Albania – Świat moim okiem #1

Albania – Świat moim okiem #1

Postanowiłam rozpocząć kolejną serię postów na mojej stronie. Tym razem dotyczyć ona będzie mojej największej pasji – podróży i poznawania świata. Dzisiaj Albania, jeden z krajów, które udało mi się zwiedzić. Wybrałam właśnie ją na pierwszy wpis, ponieważ to tam odbyłam ostatnią większą podróż. Mogę zatem dzielić się przemyśleniami jeszcze, bądź co bądź, świeżymi.

„Szablon” do opisów tworzę teraz, na bieżąco, więc być może będzie on udoskonalony.

1 . Informacje ogólne
Albania

Nazwa: Republika e Shqipërise (pol. Republika Albanii)

Stolica: Tirana

Język: albański

Powierzchnia: 28 748 km² (dla porównania: Polska – 312 679 km²)

Liczba mieszkańców: 3 039 594 (dla porównania: Polska – 38 437 239)

Waluta: 1 lek = 100 qindarek, w obiegu głównie monety powyżej 5 leków (100 ALL = ok. 3,16 PLN)  

Strefa czasowa: zima: UTC +1, lato: UTC +2 (tak samo, jak w Polsce) 

Ustrój: republika

Głowa państwa: prezydent, obecnie Ilir Meta 

Głowa rządu: premier, obecnie Edi Rama

Religia dominująca: islam

Główne narodowości: Albańczycy 89,4%, Macedończycy 4,8%

Hymn: Hymni i Flamurit (Hymn o Fladze)

2. Moja znajomość z krajem

Ilość wizyt: 1

Kiedy i jak długo tam byłam: 20. czerwca – 4. lipca 2017 (równe 14 dni)

Jak się tam dostałam: samolotem

Miejsca, jakie zobaczyłam: Mali Robit, Berat, przejazdem Durres i Tirana

3. Najważniejsze informacje dla turystów

Jaki dokument zabrać?

Wystarczy dowód osobisty, ale warto mieć też paszport. Należy pamiętać, że granice funkcjonują (łatwo zapomnieć w dzisiejszych czasach). Kontrola odbędzie się zatem po obu stronach, w Polsce i w Albanii. Ze swojego doświadczenia dodam, że na lotnisku w Tiranie czeka się godzinami w kolejce do odprawy paszportowej.

Jaką walutę zabrać, kiedy i gdzie wymienić?

Polecam zabrać euro. Polskie złotówki będą tam raczej bezużyteczne.

W Albanii nie ma zbyt wielu kantorów jako takich, zwłaszcza na „osiedlach hotelowych”. Gdzie zatem dokonać wymiany?

Można szukać kantoru (ja żadnego nie widziałam, ale podobno są), większość hoteli także oferuje możliwość sprzedaży euro. Tylko czy to konieczne?

Chyba nie, bo ani razu nie skorzystałam z tych opcji. Dlaczego?

Dosłownie każdy sklep, restauracja, nawet stoisko na bazarku przyjmie od was euro. Resztę otrzymacie najczęściej w lekach, zatem przez jakiś czas problem z głowy. Można też zapytać o wydanie w euro, czasem sprzedawca sam o to pyta, ale nie zawsze, więc jeśli wam na tym zależy, to warto samemu poprosić.

Uważajcie tylko na przelicznik. Obecnie 1 euro to około 134 leki, wahania są nieduże, ale zawsze sprawdźcie aktualny kurs. W większych sklepach czy restauracjach najczęściej kasjer liczy na naszych oczach, potem pokazuje wynik na kalkulatorze i pyta „OK?”. Jednak naciąć się można szczególnie na tych bazarkach. Tam sprzedawcy bardzo lubią zaokrąglać 1 euro do 100 leków. A to już jakieś 25 centów różnicy, czyli 1/4 wartości!

Dlatego nie musicie wymieniać euro w ogóle, ale pilnujcie zawsze przelicznika.

Inne rzeczy, które warto mieć na uwadze.

Autobusy, przystanki, komunikacja publiczna.

W Albanii jest to dość dziwna kwestia. Nie ma rozkładów jazdy, autobusy jeżdżą tak, jak mają akurat ochotę. Przystanki istnieją w teorii, w praktyce przystanek to narysowany na ulicy prostokąt z napisem „BUS”. No okej, w większych miastach (np. Durres) jest też zatoczka, ale nigdzie nie widziałam takiej typowej wiaty, jaką my kojarzymy z przystankiem.

