchać na zimne”. Wychodzą z założenia, że lepiej ochrzcić malucha na wszelki wypadek, niż tego nie zrobić i ryzykować zesłanie na niego ewentualnego boskiego potępienia. W końcu przecież krzywda mu się nie stanie przez to, prawda? A tak będzie spokój.
  • Ulegają presji otoczenia. Rodziny, zwłaszcza własnych rodziców. Społeczności, szczególnie w małych społeczeństwach. Wtedy często nieochrzczenie dziecka oznacza jego wykluczenie, a ich samych stawia w świetle złych ludzi, bezbożników i pomiotów szatana.

Z tych powodów ciężko tu bezpośrednio obarczać matkę czy ojca odpowiedzialnością.

Oni chcą tylko zastosować się do obowiązujących w ich społeczności norm. Jestem ostatnią osobą, która będzie podważała ich wiarę czy kwestionowała zasadność tego sakramentu z ich perspektywy. Sama jestem ochrzczona i nie mam o to żalu do rodziców. Jedyne moje zarzuty kieruję do kościoła i osób, które ten system wymyśliły oraz wpajają.

Po pierwsze – jak można twierdzić, że taka mała istotka jest skalana, naznaczona grzechem?

Czym sobie na to zasłużyła? Niemowlę to przecież ucieleśnienie niewinności, nie może odpowiadać za cokolwiek. Szczególnie za coś, czego nie zrobiło, za to nikt nie powinien być obarczany winą, zwłaszcza nieświadome dziecko. Specjalnie sprawdziłam dokładną definicję grzechu pierworodnego – niby wiedziałam, ale wolałam się upewnić, niż palnąć głupotę.  Przytoczę zatem za wikipedią:

Grzech pierworodny – w teologii chrześcijańskiej oznacza pierwszy grzech Adama i Ewy w raju popełniony pod wpływem pokusy szatana. Polegał on na uniesieniu się pychą i okazaniu nieposłuszeństwa wobec Boga poprzez spożycie z drzewa poznania dobra i zła owocu zakazanego. (…) Przechodzi on z pokolenia na pokolenie – przekazywany jest dziecku w akcie poczęcia. 

?!

Co to ma być?…

I znowu, to nie ma na celu negowania czyjejkolwiek religii. Zwracam się tu nadal w stronę kościoła, który to ustalił, praktykuje, przekazuje wiernym. Dlaczego, do cholery, jesteśmy wszyscy, jako ludzie, obarczani odpowiedzialnością za jakieś półmityczne wydarzenie? Za przewinienie innych, niezależnie od tego, czy prawdziwe i w jakim stopniu.

Ale przede wszystkim… dlaczego to dziecko ma je dostawać ot tak, w gratisie, przy samym poczęciu? Nie dość, że nie miał wpływu na grzech Adama i Ewy, to nawet nie miał nic do gadania w kwestii… spłodzenia go. A tutaj wychodzi na to, że jest to dla niemowlęcia (!) kara (!) za to, że ktoś je powołał do życia (!)

Jest ciąg dalszy wyjaśnienia tego terminu, który, parafrazując, odnosi się do oddalenia od Boga, zaniechania bliskości z nim, ponownego – już po chrzcie – odłączenia się. To jest w porządku, bo, obiektywnie patrząc, dotyczy osoby, która świadomie dokonała czegoś, co jest w danym systemie wierzeń niewłaściwe. Ale na litość, czym Bogu miałoby zawinić malutkie dziecko?

Pojawia się też kolejna kwestia.

Według ideologii chrześcijańskiej, życie zaczyna się z momentem poczęcia (i otrzymania od razu pierwszego grzechu, na rozgrzewkę). Co zatem z istnieniami, które nie zdążą się nawet urodzić? Co z niemowlętami, które umrą podczas porodu lub wkrótce po, a chrztu nie zdążą przyjąć? Piekło i wieczne potępienie?

Kiedyś zadałam to pytanie katechetce, usłyszałam, że „Bóg jest miłosierny, więc bierze to pod uwagę w przypadku, gdy dziecko umrze zanim zostanie ochrzczone” Dodała też, że jeśli istnieje ryzyko śmierci noworodka, to powinno być szybko ochrzczone, bo inaczej jest przyjmowane jako obarczone grzechem – w końcu rodzice mieli czas na ochrzczenie go (?!) . Nie satysfakcjonuje mnie to wyjaśnienie.

Podobno wszyscy są wobec niego równi, dlatego powinni tak samo być traktowani. Dlaczego jedno dziecko ma być zbawione, a drugie nie, bo zmarło nie podczas porodu, a pięć godzin później – czyli teoretycznie mogło być już ochrzczone. Swoją drogą już widzę matkę, która w takiej sytuacji myśli przede wszystkim o sakramencie, a nie o dramacie, jaki przeżywa. I najważniejsze – jeśli rodzice to „zaniedbają”, to dlaczego (znowu!) winę, karę ponosi dziecko?

No ale mój najpoważniejszy zarzut dla kościoła jest zgoła inny w tym temacie.

Jezus przyjął chrzest jako ponad trzydziestoletni mężczyzna i nie przypominam sobie, żeby wspomniał „ale wy macie to robić już z niemowlętami”. Ba, niedługo potem ukształtował się już system przygotowań do przyjęcia tego sakramentu. Czyli trzeba było być świadomym, zdecydowanym. A to wyklucza chrzest niemowląt.

Dlaczego się to zmieniło? Powód jest banalny. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze…

Sprytne zagranie, wmówić ludziom, że jeśli dziecko nie zostanie ochrzczone, to będzie żyło w grzechu. Jeszcze większe wrażenie robiło to dawniej, przed setkami lat. Wtedy mało które dziecko dożywało wieku dorosłego, dlatego rodzice tym bardziej bali się widma wiecznego potępienia dla swojej pociechy. Biegli zatem szybko ochrzcić dziecko, żeby tylko było „czyste”. A wspólnota zyskiwała kolejnego członka…

Samo przedstawienie niemowlęcia jako skalanego już działało na emocje. No bo dlaczego taki maluch ma nosić okropne brzemię? Skoro można się go pozbyć, to trzeba to szybko zrobić! Autorytet kościoła pozwolił łatwo i skutecznie wpoić zwyczaj zanoszenia dzieci do chrztu jak najwcześniej, co dzisiaj już nazywa się po prostu „tradycją”.

Tymczasem chodzi po prostu o zwiększenie liczby wiernych.

Jak już człowieka ochrzczą i wpiszą do wspólnoty kościoła, to musi się nieźle postarać, żeby zrezygnować. Często machnie ręką, nie będzie mu się chciało próbować. Istnieje też spora szansa, że w ogóle nie będzie chciał odejść. Bo od małego będzie miał wpajane te zasady aż sam w nie uwierzy i nie będzie dalej szukał. Takim sposobem mamy w Polsce 90% większość katolicką.

Rozumiecie, dlaczego przedstawiam to jako biznes dla kościoła, prawda?

Im wcześniej zacznie się komuś wpajać doktrynę katolicką, tym większe prawdopodobieństwo, że już tym wiernym pozostanie. Jeśli zdążyłby poznać świat, inne religie czy systemy ideologiczne i miałby podjąć taką decyzję sam, świadomie, jako dorosły, to bardzo możliwe, że na chrzest, czyli wstąpienie do wspólnoty się jednak nie zdecyduje. A to by była drastyczna strata w kwestii liczebności.

Dlatego, podsumowując, jak dla mnie przyjęcie jakiekolwiek sakramentu powinno być indywidualną decyzją osoby dojrzałej, świadomej i zdecydowanej. Wtedy też taki człowiek byłby o wiele bardziej wartościowym wyznawcą – bo z własnej woli i przekonania. Ale wiadomo, tutaj liczy się nie jakość. Liczy się ilość.

4. Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość – Polska przez wiek sama doprowadzała do swojej destrukcji.

W punkcie pierwszym tego posta zawarłam takie stwierdzenie, którego jednak nie rozwinęłam. Uczciwie byłoby też o tym wspomnieć, zwłaszcza, że jest to uzupełnienie do powyższego wpisu.

Zabory zawsze są przedstawianie jako okrutny akt dokonany przez bezduszne mocarstwa.

Tego nie neguję, bo faktycznie, wykorzystanie przez zaborców naszej słabości dla swoich korzyści było swego rodzaju tragedią dla naszego państwa. Tylko, właśnie, ktoś do tej sytuacji doprowadził. Ktoś spowodował, że z silnego, niezależnego kraju, ważnego gracza na arenie międzynarodowej w przeciągu stu lat staliśmy się rozbitym tworem, niestabilnym wewnętrznie. Ktoś dopuścił do tego, żeby Polska stała się ruiną. No kto taki? No my. Polacy.

W świadomości narodowej jest pielęgnowany obraz bezwzględnych władców Prus, Austrii i Rosji, którzy rozdarli nasze królestwo na kawałki. Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie uważają, iż zrobili to oni z czystej nienawiści do Polaków, że uwzięli się na nas i specjalnie doprowadzili nasz cudowny kraj do upadku. A prawda jest taka, że oni tylko wykorzystali naszą niemoc. Jak powiedziałam, zgadzam się z tym, że to była swoista zbrodnia. Ale.

Po pierwsze, nie doszło do rozbiorów „bo oni nie znosili Polski i Polaków, a przecież my nic nie zawiniliśmy”.

Stosunki sąsiedzkie przez lata były jakie były, ale zarówno oni, jak i my mieliśmy swoje za uszami, to normalne w dziejach. Natomiast ich działania nie były podyktowane nienawiścią, nie uwzięli się na nas, bo byliśmy akurat Polakami. Byliśmy najzwyczajniej łatwym celem, narodowość nie miała znaczenia.

Germanizacja czy rusyfikacja też były zachowawczym zabiegiem. Tu nie chodziło o nasze pochodzenie, inne nacje zamieszkujące zagarnięte tereny wcale nie miały taryfy ulgowej. Celem było po prostu zwalczanie tendencji niepodległościowych, które groziły buntem, powstaniem i tak dalej. W grę wchodziła polityka, a nie uprzedzenia.

Tymczasem często wydaje mi się, że – szczególnie w odniesieniu do historii naszego kraju ogółem – uważamy, jako naród, że wszyscy się uwzięli na nas, bo byliśmy Polakami. Powszechna jest narracja o tym, jak to ta nasza polskość była na przestrzeni wieków nienawidzona i tłamszona. Nie tylko my tego doświadczyliśmy, ba, sami też polonizowaliśmy inne narodowości, o czym wspomniałam we wpisie. Przykro mi wam to mówić, ale wcale nie byliśmy tacy fajni i wyjątkowi, że każdy chciał nas, tylko nas, zniszczyć.

Po drugie, wymieniając przyczyny rozbiorów bardzo podkreślamy wkład obcych mocarstw, a jakoś tak umniejszamy własne zasługi w tym temacie.

A przecież jakbyśmy my tego nie zapoczątkowali, to nic by nie było. Mieliśmy ponad wiek. Sto lat. Kupę czasu, żeby to zatrzymać, odbić się od dna, odbudować to, co się zepsuło (im szybciej byśmy to zrobili, tym mniej roboty by było). Ale nie.

Władza mająca gdzieś interes państwa, za to dbająca o własny. Przekupstwa. Decyzje polityczne kierowane osobistymi pobudkami. Melanż za melanżem. Sielanka. A lud co? Patrzy i stoi z opuszczonymi rękoma. Bierność narodu tylko utwierdziła decydentów w przekonaniu, że nie muszą nic robić, mogą dalej chlać i gromadzić majątki kosztem kraju.

I tak przez całe sto lat. Tysiąc dwieście miesięcy. Chyba wystarczająco czasu, żeby coś z tym zrobić? Jeśli szlachta by się nie otrząsnęła sama z siebie, to można było nią potrząsnąć, nie?

Nagle, obudziliśmy się z ręką w nocniku. Pierwszy rozbiór.

Ale nawet wtedy kochani szlachcice nie potrafili spiąć dup i wyruszyć z wygodnego fotela w obronie kraju. To już chyba dobitnie daje do zrozumienia, że Polacy mieli gdzieś państwo, przynajmniej ci, którzy mieli nim zarządzać. Sprzedali je za wygodne życie, pokaźny majątek i rozrywki.

Nawet po herbacie, kto próbował coś zdziałać? Lud. Tylko było już za późno. Istnieje spora szansa, że przynajmniej jakaś część z nich też nie poszłaby walczyć, gdyby tylko ktoś im zaproponował jakieś materialne korzyści za to. Słowem, do spółki ze szlachtą by się sprzedali. No ale po co im cokolwiek proponować, skoro tamci, najważniejsi, już dawno przekupieni, a oni sami nic nie zdziałają, kosami pomachają i do widzenia. Smutna prawda.

Dlaczego wydaję tak radykalne i stanowcze osądy?

Skoro tym ludziom przez cały wiek nie zależało na państwie, w końcu nie robili nic, żeby je ratować, to trochę ciężko mi uwierzyć, że nagle miłość do Polski się w nich zbiorowo obudziła. Dopiero wtedy, kiedy wszystko stracili i byli na przegranej pozycji. Prędzej uwierzę, że bali się końca swojego spokojnego życia, bali się buta zaborcy.

Jasne, że generalizuję, hipotetyzuję, przejaskrawiam.

Podkreślam tylko to, co często w tej kwestii pomijamy: gdyby nie nasza beztroska, nie byłoby prawdopodobnie takich problemów. Ale my uwielbiamy wyolbrzymiać swoje krzywdy i oskarżać wszystkich wokół o niepowodzenia, a siebie wybielać. Więcej o tym we wspomnianym wpisie, który uzupełniam.

5. Antyfeminizm – śmiać się czy płakać? – Małe odniesienie do tematu wpisu.

Tutaj nie było żadnego porzuconego wątku, ale wspomniałam, że jeśli jeszcze będę chciała rozszerzyć to zagadnienie z mojego punktu widzenia, to będą kolejne posty. Na osobny wpis to trochę za mało, ale uznałam, że mogę się teraz podzielić pewną… dygresją?

Oglądałam ostatnio „Zapytaj Beczkę”.

Pojawiło się tam pytanie, które pozwolę sobie dosłownie przytoczyć (pisownia oryginalna):

„Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek. Nienawidzę plotek, zakupów butów oraz ubrań, nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość, lubię sport. Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać). Krzysztofie lub inne organy twórczości jaką jest zapytaj beczkę CZY JA JESTEM KOBIETĄ ps mam 17 lat pozdrawiam”

Prowadzący, czyli Krzysiu skomentował to, parafrazując, „jesteś feministką”. I ja się z tym zgadzam, ale fajnym uzupełnieniem tamtego posta będzie drobna analiza tego poglądu.

Jestem kobietą, i tak szczerze nienawidzę feministek.

Oho, będzie coś od antyfeministki, chętnie posłucham.

Nienawidzę plotek (…)

Iii… czar prysł. Jak zawsze, kiedy wydaje mi się, że może w końcu zrozumiem pogląd „drugiej strony”. Znów mnie zawodzą. Moja droga misiu pysiu…

Każdy człowiek plotkuje.

Zanim zaprzeczysz, zastanów się, jak często w rozmowie przywołujesz inną osobę, niebędącą jej uczestnikiem. Ale uczciwie! Okej, teraz pomyśl, ile z informacji, jakie o niej przekazujesz, wiesz na 100%. Rozumiem przez to: byłam, widziałam, dobrze odebrałam dane zdarzenie, ewentualnie ten ktoś mi potwierdził, że tak jest. Nie wierzę, że nie zdarza Ci się to nigdy. Jest to coś naturalnego, chociaż niekoniecznie mile widzianego – zwłaszcza, gdy jest się podmiotem tych plotek.

Owszem, istnieją osoby (niekoniecznie dziewczyny!), które czerpią z tego niesamowitą przyjemność i satysfakcję.

Najczęściej po prostu nie mają nic lepszego do roboty, nie wszyscy mają ciekawe życie. Dla nich atrakcją dnia jest nowa fryzura Mariolki (najlepiej nieudana, chociaż nawet udaną da się zjechać), tajemnicza kobieta podejrzanie często odwiedzająca żonatego sąsiada (a kto to, a po co, a czy ta jego Beata wie, pewno kochanka) czy też to, z kim ostatnio przespała się Doda czy inna Kasia Cerekwicka (dopiero zostawił ją mąż, a ona już, może miała romans podczas małżeństwa, a ten na jej kasę leci). Tacy ludzie są wśród nas.

Wcale nie jest powiedziane, że dziewczyny plotkują więcej.

Po prostu faceci mniej z tym się obnoszą, robią to ciszej. Kobiety mają tendencję do paplania komu popadnie, a mężczyźni dokładniej selekcjonują „komu przekazać te rewelacje”. Ot i cała tajemnica.

Dlatego nie ma co się oszukiwać. Wszyscy plotkujemy. Ja. Ty. Nasi znajomi, sąsiedzi, rodzice… To jest nawet zdrowe, przy zachowaniu pewnych ograniczeń. Kwestia tego, na ile rozgraniczamy cudze życie od własnego.  I pamiętamy, które dla nas powinno być ważniejsze.

(…) zakupów butów oraz ubrań (…)

No, tu Cię misiu pysiu zmartwię. Troszkę pomyliły Ci się pojęcia.

Wydaje mi się, że masz na myśli… hmm… z braku lepszego słowa „kobiece” panie. Mam na myśli poprzez to, że lubią typowo damskie rozrywki – zakupki, ploteczki z koleżankami, oglądanie filmów romantycznych zajadając się lodami, coś w ten deseń. Nie mogę znaleźć dobrego określenia (nie wiem, czy to ja zapomniałam, czy takowego nie ma), ale myślę, że każdy czytacz z grubsza wie, o co chodzi.

Wyjaśnij mi, jak to się ma do tej definicji:

Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet.

Nijak. Powiedziałabym nawet, że to się wręcz wyklucza. Bo skoro kobiece zajęcia, takie typowo kobiece, zgodne z normą społeczną i w ogóle, Ci nie odpowiadają, to… wręcz feminizm popierasz. Chcesz, żeby dziewczyny miały szersze spektrum zainteresowań.

(…) nigdy mnie nie interesowało bycie z kimś w związku, bo niezbyt wieżę w miłość (…)

Fakt, że nie za bardzo chcesz wbudować wieżę w miłość (tak mniej-więcej to rozumiem w tym zapisie) zostawmy, bo nie przyszłam tu czepiać się ortografii. Mógłby być to kolejny argument dyskredytujący wiarygodność, ale ja do takich sztuczek staram się nie uciekać.

Muszę, po prostu muszę tutaj nawiązać do wieku.

Misiu pysiu moja Ty. Masz 17 lat. Ja nie mam wiele więcej, prawda. Dlatego – moim zdaniem – tym bardziej powinnam się do tego odnieść. Bo to nie będzie kolejne „zapomniał wół jak cielęciem był” tylko cielę do cielęcia, z podobnej perspektywy.

To, że nie masz presji na posiadanie drugiej połówki nie jest niczym: A) nienaturalnym B) niepokojącym C) źle o Tobie świadczącym. Niektórzy z nas szybko zaczynają się interesować zdobywaniem tego typu doświadczeń. Inni długo nie odczuwają podobnej potrzeby. Jedno i drugie jest całkowicie normalne. NORMALNE.

Część będzie wchodziła w związki już w podstawówce (początkowo niewiele różniące się od przedszkolnych zauroczeń kolegą albo wychowawczynią), część zrobi to może dopiero na studiach albo wcale (też dobrze). Niektórzy w wieku 13 czy 14 lat stworzą poważną relację, może nawet na całe życie, niektórzy nigdy nie zwiążą się na stałe. Tak, to pierwsze jest dość możliwe, uprzedzając sceptyków. Byłam, widziałam.

Ja należę raczej do pierwszej grupy w każdym z tych stwierdzeń.

Już jako kilkulatka interesowałam się chłopakami, a każde kolejne uczucie było tym „na zawsze” i „bez pamięci”. Ale są dookoła mnie osoby w wieku podobnym do mojego, które nadal nie były w żadnej relacji. Nie znam przyczyn, więc nie zgaduję.

Także misiu pysiu. Zabrzmi jak gadanie starej ciotki, jednak prawda jest taka, że siedemnastolatka nie może z całą mocą stwierdzić, czy będzie miała kogoś w perspektywie dwóch, pięciu, dziesięciu, a nawet dwudziestu i więcej lat. Tak, specjalnie to napisałam w ten sposób. Żeby pokazać to, że tak naprawdę nigdy nie da się temu ani zaprzeczyć, ani potwierdzić w stu procentach.

A tak na marginesie – skoro nie wierzysz w miłość, nie chcesz związków… to znów, przybijasz nam, feministkom piątkę. No, chyba dobrze rozumiem, że nie zgadzasz się ze stwierdzeniami typu „miejsce kobiety jest u boku mężczyzny” albo „jeśli kobieta nie ma męża ani rodziny, to nie jest nic warta”, prawda? Jeśli tak, to witam wśród nas!

(…) lubię sport (…)

Wdech, wydech. Nie wiem nawet, od czego zacząć.

Przepraszam bardzo, czy to jest zarezerwowane tylko dla jakiejś grupy społecznej? Wiele osób, niezależnie od płci, wieku, poglądów, pochodzenia i innych takich lubi jakiś sport. Powiedziałabym, że jest to nawet większość. Serio, różnić się może tylko dyscyplina.

Już miałam pisać zdanie zaczynające się od „Ja co prawda żadnego nie lubię…”, gdyż przez całe życie tak mówiłam. Zrobiłam jednak w głowie teraz szybki rachunek sumienia, po którym zdałam sobie sprawę, że tkwiłam w błędzie. I jeszcze wprowadzałam w niego innych!

Teraz już jestem przekonana, że chyba każdy ma jakąś dziedzinę aktywności fizycznej, z której jest w stanie czerpać przyjemność.

Nawet te Twoje, misiu pysiu, „feministki” z Bożej łaski. Co druga taka chodzi na fitness czy inny jogging, nie wszystkie w genach dostały szczupłą sylwetkę. A w eskę trzeba wejść. Właśnie, zobacz ile one biegają po sklepach i jak szybko potrafią dotrzeć gdzieś na komendę „-70%”. I Ty mówisz, że one sportu nie lubią?

A tak na serio. Nie wiem, gdzie feminizm (ten prawdziwy, nie Twój misiu) wyklucza zamiłowanie do sportu. Ba. Nie wiem co wyklucza zamiłowanie do sportu. Żaden pogląd czy inne uwarunkowanie. Nic nie przychodzi mi do głowy. Może wam coś wpadło?

Zaś typowi podrywacze to dla mnie tępe dzidy (by nie przeklinać).

Kolejny punkt, gdzie możemy sobie przybić zdecydowaną, mocną piątkę misiu pysiu. Nie tylko my we dwie, ale pozwolę sobie stwierdzić, że Ty i feminizm.

Nie wiem, skąd Ci się wzięło w głowie to, że feministki lubią „typowych podrywaczy”. To znaczy domyślam się, patrząc na Twoją definicję tego zagadnienia. Dla przypomnienia – misia pysia, chociaż nie wprost, sugeruje nam, że feministki są puste.

Ale nawet biorąc na tapet takie, co to lubią szoping, ploteczki z psiapsiami itepe (i oczywiście tylko to im w głowie, tak wynika z komentarza misi), bo tak nam opisujesz typową feministkę (trochę zgrzyta z tym, co ja napisałam w artykule właściwym), można zauważyć pewną niezgodność. Jak pomyślałam o takich stereotypowych paniusiach, to najpierw ogólnie, a potem, po przeczytaniu tego punktu, podzieliłam je na dwie grupy.

Pierwsza to lalunie

Dziewoje, które mają, krótko mówiąc, jedno w głowie. Prawie jak co poniektórzy „faceci”, czyli mogłyby być z nich niezłe feministki, pomijając parę szczegółów. Zwykle są to dzierlatki młode, do trzydziestki, chociaż bywają też dojrzalsze – wtedy nieraz „po przejściach”. No i bardzo często mają szlacheckie pochodzenie, a jak wiadomo, szlachta nie pracuje.

A tym „jednym, co się w życiu liczy” jest zazwyczaj mężczyzna posiadający trzy ważne sprawności: sprawną kartę kredytową, sprawny i w miarę wyjściowy samochód oraz sprawnego penisa. Im, tu masz misiu pysiu rację, do feminizmu raczej nie po drodze.

Dopóki mogą całymi dniami się opieprzać… wróć! robić ważne rzeczy takie jak: malowanie paznokci, kąpanie yorka czy spacer z koleżankami po galerii (to nie są byle jakie sprawy, a ile czasu zajmują), a samiec im to zapewnia, dopóty tenże samiec może robić z nią co chce.

To znaczy potem też będzie mógł.

Generalnie jego „dziunia” z dnia na dzień jest coraz bardziej od niego zależna (finansowo, psychicznie). Także ona tylko myśli, że złapała łosia, ma kasę na zachcianki i może robić na co ma ochotę a on w tym czasie na to pracuje. Wydaje jej się, że rozdaje karty. Do czasu.

Druga to takie klasyczne już paniusie

Wyniosłe, przekonane o swojej wyjątkowości i wyższości nad resztą plebsu. Ciężko im przypisać wiek, pochodzenie czy status finansowy. Mogą być to młode panienki z zawodem „córeczka tatusia”, trochę starsze bizneswoman odnoszące sukces za sukcesem albo jeszcze starsze gospodynie domowe, zarządzające pensją męża taksówkarza i ogarniające gromadkę dzieci. Albo dowolna mieszanka tych czynników. Albo w ogóle coś innego.

Niezależnie od powyższych cech, które niewątpliwie dzielą członkinie grupy, łączy je jedno. Przerost samooceny. Każda wyżej sra, niż dupę akurat ma. Wolny czas – mają go mniej lub więcej, ale zawsze się coś znajdzie – spędzają właśnie w galeriach handlowych, kawiarniach czy u koleżanek/sąsiadek/innych pociotek.

Aktywność pierwsza może być wykonywana w grupie, ale często też samotnie.

Panie, dumnie dzierżąc w rękach nowego majkela korsa (bywa on mejd in bazar, ale co tam, byle logo było) przechadzają się dostojnym krokiem, od czasu do czasu wchodząc do wybranych, odpowiednio ekskluzywnych sklepów. Prawie zawsze coś kupią, cokolwiek, czasem nawet nie wiedzą do końca co to jest albo jak to się nosi. Liczy się metka i zazdrosny wzrok tych wszystkich wieśniaczek, na które można patrzeć jeszcze bardziej z góry. Jeśli chodzi o finanse, to budżet nie gra roli. Po prostu bogatsza pójdzie potem do restauracji, a biedniejsza do providenta, czując oddech komornika na szyi. Ale za to w jakim stylu to zrobi.

