Antyfeminizm – śmiać się czy płakać?

W swoim otoczeniu miałam sporo kobiet, jak również mężczyzn, których poglądy można określać mianem „antyfeminizm”.

Zawsze starałam się z tym polemizować, ale większość osób była już przekonana do swojego zdania i kropka. A chyba nikt nigdy nie podał mi racjonalnego argumentu na poparcie swoich wynurzeń. Bo takich po prostu nie ma.

Tak, jestem feministką.

Pewna nauczycielka z liceum pieszczotliwie ochrzciła mnie wręcz „klasową emancypantką”. Za każdym razem, gdy to słyszałam, zastanawiałam się – czy moje zdanie jest naprawdę aż tak rewolucyjne, czy ja wymagam Bóg wie czego?

Postanowiłam zatem przeszperać internet i własną pamięć w poszukiwaniu najczęstszych twierdzeń na poparcie tej, moim zdaniem, niemądrej teorii, jaką głoszą antyfeminiści.

Rozprawmy się najpierw z wizerunkiem samej feministki.

Oczekiwania:

  • Babochłop z wąsem. Czasem zdarzy się jakaś bardziej urodziwa, ale zawsze zaniedbana, bo przecież nie będzie przez mężczyzn uprzedmiotowiona i sprowadzona do obiektu fascynacji seksualnej.
  • Nienawidzi płci przeciwnej, bez wyjątków. Wszyscy faceci to dla niej ciemiężyciele, przez których od wieków pozycja kobiety w społeczeństwie była gorsza.
  • Głosi swoje hasła natarczywie, nie stroni od radykalnych form protestu – aż po spacer bez koszulki. Nie toleruje odmiennego poglądu, a jej własne ograniczają się do pokrzykiwania o patriarchalizmie, niezależnie od danej sytuacji i tematu, zawsze gdzieś to wpasuje.
  • Chce być wyzwolona, nie wyobraża sobie związku, a co dopiero rodzenia dzieci i zajmowania się domem. Karierowiczka za wszelką cenę, chociaż i tam doszukuje się mizoginii, dlatego bywa tak, że często rzuca pracę z dnia na dzień, bo ktoś ją tam dyskryminuje.
  • Gardzi kobietami, którym pasuje tradycyjny podział ról między płciami. Uważa je za zdrajczynie, a przecież obowiązuje solidarność jajników!

Rzeczywistość:

  • Czy jestem urodziwa to już kwestia gustu, ale raczej staram się dbać o siebie, lubię się pomalować, wystroić. Znane mi feministki także są schludnymi, dobrze wyglądającymi kobietami. Z moich obserwacji wynika, że częściej zaniedbane są te, które poświęciły się rodzinie – oczywiście rozumiem to, że taka matka, żona i gospodyni domowa ma mniej czasu dla siebie, a zatem na pielęgnację też. No i przecież nie jest to regułą.
  • Jak mogłabym domagać się szacunku dla mojej płci, jednocześnie nienawidząc przeciwnej? Jeśli ktoś krzyczy o dyskryminacji, a sam się jej dopuszcza, to jest nikim innym, jak hipokrytą. Ja z takimi się nie utożsamiam. Równouprawnienie oznacza dla mnie dokładnie to, co zawiera nazwa – równość. Obronię zarówno kobiety dyskryminowanej za bycie kobietą, jak i mężczyzny dyskryminowanego za bycie mężczyzną. Dobrze wiem, że takie zjawiska działają w obie strony.
  • Unikam narzucania komuś moich poglądów. Lubię o nich podyskutować, jeśli rozmówca ma jakieś solidne, rzeczowe argumenty, nawet próbuję jego punkt widzenia zrozumieć. Niestety, antyfeminizm nie zaimponował mi dotąd pod tym względem, jest raczej ubogi w cokolwiek związanego z racjonalizmem. Moje zdanie w różnych dziedzinach nie sprowadza się zawsze do jednego, rozgraniczam to i nie wciskam haseł o patriarchalizmie gdzie się da. Potępiam nachalne akcje, które mogą kogoś urazić czy zniesmaczyć – po pierwsze, bo naruszają godność drugiej osoby, odbiorcy. Po drugie, bo szkodzą wizerunkowi danej grupy społecznej.
  • Osobiście dzieci mieć nie zamierzam, ale jest to decyzja przemyślana i nie ma nic wspólnego z feminizmem. Natomiast w związku jestem od kilku lat. Feministki w moim otoczeniu zazwyczaj też mają drugą połówkę (lub, jeśli akurat zakończyły relację, to nie zamykają się na nowe w przyszłości), sporo z nich jest po ślubie lub chce go wziąć w przyszłości, nawet rodzą dzieci. Jedyna różnica to taka, że zwykle panuje inny podział obowiązków w domu. Ale co jest złego w tym, że mężczyzna pomoże w sprzątaniu lub zajmie się trochę własnymi dziećmi? Co do kariery, to w moim przypadku zupełnie poboczna sprawa, bo mam inne priorytety. Nie widzę jednak przeszkód w tym, aby kobieta spełniała się zawodowo, będąc jednocześnie dobrą matką i partnerką. Partnerką. Równorzędną.
  • Każdy żyje tak, jak mu się podoba. Niektórym paniom pasuje tradycyjny model rodziny, wolą zająć się domem. Co kto lubi. Ja się nikomu nie wtrącam, jeśli tylko ma możliwość i warunki (czyli męża będącego w stanie utrzymać wszystkich z jednej pensji), to świetnie, niech korzysta, skoro tak jest jej dobrze. Nie uważam, żeby była w jakikolwiek sposób gorsza od nas, „emancypantek”, bo nie wychyla się i podoba jej się rola gospodyni domowej. Ale proszę o taki sam szacunek dla mojego stylu życia, a przede wszystkim umożliwianie mi prowadzenia go tak, jak chcę.