Ja się długo nachodziłam, zanim w końcu zauważyłam ten śmieszny „przystanek”. Ludzie raczej z tego nie korzystają, bo autobus zatrzyma się tam, gdzie o to poprosicie kierowcę lub tam, gdzie człowiek przy ulicy machnie ręką. Da się tak podróżować, tylko trzeba być czujnym i mieć to na uwadze.

Aha, no i też warto wspomnieć o samych „autobusach”. Wielkością przypominają raczej nasze busy i zazwyczaj są wypchane po samą szybę. Mimo to, kierowca nigdy – no może w ekstremalnych przypadkach – nie odmówi wam przejazdu. Nastawcie się zatem na bliskie kontakty z współpasażerami.

Plusem jest za to cena biletu. Są to sprawy groszowe. Na przykład za bilet z Mali Robit do Durres zapłacimy coś koło 60-70 leków, zatem mniej niż 3 zł. No i jak ładnie poprosicie kierowcę, to może was wysadzić nawet pod hotelem – a na pewno bliżej niego, niż mielibyście z któregoś „przystanku”.

Islam.

Jak napisałam w charakterystyce, Albania to kraj z dominującym islamem. Mimo to raczej nie trzeba się tego obawiać.

Po pierwsze, chrześcijan też jest tam sporo, a obie religie zgodnie współistnieją. Trochę więcej o tym napiszę niżej, w przemyśleniach o kraju.

Po drugie, sami muzułmańscy Albańczycy nie należą do ortodoksyjnych wyznawców.

Jeśli kogoś interesuje ta kwestia, to niżej o niej opowiem. Tutaj chciałam tylko zapewnić, że nie ma się czego bać. To znaczy wiadomo, zawsze i wszędzie można trafić na pomyleńców – niezależnie od kraju i wyznania – ale ja nie miałam niemiłych sytuacji na tym tle. Chodziłam dużo sama i nikt mnie nie zaczepiał. Na plaży i dookoła hoteli kobiety swobodnie chodzą w kostiumach kąpielowych. Osobiście nie odczułam nijak tego dominującego islamu.

4. Wrażenia turystyczne

Jaki typ wizyty złożyłam?

W Albanii byłam na wakacjach.

Podróż.

Wylecieliśmy samolotem z lotniska we Wrocławiu około 2 w nocy. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny, na miejscu byliśmy mniej-więcej o 5 rano. Z Tirany wystartowaliśmy o 11 lub chwilę po, a w Polsce wylądowaliśmy plus-minus 13.30.

Zakwaterowanie.

Mieszkałam w hotelu Fafa Premium i muszę przyznać, że naprawdę był on premium. Umiejscowiony jest na „osiedlu hotelowym” Mali Robit, jakieś 15 kilometrów od centrum Durres, 35 kilometrów od lotniska w Tiranie. Próbowałam jakoś znaleźć cenę za jedną noc w hotelu, ale udało mi się.

Cena za pokoje dwuosobowe w tej okolicy to około 125-200 zł. Pokoje trzyosobowe to koszt mniej-więcej 120-230 zł.

Atrakcje, jakie widziałam.

Berat

O wizycie w tym mieście pisałam już na blogu.  Ale pokrótce też opiszę tutaj najważniejsze punkty wycieczki, dla spójności notki.

Twierdza w Berat

Bizantyjska twierdza górująca nad miastem. Na jej terenie znajduje się Muzeum Onufri oraz dwa punkty widokowe. Podczas przejścia między nimi, obchodzimy cały obiekt dookoła. Warto się tam udać, nawet jeśli nieszczególnie lubicie spacer po ruinach, właśnie dla zapierającego dech w piersiach krajobrazu.

Muzeum Onufri

Znajdujące się w starym monasterze muzeum ikonografii. Zabytkowe wnętrze kryje ogromny zbiór dzieł z różnych epok w dziejach.

Mangalem i Gorica

Dwie zabytkowe dzielnice Berat, rozdzielone rzeką Osumi. Historycznie jedna z nich była prawosławna, druga islamska, ale obecnie ten podział się zatarł. To właśnie dzięki nim Berat dostało przydomek „miasto tysiąca okien”. Architektura małych domków jest unikatowa na skalę światową.

To były najważniejsze punkty mojej wycieczki po Berat. Dokładniejszą relację zainteresowani znajdą tutaj.