Aktywności dwie pozostałe to wymiana poglądów, najczęściej na tematy towarzyskie.

A im bardziej coś podkoloryzowane, nienormalne i/lub moralnie naganne, tym większe wypieki na policzkach z ekscytacji. Oby tylko nikt jej nie uprzedził! Co jeśli Zośka już wie?

Głównie rozmowy dotyczą innych kobiet, ewentualnie ich partnerów. Stricte mężczyzn dotyczy rzadko, a jeśli już, to tylko po to, by podkreślić jak bardzo niegodni ich uwagi są.

Pomiędzy tymi dwiema grupami zauważam wyraźną różnicę.

Ja początkowo skupiłam się na drugiej, pierwsza przyszła mi do głowy właśnie wtedy, gdy szukałam przyczyn Twojego toku myślenia, misiu pysiu. Dlatego najpierw nieco się zdziwiłam, a potem wpadłam na taki trop. Być może niesłuszny, może chodziło Ci o coś innego, ale ja to widzę mniej-więcej tak.

W definicję misi lepiej wpisuje się grupa numer pierwsza. Powiedziałabym wręcz, że ta druga do niej nie pasuje. W końcu często takie misiowe „feministki” selekcjonują mężczyzn. Ciężko je poderwać na byle banał, łatwiej zobaczyć jak zadziera nos i mówi „za wysokie progi na twoje nogi”.

Ale przejdźmy do definicji bardziej życiowej.

Misiu pysiu. Skarbie Ty mój. To już trzecia nasza piątka. Feministki z zasady nie lubią uprzedmiotowienia, co jest częstym i gęstym motywem bajery takich „typowych podrywaczy”. Dlatego skoro Cię to nie kręci…

(…) CZY JA JESTEM KOBIETĄ 

Jak najbardziej. Znaczy się, w majtki Ci, misiu, nie zaglądałam, ale wszystko wskazuje na to, że biologicznie jesteś.

Psychicznie także, dobitnie to pokazałaś. Mało tego, jesteś kobietą silną. Nie dajesz się złapać na tanie podrywy, nie szukasz na siłę obecności mężczyzny w życiu. Lubisz sport, czyli jesteś aktywna i energiczna. I przede wszystkim jesteś nonkonformistką, bo nie podporządkowujesz się bezkrytycznie normom społecznym. Szukasz, zadajesz pytania, analizujesz. Co prawda wnioski nieraz wyciągasz błędne, ale każdy ma do tego prawo.

Można jedynie się spierać w jednej kwestii, ponieważ teraz widzimy Twoje postscriptum.

ps mam 17 lat pozdrawiam

No właśnie, tutaj mamy mały zgrzycik. Dla niektórych jesteś kobietą, ale dla innych jeszcze dziewczynką. Ja po tej jednej wypowiedzi nie mam zamiaru wydawać całkowitego, niepodważalnego osądu. Ale muszę wziąć pod uwagę zarówno Twoją opinię, moja mała misiu, jak również Twój wiek i poskładać to sobie w całość, żeby odpowiedzieć na Twoje przemyślenia.

Także ocena będzie, ale zaznaczam raz jeszcze, że wypracowuję ją tylko na podstawie informacji, które dostarczyłaś. Co z jednej strony jest dla Ciebie zaletą, bo nie będę fantazjować i wykraczać ponad to, ale z drugiej trochę wadą, jeśli przedstawiłaś siebie w sposób niejednoznaczny bądź niekorzystny, wtedy mogę się z rzeczywistością rozminąć, ale z Twojej zasługi.

Jesteś jeszcze po prostu dzieckiem.

W czym absolutnie nie ma nic złego, przecież nikt od siedemnastolatki nie wymaga dojrzałości. Ale jednak pewne mechanizmy nie do końca są dla Ciebie jasne i zrozumiałe. Mylnie definiujesz otaczające Cię zjawiska, nie zawsze trafnie składasz związki przyczynowo-skutkowe.

Spokojnie, misia pysia, luzik! Masz mnóstwo czasu. Zdążysz przewartościować świat kilka razy i zmienić o 180 stopni poglądy, nawet kilka razy. W końcu światopogląd Ci się ukształtuje w miarę konkretnie (nie da się ustalić go raz na zawsze) i wtedy będziemy mogły powymieniać się solidnymi argumentami.

Taką przynajmniej mam nadzieję…

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy twardo obstają przy swojej, często zakrzywionej wizji świata. Są ludzie, którzy za łebka sobie wyrobili zdanie i za Chiny ludowe go nie zmienią już do końca życia. Jest to ograniczenie. Po pierwsze dlatego, że zamykają się przy tym na inne możliwości. Po drugie dlatego, że świat ciągle się rozwija, a pewne schematy – nawet właściwe w swoim czasie – przestają być aktualne. Warto zatem być na to przygotowanym i otwartym.

Jednak Ty, misiu, nie budzisz we mnie takich obaw. Mam co do Ciebie pozytywne przeczucia. Wydajesz się być raczej osobą obserwującą otaczające Cię zjawiska, analizującą je i szukającą zależności między nimi. Jeszcze długa droga przed Tobą, ale wierzę, że dasz sobie z nią radę!

Również Cię pozdrawiam i zapraszam do grona feministek! W końcu tyle razy przybiłaś nam piątkę.

Uff, analiza nie była wcale taka króciutka, jak miała być, ale gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, poczułam ogromną potrzebę odniesienia się do niego.

Miały być uzupełnienia, wyszły nawet spore wątki.

Spokojnie mogłabym je dalej rozwijać do osobnych wpisów, bo ja tak mogłabym gadać i gadać (pisać i pisać) do każdego tematu czy zdania całe poematy, recenzje i inne różne fajne rzeczy. Może kiedyś uznam, że warto jednak do tych zagadnień wrócić – czy to odnieść się w poście, czy poświęcić mu nowy. A może temat wyczerpałam do cna. Na ten moment raczej powiedziałam wszystko, co powiedzieć miałam.

Widzimy się zatem w niedalekiej przyszłości, kiedy przybędę tu z ostatnią częścią trylogii o egzaminach eksternistycznych.

Chciałabym ją napisać jak najszybciej po otrzymaniu wyników, ale nie mogę obiecać, że od razu po zapoznaniu się z nimi będę mogła zacząć pisać. Nie wiem też, ile zajmie mi samo tworzenie tego posta. W końcu ma być on konkretny i szczegółowy, więc ma spore szanse być długaśny. Ta notka, przykładowo, powstawała przez prawie 6 godzin jednego dnia i 3 godziny drugiego. Ale jest taka, jaka miała być, więc jestem zadowolona.

Dobra, do następnego!

 

Antyfeminizm – śmiać się czy płakać?

W swoim otoczeniu miałam sporo kobiet, jak również mężczyzn, których poglądy można określać mianem „antyfeminizm”.

Zawsze starałam się z tym polemizować, ale większość osób była już przekonana do swojego zdania i kropka. A chyba nikt nigdy nie podał mi racjonalnego argumentu na poparcie swoich wynurzeń. Bo takich po prostu nie ma.

Tak, jestem feministką.

Pewna nauczycielka z liceum pieszczotliwie ochrzciła mnie wręcz „klasową emancypantką”. Za każdym razem, gdy to słyszałam, zastanawiałam się – czy moje zdanie jest naprawdę aż tak rewolucyjne, czy ja wymagam Bóg wie czego?

Postanowiłam zatem przeszperać internet i własną pamięć w poszukiwaniu najczęstszych twierdzeń na poparcie tej, moim zdaniem, niemądrej teorii, jaką głoszą antyfeminiści.

Rozprawmy się najpierw z wizerunkiem samej feministki.

Oczekiwania:

  • Babochłop z wąsem. Czasem zdarzy się jakaś bardziej urodziwa, ale zawsze zaniedbana, bo przecież nie będzie przez mężczyzn uprzedmiotowiona i sprowadzona do obiektu fascynacji seksualnej.
  • Nienawidzi płci przeciwnej, bez wyjątków. Wszyscy faceci to dla niej ciemiężyciele, przez których od wieków pozycja kobiety w społeczeństwie była gorsza.
  • Głosi swoje hasła natarczywie, nie stroni od radykalnych form protestu – aż po spacer bez koszulki. Nie toleruje odmiennego poglądu, a jej własne ograniczają się do pokrzykiwania o patriarchalizmie, niezależnie od danej sytuacji i tematu, zawsze gdzieś to wpasuje.
  • Chce być wyzwolona, nie wyobraża sobie związku, a co dopiero rodzenia dzieci i zajmowania się domem. Karierowiczka za wszelką cenę, chociaż i tam doszukuje się mizoginii, dlatego bywa tak, że często rzuca pracę z dnia na dzień, bo ktoś ją tam dyskryminuje.
  • Gardzi kobietami, którym pasuje tradycyjny podział ról między płciami. Uważa je za zdrajczynie, a przecież obowiązuje solidarność jajników!

Rzeczywistość:

  • Czy jestem urodziwa to już kwestia gustu, ale raczej staram się dbać o siebie, lubię się pomalować, wystroić. Znane mi feministki także są schludnymi, dobrze wyglądającymi kobietami. Z moich obserwacji wynika, że częściej zaniedbane są te, które poświęciły się rodzinie – oczywiście rozumiem to, że taka matka, żona i gospodyni domowa ma mniej czasu dla siebie, a zatem na pielęgnację też. No i przecież nie jest to regułą.
  • Jak mogłabym domagać się szacunku dla mojej płci, jednocześnie nienawidząc przeciwnej? Jeśli ktoś krzyczy o dyskryminacji, a sam się jej dopuszcza, to jest nikim innym, jak hipokrytą. Ja z takimi się nie utożsamiam. Równouprawnienie oznacza dla mnie dokładnie to, co zawiera nazwa – równość. Obronię zarówno kobiety dyskryminowanej za bycie kobietą, jak i mężczyzny dyskryminowanego za bycie mężczyzną. Dobrze wiem, że takie zjawiska działają w obie strony.
  • Unikam narzucania komuś moich poglądów. Lubię o nich podyskutować, jeśli rozmówca ma jakieś solidne, rzeczowe argumenty, nawet próbuję jego punkt widzenia zrozumieć. Niestety, antyfeminizm nie zaimponował mi dotąd pod tym względem, jest raczej ubogi w cokolwiek związanego z racjonalizmem. Moje zdanie w różnych dziedzinach nie sprowadza się zawsze do jednego, rozgraniczam to i nie wciskam haseł o patriarchalizmie gdzie się da. Potępiam nachalne akcje, które mogą kogoś urazić czy zniesmaczyć – po pierwsze, bo naruszają godność drugiej osoby, odbiorcy. Po drugie, bo szkodzą wizerunkowi danej grupy społecznej.
  • Osobiście dzieci mieć nie zamierzam, ale jest to decyzja przemyślana i nie ma nic wspólnego z feminizmem. Natomiast w związku jestem od kilku lat. Feministki w moim otoczeniu zazwyczaj też mają drugą połówkę (lub, jeśli akurat zakończyły relację, to nie zamykają się na nowe w przyszłości), sporo z nich jest po ślubie lub chce go wziąć w przyszłości, nawet rodzą dzieci. Jedyna różnica to taka, że zwykle panuje inny podział obowiązków w domu. Ale co jest złego w tym, że mężczyzna pomoże w sprzątaniu lub zajmie się trochę własnymi dziećmi? Co do kariery, to w moim przypadku zupełnie poboczna sprawa, bo mam inne priorytety. Nie widzę jednak przeszkód w tym, aby kobieta spełniała się zawodowo, będąc jednocześnie dobrą matką i partnerką. Partnerką. Równorzędną.
  • Każdy żyje tak, jak mu się podoba. Niektórym paniom pasuje tradycyjny model rodziny, wolą zająć się domem. Co kto lubi. Ja się nikomu nie wtrącam, jeśli tylko ma możliwość i warunki (czyli męża będącego w stanie utrzymać wszystkich z jednej pensji), to świetnie, niech korzysta, skoro tak jest jej dobrze. Nie uważam, żeby była w jakikolwiek sposób gorsza od nas, „emancypantek”, bo nie wychyla się i podoba jej się rola gospodyni domowej. Ale proszę o taki sam szacunek dla mojego stylu życia, a przede wszystkim umożliwianie mi prowadzenia go tak, jak chcę.

Ktoś uważny powie „Ha, mam ją, a co z feministami płci męskiej?” Ich nie wzięłam pod uwagę tutaj z kilku względów.

Przede wszystkim dlatego, że ciężko mi się z nimi utożsamić i jakkolwiek reprezentować ich stanowisko z przyczyn oczywistych – nie jestem jednym z nich. A nie chciałam tworzyć tutaj jakichś fascynacji na ten temat.

Oprócz tego społeczeństwo często ich pomija, o ile w ogóle dopuszcza do siebie istnienie takowych. A ja chciałam skupić się na powielanym schemacie, który odnosi się głównie do pań.

Po części rozumiem te stereotypy – łatwiej ludziom coś zaszufladkować, przykleić etykietkę na podstawie kilku wyróżników, które im akurat pasują do światopoglądu. W końcu niektóre kobiety mianujące się „feministkami” sprawiają, że antyfeminizm wydaje się nie być taką złą opcją.

Jednak nadal jestem zdania, że człowiek inteligentny jest otwarty, nie sprowadza wszystkiego do wspólnego mianownika, znanego sobie i tworzącego jakąś prawidłowość – najczęściej ze sprawdzalnością 0,01%, ale ten margines jest wychwytywany podczas filtrowania otoczenia, a reszta jest pomijana. Reguła to reguła, nie?

No ale zobaczmy co tam ma nam do zaoferowania antyfeminizm…

Jak już wspomniałam wcześniej, wygrzebuję to z internetu i doświadczeń. Obstawiam jednak, że zetknęliście się z większością tych stwierdzeń – niezależnie po której stronie barykady jesteście.

1. Feministki twierdzą, że każda kobieta chce emancypacji. A to nieprawda!

Oczywiście, że tak nie jest. Sama napisałam to powyżej. Panie szanowne „housewife” czy inne kurki, nikt was nie chce na siłę emancypować. Jeśli chcecie być gospodyniami, uszczęśliwia was to, spełniacie się – droga wolna. Istnieją jednak kobiety, którym taka rola nie odpowiada i to o ich prawa rozchodzi się dyskusja. Wam nikt nie broni siedzieć w domu z dziećmi, wy nie zabraniajcie nam żyć inaczej. Panowie, jeśli chcecie takiego związku, to zawsze znajdzie się chętna, która się odnajdzie w tradycyjnym modelu rodziny. Nie każda jednak się zgodzi na taki układ, ale… też nie każdy mężczyzna chce takiego układu. Pilnujcie zatem siebie i swojego ogródka.

2. Feminizm to wymysł XX/XXI wieku. Kiedyś nikt nie narzekał, każdy był zadowolony z tradycyjnego podziału ról.

Eee… muszę Cię rozczarować. Nie. Nie było tak. Zawsze były kobiety, którym do kur domowych było daleko. Wiele z nich zostało do tej roli zmuszone, bo zwyczajnie wyjścia nie miały. Już Aśka D’Arc była wzorem dla tych, które miały inne predyspozycje niż gotowanie, sprzątanie, oporządzanie dzieci i męża. Pomijając już słynne „Kopernik była kobietą”, co może i jest teorią spiskową, ale na pewno takie rzeczy się działy – panie, którym nie po drodze było z panującymi standardami kombinowały jak mogły, a najprościej było udawać mężczyznę.

Poza tym, dawniej małżeństwa były aranżowane, a zatem były polityką, nie miłością – skoro tak bardzo chcecie powrócić do korzeni, to może to też uwzględnijcie? Taki związek był instytucją, a w każdej instytucji jest ścisły podział obowiązków, nie ma „wybierania sobie”, co się chce i lubi robić, tylko wykonuje określone zadania. Natomiast, moim zdaniem, skoro obecnie dobieramy sobie partnerów kierując się uczuciami (no, w większości), to może warto by było nic drugiej osobie nie narzucać, skoro chcemy jej szczęścia?

3. To przez feministki wiele kobiet zostało zmuszonych do pracy zarobkowej – mężczyźni zarabiają za mało na utrzymanie rodziny.

Tak, to przez feministki. Czy słowo „kapitalizm” cokolwiek Ci mówi? W ogóle „ekonomia”? Wiesz Ty, że od wieków niektórych mężczyzn nie było stać na utrzymanie rodzin i wówczas kobiety albo imały się jakichś zajęć, typu szycie, coby dorobić, albo przymierali głodem (dosłownie)? Niewielu było stać na godne życie z jednej pensji już wtedy. No i co wtedy, gdy mąż zmarł, myślisz, że taka kobieta czekała na wybawiciela dla niej i dzieci? A takie rodziny chłopskie, gdzie wszystkie pokolenia na roli tyrały? Tęskno Ci do takich czasów?

4. Feministki to wygodnickie paniusie, którym nie chce się babrać w pieluszkach. Każda bez wahania usunęłaby ciążę!

Eeech. Tutaj mamy dwa ważne aspekty do omówienia. Macierzyństwo i aborcja. Zatem po kolei.

Najbardziej denerwuje mnie społeczny przymus do posiadania potomstwa. Moi drodzy, ustalmy to raz na zawsze. Nie każda z nas ma instynkt macierzyński. „Zobaczy i pokocha” to mit. Nie dla każdej z nas dziecko to „małe, urocze stworzonko”, dlatego nie wszystkie chcemy je rodzić. Są też takie – jak na przykład ja – dla których dziecko to za duża odpowiedzialność, po prostu. No ale co, gdy już zdarzyło się niechciane poczęcie?

Aborcja to temat rzeka, ale chociaż zanurzmy w niej kostki, spróbujmy. Osobiście jestem za aborcją na żądanie, lepsze to według mnie niż przekreślanie dwóch życiorysów – matki, która nigdy nie stworzy dziecku ciepłego, rodzinnego gniazdka oraz tego dziecka, które od małego nie zazna miłości, będzie odrzucone i niechciane. Ale ustalmy to, że nie każda feministka jest podobnego zdania. Zarówno odnośnie macierzyństwa, jak i przerwania ciąży. Jest wiele nowoczesnych matek, które łączą jedno z drugim bez problemu. I wielu ojców – bo ich jakoś zawsze sprytnie się w tym temacie pomija – którzy potrafią pomóc swoim partnerkom tak, aby one nie musiały z niczego rezygnować. Da się, uwierzcie. I dzieci są szczęśliwsze, gdy rodzice się spełniają.

5. Dwoje pracujących rodziców to dla dzieci brak wychowania. Lepiej, żeby matka była w domu.

To też uściślimy. Jeśli rodzice mają gdzieś swoje dziecko, to mogą mieć dla niego nawet cały dzień i wciskać mu tableta, komputer albo wyganiać na dwór, żeby mieć święty spokój. Jeśli rodzice swoim dzieckiem się interesują, to nawet w najbardziej zapracowanym dniu znajdą choćby godzinę tylko dla niego. Na zbudowanie więzi, zaufania i dobrej relacji nie trzeba całych dni, trzeba szczerej chęci i wytrwałości. Dla kochającego rodzica to nie będzie kolejny obowiązek, tylko czas przyjemny i odprężający. Poza tym kobieta, która będzie sfrustrowana swoją rolą społeczną nie będzie tak dobrą matką, jak spełniająca się zawodowo (jeśli ma takie życzenie).

Na dzisiaj to tyle, ale jeśli przyjdzie mi do głowy coś jeszcze, to na pewno napiszę drugą część posta.

Antyfeminizm w moim odczuciu to głupota, jak każdy ruch atakujący kogoś, kto domaga się swoich praw, jednocześnie nie naruszając swobód innych osób. Drogie housewife, my walczymy tak samo o swoje prawa, jak i o wasze. Wbrew pozorom. Bo walczymy o to, żeby każda z nas mogła żyć tak, jak chce. Niezależnie od tego, czy woli być przebojową karierowiczką czy strażniczką domowego ogniska.

Walcząc z nami, walczycie ze sobą.

 

 

 

Martyrologia narodu polskiego kontra rzeczywistość…

W świadomości większości Polaków jest kultywowany wizerunek dzielnego, bohaterskiego narodu, który doznał wielu krzywd i zniósł dużo złego.

I ja nie zamierzam temu nijak zaprzeczać.

Ja zamierzam pokazać drugą, pomijaną stronę medalu. Polaków jako tych, którzy bili, a nie byli ofiarami. Nie robię tego, aby umniejszać nasze cierpienia. Denerwuje mnie jednakże kult martyrologii narodu polskiego. Ciągłe roztrząsanie dawnych dziejów, w dodatku wybiórczo.

Po pierwsze, uważam, że za bardzo żyjemy przeszłością i konfliktami, jakie miały niegdyś miejsce.

Po drugie, irytuje mnie to, że ta historia jest wybielana. Dużo mówi się o naszych krzywdach. Milczy się o tych, które myśmy innym zadali.

Przez to wszystko statystyczny Polak jest bardzo chętny do wypominania każdemu po kolei dokonywanych na naszym narodzie zbrodni. Do podkreślania odwagi i niezłomności przodków. Jest zdania, że za mało się mówi o tym, co przeszliśmy, a nasi oprawcy w ogóle nie pamiętają o tym, jacy źli dla nas byli.

To zalatuje na kilometr hipokryzją.

Zarzucasz innym, że zapomnieli o tym, jak nas skrzywdzili. A sam pamiętasz o tym, co nasi wyrządzali pozostałym narodom? Nie? Może warto się z tym zapoznać, zanim następnym razem zaczniesz krzyczeć o własnych urazach?

1. Polacy jako zaborcy.

O latach, jakie Polska spędziła pod zaborami, z pewnością wiesz wiele. Istnieje spora szansa, że przeżywasz fakt dokonania rozbiorów do tego stopnia, że zapominasz o tym, że w zasadzie przez wiek sama do swojej destrukcji doprowadzała. Ale ja nie o tym.

Ukraina. Kojarzysz?

Kiedy powstała? W 1917, odpowiesz. A nieprawda, bo pierwszy raz tego terminu użyto we wczesnym średniowieczu. Potem te ziemie latały z rąk do rąk, razem z mieszkańcami, którym początkowo było wszystko jedno. Aż powstała Ruś Kijowska. Słaby to jednak twór był, rozdarty wewnętrznie. Ale jego naród czuł swoją odrębność od sąsiadów.

Ta niestabilność doprowadziła do rozbicia dzielnicowego Rusi Kijowskiej. Powstał szereg różnych księstw. I tutaj na scenie pojawia się Polska, która dość sprawnie rozwiązała problem. Pomogła ruskim władcom odnaleźć wspólny język, wsparła ich w odbudowie jednolitego państwa? Niestety.

Najpierw sama, później jako Rzeczpospolita Obojga Narodów stopniowo dokonała inkorporacji. Innymi słowy, wcielała ziemie poszczególnych księstw. A jeszcze innymi słowy stała się ich zaborcą.

Powiecie, że to dobrze, bo tamci byli słabi i niestabilni, a Polacy tylko wykorzystali możliwość na rozwój swojej potęgi. A teraz odnieście to samo do rozbiorów Polski. Inaczej brzmi, hę?

No ale co, przecież ukraińska tożsamość narodowa narodziła się późno, a wcześniej to nawet dobrze im było u nas.

Nie do końca. Kozacy zaporoscy.

Oni czuli swoją odmienność. Oni nie radowali się z tej fantastycznej oferty bycia częścią naszej Korony. Korony, w której byli tanią siłą roboczą dla polskiej szlachty. Zebrali się i zaczęli powstawać. I chociaż własnego państwa nie utworzyli (no może gdzieś tam, na moment), to znacznie Rzeczpospolitą osłabili. Dlatego my patrzymy na nich negatywnie, a tak naprawdę to my im odebraliśmy to, co było dotąd ich. Przepraszam, my po prostu te ziemie „wcieliliśmy”. A to, że razem z Ukraińcami… a to inna sprawa.

Przyszła kryska na matyska i to Polska uległa rozbiorom.

No to podległe jej ziemie i ludy razem z nią. Tereny Rusi czy dzisiejszej Ukrainy zostały podzielone między Rosję a, w mniejszym stopniu, Austrię. Przez ten czas ukraińska tożsamość narodowa zdecydowanie się umocniła (może przez fakt, że wreszcie się ostatecznie zdefiniowała). Polacy pod zaborami nie mieli za wesoło, ale Ukraińcom wcale nikt nie przyznał taryfy ulgowej. Ich przejawy odrębności narodowej były równie tłamszone. To jednak podsyciło tylko ogień.

Gdzieś tam w okolicach rewolucji październikowej zaczęli proklamować niepodległość.

To znaczy, początkowo taką pod butem rosyjskim, czyli żadną. Potem części przestało to pasować i się zaczęły Ukraińskie Republiki Ludowe (uznawane przez Polskę) i Zachodnie Ukrainy (nieuznawane, bo przecież na naszych terenach). No i żeśmy tam swoją Galicję wywalczyli, Zachodnią Ukrainę rozbili i znów wcielili te ziemie do Polski. Co prawda wpływ miała na to galicyjska Polonia, która się tam za zaborów rozwinęła, bo tam w miarę dało się żyć, to sporo naszych tam wyjechało. Ale ziemie należą do nas? A i owszem. Razem, znów, z Ukraińcami.

Siłą rzeczy, po zwalczeniu Zachodniej Ukrainy, wszyscy żyjący tam Ukraińcy zostali kolejny raz zaproszeni do bycia częścią Polski. Zaproszenie przyjęli, bo wybór to mieli średni. Część próbowała się jakoś dogadać z nami, żeby pewne swobody uzyskać. Część jednak miała nas generalnie dość (a tacy fajni z nas ludzie przecież) i próbowali siłą zawalczyć o swoje. W nagrodę dostali polonizację. Śmiesznie brzmi, nie? Przecież to my byliśmy zawsze germanizowani, rusyfikowani, a sami to byśmy w życiu się do takich działań nie posunęli. W końcu, jako naród doświadczony represjami, szanowaliśmy odmienność narodową, prawda? Gówno prawda.

No ale żeby tych naszych aż tak nie demonizować, to dodajmy, że w tej Ukrainie, co została, czyli tam w tej Ludowej Republice, co to przyświecał jej jedyny słuszny ustrój, to też tak kolorowo nie było. Sowieci swój porządek zaprowadzili. I wszystkim nam wyszło to bokiem. A trzeba było być nam takim pazernym?

Żarty się skończyły w 1939 r.