Ktoś uważny powie „Ha, mam ją, a co z feministami płci męskiej?” Ich nie wzięłam pod uwagę tutaj z kilku względów.

Przede wszystkim dlatego, że ciężko mi się z nimi utożsamić i jakkolwiek reprezentować ich stanowisko z przyczyn oczywistych – nie jestem jednym z nich. A nie chciałam tworzyć tutaj jakichś fascynacji na ten temat.

Oprócz tego społeczeństwo często ich pomija, o ile w ogóle dopuszcza do siebie istnienie takowych. A ja chciałam skupić się na powielanym schemacie, który odnosi się głównie do pań.

Po części rozumiem te stereotypy – łatwiej ludziom coś zaszufladkować, przykleić etykietkę na podstawie kilku wyróżników, które im akurat pasują do światopoglądu. W końcu niektóre kobiety mianujące się „feministkami” sprawiają, że antyfeminizm wydaje się nie być taką złą opcją.

Jednak nadal jestem zdania, że człowiek inteligentny jest otwarty, nie sprowadza wszystkiego do wspólnego mianownika, znanego sobie i tworzącego jakąś prawidłowość – najczęściej ze sprawdzalnością 0,01%, ale ten margines jest wychwytywany podczas filtrowania otoczenia, a reszta jest pomijana. Reguła to reguła, nie?

No ale zobaczmy co tam ma nam do zaoferowania antyfeminizm…

Jak już wspomniałam wcześniej, wygrzebuję to z internetu i doświadczeń. Obstawiam jednak, że zetknęliście się z większością tych stwierdzeń – niezależnie po której stronie barykady jesteście.

1. Feministki twierdzą, że każda kobieta chce emancypacji. A to nieprawda!

Oczywiście, że tak nie jest. Sama napisałam to powyżej. Panie szanowne „housewife” czy inne kurki, nikt was nie chce na siłę emancypować. Jeśli chcecie być gospodyniami, uszczęśliwia was to, spełniacie się – droga wolna. Istnieją jednak kobiety, którym taka rola nie odpowiada i to o ich prawa rozchodzi się dyskusja. Wam nikt nie broni siedzieć w domu z dziećmi, wy nie zabraniajcie nam żyć inaczej. Panowie, jeśli chcecie takiego związku, to zawsze znajdzie się chętna, która się odnajdzie w tradycyjnym modelu rodziny. Nie każda jednak się zgodzi na taki układ, ale… też nie każdy mężczyzna chce takiego układu. Pilnujcie zatem siebie i swojego ogródka.

2. Feminizm to wymysł XX/XXI wieku. Kiedyś nikt nie narzekał, każdy był zadowolony z tradycyjnego podziału ról.

Eee… muszę Cię rozczarować. Nie. Nie było tak. Zawsze były kobiety, którym do kur domowych było daleko. Wiele z nich zostało do tej roli zmuszone, bo zwyczajnie wyjścia nie miały. Już Aśka D’Arc była wzorem dla tych, które miały inne predyspozycje niż gotowanie, sprzątanie, oporządzanie dzieci i męża. Pomijając już słynne „Kopernik była kobietą”, co może i jest teorią spiskową, ale na pewno takie rzeczy się działy – panie, którym nie po drodze było z panującymi standardami kombinowały jak mogły, a najprościej było udawać mężczyznę.