Mali Robit

Nie wiem, czy osiedle hotelowe zalicza się do „atrakcji”, ale plaże jak najbardziej. Jak wyglądają tam plaże? Raczej piaszczyste, chociaż są też duże skupiska głazów wcinające się w morze. Część z nich jest na tyle zbita i długa, że stanowi naturalne molo, po którym można się przejść. Wzdłuż plaży są też zbudowane, „prawdziwe” promenady do morza.

Woda w albańskich morzach jest ciepła i przejrzysta. Udało mi się wypłynąć rowerkiem spory kawałek od brzegu, obserwowałam meduzy (inne niż nasze!), białe kraby i inne morskie żyjątka. Fajna przygoda, jak ktoś będzie w Albanii to polecam taką wyprawę!

Sama okolica to skupisko hoteli, knajp i straganów położonych między drzewami. Można wybierać się na dłuższe i krótsze spacery, ale raczej bez celu, bo nie ma zbyt wielu atrakcji. Jeśli szukacie typowo „miejskich” rozrywek, to trzeba będzie pójść na prostokąt BUS i wybrać się do centrum Durres.

Sklepów jako takich też nie ma zbyt wielu, znalazłam jeden market z prawdziwego zdarzenia po drodze na „przystanek”, czyli w miarę zbliżania się do drogi szybkiego ruchu. Nazywa się Conad i przypomina wielkością nasze Dino. Warto jednak wybrać się ten kawałek od hoteli i wszechobecnych stoisk bazarowych, bo tam jest po pierwsze: większy wybór, po drugie: niższe ceny i małe prawdopodobieństwo kantów przy przeliczaniu z euro.

 

4. Prywatne przemyślenia o kraju

Albania a religia

Już napomknęłam, a teraz rozwinę. Albania teoretycznie jest krajem w większości muzułmańskim. Mniejszość chrześcijańska jednak wcale nie stanowi aż takiej mniejszości. 60% osób wyznaje islam, a około 30% stanowią tam chrześcijanie, głównie odłam prawosławny, ale sporo jest też katolików.

Bardzo podoba mi się to, jak te religie zgodnie współistnieją.

Z opowieści rezydenta wiem, że na Boże Narodzenie muzułmanki chodzą do kościoła świętować, na Wielkanoc chrześcijanie dzielą się z islamskimi przyjaciółmi święconką, a ci odwdzięczają się, zapraszając ich na uczty w czasie ramadanu.

Wynika to głównie z historii tego dość młodego kraju.

Większość mieszkańców pamięta jeszcze czasy Jugosławii, która walczyła z każdą religią po równo. Burzono i niszczono wszystkie świątynie, niezależnie od ich przynależności. Dlatego chrześcijanie wraz z muzułmanami ramię w ramię bronili zarówno cerkwi czy kościoła, jak i meczetu.

Poza tym sami Albańczycy też nie należą do fanatyków religijnych.

Rezydent opowiedział też o swoim trzydziestoletnim koledze, muzułmaninie, który nigdy nie był w meczecie. Nie uświadczyłam też opatulonej od stóp do głów w burkę osoby. Owszem, widywałam kobiety w chustach, ale to już w miastach, nie w wioskach turystycznych. Jedna z nielicznych, które zapadły mi w pamięć, na oko dwudziestoparoletnia, szła z dwiema „normalnie” ubranymi dziewczynami w swoim wieku.

Akurat w tej kwestii, moim zdaniem, wiele krajów – w tym Polska – mogłaby się sporo od Albanii nauczyć.

Poziom życia

Z tego, co zaobserwowałam, w Albanii jesteś albo bardzo bogaty, albo skrajnie biedny. Nie ma nic pomiędzy.

Jest to charakterystyczne dla gospodarek, które dopiero się budują. Zwłaszcza w krajach postkomunistycznych.

Jednak problem jest wyraźnie widoczny. Albania bardzo stara się, żeby okolice turystyczne (hotelowe, bo przy atrakcjach ciężko z tym walczyć) były jak najmniej narażone na widok ubóstwa, ale gdzieś tam się to przedziera. Nie wspominając już o dużych miastach.