Wtedy Ukraińcy dostali ofertę z rodzaju tych nie do odrzucenia i zostali częścią Rosji Radzieckiej. Oczywiście razem z nimi NASZE, rdzennie POLSKIE tereny. No Stalin to ich tam nie oszczędzał zbytnio. Potem przelotem w drodze do Moskwy wpadł Hitler i też trochę tych biedaków zmasakrował. Jak już poszedł, to miłościwy Józek znów zapewnił im jakieś rozrywki, coby im adrenaliny nie zbrakło i nudno nie było. Nawet chciał im zbiorową wycieczkę krajoznawczą na Syberię zorganizować, ale jakby miał tak wszystkich wziąć, to by musiał nieźle się natrudzić, więc zrezygnował.

Dla nas jednak zawsze II wojna światowa + Ukraińcy = UPA, Wołyń i w ogóle. No i tutaj niezaprzeczalnie my staliśmy się ich ofiarami. Przyznaję, ale nie rozpływajcie się nad naszym cierpieniem za bardzo. Pomyślcie sobie, co wy byście zrobili z ludźmi, którzy od stuleci was wykorzystywali, okupowali i w ogóle. Nie, nie usprawiedliwiam. Pokazuję jedynie, że medal ma zawsze dwie strony.

Bo Niemiec czy Rosjanin to dla nas zbrodniarz i bezwzględny zaborca.

Ale jak myśmy Ukrainę zajmowali tyle czasu i to z wyraźnymi znakami ze strony ludu, że mu to średnio na rękę, to było w porządku? Jak wykorzystywaliśmy każdą słabość innych do zagarnięcia terenów dla siebie, to było uczciwe, nam się należało. A jak po latach zaborów, polonizacji i pozostałych uprzejmości z naszej strony taki Ukrainiec dorwał Polaka i na swój sposób (niewłaściwy! ale nadal sposób) dokonał zemsty, to już zły Ukrainiec, niedobry Ukrainiec. Obstawiam, że jakby Polak zrobił podobnie z Niemcem czy Rosjaninem, to stałby się bohaterem narodowym, ojej, tak jak na Ukrainie dla wielu ten plugawy zbrodniarz, Bandera.

Nie jestem za usprawiedliwianiem nikogo, kto zrobił krzywdę innym.

Ale jestem też wrogiem podwójnej moralności. Może zamiast zawsze stawiać siebie jako niewinną ofiarę, spojrzymy na zagadnienie bardziej wielowymiarowo? Może skoro domagamy się od innych uznania win, sami je uznajmy? W przypadku rzezi wołyńskiej – to nie było tak, że nagle dziki Ukrainiec zapragnął sobie torturować Polaka, a ten Polak, biały, niewinny baranek, nijak się do tego nie przyczynił. Ten Polak był w świadomości Ukraińca tym, kim dla nas nasi zaborcy. Kiedy my sprzeciwiamy się, nawet brutalnie, okupantowi, to jesteśmy bohaterami, bo tamci byli źli. Kiedy ktoś po długim czasie poniżeń i ucisków z naszej strony krwawo wystąpił przeciw nam, to też jest zły. A my? Zawsze nieskalani, zawsze znienawidzeni, zawsze totalnie bez powodu atakowani. No powiedzcie sami, czy to jest w porządku wobec pozostałych nacji?

2. Polak jako dobry sąsiad.

No dlaczego ci sąsiedzi nas nie lubili? Toć my poczciwy lud, pomocny, gościnny.

Nigdy by nikomu noża w plecy nie wbił.

Ani niczyjej słabości nie wykorzystał do własnych celów.

To oni wiecznie mieli do nas jakieś uprzedzenia, a nawet wrodzoną nienawiść. Bo co myśmy im zrobili? Zawsze dobrze chcieliśmy, polubownie.

Nawet unię zawiązywaliśmy, taką równą, partnerską. Tylko Litwa coś marudziła, że chcemy dominować i średnio się z nią liczymy. Im to po prostu za fajnie z nami było, to sobie musieli problem wymyślić.

Jakbym chciała przelecieć całą historię naszego państwa, to bym mogła książkę z przykładami wydać, a tu ma być w miarę obrazowo i zwięźle. A zatem, żeby tak było, to posłużę się historią względnie nową.

Kiedy już nas rozebrali, tośmy się gdzieś podziać musieli.

Kto mógł, to się przemieszał gdzieś, gdzie był względny spokój. Jednym z takich miejsc było Zaolzie. Tam sobie w Cesarstwie Austriackim można było zaznać nawet niejako swobody, no jakoś się żyło. Nagle się okazało, że jest tam więcej Polaków, aniżeli Czechów czy nawet Niemców. Wtedy poczuliśmy, że to nasze ziemie. I tak ma pozostać.

No ale to były ziemie fajne.

I nie tylko my mieliśmy na nie chrapkę. Jak w 1919 roku przyszło do rozdzielania ziem, to chętni byliśmy zarówno my, jak i Czechosłowacy. To się musieliśmy o nie pobić. Znaczy się, Czechosłowacy chcieli je podzielić, bo ich tam najbardziej fragment interesował, dalece bardziej strategiczny dla nich niż dla nas. Tymczasowo jednak podzielono jako tako, według narodowości mieszkańców. Chociaż nawet na tych przaśnych polskich terenach były obszary, gdzie ludzie woleli należeć do Czechosłowacji (uważali to za mniejsze zło). 

Kazali nam się jakoś dogadać, a na czas negocjacji zachowywać te ustalenia.

Polacy szybko poczuli się jednak jak w domu. Se żeśmy wybory zorganizowali. Tak, na terenach spornych, ale póki co naszych, a co, nie można?

Jakimś cudem Czechom się to nie spodobało. No wyobraźcie sobie, że się wkurzyli. Zaczęli mobilizować wojska. Dość mieli naszych kombinacji. Zaproponowaliśmy negocjacje, dobrze chcieliśmy, pokojowo przecież. A tamci sobie w odpowiedzi bezpardonowo wmaszerowali na dotąd nasze części terytorium.

Tak naprawdę to nam do… tarcia chrzanu potrzebne były te ziemie, bo mieliśmy w opór lepszych. Ale musieliśmy pokazać, że co to nie my, nie odpuścimy przecież, to jakbyśmy się poddali, stchórzyli.

No i wbili nam nóż w plecy (jak jest to określane na wielu stronach).

Całkowicie niesprowokowani wkroczyli na NASZE (tymczasowo, ale jednak NASZE) tereny. Do walki posłaliśmy naszych dzielnych górników i młodzież szkolną. Tamte dziady spychały nas coraz dalej! Mało tego, nawet jakiejś zbrodni wojennej dokonali – kilkunastu jeńców zabili. A my ani jednego, co to, to nie!

W końcu Ententa uznała, że starczy tych igraszek. Pod jej naciskiem się podzieliliśmy, trochę inaczej, bo te podłe świnie ustaliły sobie korzystniejszą linię demarkacyjną, no i tylko Cieszyn Wschodni nam się ostał. Mogliśmy, oczywiście, od razu darować sobie przepychanki i zgodzić się na pierwotne ustalenia. Chytry dwa razy traci… to znaczy, eee… nóż w plecy, olaboga rety, podli Czesi zabrali nam NASZE (historycznie ich, ale to się nie liczy) Zaolzie!

Znów traktują nas niesprawiedliwie. No i znów my zostaliśmy potraktowani jak kundle.

A TAK NAPRAWDĘ TO, DO CHOLERY, NIE!

Po pierwsze, jedyne nasze podstawy do roszczeń o te ziemie to była dominacja ludności polskiej. Ale ona tam nie była od zarania dziejów, tylko od tych czasów, cośmy z mapy wymazani zostali (jako większość, bo jako mniejszość to może byli wcześniej). Czesi w swoich postulatach mieli podłoże historyczne, ekonomiczne, też etniczne. A nam te ziemie nie były tak naprawdę potrzebne, na zaproponowanym podziale nic byśmy nie stracili. Zyskali z pewnością – poważanie sąsiada i jego wsparcie. Zgubiła nas nie „czeska zdrada”, a chciwość.

Po drugie, mogliśmy zgodzić się na podział, korona by nam z głowy nie spadła. Ale nie, my musieliśmy pokazać, że jesteśmy pany! Cwaniakowanie się skończyło, jak Czesi mieli dość i zaczęli wojska zbierać, to już nagle przypomniało nam się, że można było poprowadzić negocjacje. Trochę za późno, co?

Ale nie, znów źli Czesi, zły sąsiad, Polacy niewinni, nam się te ziemie NALEŻAŁY, a oni je podle zabrali.

Tutaj jeszcze możemy mieć zdanie różne, bo to wydarzenie jest trudne w jednoznacznej ocenie.

To było tylko wprowadzenie do historii właściwej. Tej o Polaku, dobrym i pomocnym sąsiedzie.

W międzyczasie do władzy doszedł Hitler i dość szybko zaczął się panoszyć. A jak zobaczył, że pozostałe mocarstwa mu się nie sprzeciwiają, to uznał, że mu już wszystko wolno. Cóż, trudno zaprzeczyć.

Stopniowo realizował swój plan przyjaznego jednoczenia terenów pod egidą Rzeszy. Nadszedł czas, że każdy już wiedział, w którą stronę będzie zmierzał – Polacy byli świadomi zagrożenia. Ale po drodze były inne urocze zakątki, na przykład Czechosłowacja.

Już od 1935 były plany co do jej rozbioru. Ale dopiero w 1938 Hitler wystosował otwarte żądania wobec Czechosłowacji. Głównie terytorialne. Musiała im sprostać, co znacznie ją osłabiło. Co zrobili Polacy, pomni tego, że mogą być następni?

Może jakoś zadziałali? Chociaż zadeklarowali wsparcie? Zastanawiali się, jak pomóc sąsiadowi, który już jako jedyny stał na drodze Hitlera do Polski?

Gdzież tam. Beztrosko przyłączyli się do podziału ziem!

Pamiętacie to NASZE, rdzennie polskie Zaolzie? Już teraz było nasze. Wykorzystaliśmy w uroczy sposób trudną sytuację do  wystosowania własnych roszczeń terytorialnych. Staliśmy się jednym z rozbiorców Czechosłowacji. Warto było pomóc w niszczeniu kraju, którego los już rok później podzieliliśmy?

To był nóż w plecy i to jednocześnie w plecy sąsiada oraz nasze własne. I tutaj nikt nie jest w stanie podać argumentu na poparcie decyzji Polski. Dlatego co się z tym wydarzeniem robi? Może nie milczy (chociaż głośno też nikt nie krzyczy), ale usilnie podkreśla się, że my tylko „odebraliśmy nasze ziemie, które Czesi nam 10 lat wcześniej zabrali”. Jakie „nasze”?… Kiedy one były „nasze”? Oprócz etapu negocjacji, kiedy to sprawowaliśmy nad ich fragmentem kontrolę oraz może wczesnego państwa Piastów, chociaż nie wiem tego na pewno.

Także nie dość, że połakomiliśmy się na nie do końca swoje ziemie (i to na całość, bo zaproponowano nam przecież podział, ale to było za mało), to w dodatku przybiliśmy piątkę Hitlerowi, ułatwiając mu robotę.

A teraz moja ulubiona część.

Rok później, kiedy Hitler do nas zapukał, rozpoczął się lament, trwający skądinąd do dziś:

Dlaczego nikt nam nie pomógł? Gdzie są sąsiedzi? Gdzie sojusznicy? Przecież myśmy zawsze tak bezinteresownie im pomagali, nadstawiali karku za nich (jak na przykład w wojnie napoleońskiej, kiedy tak przy okazji tylko mieliśmy odzyskać swój kraj albo w I wojnie światowej, gdzie naszym celem nie było zwycięstwo żadnej strony, a tylko osłabienie zaborców), a oni?

A coś Ty, Polaku, robił, jak Twój sąsiad potrzebował wsparcia? Gdzie żeś był? Zajeżdżałeś go od drugiej strony!

Mało tego. Jak Tobie, Polaku, było dobrze, toś tylko własnego interesu pilnował, nawet kosztem tych wielkich przyjaźni, co to takie ważne dla Ciebie były. A jak Ci źle było, toś sprzymierzeńców nagle szukał, takiś pomocny się zrobił. Te wszystkie Twoje wsparcia nie wynikały z chęci niesienia pomocy, a były podyktowane osobistą korzyścią. A jak już miałeś co chciałeś, to koniec spoufalania.

I, aby była jasność, nie umniejszam wkładu naszego narodu w pomoc innym państwom. Ba! Uważam, że zbyt słabo go doceniamy – w wielu krajach nasi ludzie są bohaterami, pamięta się o ich wkładzie, a my prawie o tym nie mówimy, skupiając się na swoim męczeństwie i braku pomocy ze strony innych. Mam na myśli to, że o relacje trzeba dbać zawsze, nie tylko wtedy, kiedy mamy w tym własny interes albo gdy dzieje się nam źle.

3. Polak jako przyjaciel innych narodowości i kultur.

My to zawsze otwarty naród byliśmy. Pozytywnie nastawiony do mniejszości. Czasem tam kogoś spolonizowaliśmy, ale na ogół to szanowaliśmy odmienne kultury.

Przeciwnie! To naszą tożsamość narodową deptano i niszczono. Zawsze Polacy byli ofiarami masowych pogromów. Z niewiadomych przyczyn pałano do nas nienawiścią. Innym się nie obrywało w tym samym czasie – na nas się uwzięli.

Germanizowali nas!

Co prawda razem z nami też Żydów, Węgrów, Romów, Ukraińców, Białorusinów, Czechów, Słowaków czy Łemków (kto to w ogóle jest) i masę innych narodowości, które miały coś wspólnego z Niemcami na przestrzeni dziejów, ale kogo to obchodzi. Nas chciano ZNISZCZYĆ. Nasz piękny język (którym połowa nie umie się posługiwać poprawnie), naszą bogatą kulturę i tożsamość narodową. Inni na pewno nie mieli aż tak źle. Na pewno.

Rusyfikowali nas!

Co prawda do dziś rusyfikuje się m.in. Mordwinów, Maryjczyków, Czuwaszów, Wepsów czy Iżorów, ale kogo oni obchodzą, nikt ich nie zna nawet. My to mieliśmy piekło. Nasza polskość ledwie przetrwała – dzięki naszym dzielnym przodkom.

Zamykali nas w obozach koncentracyjnych!

Co prawda Żydów było więcej, a obok nas nie brakowało Holendrów, Belgów, Litwinów, Francuzów, Czechów, Łotyszy, Duńczyków, Norwegów, Węgrów, Rosjan, Jugosłowian czy Cyganów. Ale to na nas się uwzięli, nas nienawidzili.

Rozumiecie, że to celowe przejaskrawienie, prawda?

No ale taki Polak, to nigdy by nie wpadł na pogrom na przykład Żydów… My przecież ich broniliśmy! Życie narażaliśmy, chowając przed nazistami!

Jedwabne?

„Masowe morderstwo dokonane z NIEMIECKIEJ INSPIRACJI„! Polak sam by na to nie wpadł! Oni zostali okrutnie zmanipulowani – w zasadzie to ci biedni Polacy są ofiarami niemieckiej propagandy antysemickiej.

A Goniądz, Wąsosz, Rajgród?

Oczywiście, że Niemcy ich zmusili do tego okrutnego czynu. Polacy w życiu nie czerpaliby przyjemności z rozbijania dziecięcych główek o ścianę. Albo przebijania ludzi bagnetem.

Znasz te nazwy? Nie dziwię się, że nie. Za bardzo nie ma się czym chwalić. Jedwabne jakoś „wyciekło”, to już trzeba było ugryźć to i na Niemców zgonić, że to praktycznie oni tego dokonali tylko niewinnymi, polskimi rękoma. Ale to wcale nie był wyjątek.

Okej, te pogromy można na nazistów zrzucać.

Chociaż nadal to się trochę gryzie ze sobą – przecież my, Polacy, w trakcie wojny solidarnie i murem się sprzeciwiliśmy niemieckim poglądom, tak przynajmniej dzisiaj twierdzimy (nie neguję tego, że znaczna część tak zrobiła, zwracam tylko uwagę na to, że jest to swoista generalizacja, która jest wręcz zakłamywaniem historii). A tu nagle zbrodnia z „niemieckiej inspiracji”?… Coś tu nie gra, ale przyjmijmy, że faktycznie, tutaj nastąpiła pewna manipulacja ze strony nazistów.

Ale Lwów (1919 rok) trochę ciężko usprawiedliwiać podobnie. A i tam żydowska krew popłynęła. Za sprawą tego cnotliwego Polaka, wiecznej ofiary.

Wróćmy do wojny.

O łapankach niemieckich i wydawanych z miejsca wyrokach na pewno wiesz. Ale Polak by się takim czymś nie zhańbił, co to, to nie! Chyba, że akurat w Bydgoszczy w pewną niedzielę 1939 roku, zwaną pieszczotliwie „krwawą”, dorwał jakiegoś niemieckiego cywila. To nie pytał go, czy za Hitlerem, czy przeciw. Osądzał z miejsca, na wszelki wypadek zabijał. Co, w porządku? A jeśli ten człowiek nie miał nic wspólnego z nazizmem, był po prostu niewinny i nie popierał tego, co i tak się działo niezależnie od niego?

Ukraińcy dokonywali na biednych Polakach rzezi – to już ustaliliśmy.

A Polacy żadnego Ukraińca nie zabili, żadnego pogromu nie uskutecznili! Oprócz tego w Mołożowie, Chlebowicach Świrskich, Pawłokomie, Sahryniu, Tuchaniach, Strzelcach… Zaraz, zapomniałam, przecież oni tylko się bronili… Dlatego z zimną krwią mordowali całe wsie, nawet kilkaset osób, które bezpośrednio nic im nie zrobiły. Aha, Ukraińcy tak robili, to po co ten honorowy Polak się zniżał do ich poziomu i zabijał niewinnych?

Litwinom też się oberwało, nie myślcie sobie.

Na przykład w Dubinkach – Polacy spalili całą wieś.

Polski żołnierz to honorowy był!

Obowiązkowo! Dlatego w Bitwie nad Bzurą Polacy strzelali do poddających się Niemców. Co to za satysfakcja, no i gdzie ten honor?

A pamiętasz jeszcze Zaolzie?

Tak, tak, to nasze, polskie, niesprawiedliwie odebrane, sprawiedliwie odbite. Podczas przynależności do Czechosłowacji, siłą rzeczy zasiedlone zostało Czechami (o ile w trakcie sporu nasi i tamci byli rozłożeni mniej-więcej równomiernie i ciężko było wskazywać obszary z wyraźną dominacją którejś narodowości, o tyle już po ustaleniu finalnej granicy zaczął rysować się ten podział, poza tym przybyli też mieszkańcy z innych części kraju, bo w końcu teren ekonomicznie atrakcyjny). Polak, jako ten, który sam doświadczył germanizacji i rusyfikacji, pewnie pozwolił tej większości (jakby nie patrzeć, stanowili ją na tym terenie) na spokojne życie, przyznał im jakieś prawa, pozwolił używać języka… Dupa tam, pozamykał czeskie szkoły, zlikwidował stowarzyszenia i generalnie kazał im spadać do siebie (czytaj: do Hitlera pod pantofel). A mógł zabić… a nie, przecież nie Polak, co ja gadam.

Wspomnijmy jeszcze o religii w II RP.

No bo sporo mniejszości narodowych, tych wschodnich, wyznawało prawosławie. Dobrze, że nie islam, hehe. Wydawałoby się, że się dogadają. To chrześcijanie, tamto chrześcijanie. Poza tym, Polak nie śmiałby tknąć Domu Bożego! Taaa, pierdu pierdu, cerkwie poszły się kochać. Ale przecież Polak szanuje religie, szanuje kultury innych narodowości… sam wie, jak to jest być represjonowanym.

Może starczy, co za dużo, to niezdrowo.

Liczę się z tym, że część może nie zrozumieć właściwie tego wpisu. Pewnie duży wpływ na to ma właśnie ten problem, który poruszyłam – postrzeganie siebie jako nieskazitelnych w dziejach historii.

Żaden naród nie jest bez skazy. Każdy ma ciemne plamy w życiorysie. Nie stanowimy pod tym względem wyjątku. Powinniśmy stawić temu dzielnie czoła, pogodzić się z faktami i wyciągać z nich wnioski. Unikając niewygodnych wątków, zatajając je, nie zmienimy przebiegu wydarzeń, nie cofniemy czasu.

Zgodzę się z tym, że wylałam tutaj wiadro pomyj na wizerunek cnotliwego, niewinnego Polaka.

Ale ja wolę być tych błędów świadoma. Wy też powinniście, dla własnego komfortu.

Wiecie, jak trudno znaleźć takie informacje? Jak bardzo są one ugłaskane, żeby już ten Polak jak najmniej winy miał? To jest niewłaściwe postępowanie. Tym bardziej, że sami głośno krzyczymy o tym, że byliśmy traktowani przez innych źle, domagamy się ujawniania, wytłuszczania tych krzywd, należytego zadośćuczynienia, którego chyba nigdy nie dostaniemy, bo… nigdy nie stwierdzimy, że już okej, wybaczamy, pamiętamy, ale idziemy dalej. Zatrzymaliśmy się w miejscu, ale ustawiliśmy się w świetle słońca. Nikt nie zagląda, co jest w cieniu.

Udawanie, że jest się bez skazy to przede wszystkim próba oszukania samych siebie. Ale jest to też nieuczciwe w stosunku do innych. Nauczmy się wreszcie przyznawać do winy, pochylać pokornie głowę, gdy trzeba. Wtedy pozostali też zmienią do nas nastawienie, chętniej stawią czoła własnym przewinieniom wobec nas.

No i wreszcie, przestańmy żyć w przekonaniu, że tylko nam te krzywdy wyrządzono. Bo pozostałe nacje też nie miały lekko. Ale wybaczają, układają relacje od nowa z dawnym oprawcą. Nie muszą wiecznie roztrząsać doznanego, wcale niemałego cierpienia.

Polaku. Zmierz się z własną przeszłością.

Nie udawaj, że nic się nie stało. Nie rób z siebie wiecznej ofiary, męczennika za niewinność. Przyjaciela świata, który od wszystkich dookoła dostawał ciągle w pysk.

Jesteś to winien wszystkim, którzy z rąk Twoich przodków doznali krzywd.

Jesteś to winien wszystkim, od których Ty wymagasz zadośćuczynienia.

Jesteś to winien samemu sobie, bo inaczej nigdy nie będziesz miał czystego sumienia.

 

 

 

 

 

 

 

Totalitaryzm w Polsce – to się dzieje.

Można się spierać na temat słuszności poglądów politycznych. Można reprezentować różne opcje. Można być zwolennikiem lewicy lub prawicy, można też pozostawać w neutralnym centrum. Można mieć odmienne zdanie na różne tematy. Ale wobec niezaprzeczalnych faktów trzeba być obiektywnym.

Zdania, poglądy, opinie – to wszystko jest subiektywne. Da się polemizować z tym, ale należy ich odmienność respektować. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, dopóki nie są naruszane niczyje prawa, to mogą sobie istnieć.

Fakty jednak są obiektywne. Nie są zależne od wymienionych powyżej czynników. I dlatego powinniśmy wszyscy je odbierać jednakowo.

Powinniśmy, dlaczego tak nie jest?

Chyba dlatego, że mylimy te pojęcia. Łatwo jest względne i zależne opinie przebrać za niezależne fakty. Przykładowo:

Unia Europejska przynosi nam więcej strat niż korzyści.

Powstanie warszawskie było niepotrzebne, wielu ludzi zginęło nadaremnie.

Wynik 1:1 był sukcesem naszej drużyny, bo zapewnił im awans do finałów.

Można się pogubić trochę, co? Jeśli zostaniemy zaatakowani znienacka takim stwierdzeniem, bywa ciężko rozstrzygnąć, jak to jest – fakt, opinia? Stwierdzenia typu „moim zdaniem” albo jakieś argumenty ułatwiłyby sprawę, no ale czasem wygodniej nam tak manipulować – z większym prawdopodobieństwem przekonamy rozmówcę do naszego zdania.

Jak te zdania powinny brzmieć, aby było wszystko jednoznacznie?

Fakt: Po analizie statystyk dotyczących cen paliwa w latach 2007-2014 zauważyłem, że pod tym względem Unia nie wpłynęła korzystnie na naszą gospodarkę – ceny poszły w górę.

Opinia: Odczułem więcej strat po przystąpieniu Polski do Unii. Wzrost cen paliwa osobiście mnie dotknął. Więcej miałem do czynienia z negatywnymi skutkami, bardziej wpłynęły one na moje codzienne życie.

Fakt: Powstanie warszawskie zakończyło się przegraną powstańców. Warszawiacy odnieśli duże straty w ludziach, także cywilach. Armia Czerwona wykorzystała ten zryw na swoją korzyść, gdyż zginęło wielu zwolenników niepodległości, przeciwnych planom ZSRR wobec Polski.

Opinia: Moim zdaniem, powstanie warszawskie nie powinno wybuchnąć. Zbyt słabo zaopatrzone wojsko oraz brak wsparcia ze strony aliantów sprawiły, że szanse na zwycięstwo były od początku znikome. Ułatwiło to tylko ZSRR zdominowanie Polski.

Fakt: Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Remis jednak wystarczył, aby drużyna awansowała do finału.

Opinia: Dla mnie zremisować ten mecz to jakby go wygrać, w końcu drużyna dostała się do finału.

Rozumiecie już, widzicie różnicę?

Przez to całe zamieszanie, wiele osób się pogubiło.

Media sprawy nie ułatwiają, bo często są subiektywne, ale przebierają się za rzetelnych informatorów. Dlatego nie dziwię się, że wiele osób nie traktuje poważnie tego, co słyszy. W końcu jakby tak przyjmować wszystko dookoła, zazwyczaj sprzeczne ze sobą, często nijak mające się do prawdy, to całkiem człowiek by oszalał.

Wiele osób nie ma własnego zdania w różnych  dziedzinach. To całkiem naturalne. Podobnie jak to, że pozostają wtedy biernymi odbiorcami. Tylko muszą pamiętać o rozróżnianiu opinii od faktu, bo inaczej dziecinnie prosto nimi manipulować, przedstawiać taki obraz rzeczy, jaki jest akurat wygodny.

Inna sprawa ma się z tymi, którzy w danej kwestii swoją opinię już mają. Wtedy przesiewają wszystko i patrzą przez swój pryzmat. Tutaj jeszcze łatwiej zagubić rozróżnienie pomiędzy tym, co obiektywne, a co subiektywne. Nawet najdobitniejszy fakt może wyglądać zupełnie inaczej przez soczewkę poglądów. Dlatego w tym przypadku jeszcze łatwiej manipulować – wystarczy odpowiednio dopasować sposób przekazywania faktów i opinii tak, aby zatarła się różnica między nimi oraz aby były one uszyte pod daną grupę odbiorców.