Poza tym, dawniej małżeństwa były aranżowane, a zatem były polityką, nie miłością – skoro tak bardzo chcecie powrócić do korzeni, to może to też uwzględnijcie? Taki związek był instytucją, a w każdej instytucji jest ścisły podział obowiązków, nie ma „wybierania sobie”, co się chce i lubi robić, tylko wykonuje określone zadania. Natomiast, moim zdaniem, skoro obecnie dobieramy sobie partnerów kierując się uczuciami (no, w większości), to może warto by było nic drugiej osobie nie narzucać, skoro chcemy jej szczęścia?

3. To przez feministki wiele kobiet zostało zmuszonych do pracy zarobkowej – mężczyźni zarabiają za mało na utrzymanie rodziny.

Tak, to przez feministki. Czy słowo „kapitalizm” cokolwiek Ci mówi? W ogóle „ekonomia”? Wiesz Ty, że od wieków niektórych mężczyzn nie było stać na utrzymanie rodzin i wówczas kobiety albo imały się jakichś zajęć, typu szycie, coby dorobić, albo przymierali głodem (dosłownie)? Niewielu było stać na godne życie z jednej pensji już wtedy. No i co wtedy, gdy mąż zmarł, myślisz, że taka kobieta czekała na wybawiciela dla niej i dzieci? A takie rodziny chłopskie, gdzie wszystkie pokolenia na roli tyrały? Tęskno Ci do takich czasów?

4. Feministki to wygodnickie paniusie, którym nie chce się babrać w pieluszkach. Każda bez wahania usunęłaby ciążę!

Eeech. Tutaj mamy dwa ważne aspekty do omówienia. Macierzyństwo i aborcja. Zatem po kolei.

Najbardziej denerwuje mnie społeczny przymus do posiadania potomstwa. Moi drodzy, ustalmy to raz na zawsze. Nie każda z nas ma instynkt macierzyński. „Zobaczy i pokocha” to mit. Nie dla każdej z nas dziecko to „małe, urocze stworzonko”, dlatego nie wszystkie chcemy je rodzić. Są też takie – jak na przykład ja – dla których dziecko to za duża odpowiedzialność, po prostu. No ale co, gdy już zdarzyło się niechciane poczęcie?

Aborcja to temat rzeka, ale chociaż zanurzmy w niej kostki, spróbujmy. Osobiście jestem za aborcją na żądanie, lepsze to według mnie niż przekreślanie dwóch życiorysów – matki, która nigdy nie stworzy dziecku ciepłego, rodzinnego gniazdka oraz tego dziecka, które od małego nie zazna miłości, będzie odrzucone i niechciane. Ale ustalmy to, że nie każda feministka jest podobnego zdania. Zarówno odnośnie macierzyństwa, jak i przerwania ciąży. Jest wiele nowoczesnych matek, które łączą jedno z drugim bez problemu. I wielu ojców – bo ich jakoś zawsze sprytnie się w tym temacie pomija – którzy potrafią pomóc swoim partnerkom tak, aby one nie musiały z niczego rezygnować. Da się, uwierzcie. I dzieci są szczęśliwsze, gdy rodzice się spełniają.

5. Dwoje pracujących rodziców to dla dzieci brak wychowania. Lepiej, żeby matka była w domu.

To też uściślimy. Jeśli rodzice mają gdzieś swoje dziecko, to mogą mieć dla niego nawet cały dzień i wciskać mu tableta, komputer albo wyganiać na dwór, żeby mieć święty spokój. Jeśli rodzice swoim dzieckiem się interesują, to nawet w najbardziej zapracowanym dniu znajdą choćby godzinę tylko dla niego. Na zbudowanie więzi, zaufania i dobrej relacji nie trzeba całych dni, trzeba szczerej chęci i wytrwałości. Dla kochającego rodzica to nie będzie kolejny obowiązek, tylko czas przyjemny i odprężający. Poza tym kobieta, która będzie sfrustrowana swoją rolą społeczną nie będzie tak dobrą matką, jak spełniająca się zawodowo (jeśli ma takie życzenie).

Na dzisiaj to tyle, ale jeśli przyjdzie mi do głowy coś jeszcze, to na pewno napiszę drugą część posta.

Antyfeminizm w moim odczuciu to głupota, jak każdy ruch atakujący kogoś, kto domaga się swoich praw, jednocześnie nie naruszając swobód innych osób. Drogie housewife, my walczymy tak samo o swoje prawa, jak i o wasze. Wbrew pozorom. Bo walczymy o to, żeby każda z nas mogła żyć tak, jak chce. Niezależnie od tego, czy woli być przebojową karierowiczką czy strażniczką domowego ogniska.

Walcząc z nami, walczycie ze sobą.