Jeśli chodzi o większe miejscowości, to widok bosej, zniedołężniałej babinki grzebiącej w śmietniku jest czymś powszednim. Każde miejsce skupiające turystów jest okraszone przynajmniej jednym żebrakiem, często kalekim. Na przykład pod monasterem w Artemidze widziałam człowieka bez obu nóg – poruszał się odbijając się rękoma od ziemi. Był też drugi, który siedział pod murkiem i grał na flecie bliżej niezidentyfikowane melodie. Wyjeżdżając poza strefy „reprezentacyjne” miast, na przykład w trakcie przejazdu między dwoma zabytkami, wkracza się na blokowiska, które aż zieją pustką i biedą. Nie odważyłabym się tam zagłębić sama.

Osady hotelowe są nieco od tego izolowane, ale nie uniknęłam całkiem widoku nędzy.

Kilkukrotnie spotkałam chłopca, około dziesięcioletniego, jak krążył z pustym kubkiem między straganami i hotelami. Właściciele zwykle go przeganiali, żeby nie straszył turystów. Do mnie nigdy nie podszedł. Parę razy uśmiechnął się, gdy się mijaliśmy, ale nie zagadał.

Któregoś razu szłam do sklepu i spotkałam go po drodze. Jakiś litościwy restaurator dał mu bułkę od kebaba (musiał to być ktoś z obsługi lokalu, bo była sucha). Chłopak szedł szybko, ale jej nie jadł. Trochę się zdziwiłam, myślałam, że jest głodny. Tak się złożyło, że szliśmy w tę samą stronę. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę z trójką małych dzieci, siedzącą pod drzewem. Dwoje miało po kilka lat, najmłodsze karmiła piersią.

Tak, on niósł tę bułkę dla nich. Sam jej nie tknął. Ciężko jest żebrakom poruszyć moje serce, bo w życiu spotkałam więcej oszustów niż uczciwych ludzi. Ale ten chłopak wyjątkowo mnie ujął.

W drodze powrotnej spotkałam już całą rodzinę. Dzieci piły wodę z fontanny, matka siedziała na niej i patrzyła tępo w przestrzeń.

Dysproporcja między niewielką grupą zamożnych osób, a ogromem ubogich jest naprawdę duża.

Przeciętne wynagrodzenie w Albanii to 380 euro. Ale pamiętajmy, że jest to „przeciętne”. Czyli zawyżane przez tych zarabiających całkiem przyzwoicie. Tendencja jest dobra – Albania otworzyła się na turystykę, co stanowi mocnego kopa dla jej mizernej gospodarki. Jednak obawiam się, że jeszcze sporo czasu minie, zanim powstanie tam tak zwana „klasa średnia”.

Takie rzeczy tylko w Albanii…

Dobra, było ponuro, teraz może coś weselszego. Albania jest dziwna. Strasznie dziwna. Po tygodniu spędzonym tam, już niewiele was zaskoczy.

Słupy elektryczne w środku jeziora? Trust me, I’m engineer.

Ferma drobiu w samochodzie? Byle stał w cieniu.

Wózek „złomiarski” ciągnięty przez konia? Prawie jak dorożka.

Jest też wersja „riksza”, bardzo popularna. Składa się również z wózka „złomiarskiego” oraz… połowy motoru na przedzie. Przy czym na miejscu kierowcy mieści się przeciętnie około trzech osób, a w wózkach nawet osiem i więcej.

Publiczna toaleta czy rezerwat ornitologiczny? Czasem trudno się połapać. Szczególnie, gdy po wyjściu z kabiny widzisz kilkanaście osób robiących zdjęcia ptaków i gniazd na ścianach.

Takie smaczki najbardziej zapadły mi w pamięć, ale prawda jest taka, że tam na każdym kroku trafiacie na paradoksalne – z naszej perspektywy – rozwiązania. Każdy orze jak może.

5. Podsumowanie

Jak oceniam walory turystyczne: 9/10

Jak oceniam inne aspekty życia: 6/10

Czy chciałabym tam wrócić: Myślę, że tak, bo żałuję, że nie zwiedziłam dokładnie centrum Durres i Tirany.

Co polecam zobaczyć: Berat, Durres, góry w pobliżu granicy z Macedonią

Ulubione miejsce: Osiedle tysiąca okien

Miejsce, które mnie zawiodło: monaster w Artemidze – głównie dlatego, że odmówiono nam wejścia, pomimo rezerwacji

Co chciałabym jeszcze odwiedzić: Durres i Tirana

 

Ocena ogólna: 7/10

 

Ps. Dołączyłam do portalu bloglovin, także jeśli ktoś chce mnie zaobserwować, to zapraszam 🙂
Moja strona na Bloglovin