Apeluję, naprawdę apeluję do wszystkich. Uznawajcie fakty takimi, jakie są. Wyłapujcie je spośród opinii. Będą dla was mniej lub bardziej wygodne, ale im szybciej je dostrzeżecie, tym łatwiej będzie się z nimi zmierzyć.

Na naszych oczach rodzi się totalitaryzm.

To już nie jest kwestia sympatii do rządzących albo jej braku. To już jest kwestia wydarzeń. Wydarzeń, które mają miejsce naprawdę. A społeczeństwo się im biernie przygląda, a nawet uznaje je za słuszne.

Trudno mi całkowicie obwiniać tych, którzy zgadzają się z tym, co się dzieje. Totalitaryzm charakteryzuje się propagandą i manipulacją, a wiele osób nie jest na to odporne. Odpowiednie przedstawianie faktów, usprawiedliwianie się, że jest to postępowanie „dla większego dobra” (ściskam każdego, kto zrozumiał nawiązanie), podkreślanie swoich zalet, wyolbrzymianie wad przeciwników. To wszystko narzędzia, którymi totalitaryzm jest budowany.

Pozwolę sobie na subiektywną dygresję, nie mam na celu obrażenia nią nikogo. Moim zdaniem, narodowi polskiemu większą krzywdę od Hitlera wyrządził Stalin. Nie twierdzę, że ten pierwszy był fajny, broń Boże. Ale to Stalin zapoczątkował wpajaną przez dziesięciolecia doktrynę, która spustoszyła naszą, skądinąd podatną na takie wpływy, narodową mentalność. To Stalin kazał wymordować polską inteligencję – bo głupców łatwiej sobie podporządkować. Efekty widzimy do dziś.

Nie twierdzę, że wszyscy wyborcy PiS to wiejscy idioci, nikomu nie ujmuję tu inteligencji. Nie. Bo ludzie głupsi są wśród ich zwolenników, jak i przeciwników. Problem w tym, że jest ich wielu, a na dokładkę noszą brzemię poprzedniego systemu, który w świadomości Polaków będzie żywy jeszcze długi czas. Dlatego nie winię ich, gdyż najczęściej są ofiarami podłego wykorzystania ich niewiedzy czy niskiej świadomości społecznej.

Ale jak najbardziej, z całą mocą winię osoby, które tych manipulacji dokonują dla własnych interesów. Nie mam tu na myśli tylko osób, które mają związek z władzą. Ba. Najgorsi są ludzie, którzy wymiernej korzyści nie mają. Nie wpływa to na ich status polityczny czy finansowy.  Robią to z prywatnych pobudek, dla satysfakcji czy dowartościowania się. Mimo to, wszyscy są winni obecnej sytuacji. Warto było sprzedać swój kraj z milionami mieszkańców dla chwilowej posady, nowego samochodu albo wygranej dyskusji na rodzinnym obiedzie?

Totalitaryzm nie powstaje z dnia na dzień.

Jest budowany misternie, latami, krok po kroku. W aksamitnych, białych rękawiczkach. Niemal bezszelestnie, szeptem. A kiedy społeczeństwo się orientuje, jest już za późno.

Zobrazujmy to. W internetach wyszukałam cechy państwa totalitarnego:

Totalitaryzm to ustrój, w którym rządy sprawowane są w sposób dyktatorski. Cała władza skupia się w rękach jednej partii, przy równoczesnym braku legalnej opozycji. –  Władzę w rękach jednej partii mamy – rząd, prezydent. A opozycja? Okej, może legalna jeszcze jest. Ale przedstawiana jako „wrogowie narodu”. Wszystko małymi kroczkami, cierpliwie kroczy do celu. Jedno wydarzenie, jakiś pretekst może sytuację zmienić. Dla dobra narodu.

Nie istnieje zatem podział władzy na legislacyjną, wykonawczą oraz sądowniczą. – Oficjalnie istnieje. Praktycznie legislacyjna, czyli rząd – checked. Wykonawcza, czyli prezydent i senat – checked. Sądownicza, czyli kontrolowanie sądów i zasiadających w nich sędziów… cóż, Trybunał Konstytucyjny – checked. Sądy najwyższe – checked. Reszta to już tylko podległe im żuczki w hierarchii.

Państwo dąży do kontroli wszystkich dziedzin życia obywateli, także sfery prywatnej. – Tu się wysilać nie muszą, wystarczy współpraca z kościołami, żeby znać wszystkie detale wyszeptane pod konfesjonałem. Poza tym, obywatele i ich życie jest ostatnio modne w sejmie.

Wprowadzana jest cenzura, a jedyną dopuszczalną ideologia jest ta, którą głosi władza. – Oglądałeś ostatnio TVP? Pamiętasz, kiedy coś złego powiedziano o PiS? A wiesz, ile spraw zostało w wiadomościach przemilczanych lub zbagatelizowanych? Jeśli to nie jest cenzura… A co do ideologii – spróbuj oficjalnie, głośno wypowiedzieć sprzeciw. Dziwne rzeczy wtedy się z ludźmi dzieją.

Chyba starczy, mam nadzieję, że każdy pojęcie „totalitaryzm” mniej więcej kojarzy. Jeśli ktoś chce dokładniejszego, przystępniejszego wyjaśnienia zjawiska, to polecam „Folwark Zwierzęcy” albo film „Szczurołap”. Podane jak krowie na rowie.

Ale to nie koniec porównań.

Weźmy na tapet wspomnianego już Hitlera. Taki mały przegląd jego drogi do władzy absolutnej.

Hitler: W swoim programie opowiadał się za wyzwoleniem narodu od zagranicznego uzależnienia i postanowień traktatu wersalskiego.

PiS: „Odrzucamy natomiast wszelkie działania zmierzające do kulturowej unifikacji. Odrzucamy polityczną poprawność, czyli ograniczenia (…) narzucane dziś już nie tylko poprzez agresję kulturową, ale także drogą działań administracyjnych i represji karnych.”

„(…) Ośrodki europejskie tej suwerenności nie szanują, to znaczy nie szanują też Polski i nie szanują Polaków”

Hitler: Przejął władzę w sposób legalny, a następnie dokonał zmian konstytucyjnych.

PiS: Przejął władzę legalnie. „Będziemy myśleć nad tym, w jaki sposób zmieniać Konstytucję, by była ona lepsza dla Polski i Polaków, dla naszej suwerenności i naszego państwa.”

„(…)  suwerenem jest naród, który sprawuje władzę poprzez swoich przedstawicieli, a nie konstytucja.”

Hitler: Zaczął od rozprawiania się z opozycją, którą przedstawiał opinii publicznej jako wrogów. Dyskredytował przeciwników swoich poglądów.

PiS: „Dramat naszego systemu politycznego w 2017 r. wynika z tego, że my nie mamy normalnej opozycji. Opozycja totalna to nie jest opozycja, która odgrywa rolę kontrolno-korekcyjną. To jest taka opozycja, która pełni funkcję wyłącznie destrukcyjną.”

” Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata! Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami!”

„Platforma Obywatelska nie wie z czym chce wyjść do Polaków. Jest dobra w uprawianiu propagandy, ale nie ma Polakom nic do zaoferowania”

Hitler: Podzielił obywateli na „dobrych”, czyli przychylnych jego działaniom oraz „wrogich”, czyli tym, którzy ich nie popierali bądź mieli inne poglądy polityczne. Represjonował grupy społeczne, etniczne, które uważał za gorsze. Ingerował w prywatne życie obywateli.

PiS: „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. (…) To jest jakby w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków.”

„Każda wspólnota narodowa zainteresowana jest przedłużeniem bytu tego narodu. Ze związków homoseksualnych nie możemy oczekiwać przedłużenia bytu, ponieważ nie są one nastawione na prokreację (…) Są nieużyteczni.”

„Dla przykładu obecny rząd jest przeciwko homoseksualistom i takim rzeczom. Ale nie ściga ich prokuratura.”

„Proszę pamiętać, że na tle Europy Polska jest krajem, gdzie w bardzo dużym stopniu wcielana jest nauka Kościoła, m.in. w życiu publicznym czy poprzez różnego rodzaju struktury społeczne. Dlatego jesteśmy pod nieustannym naciskiem środowisk lewicowych.”

„Nie dajcie sobie wmówić, że niechęć do uchodźców to coś złego.”

„Nie bójmy się tego powiedzieć, to nie są ludzie, którzy chcą szanować nasze wartości, jakkolwiek je nazwiemy – (…) uniwersalne wartości chrześcijańskie. Nie, oni chcą je w dobrym wypadku po prostu wykorzystywać, a w bardzo dużej ilości przypadków nadużywać. ”

„Mamy bardzo określony koncept jeżeli chodzi o Polskę – żadnych imigrantów islamskich.”

Hitler: Zlikwidował trójpodział władzy, zreformował organy egzekwujące przestrzeganie prawa, podporządkował je partii, stworzył system policyjny do inwigilacji obywateli.

PiS: O trójpodziale władzy, który jest obecnie na papierze, wspomniałam wyżej.

„Sądy są dzisiaj barykadą, która chroni obecny, chory system.”

„(…) reforma sądownictwa ma fundamentalne znaczenie dla przywrócenia porządku demokratycznego i moralnego.”

„Przed Prawem i Sprawiedliwością stroją kolejne wyzwania. To m.in. (…) reforma służb specjalnych (…)”

Hitler: Szerzył propagandę za pomocą dostępnych mediów, podporządkowywał sobie wszystkie kanały informacyjne, aby nie było innego źródła, innego przedstawienia sprawy.

PiS: Prezesem telewizji publicznej został polityk partii.

„W pierwszym półroczu 2016 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego widać wyraźny wzrost obecności wszystkich naczelnych organów państwowych na antenach TVP” (KRRiT)

„Jednak ci, którzy oglądają, mówią, że został przywrócony w niej elementarny obiektywizm, że każde ważne środowisko ma głos.”

 

Charakterystyczne, że znowu najmocniej wyszydzają tę ideę, obok oczywiście gazety Michnika, media niemieckie wydawane dla Polaków.

No tak, widzę, co się wyprawia w „Fakcie” i innych mediach niemieckich w Polsce. To strasznie smutne, ale cóż, musimy kiedyś doprowadzić do repolonizacji mediów. Media, redakcje to są mózgi społeczne i nie mogą być pod zewnętrzną kontrolą.”

Hitler: Skupił się na zmianach w edukacji i wpajaniu doktryn nazizmu od najmłodszych lat. Zakładał organizacje dla dzieci i młodzieży.

PiS: „Reforma oświaty jest dobrze przygotowana i dopracowana. Gwarantuje ona polskiej młodzieży i dzieciom kompleksowe, bardzo dobre przygotowanie, kształcenie i wychowanie.”

„Ta służba wymaga od wszystkich nas, którzy odpowiadają za organizację polskiej oświaty, za edukację, byśmy dołożyli wszelkich starań, by te zmiany, które w tej chwili chcemy wprowadzić, były zmianami poprawiającymi nie tylko system szkolny, (…) dającymi lepszą bezpieczniejszą szkołę uczniom (…)”

„To Polacy przez wiele lat mówili nam, że oświata wymaga zmian i jest ostatni moment na ich wprowadzenie”

„Uczciwie o tym mówiliśmy w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, które wygraliśmy zdecydowanie.  Oznacza to, że Polacy dwukrotnie zaakceptowali nasze propozycje zmian w Polsce, w tym także zmian w edukacji.”

„My naprawiamy polską szkołę.”

Hitler: Rozbudowywał i usprawniał wojsko, prowadził liczne pobory do armii.

PiS: „Polskie siły zbrojne są do naprawy albo rozbudowania. Musimy mieć armię obronną. Nie jesteśmy państwem, które zamierza kogokolwiek atakować, ale musimy mieć obronę. Mamy bardzo długie granice. Tego wojska do obrony granic mamy naprawdę mało. Nie ma tego poboru, który jeszcze kilka lat temu był. Dzisiaj jest podobno ponad 30 tysięcy młodych ludzi, którzy sami chcą się szkolić. Musieliśmy powrócić do obowiązkowego poboru.”

„Zamierzamy realnie zwiększyć zdolność do odstraszania w oparciu o własny potencjał obronny – ta myśl przyświecała pracom nad rekomendacjami, na czele z modelowaniem pożądanego modelu Sił Zbrojnych RP”

„Siły Zbrojne RP w 2032 roku mają być na to gotowe w każdym aspekcie – posiadać nowoczesny sprzęt o wysokim potencjale, wyszkolonych żołnierzy i przećwiczone procedury działania”

„Państwo, które chce być niepodległe musi bazować przede wszystkim na własnej armii i jej zdolności do obrony granic państwa.”

No, takie małe zestawienie. To wszystko (oprócz oznaczonego wyjątku) to są cytaty z oficjalnej strony PiS lub wypowiedzi polityków.

Nadal nie dociera?

Tu nie chodzi o to, za kim jestem, a za kim nie. To są niepodważalne, autentyczne słowa samych przedstawicieli partii. Wielu wyborców PiS w obliczu tego typu działań zaczęło żałować swojej decyzji, przyznawać się do tego publicznie na protestach. Nie, te demonstracje to nie są wystąpienia przeciw Polsce i Polakom. To są próby zachowania swobód obywatelskich dla wszystkich – nie tylko dla wybrańców.

Cały świat głośno dyskutuje o tym, co się u nas dzieje.

Ja rozumiem, że części z was są oni przedstawieni jako wrogowie. Możecie ich tak postrzegać, bo dla was na pierwszym miejscu jest państwo i naród. A dla nich człowiek, niezależnie od pochodzenia.

A w obronie tego człowieka być może będą zmuszeni interweniować coraz bardziej. Nie, w ich interesie nie jest zniszczenie waszego pięknego, potężnego państwa. Ono ich generalnie mało obchodzi. Ale prawa człowieka jak najbardziej.

Jak pisze się o nas w zagranicznych mediach?

1. Protesty przeciw zmianom w sądownictwie.

„Seit Tagen hatten Tausende Menschen in Warschau und anderen polnischen Städten gegen die Justizreform protestiert (…) Auch die EU-Kommission hatte einen sofortigen Stopp der Gesetzesarbeiten gefordert und mit Sanktionen wie dem Entzug der Stimmrechte gedroht. Die polnische Ministerpräsidentin Beata Szydlo und ihre Regierungspartei Recht und Gerechtigkeit (PiS) zeigten sich davon unbeeindruckt. –

Od kilku dni tysiące ludzi w Warszawie i innych polskich miastach protestowało przeciw zmianom w sądownictwie. (…) Także Komisja Europejska zażądała natychmiastowego zaprzestania prac nad ustawą i zagroziła sankcjami takimi, jak odebranie praw do głosowania. Polska premier Beata Szydło i partia rządząca Prawo i Sprawiedliwość zdaje się być tym niewzruszona.” – www.spiegel.de

2. Polski rząd domaga się odszkodowań za straty wojenne.

„Mehr als 72 Jahre nach Ende des Zweiten Weltkriegs gibt es in Polen wieder Forderungen nach Reparationszahlungen aus Deutschland. Der wissenschaftliche Dienst des Sejm soll entsprechende Möglichkeiten in den kommenden Tagen prüfen, sagte der Abgeordnete Arkadiusz Mularczyk von der Regierungspartei Recht und Gerechtigkeit (PiS). (…)

Hitlerdeutschland hatte Polen 1939 überfallen und das Land bis wenige Monate vor Ende des Zweiten Weltkriegs 1945 besetzt. Durch die Angriffe wurden polnische Städte schwer beschädigt. Außerdem verübten deutsche Kräfte spontane und geplante Massenmorde gegen die Bevölkerung und errichteten Vernichtungslager, etwa in Auschwitz.

Nach dem Krieg leistete die DDR zunächst Reparationszahlungen. 1953 erklärte die Sowjetunion jedoch, auf weitere Zahlungen zu verzichten – offiziell im Einverständnis mit Polen.  –

Ponad 72 lata po zakończeniu II Wojny Światowej nadal są w Polsce żądania odnośnie odszkodowań ze strony Niemiec. Biuro Analiz Sejmowych powinno przeanalizować stosowne możliwości w kolejnych dniach, mówi poseł partii rządzącej Prawo i Sprawiedliwość. (…)

Hitlerowskie Niemcy najechały Polskę w 1939 roku i okupowały kraj prawie do końca II Wojny Światowej w roku 1945. Wskutek ataku polskie miasta uległy poważnym zniszczeniom. Poza tym niemieckie siły dopuszczały się spontanicznych oraz zaplanowanych masowych mordów na ludności, a także tworzyły obozy koncentracyjne, na przykład w Auschwitz.

Od razu po wojnie DDR dokonało wypłaty odszkodowań. Jednakże w 1953 ZSRR zrzekło się kolejnych wypłat – oficjalnie w porozumieniu z Polską.” – www.spiegel.de

3. Nacjonalistyczny rząd zamienia kraj w pole bitwy.

„People power has historically been a powerful force in Poland. The energy and singular determination of the 1980s grassroots Solidarity movement played a key role in ending Soviet-imposed dictatorship in central Europe. Strikes and demonstrations brought down tyranny through a peaceful transition. Recalling this is important today, as a polarised country struggles with threats to democracy levelled not from the outside but from within.

Since 2015, an elected populist and nationalist government with a deep authoritarian streak has transformed Poland into a quasi-pariah in the European club, as well as a political battlefield.

Potencjał ludzi był w historii Polski silną bronią. Energia i niezwykła determinacja Solidarności, obywatelskiego ruchu z lat 80., odegrała kluczową rolę w zakończeniu sowieckiej dyktatury w centralnej Europie. Strajki i demonstracje doprowadziły do obalenia tyranii poprzez pokojową transformację. Wspominanie tego jest dziś ważne, ponieważ podzielone państwo walczy z zagrożeniami dla demokracji regulowanymi nie na zewnątrz, a w środku.

Od 2015 wybrany populistyczny i nacjonalistyczny rząd z głębokimi skłonnościami autorytarnymi przemienia Polskę niemal w wyrzutka w klubie europejskim, jak i w polityczne pole bitwy. – www.theguardian.com

4. Prezydent zawetował część proponowanej ustawy.

„Poland’s Prime Minister Beata Szydlo has vowed to press on with judicial reforms, saying the government would not „yield to pressure from the street and from abroad”. (…) 

„As president I don’t feel this law would strengthen a sense of justice,” Andrzej Duda said in a statement on national television. „These laws must be amended.” He said he was vetoing two of the new laws but approving a third, which gives the justice minister the right to name the heads of Poland’s lower courts.

Many were surprised, as the president is a former member of the right-wing ruling party which is pushing the legislation. The PiS government has strongly rejected claims that the reforms are a move towards authoritarian rule and expressed disappointment at President Duda’s decision. –

Premier Polski Beata Szydło obiecała kontynuować reformy sądownictwa, mówiąc, że rząd „nie ugnie się pod presją z ulic i zagranicy”. (…)

„Jako prezydent, nie uważam, aby to prawo wzmacniało poczucie sprawiedliwości”, Andrzej Duda powiedział w oświadzeniu wygłoszonym w publicznej telewizji. „Te prawa muszą być poprawione.” Powiedział też, że zawetował dwa z nowych przepisów, ale poparł trzeci, który daje ministrowi sprawiedliwości prawo do mianowania głów polskich sądów niższej instancji.

Wielu było zaskoczonych, gdyż prezydent jest byłym członkiem prawicowej partii rządzącej, która przepycha ustawę przez proces legislacyjny. Rząd PiS stanowczo zaprzeczył zarzutom, że reformy są krokiem w stronę rządów autorytarnych i wyraził rozczarowanie decyzją prezydenta Dudy. – www.bbc.com

Widzicie, wcale nie piszą kłamstw.

Nie piszą o nas, jako ludziach, Polakach, źle. Wręcz przeciwnie, podkreślają zalety naszego społeczeństwa. To rząd jest oskarżany, ale nie bezpodstawnie. Wszystko jest argumentowane.

Szczególnie rozbawił mnie drugi temat, bo nie słyszałam wcześniej o tych roszczeniach wobec Niemiec. Trochę mi wstyd za to, jako Polce, że na arenie międzynarodowej ciągle stawiamy siebie w roli ofiar i żądamy upamiętniania oraz rekompensowania naszych dojmujących krzywd. W II wojnie światowej ucierpiało wiele państw, ale jakoś nie słyszałam, żeby którekolwiek z nich ostatnio (mam na myśli przedział kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat) dalej roztrząsało dawne konflikty. No chyba, że coś mi umknęło.

Martyrologia naszego narodu to dobry temat na osobny wpis.

Ten artykuł wybrałam z jeszcze jednego względu. Z dedykacją dla tych, co to tak uważają, że Niemcy nie pamiętają o nazistowskiej przeszłości i zbrodniach wojennych, odcinają się od tego. Pamiętają, mówią o tym wprost, nigdzie nikt tego nie zataja, nie umniejsza rangi dokonanych krzywd. Może warto czasem spojrzeć na to z drugiej strony? Nie, sama jestem daleka od usprawiedliwiania kogokolwiek, kto czynił zło. Chodzi mi o spojrzenie na dzisiejszego Niemca, tego potomka zbrodniarzy, który w postrzeganiu niejednego Polaka jest prawie tak samo winny. On też żyje z ciężarem trudnej historii, na którą nie miał wpływu. Oskarżając i wypominając dawne dzieje innym, pamiętajcie, że wasi przodkowie też swoje za uszami mają, bo to często pomijacie.

Mnie jednak śmieszy jeszcze jedno.

Jak tak, to rząd wypina się na inne państwa, ale po pieniążki łapę wyciąga chętnie. Fajnie się bierze, trudniej dać coś od siebie.

Ale to nie jest jedynie postawa polityków. Wśród społeczeństwa też jest wielu eurosceptyków. Co ciekawe, większość z nich chętnie korzysta z przywilejów, jakie Unia czy Schengen nam gwarantują. Fajnie pojechać na zagraniczne wycieczki bez kolejek na granicach ani tym bardziej wiz. Fajnie zarabiać w euro. Fajnie dostać jakąś dotację z Unii. Ale tak poza tym to niech spadają. Jak chcesz, to wypinaj się dalej, razem z rządzącymi, proszę bardzo. Tylko pamiętaj, że najsilniejsze państwo bez sojuszników jest niczym. I nie płacz, jak zamkną granicę, a Ty będziesz stać z paszportem w kilometrowej kolejce pod ambasadą. A alternatywą będzie totalitaryzm na miejscu.

Jeszcze nie jest za późno, żeby się odezwać.

Możecie reagować. Wyciągajcie wnioski z historii, przecież tak bardzo chcecie, żeby była powszechnie znana, to sami też zgłębiajcie ją dokładnie, nie tylko wątki o walecznym wojsku i dzielnych obywatelach. Także o rodzącym się totalitaryzmie. Obserwujcie niepokojące symptomy, nie stójcie biernie. Już raz naród przyglądał się bezczynnie poczynaniom rządzących. Skończyło się to ostatecznie w 1795r. I nie było już nic, tylko płacz i zgrzytanie zębów.

Ja, spytacie, co ja planuję?

Mogłabym pójść z wami. Protestować, walczyć. Wymyślać chwytliwe hasła. Ale nie pójdę.

Cały wpis zachęcałam do reakcji, a teraz nagle mówię, że ja to mam w nosie? Ależ skąd.

Nie pójdę, bo nie mam z kim. Dopóki panuje społeczne przyzwolenie, to można sobie kwitnąć pod sejmem godzinami. Władza ma to w poważaniu, zwłaszcza, że zawsze znajdzie się grupa zwolenników, która zrobi kontrdemonstrację. Grupa pseudopatriotów, o których pisałam poprzednio.

Nie wystarczy procent, ułamek, część całości. Wszyscy, jak jeden mąż muszą zaprotestować. Rząd sprytnie to rozegrał, dając choćby 500+ tym, którzy w większości byliby bierni. A tak będą ich bronić, bo co, ma się skończyć stały napływ kasy do portfela? Co z tego, że te pieniądze nie biorą się z powietrza. Ich nie obchodzi skąd. Ważne, że są.

Dopóki nie sprzeciwi się większość, dopóty może się dziać co się chce.

A co się będzie działo?

Jeśli nie powstrzymamy tego, to spirala ta będzie się nakręcać. Będzie coraz trudniej cokolwiek zdziałać. Zostaniemy odseparowani od świata i skazani na jedyną słuszną opcję. Skończy się omamianie ludu, bo już nie będzie potrzeby – pozycja rządzących i tak będzie niezachwiana. Czysty totalitaryzm. Obym nie miała racji. Ale obecna prognoza jest taka, że jeśli tego nie przerwiemy, to dojdziemy do etapu, kiedy nie będzie nawet mowy o pokojowych demonstracjach i rewolucjach. Władzę trzeba będzie wywieźć na taczkach, a wtedy poleje się krew.

A lud będzie łkał, że do tego dopuścił. Bił się w pierś. Mądry Polak po szkodzie.

Dlatego ja widzę dwie możliwości.

A) Dzieje się coś, społeczeństwo wspólnie buntuje się przeciw autorytarnym rządom. Są realne szanse na zbiorowy protest. Mogłabym się do niego przyłączyć.

B) Uciekam stąd, póki nie jest za późno.

Póki co, bliższa rzeczywistości jest dla mnie ta druga opcja. Planuję wcielić ją w życie, zresztą już jestem jedną nogą za Odrą. Nazwiesz mnie zdrajcą. Ja nazwę tak Ciebie, bo pozwalasz na to, aby Twój kraj był rujnowany, może nawet temu przyklaskujesz.

Wszystkim, którzy, tak jak ja, widzą, że nie dzieje się dobrze i zastanawiają się co robić, też doradzam plan B. Wyjechać i nie oglądać się na resztę. Wiem, nie będzie możliwe być całkowicie obojętnym. Ale chyba już Ci po części nie zależy, skoro pozwalasz na to, co się dzieje.

No chyba, że jednak Ci zależy?

 

 

 

 

Patriotyzm współcześnie. A czy Ty jesteś patriotą?

W podstawówce wiele razy zadawano nam to pytanie. Wszyscy chórem krzyczeliśmy „Tak, kocham Polskę!”, ale jaką wartość miały te słowa w naszych ustach? Niech ktoś spróbowałby odpowiedzieć przecząco albo chociaż milczeć. Od razu byłby „nienormalny”, a przecież dla dzieciaków to najważniejsze – akceptacja społeczeństwa, pasowanie „do reszty”.

Lata minęły, światopogląd się rozszerzał. Coraz więcej rzeczy jawiło się zgoła inaczej, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy. W liceum na to pytanie większość odpowiedziała „nie wiem”. Część nie odważyła się wprost zaprzeczyć, część naprawdę się wahała, bo w końcu co to znaczy „być patriotą”?

Zastanówmy się, kto dzisiaj nazywa się prawdziwym patriotą i jakie są jego cechy:

Po pierwsze, musi to być osoba konserwatywna. Kultywująca tradycje, odrzucająca wszelki postęp, który wiąże się przecież ze „zgnilizną zachodu”.

Po drugie, koniecznie katolik. Niekoniecznie musi praktykować, ważne, aby głośno o tym krzyczał. Zasad swojej religii co prawda na ogół nie zna, ale w kościele co niedziela zajmuje honorowe miejsce.

Po trzecie, patriota nie może być otwarty na świat. Przecież jego kraj jest najlepszy, a inne to albo wrogowie, albo ludzie gorszego sortu.

Po czwarte, właśnie, nawet wśród rodaków są wrogowie ojczyzny i podludzie. Homoseksualni, zwolennicy UE, feministki, ateiści. Zwalczać, bezwzględnie. Nawet siłą, jak trzeba.

Zaraz, mówimy dalej o patriotyzmie? Trochę czuję, jakbym opisywała inne zjawisko. Na „n”. Już wiecie jakie, widzicie podobieństwo?

Tak, nacjonalizm.

Osoby, które krzyczą o sobie „patriota”, najczęściej więcej mają wspólnego z nacjonalistami. A ja z takimi ludźmi nie chcę mieć wspólnego nic.

Od razu mówię – nie każdy „prawicowiec” jest dla mnie od razu nacjonalistą bądź generalnie kimś złym. Chociaż mam odmienne poglądy, to staram się szanować zdanie innych. Miałam kolegę, który był korwinistą. Wbrew pozorom, lubiłam rozmawiać z nim o polityce. Potrafiliśmy oboje zachować kulturę dyskusji, poza tym on miał ciekawe argumenty, wiedział, co mówi. Niestety, wielu osobom brakuje właśnie tego – umiejętności rozmowy bez ofensywy oraz uzasadnienia dla swojego zdania.

Dopóki ktoś nikogo nie atakuje, ma prawo myśleć co tylko chce. Problem pojawia się wtedy, kiedy ten ktoś zaczyna pewne grupy, najczęściej o odmiennym stanowisku, jawnie obrażać, dyskryminować. Do tego próbuje narzucać swoje zdanie, uważając je za jedyne słuszne.

To właśnie robią współcześni pseudopatrioci, a raczej, jak powinnam ich nazwać, nacjonaliści.

Nacjonalizm nie ma wieku. Nacjonalista może być młodym mężczyzną albo starszą kobietą. To nie gra roli. Wszyscy mają wspólną cechę – nienawiść do szeroko rozumianej odmienności.

Z czego ta nienawiść wynika?

Czynniki są różne. Może to być strach – to, co inne jest często nieznane, a nieznane budzi lęk. Może to być niewielka świadomość i wiedza na temat świata, mechanizmów w nim zachodzących. Mogą to być pobudki autorytarne – ja mam racje, moje jest najlepsze, ma być tak, jak chcę. A może to zupełnie coś innego.

Ich działania są coraz głośniejsze, coraz większy zasięg obejmują. Gdzie się przejawiają?

Najbardziej wyrazistą płaszczyzną jest chyba wiara. Nasz kraj ma zadeklarowaną, miażdżącą większość katolicką, ponad 90 procent. Po pierwsze – statystyka swoje, życie swoje. Skąd ona się bierze? Większość z nas przyjęła chrzest jako niemowlęta, co uważam za złe, ale to na inną dyskusję. Od tamtej pory należymy do wspólnoty kościoła. Zazwyczaj zostajemy w niej już na całe życie, niezależnie od zmiany przekonań – apostazję trudno dostać. Dlatego owszem, na papierze prawie każdy Polak to katolik. A w rzeczywistości? No właśnie, już trochę inaczej.

Ale tę statystykę podbija fakt, że wiele osób z różnych względów nie mówi prawdy. Albo boją się przyznać, bo „co ludzie powiedzą”, nie chcą odstawać od reszty. Albo zwyczajnie im się nie chce, mówią „jestem katolikiem” i z czapy. Albo coś tam jeszcze, nie wiem.

Chyba nie muszę wspominać o tym, że realną znajomością podstaw i doktryn chrześcijaństwa nie zna dojmująca większość? Sama się o tym przekonałam, kiedy największą znajomością Biblii w szkole (do pewnego czasu na religii, później na polskim czy historii) wykazywałam się ja. Agnostyczka.

No ale gdzieś ta dominacja chrześcijaństwa, nawet tylko teoretyczna, musi mieć ujście. I ma, ale nie do końca takie, jakie być powinno.

Dlaczego państwo świeckie finansuje kościół?

W dodatku tylko jeden – katolicki. Albo dajemy trochę wszystkim, albo nie dajemy nikomu. Swoją drogą, popieram samą ideę, ale na wzór niemiecki (zachodni, zły, przesiąknięty zgnilizną). Tam sytuacja wygląda tak, że przy meldunku deklaruje się wiarę w urzędzie, a później pobierany jest specjalny podatek, który jest kierowany właśnie na daną organizację religijną. Oczywiście można wybrać ateizm, wtedy nie płaci się nic. I to jest uczciwe, bo skoro przynależysz do danej wspólnoty, to wręcz powinieneś czuć się w obowiązku w jakiś sposób dbać o jej istnienie, rozwój. Jeżeli natomiast nie utożsamiasz się z żadną z nich, to dlaczego miałbyś jakąkolwiek dotować? Masz potrzebę – płacisz, państwo Ci to umożliwia. Sam decydujesz, kogo wspierasz, a przede wszystkim czy wspierasz. Większość nie wybiera za Ciebie.

Jestem też przeciwna nauczaniu religii w szkole.

Przynajmniej w państwowej, bo szkoły wyznaniowe to inna sprawa. Zamiast tego powinna być etyka, dodatkowo tak „wciśnięta” w plan, żeby nie dominowała innych przedmiotów.

Po pierwsze dlatego, że często nie ma alternatyw dla jedynej słusznej wiary nauczanej w szkole – ja na przykład w swoim fantastycznym liceum (swoją drogą, oficjalnie państwowym, ale bardzo katolickim) nie miałam ani etyki, ani w ogóle nic. Dwa okienka w tygodniu spędzałam szlajając się po okolicznym parku (latem spoko opcja, ale zimą…).

Po drugie dlatego, że religia zawsze (przynajmniej w moich doświadczeniach) oznacza katolicyzm, a co z resztą? Rozumiem, że organizowanie lekcji każdej możliwej wiary i ich odłamów jest niepraktyczne oraz nieekonomiczne. Dlatego nauczanie o religii powinno być rolą danej wspólnoty, organizacji. Jeśli ktoś chce, proszę bardzo, niech we własnym zakresie zgłębia wiarę. Po szkole, w weekendy. Jestem pewna, że nagle drastycznie spadłaby liczba chętnych. Hmm, ciekawe czemu. Może dlatego, że najczęściej uczniowie chodzą „bo wypada”, „bo rodzice każą”, „bo jest luz, można zadania odrobić, coś zjeść, pospać”. W mojej licealnej klasie (czyli w miarę świadomi już ludzie) prawie każdy wymieniał jeden z tych powodów. Nie spotkałam nigdy kogoś, kto odpowiedziałby „bo chcę”.

Najbardziej odczuwalna jest jednak presja społeczna na bycie katolikiem.

Narzucana i podkręcana głównie przez nacjonalistów. Szczególnie w małych miejscowościach przyznanie się do innowierstwa lub ateizmu oznacza banicję, wykluczenie. Dlatego „dla świętego spokoju” każdy mówi, że nim jest. Nadmieniłam o tym już w poprzednich akapitach, ale uznałam, że to zgrabnie podsumuje kwestię wiary.

Przykłady mogłabym mnożyć, ale zbyt zboczyłabym z kursu. Trzymajmy się tematu „patriotów”, a także ich rejonów aktywności.

Nie odkryję nowego kontynentu stwierdzając, że społeczność LGBT ma u nas, delikatnie mówiąc, przesrane. Właśnie przez nacjonalistów, którzy, zasłaniając się patriotyzmem i tradycją, skazują ich (nas?) na ostracyzm.

Jeśli akurat jesteś czytelnikiem przeciwnym takim osobom, odpowiedz, proszę, dlaczego.

Nie liczą się odpowiedzi:

  • „Bo tak.” Argument oznaczający totalny brak argumentu.
  • „Bo to choroba.” Mamy widzę lekarza. Pochwal się dyplomem ukończenia medycyny albo zostaw klasyfikację schorzeń tym, którzy się na tym znają, okej?
  • „Bo to niezgodne z naturą.” W naturze homoseksualizm występuje od zawsze, wśród wszystkich gatunków, które mają rozróżnienie płciowe. Jest naturalnym mechanizmem przyrody, który zapobiega zbyt dużej liczbie osobników danego gatunku. W ostatnim stuleciu nasza populacja rozrosła się bardzo gwałtownie, więc zjawisko to przybrało na sile.
  • „Bo to wymysł XXI wieku”. Czy Ty widziałeś kiedykolwiek antyczne dzieła kultury? Znasz Ty choć trochę starożytne cywilizacje, Grecję, Rzym? Chyba nie, bo obcy jest Ci widzę kult męskiej miłości czy życie pań z wyspy Lesbos.
  • „Bo chrześcijaństwo tego zabrania”. Pomijam fakt, że nie każdy musi wierzyć w Twojego Boga. Ale Twój Bóg nakazał Ci miłować bliźniego swego. A zabronił osądzać innych. Pozwól mu zdecydować, czy ktoś jest grzesznikiem, czy zasługuje na życie wieczne, okej?
  • „Bo cioty są niemęskie.” Oj, napakowany testosteronem byczku. Kojarzysz takie postaci, jak gracz NBA Jason Collins, bokser Orlando Cruz, pływacy Matthew Mitcham czy Ari-Pekka Liukkonen? Jeśli nie, to sobie wygugluj. Tak, to są pedały. Mało tego, patrioto! Za Twój kraj ginęli dzielni ludzie. Pamiętasz? Szanujesz? Wszystkich? Ale wiesz, że wśród nich byli homoseksualiści, prawda?

Wiem, że pewnie to nikogo nie przekona. Ale przynajmniej mam nadzieje, że osoby „niezdecydowane” trochę przemyślą sprawę.

Fakty są takie, że, drogi patrioto, bo tak się mianujesz. Z definicji kochasz swój kraj, a zatem kochasz naród. Rodaków. Wśród nich są geje, lesbijki, transseksualiści oraz masa innych mniejszości. Oni są też Polakami. Albo szanujesz wszystkich, albo jesteś hipokrytą z nacjonalistycznymi ciągotami. Wybieraj.

Nacjonaliści działają jeszcze na innych obszarach. Wszędzie, gdzie mogą swoje zdanie narzucić reszcie.

Aborcja to temat drażliwy, poza tym już przycichł, a zatem nie będę grzebać kijem w mrowisku. Jednak przy tej okazji „patrioci” także głośno się pokazali, w ogóle cała ta ustawa miała nacechowanie nacjonalistyczne. Nie chcesz – nie dokonuj, nikt Cię nie zmusi. Ale nie zabraniaj innym, którym sumienie na to pozwala bądź takim, którzy znajdą się w trudnej sytuacji i to będzie dla nich rozwiązanie. Nie osądzaj, nie rozstrzygaj, nie mów, co Ty byś na ich miejscu zrobił, bo dopóki nie jesteś w danej sytuacji, nie masz pewności, jak się zachowasz. Skoro tak leży Ci na sercu los niechcianych dzieci, to może zajmij się tymi, które już żyją? Pójdź do domu dziecka raz na jakiś czas, pobaw się z nimi. Pomagaj w opiece nad niepełnosprawnym. Co, nagle już Cię nie obchodzą?

Tak bardzo plujesz, patrioto nasz, na islam.

Na to, że w krajach arabskich religia reguluje prawo. Kobiety nie mają praw. Drogi mój Ty, sam nie jesteś lepszy. Tylko jak Tobie jest wygodnie, jak Twoja racja jest tą dominującą, to jest dobrze, tak ma być.

O religii już się wypowiedziałam chyba dość. Dodatkowo coraz więcej projektów ustaw ma podłoże chrześcijańskie. Ale regulować mają funkcjonowanie całości, nie tylko wyznawców. Czy to nie jest próba stworzenia państwa religijnego?

A o sytuacji kobiet… kochany patrioto. Drażnią Cię feministki. Irytuje Cię ich dążenie do równouprawnienia, kpisz z nich. Boisz się, tak naprawdę, że kobiety mogą być od Ciebie lepsze pod jakimś względem, dlatego wolisz, aby były cicho. Czy Ty naprawdę nie dostrzegasz prawidłowości?

Tak, najczęściej, jeśli jesteś „patriotą” płci męskiej, to wyobrażasz sobie kobietę na jeden z tych dwóch sposobów:

A) Tradycyjny, czyli w domu, przy garach, gotującą i sprzątającą dla swojego mężczyzny, zajmującą się dziećmi i tak dalej. Model okej, jeśli tylko znajdziesz taką, której to odpowiada, to nie ma problemu. Dopóki potrafisz sam zapewnić swojej rodzinie godne życie.

B) Pseudonowoczesny, czyli pracującą, obowiązkowo za mniejsze wynagrodzenie, a po pracy, kiedy Ty siedzisz w kapciach przed telewizorem, ona ma jeszcze oporządzić dom, dzieci i przynieść piwko. Bo inaczej nie jest prawdziwą kobietą. Tfu.

Jeśli natomiast jesteś „patriotą” płci żeńskiej, to widzisz siebie zazwyczaj w którejś z tych ról, zależnie też od statusu finansowego rodziny. I uważasz to za słuszne, odpowiada Ci to. Masz do tego pełne prawo.

Ale, do jasnej anielki, nie narzucajcie jeden z drugim tego modelu wszystkim dookoła.

Nie każdemu taki układ pasuje, niektórzy mają inne wyobrażenie partnerstwa, inne priorytety w życiu. I tak samo, jak wy macie prawo do życia po swojemu, tak samo mają ci „inni”. Nie piętnujcie ich, bo nikt nie powiedział, że wasz styl życia to ten jedyny słuszny. Równie dobrze może być to układ równy, podział obowiązków albo taki, w którym to kobieta się rozwija zawodowo, a mężczyzna dba o rodzinę. Dopóki wszyscy są szczęśliwi – nic wam, cholera, do tego.

Tak samo ktoś, kto wybrał życie tak zwanego singla, też nie musi być wcale kimś, kto marnuje życie. Może on właśnie w ten sposób spełnia się i realizuje? Może nie chce, po prostu nie chce wstępować w trwałe relacje?

Podobnie sprawa ma się w kwestii dzietności. Szczególnie pod tym względem obrywa się kobietom lub, w postrzeganiu niektórych osób, rodzicielkom.

Wbijcie sobie do głowy, że można mieć inne ambicje niż gromadka dzieciaków. Lepiej nie mieć potomstwa niż napłodzić niechcianych dzieci, które potem albo trafiają do sierocińców, albo nikt się nimi nie interesuje – efekt jest zwykle podobny.

Zrozumcie, że kwestią nie jest posiadanie dzieci lub ich brak, kwestią jest świadomość decyzji. To jest w tym wszystkim najważniejsze. Można zdecydować się nawet na tuzin pociech, ważne, żeby zrobić to świadomie, znać i rozumieć odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

Uwierzcie mi, nie każda z nas ma instynkt macierzyński. Nie, tego nie da się wywołać na siłę. Jak kobieta, która nie chce mieć dzieci zobaczy „tego słodkiego małego bobaska”, to wcale nie musi go pokochać. To jest przede wszystkim marnowanie nie tyle własnego życia, ile właśnie tej istotki – skazanej na życie i wychowanie się bez miłości. Po co to robić w imię norm społecznych i nacisków otoczenia?

Posiadanie dzieci to duża odpowiedzialność. Rodzicem zostaje się raz i jest się nim już zawsze. Ja na przykład nie czuję się gotowa na wzięcie na siebie takiego zobowiązania. Mam inne cele w życiu. Taki jest mój wybór, świadomy, przemyślany. Być może kiedyś zmienię zdanie, w końcu mam jeszcze czas, ale szczerze mówiąc, wątpię w to. Dlatego apeluję, drodzy konserwatyści, zluzujcie z tym naciskiem na kobiety. Możecie zrujnować tym jej życie, ale też życie niechcianego przez nią dziecka.

Dlaczego wszystkie te czynniki związałam z (pseudo)patriotyzmem?

Bo najczęściej właśnie osoby, które tak się definiują, prezentują podobne poglądy. Niekoniecznie jest to regułą, jestem tego świadoma, sama nienawidzę uogólniania. Ale jest to pewna prawidłowość, którą już od lat obserwuję. Dzisiejsi pseudopatrioci używają tego słowa dla nazwania swoich nacjonalistycznych pobudek. Jeśli jeszcze ktoś ma co do tego wątpliwości, to pozwolę sobie przytoczyć definicję i cechy charakteryzujące ten pogląd:

Nacjonalizm (z łac. natio, „naród”) – postawa społeczno-polityczna uznająca naród za najwyższe dobro w sferze polityki.

Co, brzmi znajomo, kochany mój patrioto? A dalej robi się fajniej.

„Nacjonalizm uważa interes własnego narodu za nadrzędny wobec interesu jednostki, grup społecznych, czy społeczności regionalnych. „ – patrioto, czy Ty w głoszeniu swoich poglądów, zazwyczaj degradujących interes danej grupy społecznej, nie zasłaniasz się dobrem Polski?

„Nacjonalizm ponadto przedkłada interesy własnego narodu nad interesami innych narodów, zarówno wewnątrz kraju (mniejszości narodowe lub etniczne) jak i na zewnątrz (narody sąsiednie)” – patrioto, czy to nie Ty krzyczałeś „Polska dla Polaków!”? Czy to nie Ty jesteś przeciwny Unii Europejskiej, wszelkim przejawom współpracy międzynarodowej, bo uważasz, że to szkodzi Polsce?

Sama definicja nacjonalizmu była dość ogólna, ale postanowiłam poszerzyć ją o odłamy, na przykład narodowy konserwatyzm:

„Wspólnymi ideami, które jednoczą narodowych konserwatystów w Europie są: eurosceptycyzm, pragnienie zachowania tradycyjnych wartości oraz (w największym stopniu) silny sprzeciw wobec imigracji.” – o Unii już wspomniałam, o wartościach się chyba rozpisałam wyżej, w końcu „Bóg, Honor, Ojczyzna”. A temat postrzegania imigracji poruszyłam nieco w ostatnim wpisie o uchodźcach. Patrioto, czy Ty nie patrzysz krzywo na kogokolwiek, kto ma ciemną skórę? Czy jak słyszysz obcy akcent, to nie zmieniasz podejścia do rozmówcy na zasadzie „To nie jest prawdziwy Polak – jest gorszy”?

Jeszcze weselej robi się, gdy poczytamy o następnym odłamie – narodowym radykalizmie. Wśród jego cech znajdziemy:

„oparcie światopoglądu na etyce katolickiej (przeradzający się w fundamentalizm religijny)” – o tym już wspomniałam, patrioto, chętnie byś wydawał wyroki kierując się zasadami religii katolickiej. To znaczy, w sferze społecznej już to robisz, ale chciałbyś, aby prawnie było to możliwe, prawda?

 

Najbardziej jednak pasuje mi tutaj definicja szowinizmu:

Szowinizm (fr. chauvinisme) – na ogół skrajna postać nacjonalizmu, głosi solidarność wszystkich grup społecznych danego narodu, a wobec mniejszości narodowych i innych narodów nakazuje przyjmować wrogą postawę.

Możesz teraz pomyśleć „Ha, tu ją mam, solidarność narodu! A ona mi wpierała, że ja Polaków nie szanuję, zaprzecza sama sobie!” Nie kopytkuj tak szybko, gazelko:

W szerszym kontekście pojęcie to oznacza też wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania do własnego gatunku, rasy, grupy społecznej, płci, narodu albo przywódcy oraz wyolbrzymianie ich zalet, a pomniejszanie lub negowanie ich wad, idące zazwyczaj w parze z równie przesadnym i nieuzasadnionym deprecjonowaniem innych oraz uznawaniem prawa do ich ujarzmiania.

Podsumowanie was, drodzy pseudopatrioci z ulic, w jednym zdaniu.

Chyba nie muszę już podkreślać, że nie każdy prawak jest nacjonalistą, że patrioci istnieją, bla, bla, bla…

Owszem, patrioci dziś istnieją, ale najczęściej milczą, bo nie mają potrzeby obnoszenia się z tym.

Kim są w końcu?

Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.

Słowem, patriotą możesz się nazwać, gdy czujesz się z krajem i narodem związany.

Jesteś wobec niego uczciwy, bezinteresownie dbasz o dobro, chcesz jego rozwoju. Pamiętasz o ważnych datach w historii swojego państwa, w ogóle znasz jego historię, przynajmniej pobieżnie. Szanujesz każdego rodaka, wiesz, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od różnic. Jesteś otwarty, gościnny, miło witasz obcokrajowca, rozumiesz, że jemu też mógł po prostu Twój kraj się spodobać – zresztą się mu wcale nie dziwisz, bo przecież jest taki piękny.

Czy Ty, uliczny, samozwańczy patrioto, nadal uważasz, że słusznie tak się obwołałeś?

Ja nie jestem patriotką. Dzisiaj mówię o tym otwarcie, nie boję się już linczu. Wolę przyznać się do tego, niż udawać, że jest inaczej, wychodząc na hipokrytkę.

A czy Ty jesteś patriotą?

 

 

Uchodźcy – jacy są naprawdę?

Uchodźcy. Słowo, które budzi panikę.

Podam wam definicję uchodźcy, którą stworzyłam na podstawie obserwacji sytuacji w Polsce, naszych mediach i świadomości społecznej:

Uchodźca – rodzaj zwierzęcia pasożytniczego, obowiązkowo wyznawca islamu z Syrii, terrorysta, zawsze występuje w stadach zwanych hordami. Masowo zalewa rasowo czystą Europę, mnoży się na potęgę, aby w jak najszybszym czasie zdominować tubylcze gatunki ludzi, w tym celu korzysta z owoców ich ciężkiej pracy, pobierając zasiłki socjalne. Niezainteresowany asymilacją.

Aby definicja była pełna i klarowna, muszę dorzucić podobnie opracowaną definicję terrorysty:

Terrorysta – radykalny wyznawca islamu, urodzony z nienawiścią przede wszystkim do chrześcijan, zainteresowany jedynie eksterminacją wyżej wymienionych. W tym celu gotów jest poświęcić własne życie, dla niego liczą się tylko statystyki zabitych cywili.

Założę się, że duża część zapytanych losowo przechodniów zgodziłaby się z tym poglądem. Tymczasem jak jest naprawdę?

Tak się składa, że trochę się znam. Dlatego może najpierw podam definicje bardziej przybliżone do obiektywnego obrazu sytuacji. Mogłabym zapisać je własnymi słowami, ale podeprę się Wikipedią – upierdliwy powie, że to żadne wiarygodne źródło, ale chodzi mi o konkretne pojęcia – a potem zawrę własny komentarz z wyjaśnieniem „po ludzku”.

Uchodźca (ang. refugee, niem. Flüchtling, ros. беженец) – osoba, która musiała opuścić teren, na którym mieszkała ze względu na różnego typu prześladowania. Wynikające z tego zagrożenie życia, zdrowia, bądź wolności jest najczęściej związane z walkami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi, prześladowaniami religijnymi bądź z powodu rasy lub przekonań politycznych.

Terroryzm – użycie siły lub przemocy fizycznej przeciwko osobom lub własności z pogwałceniem prawa, mające na celu zastraszenie i wymuszenie na danej grupie ludności lub państwie ustępstw w drodze do realizacji określonych celów.

Jakieś różnice?

Uchodźca =/= Syryjczyk

Terrorysta =/= Muzułmanin

Okej, zgodzę się, że ostatnio uchodźcy z Syrii byli przyjmowani na tyle licznie, że można było zapomnieć z wrażenia, że to wcale nie tylko oni. Azylanci na całym świecie przyjmowani są codziennie od lat – za Wikipedią, od 1951r. pod obecnym pojęciem – mało tego, pochodzą z różnych terenów. Zwykle są to mniejsze grupy lub pojedyncze jednostki. Niektóre miejsca przestały być objęte zagrożeniem, inne od lat stale są na tyle niestabilne, że życie cywilów może tam uchodzić za niebezpieczne. Przykłady?

Obecnie, oprócz Syrii, także Erytrea (o niej będzie później!), Afganistan (również będzie!), Somalia, Sudan Południowy czy Etiopia.

Historycznie mam jeden ulubiony przykład. POLSKA.

Co, szczęka opadła, prawilny patrioto? Tak, trochę mnie śmieszy hipokryzja narodu, który sam „hordami” (jak to pogardliwie się dziś mówi o Syryjczykach) zalewał Europę i resztę świata, zresztą niejednokrotnie w historii, a teraz jest jednym z najbardziej przeciwnych. Trochę kompleks, co?

Uwaga, teraz będzie przynudzanie o historii. Zanim zaczniesz jęczeć, poczytaj. Zobacz, że wszystko się w dziejach powtarza.

Zanim skrajnie konserwatywna część internetów spali mnie na stosie bądź ukamienuje, spieszę z przykładami tych naszych azylanckich czasów:

Chyba najbardziej znamienity, najdłuższy czas. Zabory.

Powstania, Wielka Emigracja, ktoś coś kojarzy? Powinna w zasadzie być „Wielkim Uchodźctwem”. „Oho, co ona o tym wie?”. Wie. Zrobiła pracę badawczą na ten temat na kilkanaście stron. Dlatego w tym przypadku pozwolę sobie fragmenty zacytować:

„Do końca powstania (listopadowego – przyp. aut.) ok. 50 tys. Polaków po opuszczeniu obszarów zaboru rosyjskiego znalazło się na terytorium Prus (ok. 30 tys.) oraz Austrii (ok. 20 tys.).” Tam nie byliśmy jednak zbyt mile widziani. Ruszaliśmy dalej.

„W 1832 roku we Francji żyło 5472 polskich imigrantów, liczba ta z czasem uległa zmniejszeniu, głównie wskutek śmierci części z nich – w 1838 roku wynosiła ona 5128 osób. Oprócz tego państwa, niewątpliwie głównego ośrodka Polaków w czasie Wielkiej Emigracji, duża część z nich osiedliła się również między innymi w Belgii (ok. 200 osób), Wielkiej Brytanii (ok.700 osób), Szwajcarii, Skandynawii, Stanach Zjednoczonych (gdzie do dziś stanowią jedną z liczniejszych mniejszości narodowych), Turcji czy Algierii.”

Tak, my też pobieraliśmy zasiłki, też żyliśmy w ośrodkach dla azylantów. Przykładowo, sytuacja we Francji: „Wiosną 1833 roku zaczęła się likwidacja obozów, w których osiedlono polskich imigrantów. (…)  Zachowano jednak rządowe zasiłki, do których prawo przysługiwało każdemu, kto został uznany za emigranta politycznego”

Troszkę zonk, co? A to nie koniec.

Dalej, „Rząd RP na Uchodźstwie” nie miał po prostu takiej nazwy. Jak tysiące Polaków w okresie drugiej wojny światowej musiał uciekać. I prosić o azyl. Gdzie nam go udzielono?

Na początku szukaliśmy schronienia w krajach sąsiadujących – po przegranej kampanii wrześniowej głównymi kierunkami były Litwa, Łotwa, Estonia, a także Rumunia czy Węgry, na tamten moment neutralne.

Później szukaliśmy azylu na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie także funkcjonował wspomniany rząd. W 1941 roku stanowiliśmy liczną grupę (ok. 116 000 osób) w Persji, czyli dzisiejszym Iranie. Tak, islamiści opiekowali się polskimi sierotami wojennymi. Ci sami, źli, żądni krwi.

W latach 1942-48 Polacy masowo chronili się w Indiach, gdzie także zostali przyjęci. W 1943 roku grupę uchodźców przyjął Meksyk. W następnym roku ciepło przyjęła nas Nowa Zelandia. Czy kiedykolwiek pomyślałeś z sympatią o tych państwach? Czy albo nie pamiętasz o ich istnieniu, albo uważasz się za lepszego od nich?

PRL nie dla każdego był przyjaznym systemem.

A, spójrzcie sobie do definicji, prześladowania polityczne także kwalifikują się do ubiegania się o status uchodźcy. I tak się naprawdę działo. O azyl polityczny poprosił sam Czesław Miłosz, w roku 1951 we Francji.

Prawdziwą falę uchodźstwa zapoczątkował 1980 rok – około 160 tys. Polaków znajduje się w obozach dla azylantów. Najczęściej było to w RFN, USA, Francji. Spore grupy były także w Australii, Skandynawii czy krajach Beneluksu. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, niech zobaczy, gdzie żyje najwięcej Polonii. I dlaczego jest jej tak dużo.

Dane statystyczne, oprócz tych z pracy mojego autorstwa, brałam z tej strony – tam jest też dokładniejszy opis zjawiska dla zainteresowanych.

Dlaczego kraj, który niejednokrotnie w historii korzystał z gościnności świata, sam teraz chce tej pomocy odmówić innym?

Definicję uchodźcy chyba mamy z głowy, ale został nam jeszcze terrorysta. W powszechnym mniemaniu terroryzm łączy się z Osamą Bin Ladenem, Al Kaidą i generalnie islamem. Media, poprzez stosowane słownictwo, z tego błędu nie wyprowadzają, wręcz przeciwnie, utwierdzają ogół w tym przekonaniu. Tymczasem, terroryzm to znacznie szersze, bardziej złożone i niebezpieczne zjawisko.

Zanim ktoś zarzuci mi brak kompetencji – na ten temat także przeprowadzałam badania naukowe. Także nie sieję tu żadnej (lewackiej) propagandy, poświęciłam sporo czasu na wnikliwe zapoznanie się z tym problemem.

Jakie są rodzaje terroryzmu?

Różne, różniste, zależy kogo spytasz i pod jakim względem patrzysz. Można je klasyfikować według metod działania, osób narażonych, celów… Najczęściej i tak wszystko się jakoś przenika. No ale spróbujmy to ugryźć. Wymienię tylko takie „kluczowe”, na dokładniejsze podziały szkoda czasu, bo i tak w pewnym momencie wszystko sprowadza się do jednego.

Terroryzm zbrojny – te wszystkie ataki, dywersje, sabotaże. Wszystko, co związane z wojskiem czy bronią. Mają na celu zastraszenie ludności pewnego obszaru, wymuszenie konkretnych reakcji, ustępstw. Oprócz Al-Kaidy, możecie kojarzyć skrót IRA (nie, nie zespół). Oni też robią takie sztuczki. Zresztą nie tylko oni, ale pozostali są znani w świecie jeszcze mniej. Dlaczego najgłośniejsze są akcje tych pierwszych? Bo dotykają największy obszar, poza tym atakowane kraje są zwykle mocnymi graczami na arenie międzynarodowej. Jakaś Irlandia Północna? Wielka Brytania i tak ma ich w garści, po co o tym rozpowiadać. Baskonia? To w ogóle teren? W Europie? Serio?

Terroryzm ekonomiczny – zastraszanie poprzez jakieś sankcje czy ograniczenia finansowe. Zwykle występuje w sektorze ekonomicznym, czyli banki albo koncerny. Bywa też reakcją na brak poparcia politycznego między państwami. Coś wam do głowy przychodzi? Jakieś owoce na przykład? Lub surowce?

Terroryzm ideologiczny – no znów trochę ta Al-Kaida, mówiłam, że to się miesza. Tutaj chodzi o wymuszenie poparcia dla jakiejś ideologii, nie tylko religijnej. Opiera się niekoniecznie na walce zbrojnej. Często przyjmuje formę słowną. Nawoływania do wiary w „jedyną słuszną prawdę”, obrażanie i kłamstwa na temat osób odrzucających dany pogląd czy będących zgodnie z nim „gorszych”. Tutaj przykłady sobie daruję, bo to drażliwy temat.

Terroryzm medialny – przejmowanie mediów, taka swoista ich cenzura lub kształtowanie tak, aby pokazywały to, co dana grupa sobie życzy. Mogą to być manipulacje jawne (otwarta propaganda) lub ukryte (symbole). Także temat drażliwy.

To dopiero początek, a wymieniłam takie najbardziej podstawowe formy wedle najprostszego podziału.

Zauważcie, że wszystko sprowadza się do prostego schematu (różnią się jedynie metody i konkretne pobudki):

chęć wymuszenia czegoś na grupie —> wywołanie zamieszania i strachu 

Tak można w skrócie opisać przyczyny i skutki terroryzmu, niezależnie od rodzaju. Chodzi o panikę, niepokój. Zdestabilizowanie porządku. Dlatego im bardziej ulegamy tej atmosferze lęku, nieufności, tym bardziej przybijamy piątkę terrorystom. Im o to chodzi. To jest ich główna broń – masowy strach.

Wróćmy do tematu obecnie najliczniejszych grup uchodźców. Tych okropnych podludzi.

Ja tak szczerze zastanawiam się, ilu z was widziało chociaż jednego? Ale nie w telewizji – w życiu. Ilu z was miało z nimi realnie do czynienia, wysłuchało ich historii? Obstawiam, że niewielu – dlatego tak się ich boicie. Bo ich nie znacie, dajecie się karmić obrazem stworzonym przez media.

Co ja wiem na ich temat? Sporo.

Po raz pierwszy zetknęłam się z nimi w 2015 roku, podczas wakacji. Wtedy temat nie był tak głośny, bo fala imigrantów dopiero się zaczynała. Widziałam to na własne oczy, ale nie do końca wiedziałam o co chodzi. Po powrocie zrozumiałam – ci ludzie byli uchodźcami.

I wtedy też, obserwując medialne przekazy na ich temat, po raz pierwszy zrozumiałam, że zachodzą tam manipulacje. Obraz był zgoła inny, od tego, który zobaczyłam. Sorry, bardziej ufam sobie i własnym przeżyciom. I nie widziałam ludzi, którzy wyrzucali ofiarowaną im pomoc, nie widziałam agresorów, bijących się i szarpiących w tłumach. Nie widziałam samych zdrowych, młodych mężczyzn. Nie widziałam ajfonów ani markowych ubrań.

Byłam wtedy na wyspie Kos w Grecji. To tam była główna furtka imigrantów do Europy. Na głównym placu codziennie było sporo ludzi. Na miejsce wywoływanych grupami osób, pojawiali się nowi. Reszta cierpliwie siedziała. Pierwszeństwo miały kobiety z dziećmi, dlatego też ci niekoniecznie młodzi, niekoniecznie zdrowi mężczyźni musieli dłużej czekać na swoją kolej. Nie mieli dosłownie nic, to co na sobie. Spali pod drzewami, na gołej ziemi. Nie nagabywali ludzi, nie żebrali, nie byli nachalni. Każdy pilnował siebie.

Ja wiem, że te obrazy z mediów „skądś się musiały wziąć” i że były wyjątki.

Ale wyjątki. Oczywiście, te negatywne zostały od razu nagłośnione, odpowiednio zmontowane i opatrzone chwytliwymi hasłami. Reszta, ta normalna większość, przemknęła bez rozgłosu.

Ale to nie na podstawie tego budowałam całość swojej opinii. Chociaż przyznaję, że wtedy już byłam poruszona i dziwiłam się tym protestom, buntom przeciw tym Bogu ducha winnym ludziom. Los mój jednak splótł się z nimi niedługo potem jeszcze silniej.

Jak wspomniałam, mieszkam w regionie przygranicznym. Blisko mam granicę Czech i tych słynnych, muzułmańskich już przecież Niemiec. I tym bardziej śmiałam się z tych wyolbrzymionych mitów o islamizacji tego drugiego kraju.

Owszem, przybyło egzotycznych twarzy na ulicach, ale odznaczały się tylko dlatego, że były nowe. Jak spowszedniały, to się okazało, że wcale nie ma ich aż tak wielu. I nie przeszkadzają w życiu białym, chrześcijańskim Europejczykom. Nagle nie zaczęło obowiązywać prawo szariatu, nie zburzono żadnego kościoła w imię stworzenia meczetu. Nie słyszałam o żadnym gwałcie, napadzie czy innym ataku. Każdy żyje tak, jak żył dotąd. Zwłaszcza, że dla większości Niemców co drugim sąsiadem i tak był już obcokrajowiec. Z całego świata.

To nadal nie wszystko.

Moja mama podjęła pracę w niemieckiej szkole językowej. I, co pewnie nikogo nie zaskoczy, najwięcej obcokrajowców w grupach to byli ci słynni uchodźcy. Ale nie tylko z Syrii. Także z Afganistanu czy Erytrei. Mieszali się z przybyszami z innych, mniej lub bardziej „poprawnych politycznie” państw. Byli tam też Polacy, Czesi, Rosjanie, Meksykanie…

Multi-kulti, to słowo, które wielu przeraża, dla mnie stanowi praktycznie codzienność.

No i tutaj rozstrzygnijmy kolejną kwestię. Oni przyjeżdżają tam na socjal, nie chcą się asymilować. Gówno prawda. Oczywiście ZAWSZE będzie jakiś kombinator. Ale to taki sam procent, jak Polaków, którzy siedzą na socjalu w Anglii czy, ojej, popatrz, w Niemczech.

Poza tym nie bójcie się, uchodźcy nie mają tutaj już zagwarantowanego pobytu.

To nie działa tak, że każdy może siąść i paść się za pieniądze uczciwie pracujących obywateli. Owszem, początkowo dostają sporą pomoc, ale jest to wsparcie na czas dostosowywania się do nowego kraju. Poznawania języka, być może jakiegoś doszkalania zawodowego, przyzwyczajenia się do otoczenia i kultury. Ten, kto przez określony czas nie stanie się „samodzielny”, nie przyjmie obowiązujących norm, zostaje odsyłany. To chyba dobra motywacja co?

Większość naprawdę się stara. Chodzą na kursy językowe, są otwarci, chcą się odnaleźć. Oczywiście, nie jest im łatwo na początku – a nam byłoby łatwo z dnia na dzień przyjąć obcą, tak inną kulturę? Trochę empatii i cierpliwości.

Na początku tylko słuchałam opowieści mojej mamy, która była też zszokowana – z jednej strony miała ten obraz medialny, krzyczący o tym, jacy to źli ludzie, z drugiej poznawała uprzejmych ludzi, którzy byli wszystkim zaciekawieni, zafascynowani.

Ludzi, którzy sporo przeszli.

Bombę, która spadła na dom i zabiła całą rodzinę. Bliskich, którzy wyszli i już nie wrócili. Wmieszanie w walkę bez własnej woli, bez interesu w tym. Po prostu, bo tam byłeś.

Jeden uczeń był lekarzem, pomagał ofiarom. Zapytacie, czemu nie został? Bo psychicznie nie był w stanie wytrzymać tego, co tam widział.

Ktoś inny przyjechał sam – to może był jeden z tych zdrowych, jeszcze dość młodych mężczyzn z telewizji. Przyjechał sam, bo któregoś dnia nie wrócił do domu po pracy. Domu nie było, tak samo, jak żony i małych dzieci, które były w środku. To tylko kilka przykładów, jakie teraz przyszły mi do głowy, przez dwa lata takich historii słyszałam wiele.

Potem ci ludzie przeszli drogę tutaj. Czy wy naprawdę myślicie, że oni tego chcieli? Że nie woleliby zostać u siebie, w domu, z rodziną i znajomymi? Czy myślicie, że im nie było wstyd prosić o pomoc? Czy wy myślicie, że nie są nam wdzięczni, ze traktują to jako coś im należnego?

Poza tym, ich piekło wcale się nie skończyło. Myślicie, że nie sprawdzają, co tam u nich się dzieje? Sprawdzają, dostają też listy, informacje. Dowiadują się o kolejnych znajomych osobach, które stały się ofiarami tej bezdusznej wojny. Czasem nagle urywa się kontakt z kimś, kto „został”. Jaka najczęściej jest tego przyczyna?

Często podczas tych opowieści i rozmów zajadałam się różnymi przysmakami.

Tak, moja mama dość regularnie dostawała ciasto czy inne dania z ich kuchni. W ten sposób chcieli chociaż trochę podziękować i dać coś od siebie.

Po jakimś czasie przywykłam do tego, że moja mama w sklepie czy na ulicy spotyka uczniów – najczęściej właśnie uchodźców. Opowiadali, co u nich, jak się im wiedzie po kursie. Większość dość komunikatywnie mówiła po niemiecku, rozumieli niemal wszystko, co się do nich mówi. Szukali pracy bądź doszkalali się zawodowo. Bardzo serdeczni ludzie, przyjaźnie nastawieni, otwarci. Tak o nich myślałam.

Bezpośrednio do tego wpisu zmotywowało mnie wydarzenie z mojego życia, które miało miejsce w ten wtorek.

Szkoła językowa zorganizowała wyjazd do teatru dla obecnie uczących się grup. Mama zaproponowała mi, żebym pojechała z nią i jej grupą. Ta konkretna (zmieniają się co kilka miesięcy) składała się w większości z uchodźców. Miałam więc okazję spędzić z nimi dzień, porozmawiać trochę, zobaczyć ich podejście i nastawienie. I ostatecznie zerwałam z wizerunkiem „uchodźcy dzikiego terrorysty”.

Przebywałam w towarzystwie bardzo wesołym, lubiącym się śmiać, no i powtarzam się, ale niesamowicie otwartym. Nie potrafię dokładnie opisać, jak pozytywnie podchodzili do mojej mamy, jak uważnie jej słuchali, jak starali się jej odpowiedzieć możliwie najpoprawniej.

Mnie również bardzo miło przywitali, później zagadywali, żartowali. Nikt nie był jednak niekulturalny, nachalny, każdy utrzymywał należny dystans. Podzielili się ze mną ciekawostkami ze swoich języków (wiecie, że po kurdyjsku pięć i sześć to… pênc i şeş, wymawiane niemal identycznie? Tak, Kurdowie żyją m.in. w Syrii), częstowali mnie jedzeniem, pytali o okolice (na przykład o jeziora w pobliżu) lub o język niemiecki, jakieś zwroty, prosili o wytłumaczenie.

Szczególnie cieszę się, że poznałam swoją rówieśniczkę, Kurdyjkę pochodzącą z Syrii. Gdybyście minęli ją na ulicy, nie zauważylibyście nawet, że jest jakaś „inna”. Nawet nie wyróżniała się mocno kolorem skóry – miała dość jasną. Ubrana była tak, jak przeciętna młoda dziewczyna – ciemne dżinsy, bluza. Tak, jak „my” pozowała do selfie. W rozmowie często puszczała oczko. Śmiała się z tego samego. Mówiła po niemiecku całkiem dobrze, pytała mnie o wytłumaczenie niektórych pojęć, ale szybko łapała, o co chodzi. Tylko na wzmianki o domu, o Syrii czy o tym, jak długo tu mieszka reagowała z powagą, może nawet smutkiem.

Dlatego wydaje mi się, że osoby, które się ich boją, po prostu mają lęk przed tym, co obce i nieznane.

I teraz na koniec szybko uściślę, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Nie jestem zdania, że każdy z nich jest uczciwy, nie każdy jest dobry, niektórzy nadużywają ofiarowanej im pomocy. Ale to akurat zdarza się wśród wszystkich ludzi. Na 9 Polaków jadących na zmywak, 10 pojedzie na socjal. Czy to znaczy, że należy zabronić też wyjazdu tym, którzy chcą pracować?

Nie wszyscy chcą/będą w stanie się przystosować, o tym też wiem. Ale oni zwyczajnie będą musieli wrócić.

Uważam, że jak ktoś jest „u nas”, to powinien respektować nasze zasady i naszą kulturę. Mimo to, przysługują mu takie same prawa człowieka, jak każdemu z nas. W tym prawo do wolności słowa, wyznania, no chyba nie muszę wam wymieniać? Dopóki ktoś nie robi nikomu krzywdy, może robić co mu się podoba – mnie guzik do tego. Reaguję dopiero, gdy dzieje się coś złego.

Potępiam fanatyzm religijny.

Ale niezależnie od tego, jakiej religii on dotyczy. Skrajni chrześcijanie nie mają u mnie żadnej taryfy ulgowej. Jeśli ktokolwiek chce komuś narzucać swoje przekonania i poglądy siłą, powinien spotkać się ze sprzeciwem społeczeństwa. W naszym kraju częściej spotka się przejaw terroryzmu ze strony większości katolickiej aniżeli mniejszości jakiejkolwiek innej, nawet islamskiej, ponadto jest na to ogólne przyzwolenie, wręcz aprobata. Nie moja.

Każdemu chrześcijaninowi, który mówi o okropieństwie islamistów przypominam, że u nich jest rok 1438. Następnie pytam, czy pamięta, na jakim etapie było chrześcijaństwo mniej więcej wtedy. Wojny krzyżowe. O popatrz. Zabijanie niewiernych. Brzmi znajomo? Żadna religia nie jest bez skazy. Tu nie chodzi o usprawiedliwianie kogokolwiek. Tu chodzi o świadomość, o wnioski. Ten chrześcijanin może zapytać „A co ja mam wspólnego z tym, co robili moi współwyznawcy?”. Wtedy ja odpowiadam „No właśnie.”

Nie każdy terrorysta to islamista. Nie każdy islamista to terrorysta.

Ktoś wtedy powie, że ataki się nasiliły, odkąd mamy uchodźców! Masz rację, ale wiesz, że to nie oni za nie odpowiadali? Większość zamachowców żyła w Europie od dawna, większość pochodzi z tych samych środowisk, które wywołały wojnę, przed którą uciekają ci ludzie.

Dla podparcia przejrzałam dokładnie narodowości zamachowców z tych najgłośniejszych w 2015-2017:

Paryż (13 listopada 2015) – ok. 8 sprawców, wśród nich: dwóch obywateli Francji pochodzenia marokańskiego, dwóch obywateli Francji, dwóch obywateli Belgii pochodzenia marokańskiego, dwóch o nieustalonej tożsamości.

Nicea (14 lipca 2016) – obywatel Tunezji z kartą stałego pobytu we Francji

Berlin (19 grudnia 2016) – podejrzewany obywatel Tunezji

Londyn (22 marca 2017) – Brytyjczyk, urodzony w Kent

Manchester (22 maja 2017 ) – Brytyjczyk pochodzenia libijskiego, urodzony w Manchesterze

Widzicie to? Gdzie Syria? Gdzie Afganistan? Nawet jeśli się znajduje ktoś z tych krajów, to najczęściej urodził się lub od lat mieszkał w Europie.

Państwo Islamskie przyznaje się do wszystkich, jak leci, bo to bardziej wzbudza strach, a im przecież o to chodzi. Oni tym chcą wymusić na nas ustępstwo, postępowanie według ich woli. Wykorzystują nastroje społeczne, podsycają niechęć do uchodźców, bo… to też są ich wrogowie. To przed nimi oni uciekali z domów. Tym terrorystom na rękę jest obawa Europejczyków przed uchodźcami. Oni najczęściej nie mają z tym nic wspólnego.

Najczęściej, bo, oczywiście, może się zawsze zdarzyć, że w tłumie normalnych ludzi będzie jeden odchyleniec. Dlatego ostrożność i rozwaga – jak najbardziej, ale nie masowa panika.

To tyle chyba, co mam do powiedzenia na ten wciąż gorący temat.

Mam nadzieję na to, że Ty, czytelniku, jesteś w stanie mój punkt widzenia przemyśleć i zrozumieć, nawet jeśli nie do końca się zgadasz. Ja nie chcę nikogo na siłę przekonywać, bo i tak nic bym tym nie osiągnęła. Choć, nie ukrywam, ucieszyłabym się, gdyby przynajmniej jedna osoba trochę przychylniej podeszła do sprawy uchodźców, trochę mniej wierzyła w to, co kreują media czy plotki.

Ale wiem, że Ciebie, waleczny patrioto, nijak nie przekonam.

Polska dla Polaków i koniec. Mimo wszystko, na koniec odpowiedz mi tylko, gdzie jest Twój Bóg, gdzie Twój honor i Twoja ojczyzna? W sercu czy na ustach?

Oburzysz się, że oczywiście w sercu – dlatego masz takie poglądy, dlatego wręcz o nią walczysz. Dlatego pozwól, że pokażę Ci, jak ja rozumiem te hasła:

Bóg:

miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Nigdzie nie ma dopisku „chyba, że to ciapaty, gej, murzyn, lesba, żyd, innowierca”. Miłuj, niezależnie od różnic między wami. Jego też stworzono na „obraz i podobieństwo Boże”. A różnorodność ludzi chyba świadczy raczej o potędze Boga niż ułomności. Weź przykład z Albańczyków. Tam w Boże Narodzenie muzułmanki idą do kościoła, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z muzułmanami święconką, oni odwdzięczają im się, zapraszając na uczty podczas ramadanu. I nikt nie uważa tego za wykroczenie przeciw własnej religii – które przecież, bądź co bądź, mają tę samą podstawę.

Honor:

co ma z honorem wspólnego odbieranie praw ludziom? Praw, których Ty byś sobie wyrwać nie dał, mało tego, ich zabrania się boisz, dlatego profilaktycznie… odbierasz innym. Jakich konkretnie praw zapytasz? Przede wszystkim – do poszanowania godności. Reszty wymieniać nie będę, bo uważam to za podstawy, zresztą Ty dobrze wiesz o tym, co na ulicach krzyczysz. Zakładam, że, mianując się patriotą, szanujesz historię Polski i bohaterów narodowych. Wiesz, ilu z tych prawdziwych, dzielnych mężczyzn, co zginęli za Twoją ojczyznę było gejami? Wielu. Ale ja nie o tym teraz. Skoro chcesz prawdy, skoro chcesz niezafałszowanej historii, skoro chcesz, aby pamiętano o wszystkim, to… zacznij od siebie. Wyżej wspomniałam coś, że Twój naród, który tak kochasz, też bywał w potrzebie, też szukał schronienia, też udzielono mu gościny. Myślisz, że oni, Polacy, którym tak licznie udzielono azylu na świecie, byliby z Ciebie dumni, że teraz, kiedy Tobie jest w miarę dobrze, to swojej pomocy odmawiasz?

Ojczyzna:

Dla nich też jest to wartość. Im wcale nie zależy na odebraniu Ci Twojego kraju, oni mają swój, którzy kochają i za którym tęsknią. Polska niegdyś była słynna z tego, że każdy u nas mógł spokojnie żyć, niezależnie od pochodzenia. Pewnie dlatego nam też tak wiele narodów pomogło. Dzisiaj mogłoby być inaczej. Zamykacie się na świat. Jak jest wam dobrze, to wszystko jedno, ale sielanka nie trwa wiecznie. Nasz kraj na pewno będzie jeszcze nieraz uczestniczył w konfliktach – za 10, 100, 1000 lat. Wtedy Twoje, patrioto, potomstwo może wyciągać ręce po pomoc. Być może przyczynisz się do tego, że każdy będzie te ręce odtrącał, tak, jak dzisiaj Ty odtrącasz ich.

Ojczyzna to dom. Dom to miejsce, w którym przyjmujesz gości. Od Ciebie zależy, czy podejmiesz ich chlebem i solą, czym chata bogata, czy zatrzaśniesz drzwi przed nosem. Ale pamiętaj, że kiedyś to Ty lub Twoje dzieci będą pukać. I wcale się nie zdziwię, jak nikt nie otworzy.

 

Dobra, chyba tyle starczy.

Chętnie podyskutuję trochę, ale tylko z osobami, które potrafią swoje zdanie uargumentować oraz uszanować to, że ja mogę inaczej myśleć.

A o samej sztuce w teatrze, na której byłam we wtorek też napiszę, ale to już temat na inną okazję.

 

 

 

 

Świadectwo mojej wartości.

Tytuł trochę ogólny. Nawet trochę bardziej niż trochę. Ciekawa jestem, ile różnych interpretacji powstanie, zanim wyjaśnię, o co mi właściwie chodzi.

Skoro już się przełamałam i nieco otworzyłam, to nareszcie (od lat chciałam to robić!) mogę dzielić się bardziej prywatnymi przemyśleniami, doświadczeniami i innymi takimi mądrościami.

Pisanie o sobie jest lepsze niż rozmawianie.

Opowieść można:

A) Przerwać. Może brutalny sposób, ale przynajmniej daje dość jasny przekaz „nie prosiłem Cię o autobiografię”.

B) Mniej lub bardziej zręcznie zmieniać temat na inny, ciekawszy.

C) Znosić na dwa sposoby. Udając śladowe ilości zainteresowania albo bezpardonowo wyłączając się na jakiś czas.

D) Nakierowywać na własną osobę. Fajny sposób i dość łatwy, wystarczy tylko na każde zdanie, historię odpowiadać bądź „miałem podobną sytuację, bo ja to, wiesz…”, jeśli możemy taki przykład przywołać (wystarczy, że Tobie zdaje się być zbliżony, innym nie musi), bądź „ja na Twoim miejscu…” i tutaj już jesteś panem, bo możesz to wcisnąć w zasadzie wszędzie. Jako serdeczną poradę, wyraz troski lub przeciwnie, jako przestrogę, może jakiś morał z całym jego uniwersalizmem. Aha, no i tutaj wcale nie musisz odwoływać się do doświadczeń. Nie musisz nawet stawiać się w hipotetycznej sytuacji i analizować różnych okoliczności wpływających na nią. Przecież mówisz, co BYŚ zrobił.

A tak mogę sobie wyobrażać zaangażowanych czytaczy, których szczerze to interesuje. Nawet jeśli przestaną czytać, to ja się o tym nie dowiem prawdopodobnie. No i najważniejsze – nikt mi nie przerwie, ja nadal mogę pisać, nawet bez udziału „drugiej strony”.

Wbrew pozorom nie odbiegam tak bardzo od tematu. Można to wręcz uznać za wstęp.

No bo ja to dzisiaj tak trochę będę mówić o sobie… Ale z drugiej strony – czego się spodziewasz na mojej stronie, o kim mam pisać? Bloga o Hannah Montanie to ja miałam w podstawówce. O Littlest Pet Shop też. O ile w pierwszym przypadku rozumiem jakiś sens tego – o serialu, filmie, aktorach, piosenkach było zawsze coś do napisania – o tyle nadal nie wiem, co można pisać o plastikowych figurkach w więcej niż 2-3 wpisach.  Chyba wtedy też to do mnie dotarło, bo dokonałam szybkiej eutanazji. Dla dobra pacjenta.

Może jestem przewrażliwiona. Pewnie jestem, ale to przez fakt, że nigdy o sobie nie pisałam. Nawet nie mam i nie miałam ambicji/potrzeby pisania stricte o sobie (co dzisiaj jadłam na śniadanie, ile razy byłam w kiblu, z kim wczoraj poszłam w balecik, a z kim dzisiaj wróciłam). Jeśli już kiełkowały takie myśli, to zazwyczaj chciałam odnieść się do doświadczeń w jakimś ciekawszym temacie, zobrazować coś na swoim przykładzie, ale mimo wszystko głównym wątkiem pozostaje coś ważniejszego. Zawsze, gdy tylko to rozważałam, to pierwsza myśl nasuwała się: „Zanudzę ich. Nikt nie dojdzie do połowy choćby, bo od razu wyłączą.” No i zwykle rezygnowałam, ewentualnie okrajałam maksymalnie odniesienia do osobistych przeżyć.

Nadal trzymam się tej koncepcji:

1) Główny temat jest inny (nieważne jaki, na pewno lepszy)

2) Nie wpycham losowych wstawek o sobie, staram się, aby nawiązywały do wątku lub myśli.

Może jakoś to zniesiecie. W sumie, nikogo tu nie ma, zatem nikomu nie zaszkodzi parę wzmianek tu czy tam.

Dobra. Wreszcie do meritum.

A jednak, jeszcze jedno. Skoro, jak wspomniałam, swoim przykładem odnoszę się do wydarzenia, to staram się opisać sytuację obiektywnie, na ile to możliwe. Słowem, ani nie mam na celu się żalić, ani przechwalać. Jeśli masz takie wrażenie, to się go lepiej pozbądź, inaczej to spotkanie wyjdzie nam obojgu bokiem. A ja chciałam, żeby było w miarę sympatycznie.

Wreszcie. To o co w końcu chodzi? No, zaraz wyjaśnię…

Pozwolę sobie przypuścić, czytelniku, że chodziłeś do szkoły. Może nadal chodzisz. Ale na pewno już od dziecka, a w szczególności jako uczeń, zastanawiałeś się, kim to chcesz być, jak już ten kierat zrzucisz. Proponuję, tak z ciekawości, żebyś sobie skonfrontował: dziecięce marzenie, uczniowskie plany i – jeśli już możesz – rzeczywistość. Jak efekty?

Ja też się podzielę. Nawet trochę rozwinę – nie martw się, wszystko prowadzi do sedna.

Jako kilkuletnia fanka zespołu Ich Troje, znająca wszystkie piosenki na pamięć (do dziś sporo znam w całości, musiało bardzo mi na tym zależeć) i zakochana w wokaliście beznadziejną, dziecięcą miłością, potrafiłam całe dnie spacerować w te i wewte po dywanie, przepraszam, po scenie i dawać dobre szoł. Wtedy wydawało mi się to dość oczywiste – jak dorosnę będę piosenkarką! I obowiązkowo nagram coś z Wiśniewskim (jak coś, call me)

Długo trzymałam się tej wersji, uznawałam ją za pewnik.

Stopniowo mój repertuar się poszerzał, przybywało też rekwizytów scenicznych – z kilkumetrowej, składanej linijki robiłam profesjonalny mikrofon na statywie, z regulowaną wysokością. Wiśniewski w międzyczasie, niestety, stracił moje zainteresowanie. Ale nie pozostał bez godnego następcy. W zerówce moje serce w całości należało do niejakiego Billa Kaulitza (ku uciesze mojej mamy, ale o tym za moment). Polska scena przestała mi wystarczać, zrobiłam się bardziej roszczeniowa – będę znaną piosenkarką!

Nawet prawie zaistniałam – moje przedszkole brało udział w przeglądzie piosenek w domu kultury, a zaśpiewać mieliśmy „Poszła Karolinka do Gogolina”. No i w ramach przygotowań przez jakiś tydzień-dwa panie włączały to na sali, cobyśmy się oswoili. Ja nauczona starym, dywanowym zwyczajem, zamiast bawić się z innymi dziećmi zrywałam się na dźwięk magnetofonu i cały czas robiłam kółka, śpiewając, ucząc się tekstu. Trud miał się opłacić – dostałam propozycję solistki, moja kariera stała otworem… a na kilka dni przed okazało się, że w dzień przeglądu muszę jechać na wesele. Chyba nie zaskoczę nikogo, jak powiem, że nie byłam zbyt szczęśliwa? Można rzec, że wpadłam w histerię.

Ale nie poddałam się!

Muszę w tym miejscu nadmienić, że miałam niesamowite szczęście urodzić się (no i mieszkać do dziś) w rejonie przygranicznym: Polska – Niemcy – Czechy. A jeszcze większym szczęściem był fakt, że urodziłam się w rodzinie nauczycieli języków obcych. I tym sposobem od pieluch miałam kontakt z językiem i uczyłam się szprechać, spikać, w późniejszym czasie nawet trochę ablać. Jednak dopóki nie poszłam do podstawówki, nie uczyłam się języków na lekcjach. Także znałam jakieś podstawy, umiałam się przedstawić, znałam kolory i kilka zwierząt, może coś tam jeszcze, ale – to też muszę uściślić – żadne ze mnie „dziecko wielojęzyczne”. Ten fakt odgrywa znaczną rolę w dalszych opowieściach.

Wróćmy do mojej oszałamiającej kariery.

W pierwszej klasie podstawówki zaczęły się moje korepetycje z angielskiego, co znacząco poszerzało moje możliwości w doborze piosenek. Ten rok to aż dwa konkursy, w których święciłam triumfy (chyba zadośćuczynienie za „Karolinkę”). Jednym z nich był przegląd piosenki niemieckiej, który wygrałam, bo w swojej kategorii miałam jednego konkurenta, który akurat zapomniał tekstu. No ale co. Wygrana to wygrana. Nagroda za I miejsce jest? Jak najbardziej. Drugi znów na jakimś przeglądzie, także prestiż ten sam, a dodatkowo mieliśmy wystąpić jako „klasowy chórek”, a ostatecznie wyszła „solistka z chórkiem”, także stojąc na scenie i śpiewając o krasnalach, oczyma wyobraźni widziałam pełne stadiony z milionami fanów.

Stopniowo coraz chętniej korzystałam z angielskiego repertuaru.

W 4 klasie już śpiewałam, wymienioną wyżej, moją mentorkę Hannah Montanę. To znaczy jej piosenkę. Wystąpiłam z nią dwa razy – raz w szkole, na dniu talentu, gdzie nie omieszkano zapomnieć o moim „talencie językowym” podczas zapowiedzi. Drugi raz na festynie, a sam radny województwa podszedł do mnie, aby zapytać, jak to możliwe, że mam taką wymowę po angielsku „w tym wieku”.

Odpowiedziałam krótko: „Uczę się proszę pana”.

I nie skłamałam. Korepetycje większości pewnie kojarzą się z pewnym „luzem” w stosunku do szkoły. Można się kilka minut spóźnić bez uwagi, nie ma ocen, problemów z odwołaniem lekcji też nie, przynajmniej tym uzasadnionym. Fajno nie?

No nie. Nie do końca. Nie w tym przypadku. I tu zaznaczam – to nie jest użalanie się ani narzekanie, to są po prostu fakty.

Pierwsze utrudnienie pojawiło się, kiedy w tejże 4 klasie przeprowadziłam się z miasteczka na wieś. Ale do szkoły dojeżdżałam nadal, nie chciałam zmieniać. Korepetycje też tam były, więc musiałam często czekać kilka godzin po lekcjach w parkach, na placach zabaw, czasem gdzieś w biedronce. A wracałam do domu, przy dobrych wiatrach około 18. Przy gorszych o 22.

Same lekcje to nie była też sielanka.

Przynajmniej dla mnie. Może wpływ na to miał fakt, że często nauczyciele spokrewnieni z danym uczniem, czy to w szkole, czy nawet prywatnie w grupie na korepetycjach, nie chcą go faworyzować, więc – mniej lub bardziej świadomie – idą w drugą skrajność i pociotek ma najgorzej „żeby nie było”. Chyba ziarnko w tym jest.

Rozwodzić się nie będę, ale krótko opiszę.

W kwestii spóźnień – przychodziłam przynajmniej 10-15 min przed czasem. Tak na wszelki wypadek. No, w późniejszym czasie też po to, żeby już nie czaić się po ławkach w parku. Grupę miałam czteroosobową. Nie ma jednej osoby (chora, wyjechała, cokolwiek)? Lekcja się odbywa, trzeba uzupełnić. Można w domu lub przyjść na dodatkową godzinę, ewentualnie na lekcję z inną grupą. Do odwołania lekcji nieobecna w teorii musiała być połowa grupy. W teorii. W praktyce nierzadko było tak, że przy dwójce osób lekcja normalnie była. No przy trzech już można było być (prawie) pewnym odwołania… nie, przepraszam… przełożenia lekcji.

Tak, wszystkie musiały się odbyć. Na palcach jednej ręki zliczę faktycznie odwołane (w ciągu prawie 9 lat!) godziny. A ponieważ plan lekcji był zapchany, to zazwyczaj odrabianie było: A) w sobotę; B) w dzień wolny od szkoły; C) jak mieliśmy na późniejszą godzinę do szkoły, to rano, przed – najwcześniejszą lekcję w karierze miałam o 7.30. No i, jak już wspomniałam, od pierwszej klasy podstawówki do połowy trzeciej gimnazjum dwa razy w tygodniu (lub raz na półtorej godziny) zamiast na plac zabaw/miasto/do domu się byczyć, szłam na korepetycje, świątek, piątek, upał, mróz, grad.

I nie chcę być źle zrozumiana – ani nie robię z siebie bohaterki, ani nie kwestionuję zasadności takich stanowczych zasad, bo bez takiego podejścia niewiele bym się nauczyła. Chcę tylko pokazać, że nie dostałam tego w prezencie od losu ani nie wygrałam na loterii. Ciężko zapracowałam, a inni w tym czasie się ze mnie śmiali, pytali, po co mi to.

Jeszcze bardziej śmiali się jakiś czas później.

Gdzieś w okolicach 4 czy 5 klasy podstawówki, dokładnie nie pamiętam, doszły kolejne korepetycje. Tym razem niemiecki. No ale co to za lekcje – z mamą? Daj spokój. No właśnie też nie do końca. Po pierwsze – moja grupa była z miasteczka, ja byłam ze wsi. Więc gdzie były lekcje? W miasteczku, no a gdzie. Także zamiast zostawać po lekcjach 2 razy w tygodniu, zostawałam 4. Po drugie – nie ma co liczyć na ulgi „bo z mamą”, lekcje to lekcje, tam to była nauczycielka. I nie ma wymówek, odwoływania lekcji na kaprys. Nie ma „zapomniałam zadania”, bo miałam w domu swoistą przypominajkę. I ponownie – ja nie uważam tego za złe, wręcz przeciwnie, jak się do czegoś człowiek zobowiązuje, to musi mieć poważne podejście, inaczej szkoda czasu wszystkich – jego, nauczyciela i reszty grupy w tym przypadku. Ale znów – nie wyssałam niemieckiego z mlekiem matki, a wiele osób chyba tak uważa.

Odeszliśmy od tematu, no ale to musiałam uściślić dla właściwego zrozumienia mojego przekazu.

Tak, tu jest przekaz. To znaczy… no nie tu, ale planuję go trochę dalej, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Co z moją karierą, która tak zawrotnie się rozwijała?

No cóż, właśnie około 5 klasy czasu dla siebie miałam tyle, co nic. I chyba ten natłok zadań, obowiązków mnie wbrew pozorom nie do końca zniechęcił, ale pomógł zejść na ziemię i poszukać sobie jakiegoś zawodu z krwi i kości. No i oczywiście studiów. Niewyobrażalne było dla mnie, żebym nie poszła na studia. Nie tyle z powodu jakiejś ambicji, po prostu było to dla mnie naturalne wtedy, gimnazjum, liceum, studia. Nierozerwalna całość. Tak to widziałam, dopiero jakieś 2 lata później dotarło do mnie, że są inne drogi wykształcenia, a wcale nie są gorsze. Szanowałam, ale i tak trzymałam się swojego, zwłaszcza, że wtedy odkryłam powołanie.

Prawo.

To jest to. No przecież. Moje nowe marzenie, czort z fanami i koncertami, kieckę z cekinami zamieniłam na togę. Dodatkowo to powołanie spadło na mnie nagle, dotarło w ułamku sekundy. Któregoś dnia, na moim ulubionym przedmiocie, czyli historii, pani bardzo rozsierdzona upominała kogoś, a ja szlachetnie, odruchowo i tradycyjnie już wstawiłam się za nim. Wtedy właśnie pani trochę „stopniała” i powiedziała słowa, których nie zapomnę „Paulina, Ty będziesz doskonałym prawnikiem”. I wtedy pomyślałam „Tak jest, to jest to!”

Od tamtej pory na obiadkach rodzinnych na pytanie, co chciałabym robić jak dorosnę, odpowiadałam z dumą „po maturze idę na prawo”. Bajki do poduszki zamieniłam na egzemplarze do prawa rzymskiego (naprawdę to czytałam i to bez przymusu!), a nawet przeczytałam 900-stronową encyklopedię historyczną (… od deski do deski), bo po pierwsze, wygrałam ją w ogólnopolskiej olimpiadzie, po drugie, było napisane na dole „dla kandydatów na studia prawnicze”. I nie, nie byłam kujonem, chociaż jeszcze nie tak dawno temu wiele osób nadal mnie tak określało. Niesłusznie. Do niedawna nie potrafiłam siąść i się uczyć, na zasadzie wkuwania czegokolwiek.

Trochę ochłonęłam.

To znaczy, zapał był, ale już nie studiowałam prawa rzymskiego. Przerzuciłam się na polskie. Uznałam to jednocześnie za obowiązek (jako przyszłego wzorowego prawnika), ale też i hobby, no sprawiało mi przyjemność przeglądanie kodeksów. Nie splamiłam się nigdy wkuwaniem na blachę (tfu! gardziłam bardzo kujonami), ale po niedługim czasie miałam przybliżony obraz kar za poszczególne występki, w wolnym czasie wymyślałam argumenty na obronę (dla obu stron konfliktu oczywiście) i trenowałam „prawniczą gadkę” – czyli, jak ja to ujmowałam „umiejętne przedstawienie faktów z uwypukleniem korzystnych, a dyskretnym pomijaniem lub umniejszaniem znaczenia negatywnych, jednak w dalszym ciągu bez mijania się z prawdą”. W niedługim czasie potrafiłam szybko zażegnać każdy konflikt odpowiednim paragrafem. Czasem zmyślonym, ale jak ujęłam to w prawniczy sposób, to nikt nigdy nie kwestionował żadnego.

W międzyczasie skończyłam podstawówkę ze średnią 5,7 i szykowałam się do zejścia piętro niżej, czyli do gimnazjum.

Tak, chodziłam do zespołu szkół. Mało tego. Przeszliśmy tam całą klasą. Z większością osób byłam w klasie 9 lat. Także pozwoliło mi to wyrobić sobie opinię o likwidacji tychże placówek. Ale to nie na dzisiaj, bo już i tak zbaczam z kursu.

W gimnazjum, jak to w gimnazjum.

Szkoła nie była moim priorytetem, poza tym z palcem w nosie miałam dobre oceny, więc po co się stresować. No ale plany na przyszłość się nie zmieniły.

Coraz bardziej przyzwyczajałam się do tego, że będę prawnikiem, czułam się praktycznie jakbym zaraz miała jakiś egzamin na studia, czy coś w ten deseń. Już każdy zdążył o tym się dowiedzieć, rodzinka jak rodzinka, ale znajomi pytali „jak tam Twoje prawo?”, a ja niezmiennie odpowiadałam „byndzie, jakże inaczej?” Nie dziwię się, że pytali.

Byłam raczej wyjątkiem, nawet nie ze względu na stałość planów, ale też w ogóle na ich posiadanie, w dodatku całkiem stanowcze. Na przestrzeni tych trzech lat (a szczególnie w ostatnim roku, jak trzeba było się już zdecydować, co dalej) obserwowałam, jak moi rówieśnicy próbują się pomału ogarnąć i wreszcie jakoś określić. I jak w 1 klasie nikt najmniejszego zainteresowania prawem nie wykazał, tak pod koniec 3 okazało się, że mam dookoła całkiem wielu aspirujących prawników.

Irytowało mnie to. Dla mnie była to niemal świętość, pasja, sens życia. Dla nich duża kasa i duży prestiż, jak się uda, no ale oczywiście w myślach nikt nie przewidywał, że może się NIE udać. A zwłaszcza ja, przecież prawo miałam już we włosach, skórze i paznokciach. Nie przewidywałam innej możliwości dla siebie.

W honorach rozstawałam się z poczciwą szkołą.

Wychodziłam z listem gratulacyjnym do mamy i świadectwem w większości przepełnionym słowem „celujący”.  Nigdy nie uważałam ocen za wyznacznik wiedzy, a tym bardziej inteligencji, ale tym razem trochę się przejęłam nimi – do ostatniego dnia walczyłam o każdą. Chciałam mieć dużo punktów rekrutacyjnych. Co prawda, były mi całkiem zbędne, ale jakoś złapałam się w wyścig szczurów.

Czemu zbędne?

Bo w miasteczku jest tylko jedno liceum, w dodatku dość podupadające. Bierą każdego z otwartymi ramionami. Następne najbliższe liceum było o 30 km dalej – czyli ode mnie, bo jo żech ze wsi dziewoja, to jakieś no, 45 km. Dziennie prawie 100km. Hmm, może jednak nie.

Poszłam zatem do tej zacnej placówki. Z drżącym sercem wchodziłam do niej, drżącą ręką podałam dokumenty w sekretariacie. Nie drżałam o miejsce – tych tam aż nadmiar. Drżałam o mój profil. Z trzech dostępnych – klasycznych, czyli mat-fiz/mat-geo, bio-chem, pol-hist, siebie widziałam na jednym jedynym, za to całym sercem. Niestety, cudowny human nie znalazł zbyt wielu fanów, bo kandydatów było nas aż troje. Wow. Poczułam, że podbijemy świat.

Byłam zatem zmuszona wybrać alternatywną klasę, a między Bogiem a prawdą, idealny profil dla mnie to his-geo, więc pomyślałam, że jak już będę zmuszona zakuć się w kajdany ścisłego przedmiotu, to może geografia na osłodę.

Mimo realnego zagrożenia, nie docierała do mnie powaga problemu. Nie przyjmowałam do wiadomości, że mogę mieć rozszerzoną matmę. Myślałam, że może połączą klasy – human ze starszych roczników, trochę liczniejszy, ale i tak lichy, został włączony w bio-chem. Och, jakże me serce zapłakało, gdy dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta, a i owszem, ale na mat-geo.

Koniec świata.

W koszmarach goniły mnie powyginane na wszystkie strony parabole. Budziłam się zlana potem. Nie, tak nie będzie, nie dam się! W końcu tu się waży moja przyszłość! Co prawda, w teorii nie było przeszkód, żebym szła na prawo, ale nagimnastykować bym się musiała ładnie. Ponad miesiąc zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić. Były chwile, że już godziłam się z losem i myślałam, jak tu gdzieś wskrzesić resztkę humanistycznej iskry.

Zdarzyło się jednak coś przełomowego dla mnie na tyle, że w jeden dzień podjęłam decyzję, której nie umiałam podjąć po tym miesiącu gdybania i rozważania. Będę humanistką za wszelką cenę. Jadę 45 km w jedną stronę z prośbą o przyjęcie.

Jeśli wcześniej drżałam, to teraz miałam objawy zbliżone do symptomów epileptycznych. Szybko dowiedziałam się, że tam chętnych jest zgoła więcej. Było ostatnie miejsce. Nigdy w życiu nie doświadczyłam podobnych emocji. Stanęłam pod gmachem. W porównaniu z miasteczkowym liceum, no cóż, gmaszyskiem. Ten ogrom mnie przytłoczył, ale trudno, nie mam nic do stracenia.

Wchodzę.

Czekam na przyjęcie przez dyrekcję, jednocześnie rozglądając się trochę, bo miasteczkowe liceum to znałam prawie na pamięć, a tutaj wszystko… takie wielkie, takie inne. Poza tym, była możliwość, że jestem tu po raz pierwszy i ostatni, to chociaż popatrzę. Dyrektorka poprosiła do środka, ostatni oddech. Idę. Wchodzę i cichutko pytam, czy może miejsce dla mnie by się znalazło (jak nie human, to może geo-wos albo klasa językowa, cokolwiek, byle bez matmy, no a tu wybór pokaźniejszy, alternatywy znośne). Pani, bez żadnych emocji, prosi o dokumenty. Jak zobaczy, to powie, czy się nadam. Podaję świadectwo. Jeden rzut oka, tak do połowy. Kilka sekund. „Do której klasy chcesz chodzić?”

Tak, świadectwo miałam efektowne.

Wizualnie dobre, bo wszystkie szóstki koło siebie, w dodatku od góry. Nastąpiła zmiana całej formy rozmowy. Dyrektorka od razu jakaś milsza. No i uświadomiłam sobie, że w tej chwili to ja rozdaję karty, bo nawet sobie wybrać mogę dowolną klasę. Mimo wszystko, pozostałam wierna i nie uległam pokusom. Trochę głośniej, ale nadal nieśmiało odpowiedziałam, że ja to bym do humanistycznej chciała. „Oczywiście”. Czułam, że Boga to ja już za nogi złapałam. Po miesiącu psychicznej tortury i lęków, jestem w domu, u siebie, wśród swoich. Jednak wciąż byłam zaskoczona tak bardzo pozytywnym przyjęciem, postanowiłam sprawdzić na tablicy, ile punktów mieli pozostali kandydaci, bo do tej chwili myślałam, że może w miasteczku to ja dobre oceny miałam, ale w mieście to taki raczej standard. Okazało się, że miałam najwięcej punktów nie tylko z klasy, ale w ogóle z rocznika. Szach-mat matematycy.

Pierwszy dzień szkoły witam z entuzjazmem, jakiego dotąd u siebie nie zaobserwowałam, tym bardziej w sprawach szkolnych.

Ale będzie fajnie! Już toczyłam w głowie rozwijające mój światopogląd dyskusje, jakich na pewno będzie wiele, a jak humanistycznie się rozwinę! W końcu chodzę do liceum w mieście. Prestiżowe, ludzie we wsi i miasteczku z nabożną czcią wypowiadali nazwę, a jak słyszeli, że ja to już tam uczennicą jestem… +100 do respektu na wsi.

Entuzjazm mocno przygasł pierwszego dnia lekcji.

Okazało się, że humanistów w klasie humanistycznej można liczyć na palcach jednej ręki. Reszta bała się matmy, chemii, biologii, fizyki, najczęściej wszystkiego naraz, no a do technikum nie pójdą, bo 4 lata i w ogóle siara. Mimo to, nie dałam się tak całkiem zdemotywować. Tylko znów byłam zdziwiona, że jedyna się zgłaszam do odpowiedzi, bo wcześniej myślałam, że w takiej szkole to zniknę w tłumie uczniów inteligentnych, oczytanych i światłych.

I bardzo mnie zdziwiło, że historycy, bo w końcu takie rozszerzenie dobrowolnie wybrali, nie potrafią zdefiniować pojęcia „źródło historyczne”, a moja odpowiedź wraz z rozróżnieniem na pisane i niepisane została przez nauczycielkę przyjęta z aż takim entuzjazmem.

Później bardzo mnie zdziwiło, że poloniści, również nie z przymusu, nie wiedzą, co to jest apostrofa.

A kiedy na matematyce pani zaczęła tłumaczyć, czym są liczby parzyste i nieparzyste, zapaliła mi się czerwona lampka. Okej, z królową nauk nie jestem zaprzyjaźniona, ale obstawiam, że takie pytanie w przedszkolu uszłoby za łatwe.

Szybko okazało się, że klasa ma z humanem wspólną jedynie nazwę.

Ludzie stanowili zlepek osób „niezdecydowanych” lub, co ciekawe, aspirujących prawników. Tak, pierwszego dnia nauczyciele pytali o nasze plany i (znowu!) byłam zdziwiona, bo w szkole jest inna klasa prawnicza, geo-wos. Okazało się, że w „filmowej” (również wspólna z rzeczywistością była nazwa, no ale co poradzę) jest więcej adwokatów niż w „prawniczej”. Wszystko zaczęło coraz mniej mi się podobać. Ale dobra, przecież ja tu przyszłam nie po to, żeby się na innych oglądać, ja siebie rozwijać przyszłam! Mój pęd do wiedzy szybko został umiejętnie wyhamowany… przez nauczycieli i sposób prowadzenia lekcji. I podejście do ucznia.

Dokładne opisy sobie daruję, jestem z zamkniętej społeczności, a nie mam ochoty już mieć nieprzyjemności, wystarczająco się wymęczyłam.

Gdybym podała szczegóły, ktoś mógłby rozpoznać innego, nie chcę afer. Ale ogólnie mogę powiedzieć tyle, że nauczyciele robili konkurencję ze mną „kto więcej umie, ja czy Ty”. Tak, z uczennicą, która przyszła po wiedzę, a nie na licytacje. Wszystko, co robiłam, było komentowane, niestety rzadko pozytywnie, za to jak coś mi nie wyszło… to była uczta. Oho, taka mądra była, a tego nie wie? Oho, taka mądra była, a to pomyliła? I to nie na osobności. Przy całej klasie.

Kiedyś podałam złą odpowiedź na pytanie. Kazano mi podejść do tablicy i rozpisać dokładnie to, co powiedziałam. Nawet nie powiedziano, że to błąd, równie dobrze mogłam przecież napisać dla klasy rozwiązanie, skoro znam. Podczas pisania zauważyłam, że faktycznie się pomyliłam i od razu się poprawiłam, podałam dobrą odpowiedź, ale została ona zignorowana. Za to cała klasa usłyszała, nie pierwszy raz, że już chyba nie jestem taka hop do przodu.

Klasa (z paroma wyjątkami), chętnie w ucztach przeciw mnie uczestniczyła. Nie kryli się nawet za bardzo z komentarzami. Do tego stopnia, że potrafili w klasie do nauczycieli mnie wyśmiać i nie spotykało się to z żadną krytyką.  Najgorsze było to, że byłam sama. Nawet jak ktoś był „po mojej stronie”, to nie wstawiał się za mną w takiej sytuacji. Dostałam ksywkę folksdojcz, bo… jako jedyna z klasy znałam niemiecki. Tak, to był jedyny argument.  Niby żartem, niby tego, a każdy śrubkę dokręcał – nawet ci, którzy niby byli mi przychylni lub przynajmniej obojętni.

Pewnego razu napisałam scenariusz do szkolnej sztuki.

Całą noc pisałam. Wszystko przemyślałam. Przy odczytaniu nagle okazał się zły lub, jak to określili moi przyjaciele z klasy „denny”. Co ciekawe, jak opisywałam kilka dni wcześniej mój zamysł, to nikt nie miał zastrzeżeń (znałam ich już na tyle, że w życiu bym nie przyszła z „niespodzianką”, bo bym z góry była skreślona, więc mniej-więcej uzgodniłam). Jeszcze ciekawsze było to, że nie przeszkadzał im też również, kiedy wyrzucono mnie z własnego przedstawienia za umówioną z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wizytę u lekarza w dniu jednej z prób (nawet nie generalnej) i grano go beze mnie. Niby nic wielkiego, głupi scenariusz. Ale ja wiedziałam, że ich jedynym zastrzeżeniem było to, że ja go napisałam. Dlaczego?

Obietnice złotych gór to standard.

Na obietnicach tam wyszłam jak Zabłocki na mydle. „Jak zrobisz to (najczęściej chodziło o konkurs, czyli reprezentację, do tego nagle się nadawałam), na pewno będziesz miała wyższą ocenę/podwyższone sprawowanie/inne rzeczy”. Z kilku przedmiotów nawet zamiast wyższej dostałam niższą. Z byle powodu. Przepraszam, że nie mam talentu plastycznego, zapomniałam, że jesteśmy w liceum plastycznym lub przynajmniej, że to zajęcia ze sztuki… a nie, jednak nie, no ale rysować nie umiem, to co, niższa ocena. To nic, że reprezentowałam szkołę w konkursie wojewódzkim z tego przedmiotu. To nic. Brzydko narysowałam ptaka.

Najlepsze jednak były z tego wszystkiego komentarze, które dotyczyły wszystkiego poza nauką.

Były takie dotyczące moich przyjaźni lub ich braku (co, gdzie, z kim, dlaczego?), były pytania o mnie i moje prywatne sprawy skierowane… do innych osób. Pytania, czy przypadkiem nie przytyłam, bo jak na początku przyszłam, to byłam chudsza. Swoją drogą dzięki, nie zauważyłam sama. Hmm, czy fakt, że po całym dniu, dwóch przesiadkach autobusowych i prawie 100 przejechanych kilometrach, gdy wreszcie wchodziłam do domu, to byłam wygłodniała i jadłam co popadnie może coś mieć z tym wspólnego? Nie. Chyba nie. Ale powiem wam, śmieszne uczucie, wracać ze szkoły i podziwiać z okien autobusu księżyc.

Ale to nie koniec złotych myśli.

Z wiadomych przyczyn, kiedy jeden autobus mi uciekł, to na drugi nie było szans zdążyć (z mojej wsi musiałam przesiadać się w miasteczku, żeby dojechać do miasta). Podobnie komiczne są sytuacje, że zaspałam na dwie lekcje – wstałam o 6.30. Hehe. No na początku żartowałam z tego trochę, ale potem już mnie to przestało śmieszyć. Zwłaszcza, kiedy po roku tłumaczenia tej sytuacji nadal nauczyciele mówili mi „ale z miasteczka przyjechali, a Ty co, pospać dłużej chciałaś, każdy na lekcje przyszedł, a Ty się wylegujesz”. Tak. Do 6.30. To wystarczy.

W 2 klasie zaczęłam mieć sporo problemów zdrowotnych i często musiałam chodzić do lekarza. Dopiero po interwencji mamy przestano mi wmawiać, że jestem hipochondryczką i robię to, bo nie chce mi się przychodzić do szkoły. Moje nieobecności były dyskutowane na lekcjach i należycie komentowane – uczta trwa. Jak leżałam w klasie podczas przerw krzyżem na podłodze, bo zwijałam się z bólu, a po 45 min w ławce kręgosłup dosłownie się uginał – ale musiałam już być na lekcjach, bo groziły mi nieklasyfikacje pierwszego semestru – to nikt się do mnie nie odezwał. Jeden kolega zaproponował poduszkę. Ironicznie.

Mogłabym pisać tak do jutra, ale to nie jest główny wątek tego, co próbuję przekazać.

Ktoś może mi zarzucić, że np. w kwestii dojazdów wiedziałam na co się piszę, to nie powinnam tego wymieniać. Owszem, ale jak się na to pisałam, to liczyłam na wyrozumiałość lub przynajmniej neutralne potraktowanie.

Najbardziej dotkliwie odczułam to, że straciłam cały zapał i ambicje.

W połowie pierwszej klasy doszłam do wniosku, że nie pójdę na prawo. Czynników było kilka, ale sytuacje wyżej walnie przyczyniły się do skopania mojej leżącej samooceny. Zawsze miałam o sobie raczej negatywne zdanie, ale co do swoich umiejętności i wiedzy byłam przekonana. Nawet nieco zarozumiała i przemądrzała. Cóż, pomogli mi to zwalczyć. Chyba powinnam być wdzięczna, że po czasie spędzonym z nimi zatraciłam swój ostatni bastion pozytywnych myśli na swój temat. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie dam rady dłużej. Czułam się jak zero. Nie wiedziałam, co robić dalej, nie było alternatyw. Sytuacja zdawała się beznadziejna. Przypadkiem znalazłam informacje o egzaminach eksternistycznych i to była moja deska ratunku. Po dość burzliwym procesie rezygnacji z nauki w pięknej placówce, kiedy zdałam sobie sprawę, że już nie jestem od nich zależna, poczułam niewyobrażalną ulgę. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki ciężar nosiłam.

I po co ta cała historia? Co z tym przekazem? No teraz już naprawdę mówię.

Ta cała opowieść ma na celu przekazanie kilku rzeczy, zacznę od mniej ważnych:

  1. Chciałam, żebyście sobie uświadomili, jak zmieniały się wasze marzenia, trochę przemyśleli, czy droga zawodowa, jaką wybraliście, jest satysfakcjonująca, idziecie za głosem serca, czy może wpłynęły na nią jakieś inne czynniki?
  2. Ukończenie szkoły i ogólnie zdobywanie wykształcenia nie musi być zdobywane „jedynym, słusznym przyjętym sposobem”. Są alternatywy i nie są one wcale gorsze, niż powszechne sposoby (czytaj: chodzenie do szkoły/na uczelnię).
  3. Nie warto w imię wykształcenia, nawet najlepszego, rujnować się od środka. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, reaguj, zmieniaj to!
  4. Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. Nieważne, czy jesteś w szkole średniej, czy w połowie studiów, zawsze możesz poczuć, że „to jednak nie jest to” i spróbować od nowa.

I najważniejsze, co najbardziej chcę omówić i co, mnie osobiście, najmocniej dotyka ostatnio:

5. Nie pozwól, aby papierek lub jego brak definiował Twoje poczucie własnej wartości ani to, jaką osobą jesteś.

Ten punkt rozwinę.

Jak postrzega mnie otoczenie w tej chwili? Bliższe, dalsze, obojętnie. Chyba nietrudno się domyślić.

A jak Ty reagujesz, gdy słyszysz, że ktoś młody przerwał naukę? Gdy słyszysz, że ktoś nie ma wykształcenia średniego? Gdy dowiesz się, że ktoś skończył wieczorówkę, inną szkołę zaoczną, jak postrzegasz jego świadectwo, tak samo, jak osób, które szkołę kończyły „normalnie”?

Czy Twoje reakcje pokrywają się z tymi, które wymieniam poniżej?

A) Ktoś młody rzucił szkołę (poprzez „rzucił” rozumiem także tych, którzy zamierzają dalej kształcić się zaocznie, ale zwykle to bez znaczenia): Marnuje sobie życie. Pewnie z patologicznej rodziny. W głowie tylko mu balety i chlanie. Do emerytury będzie zapieprzał na najniższej krajowej w fabryce/maku/jako sprzątacz albo w ogóle na socjalu. Tylko czekać, aż zrobi sobie dzieciaka, żeby więcej kasy z państwa ciągnąć i dalej szerzyć te patologiczne wzorce. Może nawet w złe towarzystwo wpadł, kradnie, bierze?  Nie chciało się uczyć, do szkoły chodzić, potem będzie płacz i zgrzytanie zębów.

B) Ktoś nie ma „nawet” wykształcenia średniego: Debil. Leń. Do niczego się pewnie nie nadawał. Jak można nawet zawodówki nie skończyć? Przecież to każdy głupi dałby radę jakoś przemknąć. Pewnie nie ma nawet o czym z takim kimś gadać, o czym rozmawiać z kimś, kto tylko podstawówkę (gimnazjum) skończył? Tacy ludzie mają prawa wyborcze w tym kraju i się dziwić, że jest jak jest?

C) Ktoś uzyskał świadectwo „alternatywną metodą” (np. w wieczorówce, liceum zaocznym, eksternistycznie): Pff. Pewnie kupione. Co to za świadectwo, może sobie tyłek podetrzeć. Co on z tym ma, nawet na dobre studia go nie wezmą. Nie chciało się normalnie skończyć szkoły? Za głupi był na pewno, nie dawał sobie rady, to musiał jakoś sobie wykombinować ten papierek inaczej.

Odpowiedzcie szczerze sami przed sobą – czy tak nie reagujecie?

Ktoś z was musi. Bo to niemożliwe, żebym tylko ja się z takimi zetknęła. Chwilowo jestem kompilacją wszystkich trzech przypadków i słyszę niesamowitą sałatkę wszystkiego po trochu.

I się dziwicie, że czuję się potraktowana niesprawiedliwie?

Okej, może oceny nie świadczą o mojej realnej inteligencji i wiedzy. Tak samo jak wszystkie konkursy. Może fakt, że znam dwa obce języki też nie jest niczym wybitnym. Ale dlaczego dopóki chodziłam do szkoły i chciałam iść na prawo – otoczenie uznawało mnie za mądrą osobę, na poziomie, taką, która ma coś do powiedzenia. Która coś osiągnie w życiu. A kiedy tylko przerwałam naukę, nagle stałam się patologiczną idiotką, leniwą i generalnie skończoną, w ogóle nie wartą uwagi i chwili rozmowy. Czy te wszystkie czynniki – wiedza, inteligencja – zmieniły się jakoś? Czy wpłynął na nie mój brak kawałka papieru, który, uwaga, i tak planuję uzyskać, tylko „inaczej”?

No właśnie, następna kwestia.

Pominę fakt, że przerwałam „normalną” naukę nie z lenistwa czy kaprysu, powody wymieniłam powyżej. Ale dla większości osób ja tę szkołę R Z U C I Ł A M. I koniec. I dalej nic nie ma, socjal lub zamiatanie ulic. Nawet nie chodzi o to, że i bez tego papierka mogłabym coś osiągnąć. Chodzi o to, że ja nadal planuję go uzyskać. Tylko niekoniecznie chodząc do szkoły.

Do większości osób to w ogóle nie dociera – rzuciłam i tyle.

Ale zdarzy się ktoś, kto zapyta „no dobra, to co Ty chcesz zrobić?” I wtedy ja wypowiadam iście magiczną formułę „egzaminy eksternistyczne”. Magiczną, bo u każdego powoduje identyczny wyraz twarzy – delikatnie mówiąc, uprzejmego zdziwienia. Tak naprawdę jest to wykrzywienie skrajnego szoku wymieszanego ze strachem. No tak, bo nikt u nas na wsi ani nawet w miasteczku tak jeszcze wykształcenia nie zdobył, więc na pewno to jakieś wymysły. Na pewno. A jeśli już to i tak nie to samo, co NORMALNE świadectwo. Czym się moje będzie różnić, ktoś może zapyta? Jednym szczegółem. W miejscu na nazwę szkoły będzie wpisane „zdane eksternistycznie”. To wystarczy, żeby dla większości to było gówno warte. A ja razem z tym „czymś”.

Skłamię, jak powiem, że się nie przejmuję. Dobra, nie musiałam tego mówić, napisałam całą epistołę moich bóli i żali.

No ale powiedzcie, nie byłoby wam przykro? Najpierw w szkole było tak, jak było. Nie dałam rady psychicznie (oj, już co ona takiego tam miała strasznego, bez przesady, szkoła to szkoła – tak myśli sporo osób z mojego otoczenia). Znalazłam sobie alternatywę, furtkę. 11 egzaminów. Będę się musiała sama do nich przygotować, w sumie już to robię, powtarzam materiał z trzech lat liceum, mam na to jeszcze dwa miesiące. W tym momencie osoby zwykle pytają „i co, to tak za darmo?”. A kiedy słyszą, że nie, to dla nich już wszystko jasne. Cwaniacki uśmieszek. „Oho, kupujesz sobie świadectwo!” Nie do końca, bo aby je dostać, muszę wszystko zdać, tak samo, jak wy musicie bądź musieliście zaliczać wszystkie sprawdziany. Ale to już nie dociera.

Dla nich jestem mniej wartościowa.

Dla mnie to dość logiczne, że te egzaminy są płatne. Za szkołę zaoczną czy wieczorową przecież też się płaci. A wcale to nie znaczy, że od razu dostaje się gotowe świadectwo. No ale niektórzy myślą, że moja wiedza była fajna w szkole, a teraz już muszę się wspomagać, żeby mieć wykształcenie. Hi, hi… hipokryzja?

Dlatego apeluję do każdego, kto nie wymiękł i przeczytał to.

Unikajcie takiego stereotypowego myślenia. Nawet jeśli ktoś nie będzie miał tego wykształcenia, to może być milion razy bardziej wartościowym człowiekiem od kogoś, kto skończył kilka uniwersytetów. A poza tym, nie wiecie, dlaczego ktoś zrezygnował z nauki. Może wcale nie z lenistwa? Może za tym się kryją inne problemy?

Muszę się przyznać, że kiedyś sama miałam podobne myślenie.

Jak ktoś nie zdał do następnej klasy, to myślałam, że albo debil, albo skończony leń, bo „przecież to żadna filozofia zdać na dwójach”. Dopiero wtedy, gdy poznałam kilka osób, które uświadomiły mi to, że powody mogą być zupełnie inne, to przestałam tak myśleć i zaczęłam też starać się wpłynąć na tych, którzy mówili mi „patrz, ta nie zdała, idzie do wieczorówki”. Ale i tak nie spodziewałam się, że któregoś dnia ja będę na tym miejscu. Przecież ja miałam skończyć prawo, mieć tytuły, honory, pozycję społeczną. Priorytety mi się pozmieniały.

Kim chcę być teraz?

Do końca nie wiem, ale znalazłam jakiś rok temu coś, co naprawdę jest moim… żywiołem. Nie chodzi o to, że prawo nim nie było – trochę do dziś nieraz mi smutno, że z tego zrezygnowałam, bo dobrze się w tym czułam. Ale doszłam do wniosku, że ja potrzebuję wolności. I nie mogę spędzić całego życia w pogoni za karierą. Ja muszę latać. Latać, tak. Podróżować. To właśnie chcę robić, to właśnie sprawia mi największą przyjemność. Przewartościowałam cały swój świat. Już nie chcę „mieć”, chcę „być”. Chcę zobaczyć jak najwięcej z tego, co świat ma do zaoferowania. I robię wszystko, aby do tego dążyć, zdobywać. Dlatego liczę się z tym, że fotosynteza dla człowieka to raczej nie wypali, a i na pieszo oceanów nie przejdę, ale wszelką pracę zawodową chciałabym łączyć z podróżą lub, gdy okaże się to niemożliwe, stawiać na dalszym planie.

Ale co dokładnie będę robić, to jeszcze nie wiem. Mam czas myśleć, przynajmniej do końca października.

Aha! No i najważniejsze – 10 dni temu zakwalifikowano mnie do egzaminów. Poczułam, że to już się dzieje i nie jest mrzonką albo czczą gadaniną. Już 6 października o 15.00 zaczynamy, także staram się ciągle coś wkuwać (a tak gardziłam kujonami!)

A o samych egzaminach też wspomnę – szczególnie z dedykacją dla osób, które są w podobnej sytuacji do mojej. Ja osobiście nie trafiłam na zbyt wiele wiarygodnych opinii, bo zdecydowanie nie jest to powszechna metoda, dlatego chciałabym, aby moi „następcy” mieli trochę łatwiej. Ale to dopiero, jak dowiem się już absolutnie wszystkiego.

No i co, tyle. Do następnego.

PS. Dzisiaj napisałam do kolegi, czy zechce mnie przyjąć do zespołu. Powiedział, że zobaczy, co może zrobić, ale on nie widzi problemu. A może jednak pierwsza myśl – piosenkarka – zawsze jest najlepsza? 

 

 

 

 

 

 

Emocjonalny przeciek.

Tak, to ja.

Tak, zapał do zaśmiecania internetów swoimi przemyśleniami jeszcze nie minął.

Przechodzę coś w stylu kryzysu tożsamości, choć brzmi to kretyńsko, ale chyba o to chodzi w tym wszystkim. Stoję na rozstaju i widzę różne ścieżki. Nie wiem, która zaprowadzi mnie tam, gdzie chcę z jednego prostego powodu. Bo nie wiem, dokąd chcę iść, co jest tym „celem” i czy aby na pewno warto do niego dążyć. Błądzę, zawracam, skręcam. Szukam siebie.

Wszystko we mnie wiruje. Przepływają miliony myśli. Słyszę echa przeszłości, które uparcie nie chcą zamilknąć. Przyszłość to zagadka. Nie wiem, czy chcę ją poznać.

Ten chaos uzewnętrzniam niestety tutaj, cóż, jakby nie było, to jest część mnie.

Ta strona powstała w momencie przełomowym dla mnie. Miała pomóc mi wyrażać to, czym od zawsze chciałam się dzielić z innymi. Poprzednie blogi pisałam dla innych. Pod publikę. Na siłę, kiedy nie miałam ochoty, ale „żeby nie było przerwy, bo o mnie zapomną…” Tematy nie płynęły ze mnie. Nawet sztuczne uśmiechy na zdjęciach nie były moim prawdziwym szczęściem.

Zawsze miałam opór przed pisaniem całkowicie „od serca”. Kiedyś pisałam o rzeczach, które mnie nie interesowały, bo chciałam być czytana, zyskać akceptację. Wychodziło tak, że sama siebie nie akceptowałam. Narzucałam sobie swoistą cenzurę, edycja zajmowała nierzadko więcej czasu niż stworzenie tekstu „pierwotnego”, najbardziej naturalnego. Każdy temat dokładnie analizowałam. Czy trafi do ludzi. Czy nikogo nie urazi. Każdy przejaw, nazwijmy to, „wylewu emocji i prawdy na klawiaturę” szybko usuwałam, zbyt subiektywne, zbyt kontrowersyjne, zbyt moje. Bałam się krytyki.

Długo dojrzewałam do tego, aby w końcu spróbować przestać się wstydzić siebie. Owocem mojej wewnętrznej walki jest właśnie ta witryna. Jednak ona wciąż we mnie trwa.

Znów poczułam znajomą frustrację. Czytałam swoje wpisy, planowane szkice. Pierwsza myśl? „To nie są moje słowa”. Owszem, poszłam krok do przodu. Piszę o sprawach, które naprawdę są mi bliskie. Ale nadal wychodzi sztucznie. Nadal się boję pisać w stylu, w którym mam ochotę – bo wielu on nie podpasuje. Nadal część pomysłów wyrzucam – bo nie będzie to coś, co ludzie chętnie czytają w czasie wolnym. Nadal nie potrafię się otworzyć na tyle, żeby wyrazić jasno i dobitnie swoje stanowisko, opisać szczere odczucia, przestać się ich wstydzić.

Moje obawy i lęki nie biorą się znikąd. Od lat żyję z osobą, która mnie nienawidzi. Krytykuje wszystko, co się da. Mój wygląd. Moje zainteresowania. Moje opinie i światopogląd. Mój gust. Moje marzenia. Moje uczucia. Moje myśli, słyszy je i komentuje, drwi, wyśmiewa. Wie, gdzie uderzyć, żebym za każdym razem znów rozpadła się na kawałki. Zna wszystkie moje słabości, bo jest ze mną ciągle, odkąd pamiętam. 24/7.

Tak, najgorsze jest to, że to ja jestem swoim przeciwnikiem.

Użalanie się, co? Jakaś zakompleksiona grafomanka coś pieprzy, typowa attention whore, uwagi jej brakuje. Przecież każdy bywa w stosunku do siebie krytyczny. Każdy ma jakieś tam kompleksy, opory, coś, czego w sobie nie lubi. Kolejnej gówniarze w dupie się przewraca, sobie szuka problemów na siłę.

 Jeśli tak myślisz, zazdroszczę Ci, naprawdę. Też bym chciała tak myśleć. To po prostu znaczy, że nie wiesz, jak bardzo można sobą gardzić. I oby tak zostało.

Chociaż w sumie… To nie jest takie złe. Trochę różnych myśli, raz mniej, raz więcej. Przypominają zwierzątka albo chochliki. Całkiem miłe. Na ogół da się z nimi żyć i nawet jako tako funkcjonować w społeczeństwie. Bywają jednak czasem psotne, potrafią sprawić, że nie masz siły wstać z łóżka, robić cokolwiek. Bardzo lubią wprawiać w otępienie i poczucie tak zwanej „beznadziei” – w całym szerokim tego słowa znaczeniu. Ale to rzadko. Zazwyczaj to nie rzucają się w oczy. Otoczenie nie wie o tych stworkach, a jak się o nich dowiaduje, to jest w niezłym szoku. Sami widzicie – nic wielkiego. To tylko ja, nikt ważny, idźcie dalej.

Odpłynęłam nieźle. Wróćmy do strony.

Trochę czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że tworzenie jej będzie DLA MNIE. Nie dla innych. Piszę DLA SIEBIE, DLA WŁASNEJ przyjemności, żeby SIEBIE realizować w tym, co JA lubię – czyli pisaniu. Żeby robić to tak, jak JA chcę, poruszać tematy, które DLA MNIE są w danej chwili ciekawe, ważne lub po prostu JA mam ochotę SOBIE o nich pisać. A nie da się pisać osobistych przemyśleń chłodno, bez emocji, obiektywnie. To znaczy, można tak prowadzić stronę. Ale nie jest wtedy osobista. I nie ma radości z tego.

I to wcale nie znaczy, że nie chcę, aby ktoś to czytał. Wręcz przeciwnie – to też jest ważne, też jest moim celem. Chciałabym tu się dzielić i wymieniać informacjami, opiniami. Cieszyłabym się bardzo, gdyby ktoś, ktokolwiek jeden, znalazł tu coś, co uzna za wartościowe dla siebie albo coś, z czym się zgadza i fajnie było przeczytać. I wierzę, że gdzieś takie osoby są. Jeszcze nie tu – to na razie oaza dla mojego introwertyzmu – ale są. A kiedyś tu trafią, może jutro, może za miesiąc, rok, dwa, dziesięć. Jeśli tylko wyniosą z tego pożytek, jakikolwiek, nawet taki, że pośmiali się z mojej gadaniny, to czuję się spełniona – w końcu poprawiłam komuś humor. O to chodzi.

Dlatego odcinam się pomału od tego uporczywego szukania czytelników, dopasowywania się do nich. Sami mnie znajdą, w swoim czasie.

Może to truizmy. Może brzmi naiwnie. Dla mnie też, ale potrzebowałam to sobie napisać. Wyrzucić z siebie (och, słodkie katharsis!), nadać postać materialną, może łatwiej będzie w to uwierzyć.

Nie poprzestaję na gadaniu. Ten post, miejmy nadzieję, będzie początkiem „drogi ku lepszemu”, przede wszystkim w tym, co tu robię. Sama sobie się troszkę dziwię, że go udostępniam i pewnie będą palce świerzbić, żeby skasować zaraz. Sporo mnie kosztowało obnażenie siebie i swoich przemyśleń. Z jednej strony jest mi lekko, z drugiej trochę się denerwuję, wstydzę nadal. Ale wtedy przypominam sobie, że: Po pierwsze, jestem tu sama. Po drugie, nawet jak ktoś tu zbłądzi, to prawdopodobnie daruje sobie wnikliwą lekturę. Po trzecie, jak mam być autentyczna i prowadzić osobistą stronę bez mówienia o sobie, o tym co myślę i czuję?

Starczy już. Trochę się odmelancholijniłam (ależ frankensztajna stworzyłam), trochę wzięłam w garść. Bardzo bym chciała to utrzymać jak najdłużej. Najważniejsze jest to, że poczułam się tutaj, w moim zakątku, dobrze i swobodnie. Po raz pierwszy. Zamierzam to wykorzystać i być może uda mi się w końcu ostatecznie dopasować wygląd, no i dalej całą resztę. Fajnie byłoby się otworzyć, tak całkiem.

Nie wiem, kiedy, ale wiem, że wrócę.